Rozdział 22: New divide

 

Delikatnie puścił sprzęgło po czym odbił kierownicą w lewo. W końcu był na miejscu.

Wysiadł z auta i spojrzał na dużą halę. Ogromną jak na zwykły warsztat samochodowy, a nawet tuningowy, którym miała się stać niedługo.

Cieszył się jak przysłowiowa mrówka z bateryjki.

Prace już się rozpoczęły. Minęły dwa miesiące, a budynek podzielono na dwie części, i w błędzie był ten kto pomyślał, że zrobiono to w płaszczyśnie pionowej. Ponieważ zrobiono dokładnie odwrotnie mówiąc prościej: wewnątrz wysokiego na ponad osiem metrów budynku dodano podłogę wiszącą pięć metrów nad ziemią.

Piętro było konstrukcją niezależną – gdyby nie wielki niebieski budynek okrywający ją, wyglądała by jak wyrzucona na stały ląd mała platforma wiertnicza. Docelowo hala miała zostać podzielona na trzy części. Jedną miało być zaadaptowane na skład części i innych rupieci piętro, na które dostać się można jedynie windą towarową tak wielką, że swobodnie można było nią przewieźć karoserie średniej wielkości auta.

Druga i trzecia część miały znajdować się na dole.

Pierwszą z nich był warsztat: sześć niezależych stanowisk, wyśmienicie wyposażonych.

Pozostałą powierzchnie miało zająć coś specjalnego, ale co takiego, tego nie wiedział nikt poza właścicielem.

Była jeszcze czwarta część, część biurowa i sanitarna, czyli murowana przybudówka przy hali, w której pomieszczeniach niegdyś mieściła się siedziba techników.

Dwa miesiące zajęło zaprojektowanie i skonstruowanie, z niezwykle szybkich w budowaniu i lekkich w konstrukcji kratownic, piętra. Ale tylko miesiąc na przeniesienie wszystkiego ze starego warsztatu.

Za miesiąc bowiem, musiał oddać „starą hurtownię” nowemu właścicielowi, co wiązało się z zyskaniem reszty pieniędzy, co wraz z odebraną już zaliczką, miało zasilić jego portfel o niebotyczną sumę dwóch i pół miliona złotych.

- Jeszcze miesiąc… – westchnął.- …i wkraczamy w nowy rozdział.

Wierzył, że teraz musi mu się udać. Tyle przecież mu się już udało.

Miał przyjaciół, miał rodzinę, którą już niejako tworzył z Anią, miał swoje wymarzone auto i przede wszystkim miał najważniejsze na świecie: spełnioną miłość, którą był ideał ideałów jego wyśnionej kobiety.

Jednak wiedział, że nie zawsze szło mu dobrze. I pamiętał o tym.

„Między mną i Anią też nie było kiedyś dobrze… Pamiętam jak się o nią starałem, robiłem co mogłem i nic. Nie było rady, zawsze coś szło nie tak, zawsze coś stawało na przeszkodzie…

Wtedy była… była dla mnie jak ta Mroczna Wieża dla Rolanda.”

W tym samym momencie zaśmiał się mimowolnie
- Czy ja zawsze musze porównywać sytuację do książek Kinga? Muszę go chyba odstawić na jakiś czas. – powiedział sam do siebie. W chwilę po tym wpadł znów w wir wspomnień.

„Była jedynym celem, myślałem, że jest przeznaczeniem, ale była także przekleństwem. Dziś wiem, że jest moim przeznaczeniem na pewno, lecz wtedy mimo, że robiłem wszystko by się do niej zbliżyć, ona się oddalała”

Podszedł do ściany hali, przesunął po niej palcami prawej na wysokości wzroku, delikatnie, z uczuciem, namysłem… po czym oparł się o nią tą samą ręką i zwiesił głowę.

„Teraz to kolejne ogromne deja vu w moim krótkim życiu,…”

Pod pewnymi względami jednak, jego życie nie było wcale takie krótkie. Może mając dwadzieścia sześć lat nie mógł powiedzieć, że żył już długo, lecz z całą pewnością mógł powiedzieć, że „swoje w życiu przeżył”

„…a więc czyżby miała to być moja kolejna Mroczna Wieża?”

