Rozdział 19: Overcomed

 

Niebieski sedan przedzierający się przez noc zawrócił nagle na ręcznym wykonując zgrabny obrót o 180 stopni, po czym pomknął w drodze powrotnej do miejsca z którego przyjechał. W tym momencie wydawać by się mogło, że maszyna i kierowca są tu, pośrodku górskiej drogi całkiem sami...

Prawda przedstawia się zgoła inaczej, mianowicie pośród nocy kryło się wiele osób, widzów. Skandowali jego imie, machali rękami w pozdrawiającym geście.

Nie zwracał na nich uwagi. Dawno już przestała interesować go sława w tym regionie.

Podziw wieśniaków i uwielbienie sikających po nogach z zachwytu gimnazjalistek?

Zazdrosne spojrzenia małoletnich górskich ścigantów i pożądliwe spojrzenia wyszpachlowanych na gładko blachar-lachociągów?

Czy to naprawdę kogoś bawiło?

Czy naprawdę kiedyś tego pragnął?

- Nie tego – uświadomił sobie – Kiedyś… to wszystko było inne. Lepsze. Gdy na trasach panowaliśmy my, przełęcze… ludzie, otoczenie, nastawienie i… klimat… był bardziej… podniosły. Profesjonalny.

A może po prostu dawniej… dawniej wkładałem w to więcej serca? Emocji?!

Nevermind.

Nie, nie był tu sam, jednak nie zwracał uwagi na nic nie znaczący, otaczający go tłum. Zupełnie, jakby tłum ten nie istniał.

Coś się jednak dla niego liczyło. Uznanie znanych i szanowanych zawodników, świadomość własnych, znakomitych umiejętności, potwierdzonych niepobitym po dziś dzień rekordem trasy…

I ta adrenalina.

Tak.

Robił to, co go kręciło, i to właśnie w tym wszystkim było ważne. Jeździł autem najlepiej i najszybciej, jak potrafił. Rzucał wyzwania, był wyzywany, wygrywał. To dawało siłę do dalszej walki z codziennością dnia. Do nauki w Akademii Morskiej, do zdobywania szlifów zawodowych…

Tam był tylko jednym z wielu, nieczęsto mógł zaakcentować własne „ja”. W wyścigach zaś…

… w wyścigach, czy to w Trójmieście, czy tutaj, w rodzinnych stronach… był sobą.

Zawrócił, bo zauważył, że jego przeciwnik ma problemy. W gruncie rzeczy, nie był takim draniem, jakim zapamiętała go ta okolica. Skur**synem, który nie widzi nic poza czubkiem własnego nosa.

Żałował tego, jak postąpił wobec Iwony. Czasu jednak cofnąć nie sposób.

Zawsze grał czysto, fair play. Dzisiejsza walka była dobra, nawet diablo dobra.

Podczas wyścigu był przeciwnikiem, walczącym o każdy ułamek sekundy.

Wyścig jednak się już skończył. Wygrał

Przeciwnik czy nie, to nie miało znaczenia. Kolesiowi wypadało pomóc.

Reflektory oświetliły czarny samochód, światło zagrało na czarnych, uchylonych drzwiach, z których wystawała para nóg...

W innej sytuacji mogło to wyglądać tragicznie. Trup przewieszony przez próg auta.

Nigdzie jednak nie było krwi. Auto wyglądało na całe.

- ...ku*rw mać! Nosz ku*wasz ja je*ie... Niech to chu..dy byk! Czemu tak, czemu teraz? Ja j...

- Żyjesz, koleś?

Wygramolił się niezgrabnie z auta, spojrzał na stojącego przed nim, dobrze zbudowanego mężczyznę.

- Spoko stary, ja jestem cały. Tylko ten gówniany złom, w którego wyrzygałęm trzysta koła uj**ał wał przy dyfrze... Trzeba było od razu iść w lekki mocny tytan a nie babrać się ze sprawdzaniem wytrzymałości serii...

- Kurde balans… - mruknął Benedykt – Shit happens. W swoją Imprezę wpakowałem przeszło 125 tysięcy, więc wyobrażam sobie, co Ty tam chowasz. Mam linkę w bagażniku, podholuję cię…

- Ok, dzięki. Podwieszę tylko jakoś ten przeklęty wał i możemy jechać…

 

***

 

Dwa auta zatrzymały się na parkingu, będącym głównym punktem zbiorczym oraz startem ich wyścigu. Kierowcy opuścili swoje maszyny.

Natychmiast podbiegli do nich gapie, oraz obserwatorzy z ekipy Dawida i byłej klasy IIIe.

- Co się stało? -  spytał niepewnym głosem Maciej, mechanik RMS.

- Sam sprawdź, zobacz czemu idiotyzmem był twój pomysł, że seria da rade i żeby ja przetestować. - rzucił cierpko Dawid kierując swoje kroki do stojącej niedaleko Toyoty Tundry. - Jaki masz tam rozmiar laczka, Beniu?

- Nie no, daj spokój, nie trzeba… masz uszkodzone auto, a ja bym...

- Nie chrzań, stary, mam te laczki za darmo. No to jakie masz? I jaka fela szeroka.

- 235 na 40 er 17.

- Hmmm to 210/610/17 będą idealne. Nie chce mi się tutaj szukać ale jutro Ci je podrzucę, w TIRze mamy na bank takie kapcie.

- Mi to pasuje. A… i musisz mnie kiedyś przewieźć, słowo się rzekło, kobyła u płota - Benedykt uśmiechnął się, po czym dodał - I oczywiście pokaż, co tam siedzi.