- „Sir Roland pod Mroczną wieżą stanął.” – powiedział i ponownie zaśmiał się cicho, półgębkiem.

Czyż nie nosił podobizny Rolanda Deschain wytatuowanej po prawej stronie klatki piersiowej, na żebrach? Oczywiście, że tak. Była to pamiątka po zaliczeniu pierwszego roku na polibudzie. Była jak zegarek na ręce, o którym najzwyczajniej nie pamiętamy gdy już się do niego przyzwyczaimy.

W jego oczach człowiek ten, choć wymyślony, był wielkim symbolem.

Męstwa.

Uporu.

Honoru.

I zasad.

Była tam też, tuż pod portretem Rewolwerowca, sentencja z szóstego tomu tej powieści.

A gdy dostaniesz to, o czym marzyłeś
będziesz żył lepiej niż żyłeś.”

Czerwone strupy i lekka opuchlizna jeszcze nie zniknęły, mimo że sentencję dorysowano  już prawie dwa tygodnie temu.

Przesunął lewą dłonią po prawym rzędzie żeber.

- Coś kiepsko się goi. - wyszeptał.

W tym momencie poczuł się wręcz pewny tego, że znów czeka go długa i ciężka droga do celu. Postanowił jednak się nie poddawać.

 

***

 

Dotknął drżącą dłonią ciepłej maski Miaty, przystanął i spojrzał na piękną linię auta, którą podkreślał mrok i oddalone uliczne światła. Zapatrzył się w jego nienajmłodsze, a jednak ponadczasowe kształty.

Otworzył drzwi, zajął miejsce za kierownicą, zapiął pasy szelkowe i wsadził kluczyk w stacyjkę.

Odczekał chwilę zanim odpalił silnik, jednak gdy już przekręcił kluczyk w stacyjce, motor posłusznie obudził się do życia pieszcząc ucho cichym i miarowym basem.

Dodał gazu i ruszył w kierunku domu.

Gdy był już na ostatnim kilometrze swej trasy powrotnej, nie mógł już powstrzymać chęci wychłostania małego autka. Kilka ostatnich zakrętów dosłownie przeleciał jak odrzutowiec. Oczywiście wszystkie bokiem.

Dotarł pod blok, zaparkował, lecz nie zgasił od razu silnika.

Nie żeby martwił się o turbinę, od tego miał turbo timer.

Wsłuchał się w gang dwa przecinek trzy litrowej jednostki i wyłowił ledwo słyszalny stukot.

Przegazował delikatnie

- Puk, puk. Kto tam? – mruknął.

 

***

 

- Długo cie nie było. – powiedziała gdy wszedł do kuchni.

- Przepraszam, byłem zobaczyć jak tam przebudowa i się zasiedziałem…

- Rozumiem.

Podszedł do niej i przytulił patrząc przez ramię na to co w tej chwili robiła.

- Co tam pichcisz piękna?

Zdziwiło go trochę czemu nie odwzajemniła się czymś w stylu buziaka.

- Coś się stało kotuś?

- Może.

- O co ci chodzi? Powiedz proszę.

Odwróciła się i spojrzała mu w oczy.

- O to, że prawie cie tutaj nie ma. O to, że może i mam wszystko, mieszkanie, czas, pieniądze… ale prawie nie mam ciebie. Czasami myślę, że to nie ten warsztat mi ciebie zabiera.

- O czym ty mówisz?

- Masz kogoś?

- Chyba żartujesz. Przecież wiesz ile jest latania, załatwiania i innych dupereli z tym wszystkim, a ty mi sugerujesz, że mam kogoś na boku podczas gdy ja siedzę w pracy i staram się zrobić wszystko, żebyśmy tylko nie wpadli po uszy w gówno jakim jest brak środków do życia?

- Nie praw mi tu kazań. Gdzieś mam te środki do życia skoro nie ma przy mnie faceta, który mi je zapewnia!

Wiedział, że ma rację. Ostatnio był gościem w domu. Jego dzień polegał na doglądaniu prac w hali, pracy we warsztacie, znów doglądaniu remontu i wreszcie po trzynastu, a czasem nawet szesnastu godzinach pracy na śnie w domu, a potem „a piać od nowa”.