- Karta stół, Ben. Chodź.

 

 

***

 

Doszli do sporej już grupki osób, zgromadzonych by podziwiać zniszczenia zaistniałe w Maździe. Zaczęli powoli przeciskać się między ludźmi do auta.

- Gdzie sie ku**a pchasz pedale?! - krzyknął jakiś zdegustowany obserwator.

- Do swojego auta, wsiórze.

Gdy dotarli do wozu, oględziny nadal trwały.

- Gnój w ch*j trzecia część. - stwierdził rzeczowo mechanik RMS, Maciej - Trzeba będzie custom wał z tytki założyć i jakieś porządne śruby do tego.

- No nie mów Watsonie... - sarknął Dawid w odpowiedzi.

Jak z pod ziemi pojawiła się przy nim Ania. Wtuliła się w niego i powiedziała tylko:

- Tak mi przykro kochanie..

Więcej nie zdążyła powiedzieć, ponieważ zamknął jej usta, krótkim lecz czułym pocałunkiem. W tym samym czasie usłyszał z otaczającego go tłumu niby rozmowę, która właściwie była zaczepką w jego stronę.

- Taki niby cud wózek, a gówno ma zamiast porządnych części, tylko szpan i tyle.

Dawid spojrzał w kierunku z którego dobiegł głos. Nie zdziwiło go, że obok tego kolesia stał Robert i głupio się uśmiechał.

- Chcesz coś jeszcze dodać, czy to cała twoja opinia na temat wózka za trzy setki? - spytał Dawid z wymuszonym spokojem.

- Tak. Że nie ważne ile dałeś za wóz, ważny jest kierowca.

- Prawdę mówisz! Dlatego ty nie wyprzedziłbyś mojej prababci nawet lecąc F-16. - sparował momentalnie Siwy, stojący przy drzwiach pasażera.

Maciej podszedł do Dawida.

- Kurde stary, sorry... - spojrzał na niego - Dobrze, że jesteś cały i że wał nie narobił burdelu z układem paliwowym. To by dopiero był przypał.

Karol, Błażej, Maciek i Benedykt z byłej IIIe jak na komendę odwrócili się do niego.

- A to dlaczego? – zapytał Błażej.

Dawid spojrzał po ludziach, aż w końcu przerwał ciszę.

- Bo nie jeżdżę na zwykłej benie. Mamy patent na 150 oktanowe paliwo, które nazywamy "paliwem lotnika". Dzięki temu silnik na sprężaniu 12:1 może chodzić bez problemu.

Przez tłum przeszedł szmer, wyrażający raczej niezrozumienie niż uznanie.

- To… co za potwór tam siedzi? - spytał wprost Karol.

Dawid puścił Anię i podszedł do maski. Odpiął cztery zapinki Aerocatch, po czym zdjął leciutką carbonową pokrywę silnika, postawił na ziemi i oparł się o nią.

W tłumie przeszedł szmer pytań i zdziwień.

Dawid patrzył na Karola i nie mówił nic. Czekał.

W komorze silnika panował niewiarygodny wręcz porządek. Wszystkie kable, wężyki i złączki w kolorze czerwonym, rury metalowe polerowane na lustro, z lekkim przebłyskiem żółtego, na samym środku zaś sterczały 4 filtry powietrza od Pipercross'a.

Chwila podziwiania zakończyła się, i w końcu Karol przemówił:

- Myślałem, że zobaczę rasowane V12 z Ferrari, lub V10 z Lambo... - zawiesił głos - ...ale nie. Dobrze widzę co to jest?

- A co widzisz? - spytał Marek, kolejny z mechaników RMS.

Właściciel auta przytaknął głową na to pytanie.

- Nie dowierzam temu, co sugeruje mi mój wzrok. R26B z wyścigowej Mazdy 767B. - spojrzał na silnik, a potem znów na Dawida – Ale nawet jak na wasz ogromny budżet i możliwości… to niemożliwe. Chyba że potwierdzisz, że wytrzasnęliście skądś silnik z auta, które startowało między innymi w 24 godzinach Le Mans, 1000km Suzuki i 1000km Fuji? W dodatku… to było prawie 25 lat temu. Wiem, że jeździ na świecie kilka aut z czterorotorowymi wanklami, ale one mają po około 650KM i 550Nm… a Ty dotrzymywałeś tempa Imprezie Bena, który ma 720Nm.

Dawid nadal nic nie powiedział, uśmiechnął się tylko przyjaźnie i w końcu przerwał milczenie:

- Znasz się jak mało kto. Odpowiedź na to czy to R26B brzmi: tak i nie. To jest 4 rotorowy wankiel od Pulse Performance, 26B. R26B to troche inna konstrukcja, bo ma po 3 świece na rotor, tu są dwie jak w zwykłym REW'ie. Tam był niższy stopień sprężania, tu mamy 12:1, tam były zwykłe metalowe tłoki, tutaj mam węglowo - magnezowe robione na zamówienie. I pewnie to co najbardziej cię interesuje: to ma podobno 920KM i 690Nm ale wszystko prawie na odcince czyli pod 11 000 obrotów, a Impreza ma maksymalny moment gdzieś na niskich obrotach, a na górze zdecydowanie mniej. Nie samymi liczbami auto jedzie, przyjacielu.

Na wspomnienie o mocy auta widownia wydała z siebie jęk, zaczęto zadawać pytania jak to możliwe by opanować taką moc na przełęczy. Nieświadomie niejako, w imieniu publiki, pytanie to zadali Błażej i Benedykt.

- Doskonały torowy zawias, doskonałe wyścigowe opony na średnio mokrą nawierzchnię, precyzyjny układ kierowniczy, no i chyba najważniejsze: doskonała, dwunastopunktowa klatka, spinająca auta na sztywno, to auto poczułby nawet kierowca niedzielny.

- Przesadza ze skromnością. - pomyślała Natalia. – On musi być po prostu znakomitym kierowcą, jak… jak Mat?

- Jezu... - westchnął Błażej - ale chciałbym się tym przejechać... masakra.

Uśmiech na twarzy Dawida.

- Niestety stary, wyznaję zasadę, że kobiety i samochodu się nie pożycza. - powiedział, co skłoniło Anię by dać mu buziaka podczas gdy kontynuował - Z chęcią cię przewiozę jak to naprawimy.

- Serio auta nie pożyczasz stary? A twój tata w Miacie? - spytał Siwy chcąc sprawdzić jego reakcję.

- Taaa, tyle że to był MÓJ ojciec w MOIM wozie. Nie sądzisz, że to trochę inna sytuacja? - odparł ze spokojem Dawid.

 

***

 

Dzwonek do drzwi... Drugi...

- Jeeezuuu, jak mi sie nie chce wstawać - pomyślał.

Chwila przerwy. Uffff, może sobie poszedł.

Trzeci.

- Kogo niesie o tej porze? Niech to szlag...

Niechętnie wygramolił się z łóżka, wciągnął spodenki i skierował się do drzwi. Usłyszał czwarty dzwonek.

- Juuuż, no już kurde, ideee... - otworzył drzwi - O siema, co jest? Gościu, czy ty wcale nie śpisz? – zapytał, widząc stojącego na podjeździe za plecami owego "gościa" białego pikapa.

- Czasem mi się zdarzy wskoczyć do mojej trumny, a jak mam wielką potrzebę to skimnę sie na wisząco i też jest ok. Ale normalnie jestem nocnym markiem.

Benedykt spojrzał na swojego rozmówce porannym wzrokiem, sugerującym wyraźnie, gdzie ma jego poranne żarty. Przeniósł wzrok ponownie na auto i zobaczył wystające ponad burtę beczki, które jednak po krótkich oględzinach okazały się oponami pakowanymi kompletami.

- Widzę, że dotrzymujesz słowa. Dzięki. Czekaj, ubiorę się i pomogę zrzucić je do garażu.

- Luźna guma, poczekam.

 

Gdy skończyli zdejmowanie i przenoszenie opon do garażu Dawid spojrzał na Bena i powiedział:

- Jutro wyjeżdżamy. Chcę dotrzymać obietnicy do końca, więc bądź gotowy około 23. Wpadnę po ciebie.

- Mazda już naprawiona? - zdziwił się.

- Prawie, skończymy do pierwszej, może drugiej po południu.

- Szybko. Macie części zapasowe, tak?

- Taa. W sumie to parę rzeczy mamy w fazie testów, jak na przykład skrzynia i wał. Dyfer i półośki są już zupełnie inne niż seria.

- Rozumiem. Profesjonalizm pełną gębą….

- Przesadzasz chyba. Ja to wszystko robie dla zabawy, adrenaliny... z miłości do samochodów.

Benedykt nie wiedział, co powiedzieć. Ten gość był naprawdę spoko kolesiem.

Intrygował go jednak jeden szczegół.

- Jesteś chyba pierwszym gościem, który, z tego co widziałem ma kobietę, a mimo to nie porzucił jeszcze tego sportu.

- Czemu miałbym rzucić wyścigi? To moje drugie życie, moja pasja.

- Widzisz, moi kumple zazwyczaj rezygnowali z touge, gdy zyskiwali dziewczyny.

- Ja tego nie rozumiem. - stwierdził Dawid - To znaczy rozumiem, ale ja bym tak nie umiał. Wyścigi to moje drugie ja. Nie boje się o swoje życie, bo wiem, że mam doskonały wóz, który wyratuje mnie z 80% wypadków… i dlatego, że w przeciwieństwie do ludzi uczących się jeździć na przełęczach, ja uczyłem się ścigać na torze i płaskich ulicach. Teraz wystarczą mi dwa, trzy przejazdy po danym zakręcie i wiem jak go przejść najszybciej jak się da. Mimo, że nie zawsze techniki z toru są dobre na przełęczy.

- Eh – westchnął Ben - To chyba właśnie to oddziela was, zawodowców, od nas… nazwijmy to… amatorów.

- Nie jestem zawodowcem, Ben. Jestem pasjonatem…

 

Przejdź teraz do Opowiadania:
"Powrót" z serii Urban Legend

***


Następnego dnia ekipa RMS opuściła Bielsko-Białą i wróciła do Jarocina.

 

Rozdział 20: Codename "red"

 

- Serio? O kurde...

- Niestety serio. Nie wiem jak to dalej będzie.

Maciek zamyślił się chwilę, po czym wyjął paczkę papierosów i poczęstował Dawida.

- Nie, dzięki. Rzuciłem. - spojrzał na swojego najlepszego mechanika - Musimy powiedzieć reszcie. Nie wiem tylko jak to zrobić, żeby nie zasiać paniki. Siwy już wie, ale prosiłem go, żeby siedział cicho.

- No tak, ale nie możemy tego tak trzymać w tajemnicy, w końcu się wyda.