- Przepraszam.

- Często to powtarzasz.

- Obiecuje, że gdy już wszystko będzie ok, pojedziemy sobie na wycieczkę. Wezmę sobie urlop od firmy…

- Nie obiecuj, tylko coś zrób. – przerwała mu.

- … na miesiąc i pojedziemy gdzie zechcesz, wtedy będziesz mnie miała tylko dla siebie! – ostatnie słowa musiał powiedzieć głośniej ponieważ Ania wyszła z kuchni do pokoju, udając, że go nie słucha.

Poszedł za nią, usiadł na niskiej, czarnej sofie.

Wziął jej delikatne dłonie w swoje ręce, lecz nie spojrzała na niego.

- Niedługo wszystko się zmieni.  - wyszeptał, nie zdając sobie sprawy ze swoich proroczych słów. – Zobaczysz.

W końcu odwróciła się do niego.

- Kiedy?

- Szybciej niż myślisz.

To ją w pełni satysfakcjonowało. Wiedziała przecież, że zawsze stara się jak może dotrzymać każdej obietnicy.

Oczy jej poweselały, uśmiechnęła się. Umiała nim manipulować, a przynajmniej w pewnym sensie. Zazwyczaj był właśnie taki, pokorny jak baranek. Ale nigdy nie kierowała się egoizmem w swoich manipulacjach, zawsze miały one na celu poprawę czegoś ważnego dla nich obojga.

Wstała, a on spojrzał na nią. Usiadła  mu na kolanach, jednocześnie patrząc my w oczy.

- I nie masz nikogo? - szepnęła zalotnie.

Objął ją i przesunął dłońmi po plecach, gdy spoczęły na wysokości lędźwi przeszedł ją lekki dreszcz.

- No… właściwie to mam taką jedną… - odszepnął z szelmowskim uśmiechem.

- Tak?

- Tak. Chcesz ją poznać? – gdy to mówił już rozpięła jego koszulę.

- Czemu nie?...

 

***

 

Dla Dawida obietnice były rzeczami świętymi, tak samo jak umówione terminy . Dlatego już następnego dnia zaczął wcześniej kończyć pracę, by mieć więcej czasu dla Ani, ale także dla rodziny i znajomych. Pozwolił nawet swoim pracownikom na wcześniejsze wyjścia z pracy dwa razy w tygodniu, ponadto ustalił specjalny grafik na tę okoliczność.

Bardzo szybko minął miesiąc podczas którego prace w hali dobiegły prawie końca, Pozostała tylko „wykończeniówka”. Dużo rzeczy zdarzyło się w ciągu tego miesiąca.

 

***

 

Tuż po Bożym Narodzeniu, a przed Nowym Rokiem odbył się wyścig, który miał być specjalnym wydarzeniem. Powodem wyścigu był przegrany pojedynek na Serpentynach, który odbył się podczas wakacyjnego wypadu ekipy RMS. Głównymi bohaterami tego pojedynku było dwóch mechaników firmy, w tym jeden już były, Mariusz i Marek.

 

Rozdział 23: Snowy highway to...

 

Dwa wozy stały tuż obok siebie, grzejąc silniki. Z wydechów sączył się biały  dym, czerwień lamp postojowych kładła się ma śniegu długimi pasami. Migały światła awaryjne.

By obejrzeć ten wyścig przybyło to ledwie paru dobrze poinformowanych zapaleńców.

Za kierownicą żółtego, świetnie utrzymanego, mimo nienajmłodszego już wieku, Forda Mustanga czwartej generacji z silnikiem 3,8 OHV o mocy 150KM, miał zasiąść Mariusz, znany wszystkim jako Blacha.

Obok stał jeszcze starszy, ale całe lata świetlne piękniejszy, bordowy Nissan Silvia S14 z wolnossącą, czterocylindrową jednostką KA24DE, której moc fabryczna powinna wynosić 155KM. Za sterami tej maszyny pozycję miał zająć Marek.

W tym miejscu, mój drogi Czytelniku, należy dokonać pewnej retrospekcji zdarzeń, które doprowadziły do tej sytuacji.