- Ta. niestety. Mam Pewien pomysł jak sie podnieść z tego bagna, ale to nie będzie łatwe.

- Co to za plan?

- Nie powiem narazie, muszę się upewnić, że to ma sens. Mam nadzieje, że mogę na Ciebie liczyć?

- Jak zawsze, jak w starych czasach Poznania.

Oboje wyciągnęli ręce by uścisnąc je sobie w swoim stylu.

Padał lekki letni deszczyk, ale lato już powoli chyliło się ku końcowi. Na drzewach niedługo zaczną żółknąć liście i dla wyścigowego świata znów nadejdzie czas hibernacji.

Ekipa RMS miała ręce pełne roboty, wszyscy pracowali od świtu do nocy, zaprzestali nawet udziałów w Night Wars, przemianowanych ostatnio na "Moon Chase". Wszystko to jednak tylko jeszcze bardziej odwracało ich uwagę od niewesołej sytuacji firmy.

Prawdę mówiąc ziemia usuwała im się spod stóp. Sponsorzy, zaczęli dchodzić, zostawiając bez pomocy warsztat, o nie do końca ugruntowanej pozycji na rynku. Dodatkowo haczyki, jakie dopiero niedawno w umowach spostrzegł prawnik Dawida, zobowiązywały firmę do oddawania większej części zysków już w czasie, w którym, jak się okazało, RMS nadal raczkowało.

Tak właśnie ze dobrych wróżek, sponsorzy zmienili się w wierzycieli, niecierpliwie czekających na swoją dolę, co spowodowało, że zakład zaczął generować straty, a na pokładzie tego statku zawył alarm i rozbłysły czrewone światła.

 

***

 

- Cześć wam. Chodźcie na chwilkę, musimy pogadać.

Wszyscy pracujący przy różnych autach odłorzyli narzędzia i podeszli do stojącego koło swojej Mazdy Dawida oraz Maćka.Marek z Marcinem wymienili pytające spojrzenia, Piotrek ponaglił nowego we warsztacie Jarka. Stanęli w szeregu przed szefem, jak przed plutonem egzekucyjnym. Wiedzieli, że takie walne zgromadzenie nie sugeruje nic dobrego, ale spodziewali się raczej kolejnego ochrzanu za zbyt wolnę pracę.

- Mam parę nienajlepszych wiadomości, a ponieważ jesteśmy zespołem, muszę się nimi z wam podzielić...

 

***

 

Mówł spokojnie, krótko, starannie dobrał słowa. Powiedział im wszystko co wiedział, pominął tylko jeden fakt, o którym mięli dowiedzieć się boleśnie w dwa dniu później. Nie wspomniał też o swoim planie na poprawę, ponieważ tak naprawdę planów było kilka, a żaden z nich nie był łatwy ani dopracowany.

Gdy skończył posypały się pytania.

- I co teraz?

- Jak sobie damy z tym radę?

- Czy wogóle damy sobie radę?

- Mamy szukać nowej pracy?

Wszystkie pytania były ciężkie, i nie mógł na nie odpowiedzieć jednoznacznie. Wiedział, że musi zmierzyć się z kłopotami, tylko nie bardzo wiedział jak.

- Nie wiem. – Powiedział przerywając niezręczne milczenie – nie wiem. Nie mam bladego pojęcia, chłopaki. Ale powiem wam tyle: nie ma opcji, żebym się poddał i mam nadzieję, że i wy się nie ppoddacie.

Cisza.

Nikt się nie odezwał. Nikt nawet na niego nie patrzył… Blacha najwidoczniej odkrył coś ciekawego patrząc na swoje dłonie, Marek zawzięcie drapał lewą łydkę, a reszta podziwiała blat stołu lub swoje sznurówki.

Kolejny raz milczenie przerwał Dawid.

- Słuchajcie. Wpadliśmy na górę lodową, ale nikt narazie nie może jasno stwierdzić czy zatoniemy. Jak mówi jeden z was, uda zawsze są dwa: albo się uda, albo się nie uda. To jest hazard, dlatego jeśli ktoś nie chce podejmować tego ryzyka, niech wyjdzie teraz. Uszanuję to i nikogo nie będę zatrzymywał.

Ponownie zapadła cisza.

Piotrek podniósł wzrok i spojrzał na Dawida, a później na każdego ze swoich kumpli osobno.

- Dobrze – zaczął ponownie – w takim…

Nagle wstał Marek.

- Dawid... Szefie, przepraszam. – głos lekko mu drżał, było to słychać mimo, że mówił cicho, prawie szeptał – Ostatnio musiałem pooddawać trochę długów i nie chcę wpaść w kolejne. Mam żonę i dwójkę dzieci… Jako jedyny z was wszystkich. Muszę im zapewnić jakąś przyszłość. Nie mogę nią ryzykować. Przepraszam.

- Nie musisz mi mówić szefie, jesteśmy kumplami. Wszyscy. Doskonale cię rozumiem, wiem jaka jest twoja sytuacja i szanuje tą decyzję. Gdybyś nie mógł szybko znaleźć czegoś nowego, odezwij się. Pomogę jak będę mógł.

- Nie trzeba, Mam nadal propozycje pracy od konkurencji, więc z głodu nie umrzemy. Wybacz.

- Daj spokój. Nie mam ci tego za złe. Powodzenia.

To powiedziawszy uścisnął mu mocno dłoń i poklepał po plecach.

- Pamiętaj, że zawsze będzie dla ciebie miejsce w moim warsztacie. – rzucił mu Dawid na odchodnym.

Ten skinął głową i wyszedł.

Dopiero później miało się okazać, że mieli go spotkać jeszcze tylko raz.

 

***

 

Nastroje w Firmie długo były bardzo nieciekawe, ale mimo to wszyscy pracowali w pocie czoła. Nikt jednak nie wspominał niczym o wcześniejszej rozmowie, panowała zmowa milczenia.

Każdy z nich myślał nad tym co począć by ratować RMS. Przychodziły im do głów różne pomysły, złe, niezłe, dobre, szalone, głupie i całkiem „od czapy”. Burza mózgów rozpętałą się na dobre, ale nikt nie poszedł do Dawida, by powiedzieć mu o chociaż jednym z nich. Sytuacja była pozornie bez wyjścia.

Pozornie.

Wszystko zmieniło się po jednej krótkiej wizycie.

Wizycie osoby całkowicie postronnej.

Ale czy była to zmiana na lepsze?

 

Rozdział 21: Kruk

 

Zaczynała się jesień, mimo że jeszcze tydzień wcześniej było ciepło i sucho, liście powoli zaczęły ścielić chodniki w małym parku. Ale czy to nie wna tego „ocieplającego się klimatu”?

Woda z sadzawce była brudna i mętna jak zawsze, wiał lekki wiatr, który pałętał się między drzewami i włosami na jego głowie. Kurtka lekko łopotała na wietrze.

Stał tam i nie robił nic konkretnego… prócz myślenia.

Patrzył przed siebie nie zwracając uwagi na wodę, wiatr czy drżenie prawej dłoni. Pomiędzy jej środkowym i wskazującym palcem czuł lekkie ciepło, ale i o tym nie myślał.

- Znowu palisz?

Uszy zarejestrowały szelest liści i stukot obcasów, ale nie zwracał na niego uwagi, w końcu tu mógł przyjść każdy.

Odwrócił się gwałtownie i spojrzał na stojącą tuż za nim Anię.

Nie dobrze…

- Co Ty tu robisz?

- Nie odpowiadaj pytaniem na pytanie.

- Nie, nie palę.

- A to to co? Żdziebełko trawy do pożucia? – spytała wskazując co trzymał między palcami prawej dłoni.

Nie powiedział nic. Spościł głowę i wyrzucił wypalonego do połowy skręta do sadzawki.

- Nic.

- Nic?

- Tak. Oj daj spokój.

- Tak? Dobra to pa. – odwróciła się.

Chwycił jej dłoń, odwrócił ją do siebie, spojrzał jej w oczy. Były piękne jak zawsze, ale miały surowy wyraz.

- Przepraszam. – wyszeptał, przytulając się do niej – Wiem, jestem do dupy… jestem beznadziejny.

- Przestań.

- Przepraszam, Anuś… Przepraszam… Kocham cię….

Spróbował ją pocałować… odsunęła się.

- To była trawa, nie? Ćpasz?

- Nie.

- To po jaką cholerę tu z tym stoisz?

- Anuś… to był pierwszy taki raz.

W tym momencie poczuł, że to zaczyna działać.

Nie, nie jego słowa. THC wypełniające najpierw jego płuca, a potem żyły teraz dotarło do mózgu.

Zaszlochał. Zaczął „łapać doła”

- Anuś…

- Daj spokój.

- Ale…

- Po co ci to?

- Bo… bo…

Przytulił ją znowu, tym razem mocno, trochę gwałtownie.

- Oj Dawid… - westchnęła odwzajemniając jego uścisk.

 

***

 

Gdy wrócili do domu, wykąpał się, co zrobiło mu dużo lepiej. Wyszedłł z łazienki nagi, na biodrach wisiał mu jedynie ręcznik.

Podszedł do Ani i objął ją wpół.

- Kochasz mnie jeszcze?

Spojrzałą mu w oczy. Miał jeszcze lekko rozszerzone źrenice, milczała.

Nie spuścił wzroku. Jej oczy nie były jeż surowe, ale nadal poważne.

Przycisnął ją mocniej, dotknął swoimi wargami jej warg. Nie odsunęła się.

Krótki pocałunek zmienił wiele. Uśmiechnęła się do niego.

- Wiesz, że cię kocham. Strasznie cię kocham. Nigdy nie waż się myśleć, że jest inaczej. I nigdy nie mów, że jesteś beznadziejny.

- Kocham cie.

Nie umiał powiedzieć nic innego. To najlepiej wyrażało co teraz czuje.

- Ja ciebie też. A teraz powiedz mi co jest grane.

westchnął, chciał jej to powiedzieć wcześniej, ale nie wiedział jak. A teraz nie wiedział jak zacząć.

- To jest ciężka sprawa… Widzisz, z Firmą jest kiepsko. Straciliśmy sponsorów.

- Jak to? A umowy?

- Umowy umowami, zerwaliśmy je polubownie. Tak było lepiej dla nas wszystkich. Wyssali by nas jak komary. A teraz może i jest źle, ale powalczymy, żeby z tego wyjść.

- Rozumiem. Masz jakiś pomysł?

- Mam parę, ale nie wiem czy którykolwiek wypali. Jakie to jest gówno, to nie do pojęcia…

- Będzie dobrze kochany. Musi być - wyszeptała mu do ucha, przytulając się. - Zobaczysz…

To było jej ostatnie słowo tego dnia, reszta nie była słowami…

 

***

 

- Siwy, cho no!