 

***

 

Są wakacje, na Serpentynach zgromadził się wielki tłum gapiów, chcących podziwiać zmagania przyjezdnych z Wielkopolski.

Jako pierwszy na starcie wyścigu stanął Mariusz w NSX, jego przeciwnikiem był młody miejscowy ścigant w Toyocie Celica GT4 ST205.

Oczywiście Mariusz wygrywa z ogromną przewagą. Czego zasługą jest niewątpliwie doskonałe auto.

Ważniejszym wydarzeniem, dla zrozumienia powodów zimowej potyczki, jest pojedynek Marka, prowadzącego Mazdę Cosmo, z innym „tubylcem” ujeżdzającym na tym terenie 450-konne Audi S2.

Oba auta stają na starcie, rozpoczyna się odliczanie.

START.

Jedynie większa moc i lepsze opony pozwalają tylnonapędowej Maździe na utrzymanie cię na równi z piekielnie szybką S2, która katapultuje się jak z procy, przy czym nie puszcza nawet dymka spod opon.

Prosta mija w zawrotnym tempie, zawodnicy idą łeb w łeb, ale Marek odpuszcza, nie ryzykując wciskania się na „zapałkę” od wewnętrznej, by nie uszkodzić auta o barierkę, lub nie wywołać kraksy.

Nie odpuszcza jednak za bardzo i cały czas siedzi Audi na ogonie.

Kolejne dwa prawe oba auta przechodzą gripem, na prostej Mazda nie daję rady dojść dysponującej świetnym napędem „eski”.

Na serii zakręcików  sytuacja reprezentanta RMS tylko się pogarsza, traci ponad 20 metrów.

Szczęście jednak nie całkiem opuszcza Marka. Na Patelni Audi daje się we znaki największa bolączka „czterołapów” – wyjeżdżanie przodu.

Podsterowność spycha Audi na barierki, hamowanie ratuje kultowe coupe od bolesnego faceliftingu.

 

„Mocne hamowanie,skręt w lewo, redukcja, gaz…

Czuje jak zaczyna się podsterowność.

Puszcza gaz i na ułamek sekundy odwraca się w prawo. Widzi zbliżające się barierki.

Szybka kontra, gaz do oporu. Nic.

- Nieeee! Nie teraz! No dalej, dalej, dawaj malutka!

Zaklęcia również nie pomagają. Podejrzewam, że nie pomogłyby także tańce ani szaman.

Hamulec wdepnięty mocno, prawie do oporu, trakcja wraca, kierowca również, jakby to powiedział Włodzimierz Szpakowski, <z dalekiej podróży>.

Koła ponownie zwracają się w lewo, noga wędruje ku pedałowi gazu.

Rozbłysk w lewym lusterku, krótki ale mocny.

W lewej szybie ukazuje mu się biała plama...”

„- Mam cie! Mam cie!

Marek wchodzi na Patelnie szybkim, i średniogłębokim driftem.

Widzi jak S2 odzyskuje przyczepność i zaczyna powrót na prawidłowy tor jazdy.

- Muszę się zmieścić – myśli kierowca Mazdy – przejdę na gazetę.”

„Biała plama przybiera postać białego auta, spod którego tylnych kół wydobywają się kłęby dymu.

Cosmo znika z bocznej szyby za słupkiem czołowym i już nie pojawia się w przedniej szybie.

W obu szybach pojawia się za to bieluteńki dym i w tym samym momencie słychać głuchy, niezbyt głośny huk”

Tylny zderzak w Maździe pęka na dwie części, które teraz trzymają się budy na słowo honoru. Przedni zderzak w Audi wygląda niewiele lepiej.

Na kolejnych zakrętach Audi odrabia stracony dystans, nie może jednak wyprzedzić białego auta przed sobą.

Ale wtedy, przed ostatnim zakrętem, przeciwnik daje nabrać się na jeden z wielu starych sposobów kierowców wyścigowych.

 

„Pięćdziesiąt metrów do zakrętu, błysk w lewym prawym lusterku.

Rzut oka we wsteczne lusterko, Audi składa się do ataku od wewnętrznej.