- Witam pana.

Odwrócił się i zobaczył mężczyznę na oko parę lat starszego od niego samego.

- Witam, witam. W czym mogę pomóć?

- To chyba dziwne pytanie, jak na kogoś, kto prowadzi firmę tuningową.

- Faktycznie, wygłuiłem się. W takim razie zapraszam do mojego biura.

Kiedy znaleźli się w biurze zaproponował gościowi coś do picia, lecz ten podziękował.

Chciał by RMS wykonała dla niego bardzo nietypowe auto…

Dawid z początku miał pewne obawy, jednak postanowił podjąć wyzwanie.

Ważniejszym jednak była rozmowa na temat warsztatu. Gość twierdził, że w budynku w którym są tylko trzy stanowiska robocze taka firma nie może rozwinąć skrzydeł.

Poinformował też Dawida o pewnym miejscu. I waznym wydażeniu z nim związanym.

Gdy wieczorem usiadł i przemyślał wszystko, doszedł do wniosku, że musi porozmawiać ze swoim znajomym prawnikiem.

Gość zajął mu dużo czasu, może nawet trochę za dużo, ale nie uważał tego czasu za stracony.

- Siwy! - zawołał po wyjściu gościa – jest sprawa.

- Co tam stary?

- Mamy nowego klienta. Trzeba się pośpieszyć z tą S2000, bo szykuje się gruba robota.

- A co konkretnie?

- Odbudowa, wzmocnienie nadwozia, mechanika i styling. Ma być masakrator, ale bez ton szpachli i plastiku, ma wyglądać jakby tak go wyprodukowano.

- Ale co to za wózek?

- Oj staryyyy… powiem ci, że sam nie wiem czy jemu się nie pomyliło co to jest dlatego na razie nie powiem nic, bo aż się boję. Jeśli to tutaj stanie to chyba zleje się z zachwytu.

- Nie pie**ol mi tu kaszaną tylko mów co to za auto.

- Kaszaną to ci z mordy je**e. Sam zobaczysz co to jest i stawiam flaszke rdzy, że póki nie sprawdzisz z tyłu co to jest, to się zesrasz a nie odgadniesz.

- Zobaczymy. – powiedział przybijając mu „piątkę” na znak przyjęcia zakładu.

 

***

 

- Rozumiem. No to trzeba będzie chyba zaryzykować.

- Taa. Ale proponowałbym ci zmienić nazwę.

- Dlaczego?

- Na podpórkę.

- A jaśniej? Bo nie ogarniam kompletnie. Czym mam mi to pomóc?

- Tym, że po tym co chcesz zrobić żaden sponsor nie wróci z żądaniem hajsu. W dodatku nie będzie już kojarzenia cię z tamtymi sponsorami. Będziesz mógł się starać o nowych. Ale tym razem trzeba uważać co się podpisuje, żeby się znowu nie w***ać na mine.

- Rozumiem, że mogę na ciebie liczyć?

- Taa. Ale posłuchaj mnie uważnie. Żeby to wypaliło musimy to dobrze rozegrać. Może nie pójść zbyt prosto bez wałka.

- Masz na myśli jakieś grube koperty dla kogoś ważnego?

- Powiedzmy. – powiedział śmiało patrząc mu w oczy, po czym wyjął z szafki karafkę i dwie szklanki – Na 99% to nie wyjdzie na wierzch. Jarocin to za duże zadupie, żeby takie wałki wypływały. – nalał brandy do pierwszej szklanki – Pytanie w takim razie: po co to, skoro można normalnie? Ano można, ale prawie na pewno się nie uda. – Napełnił drugą szklankę – Mamy do tego konkurencje i to silną. W porównaniu z twoją firmą oni są naprawde dużym przeciwnikiem. I tu przyjdą nam z pomocą twoi japońscy przyjaciele. - Dawid uniósł pytająco brwi – Tak, tak. Kasę położysz na stół ty. Będzie to na pewno mniej niż zrobią to inni, ale oficjalnie to nie będziesz ty, tylko firma której jesteś pełnomocnikiem.

- Duży japoński koncern tak?

- Taa.

- Dlatego nikt nie skuma, że to wałek. Po prostu pomyślą, że wielka firma dała większy hajs i jest si?

- Tak jak mówisz – uśmiechnął się – nie inaczej.

- Czaje…

- Coś widzę nie masz przekonania.

- No cóż. Obawiam się trochę. Nie chciałbym wizyty smutnych panów u siebie na chacie.

- Nie ma obaw, zobaczysz – rzekł stukając swoją szklanką o szklankę Dawida, której ten jednak nawet nie podniósł.

- Mam nadzieję, że masz rację. – wstał i lekką jesienną kurtkę - Okaże się w praniu.

Wyszedł nie do końca przekonany co do pomysłu Arka.

- Uda się… musi. – powiedział gdy tylko drzwi się za nim zamknęły.

Ponownie stuknął szklanką w szklankę, tym razem trzymał już tą, którą nalał Dawidowi.

 

***

 

Wyszedł na ulicę a jego ciało omiótł wczesnojesienny wiatr. Wzdrygnął się i spojrzał na zegarek.

19:19.

No tak, w końcu oto jest i dziewiętnaste piętro Wieży…

Robiło się już szaro ale mimo to doskonale dostrzegł przebiegającego tuż przed nim szarnego kota.

- Mógłby się chociaż zmienić w tygrysa. - mruknął pod nosem - Jak to mówi Maciek: „gdy ci czarny kot przebiegnie droge, złap skur***la, wyrwij nogę”… tego chyba już nie złapię.

Przeszedł ledwie kawałek i zobaczył mężczyznę w garniturze.

Mam nadzieje, że ten kot miał choć biały „krawacik”..

Po czym uśmiechnął się gożko

Nadzieja, matka głupich, kocha swoje dzieci.

Rozdział 21: Bardzo stara sylwetka na tle nieba.

 

Ratusz, stojący w centralnej części jarocińskiego rynku, nie wyglądał już tak pięknie jak w letnie i zimowe wieczory, ale mimo wszystko był w o wiele lepszym stanie niż był jakieś 7-8 lat temu.

Sala obrad rady miejskiej, której podłoga wyłożona była czymś, co albo było białym marmurem, albo doskonale go imitowało, ściany pokryte były śnieżnobiałym tynkiem, na środku krótszej ściany, pod którą stała mównica.znajdował się fresk przedstawiający herb Jarocina, naprzeciw mównicy stały trzy rzędy krzeseł, u jej podnuża zaś wazon z kwiatami. W sali znajdowało się jedenaście osób. Wśród nich był Dawid, trzymał w ręce białą kopertę.

Na mównicę wstąpił facet w średnim wieku, niewysoki, siwy i lekko łysiejący w okularach.

- Witam wszystkich serdecznie na licytacji własności ruchomej oraz nieruchomości likwidowanej firmy GOPOL spółka cywilna, regon 157392107, zlokalizowanej przy ullicy Aleja Niepodległości 26. Zaczynamy dzisiejszą licytację od samochodu marki…

I tak prawie 2 godziny, aż w końcu doczekał się tego na po co tu przyszedł.

- Przechodzimy teraz do licytajcji budynku figurującego w ewidencji pod numerem KS-1733/5 - zaczął licytator – jest to hala przemysłowa z zapleczem sanitarnym i ogrzewaniem olejowym, hala jest pusta, powierzchnia hali wynosi 524,8 metra kwadratowego. Licytacja odbędzie się w sposób utajniony, każdego z zainteresowanych, którzy zgłosili się wcześniej do przetargu proszę o złożenie zaklejonych kopert z propozycjami cenowymi u mnie.

Wstał i nieśpiesznie posążył ku mównicy. Licytator zaszczycił go jedynie krótkim spojrzeniem.

Łącznie złożonych zostało pięć ofert.

Wygała firma PHU Da-Tun, znana wszystkim bliżej jako RMS, będąca pełnomocnikiem Mazda Motor Corporation.

Budyknek o wartości rynkowej nieco przekraczającej czterysta tysięcy złotych został sprzedany za niewiele ponad 50% tej sumy, mimo że najwyższa oferta wynosiła dwa razy tyle.

 

***

 

W czwartek o godzinie dwunastej, dzień po spotkaniu w budynku ratusza miejskiego, w siedzibie RMS rozpoczęło się zebranie firmowe.

- Dobra chłopaki, mam dla was wiadomości. Sam nie wiem czy to dobre wiadomości, ale się okaże w praniu.

Wszyscy patrzyli na niego z wyczekiwaniem. Ciszę przerwał Blacha.

- Musi być dobrze, wierzę w te firmę.

- Ja też w nią wierzę i wierzę, że to się uda, bo jak się nie uda, to Wy stracicie pracę, a ja stracę wszelkie źródło dochodu, swoje marzenia o tym co teraz robie, ale przede wszystkim stracę z Anią swoje dotychczasowe życie i stracę was, przyjaciół.

- Nie chrzań stary. Nikt tu stąd nie odwróci się od ciebie. – wtrącił swoje pięć groszy Piotrek.

- Nie chciałbym tego sprawdzać. Wracając do sedna…

Od strony pomieszcczeń warsztatowych doleciał ich dźwięk otwieranych i zamykanych drzwi, oraz głos:

- Halo! Jest tu ktoś?

Dawid spojrzał na kalendarz wiszący na ścianie, a później na zegarek.

Niech to chu…dy byk wy*ebie, zapomniałem o nim!

Wyszedł szybko z jadalni.

- Witam serdecznie. - rzekł ściskając rękę gościa – muszę się przyznać, że na śmierć o panu zapomniałem. Mieliśmy właśnie małą naradę…

- Oj nie panujmy już sobie, chyba aż tak staro nie wyglądam. Podejrzewam, że jesteśmy mniej więcej w równym wieku. Dawid jestem. - powiedział wyciągając rękę na przywitanie.

- Ja również - odwzajemnił uścisk.

- Ciekawie się składa.

W tym momencie wszyscy opuścili jadalnię.

- Też tak sądzę. Tym bardziej z powodu pańskiego cacka, którym mam się zająć.

- Chcesz go zobaczyć?

- Pewnie. - odparł Dawid, po czym zwrócił się do Siwego - no to zobaczymy stary, jakim jesteś znawcą japońskiej motoryzacji. Chłopaki nie podpowiadajcie mu. Pan też.

- Myślałem, że przeszliśmy na „ty”

- O pardon, muszę się przyzwyczaić.

Wyszli na zewnątrz. Przed bramą stała autolaweta z nakrytym brezentem samochodem. Dawid ocenił, że przód znajduje się dokłanie nawprost nich. Dobrze.

Dawid, właściciel auta, wdrapał się na platformę, po czym zaczął składać nakrycie od tyłu, odkrywając przód szybkim ruchem, po czym uśmiechnął się szeroko.

Z ust Dawida i Mariusza wydobyło się jednocześnie westchnienie zachwytu.

- Powiem szczerze. Padam na kolana. Nie wierzyłem do końca, że będzie to na pewno to auto, ale teraz wierze. Zmiażdżyło mi jaja, wykręciło suty, zerwało gacie i rzuciło na kolana… - wyznał Dawid. - No stary, wiesz co to za fura?

Piotrek także miał wielkie oczy ze zdziwienia. Spodziewał się czegoś innego.

- Hakosuka? Ja je*ie… to Hakosuka.

Mariusz, Dawid, Dawid i nawet Marcin, który też poznał to auto, wykonałi coś, co po zrobieniu im zdjęcia byłoby modelowym przykładem „face palm’u”.

- No to zero siedem Jacka jest moje. Jak stary można pomylić Skyline C10 Hakosuka z najpiękniejszym Skylinem ze wszystkich? To jest „Iron Mask”. Sky R30. W dodatku to strasznie żadka seria Paul Newman z L20ET, rocznik 83. Przed tym autem należałoby klękać.

Piotrek nawet się nie odezwał.

- No cóż, nie wszyscy znają się na klasykach japońskiej motoryzacji. – poiedział Dawid, ten stojący na platformie przy swoim R30. Po czym zszedł z niej na ziemię i zabrał się do rozkładania najadzów.

 

***

 

Wprowadnzili auto do warsztatu i ustawili na podnośniku.

- Co mamy przy nim zrobić? - zainteresował się Blacha. Podświadomie przeczówał, że czeka go wieeele godzin spędzonych przy tym samochodzie.

- Przede wszystkim blacha - zaczął właściciel – trzeba usunąć każdy miligram rdzy, każdy zardzewiały milimetr krawdatowy metalu i zastąpić go nowym. Nie jest tego jakoś zatrważająco wiele, ale chcę by było to zrobione. Malowanie na oryginalny kolor z Paula Newmana, trzeba przerobić lekko zderzaki i obniżyć zawieszenie. Chciałbym, żeby zawias był zrobiony jak najlepiej. Może być nawet całkowitym custom’em, ale ma być dobry na ulicę, no i po zmianie ustawień także na trackday’e i inne imprezy classic auto. Felga Watanabe, w środku deska i szmatki według mojego projektu. Projekt dostarczę na dniach. Pod maską ma zostać L-ka, ale L28E na ITB, dłubaną głową, zakuty rozwiercony i doprężony tak na 10:1 i zakręcony jak wysoko się da. No i wzmocniony napęd. To chyba tyle.

- Jasssne… Masakra, będzie masa roboty przy samym silniku, a reszta to już w ogóle chyba z rok świetlny.

To był Blacha, doskonale wiedział, że ma przej***ne.

- Nasz klient, nasz pan. – powiedział Dawid patrząc na niego i wzruszając ramionami.

- Zwłaszcza, sypie kasą jak dobry wujek. -  uśmiechnął się właściciel auta.

- Tak jest, a w dodatku ma świetne pomysły nie tylko na wspaniałe klasyczne auto.

- Naprawdę?

- Ano. Już wiesz gdzie się udasz autem na przejażdżkę gdy go skończymy.

- O ile dożyję tej chwili i nikt z nas nie załamie się na tyle by w afekcie zepsznąć tego – wskazał na R30 – do rzeki.

- Nie pozwolę na to.

Reszta stała i gapiła się na nich z pytającym wzrokiem. Marcin nie wytrzymał.

- Hola, hola panowie. O czym wy nawijacie?

- O tym, o czym nie zdąrzyłem wam powiedzieć. To ten człowiek podsunął mi zaj**iście genialny pomysł. Do takiego wniosku doszedłem przed chwilą.

- To może w końcu powiesz „co jest pięć”? – zniecierpliwił się Siwy.

- Pamiętasz wasz warsztat na ceglanej? – zwrócił się do niego Dawid.

- Pewnie. No i?

- A pamiętasz te dużą halę na końcu placu? Kupiłem ją wczoraj drogą przetargu na likwidacyjnej licytacji własności GOPOL-u. I jak? Zaj**iście co nie?

- Ciekawa opcja, nie powiem. A co z tym miejscem? A za co wyposażysz tamten warsztat?

- Spoko, spoko. Na to mam kupca, który regularnie suszy mi o to dupsko. Już dostałem 10% zaliczki, za resztę wyposażymy tamten warsztat, a to co mamy tutaj się tam przeniesie i będzie si.

- No to świetnie. Miejmy nadzieje, że wszystko się ułoży. - powiedział Blacha - Mam tylko jeszcze pytanie do Ciebie. Nie myślałeś żeby wsadzić tu klatkę? Tylko rollbara. Spięło by to choć troche starą, zmęczoną budę, która po wycięciu rostu i wspawaniu reperaturek będzie dodatkowo osłabiona.

- Nie bardzo. Chcę zachować pełne, oryginalne wnętrze.

- Oryginałne? Przecież masz jego projekt.

- Ma być zrobione od nowa, ale odwzorowywać oryginał. Lepszy materiał, inny kolor, nowa tapicerka i tak dalej.

 

Rozmów i ustaleń było całe mnóstwo, a miało być jeszcze więcej. Nie był to łatwy orzech do zgryzienia dla jarocińskich tunerów. Był on za to wielkim sukcesem  firmy, który odbił się echem na całym Starym Kontynencie i nie tylko. Ale nie pora by to opisywać.