- Nie dam ci tej szansy. – myśli Marek.

Szybkie odbicie w lewo, pulsacyjne hamowanie i pięknym braking driftem wchodzi w ostry prawy wiraż. Bardzo szeroko.

-Wyhamuje mnie to, ale zablokuje mu wewnętrzną.

Owszem, zablokowało nie tylko wewnętrzną i już prawie manewr S2 się nie udał, ale szczęście mu dopisało.

Marek dodaje gazu prawie do deski. Za dużo.

Mazda spinuje, zatrzymując się w tumanie dymu centymetry od wewnętrznej barierki”

Na mecie wszyscy gratulowali zawodnikom świetnej walki… i wtedy Marek podszedł do swojej ekipy.

- Oj Maras, Maras, ale zje***eś ten ostatni zakręt, co to było? – spytał Mariusz, który ścigał się niedługo przed Markiem.

- Spier**laj.  Przesadziłem trochę z gazem, mówi się trudno.

- Taaa z gazem, ale wcześniej rozwaliłeś zderzak w Cosmo, a jeszcze wcześniej oddałeś prowadzenie, które było twoje.

- Taki z ciebie mistrz kierownicy? To może się ścigniemy?

- Z przyjemnością. Kiepsko panujesz nad autem.

- No to ścigajmy się zimą, na śniegu. Zobaczymy kto lepiej panuje nad autem w trudnych warunkach. Bo kto panuje w zimie, ten panuje cały rok.

- Jeszcze jakieś życzenia?

- Tak. Ścigamy się tylnonapędówkami o mocy około 150 koni, żadnych kontroli trakcji ani innych.

- Stoi.

Tak właśnie doszło do wypowiedzenia dżentelmeńskiego pojedynki między dobrymi kumplami z warsztatu.

 

***

 

Start wyścigu zlokalizowany był w miejscowości Zalesie, meta na drodze prowadzącej do Szypłowa.

Długie proste, kilka wymagających zakrętów, zjazdy i podjazdy, kopny śnieg, poważnie zwężone ulice między otwartymi polami z niezbyt długimi mijankami, przejazd drogą pośród lasu i półtora metra śniegu wszędzie wokół, oto największe atrakcje całej trasy. Doskonały sprawdzian dla każdego kierowcy. Drogi na tych terenach zawsze są raczej kiepsko odśnieżone, asfalt pokrywa gruba warstwa  średnio rozjeżdżonego śniegu, a ruch uliczny zmierza do zera.

Na starcie stały dwa auta, nikogo nie było wokół, wszyscy obserwatorzy, a było ich dziewiętnastu, przyjechało na metę wyścigu by oglądać pojedynek na ekranach swoich palmtopów, czekając na zwycięzce i przegranego.

Specjalne czerwone lampki paliły się na deskach rozdzielczych aut, by po chwili zacząć pulsować.

1, 2, 3… po dziesięciu umówionych mrugnięciach lampki zgasły.

Auta powoli i posłusznie zaczęły rozpędzanie. Tylne koła stale traciły przyczepność, a raczej jej namiastkę, mimo kolcowanych opon zimowych na obu osiach.

Wyruszyli z małej polnej ścieżki, by po chwili wyjechać na drogę, gdzie pod zalegającym śniegiem leżał asfalt.

Na starcie prowadzenie objął Mariusz, ruszając delikatnie aż z trzeciego biegu.

Jechali po prostej drodze, walcząc z autami, by te poruszały się jak najstabilniej, bez utraty trakcji.

Hamowanie na takiej nawierzchni  było rzeczą nierealną, pozostało hamowanie silnikiem, kręcenie kółkiem i dodawanie gazu.

Zbliżali się do zakrętu, długiego wirażu zmieniającego kierunek jazdy o 90 stopni.

Mariusz sunął coraz szybciej, dobijając do sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, co przy tych warunkach drogowych zakrawało o czyste szaleństwo, a przynajmniej dla zwykłego użytkownika dróg. Mimo to Marek siedział mu na ogonie.

Pięćdziesiąt metrów przed zakrętem zaczął odejmować powoli gaz.

Całkowite odjęcie gazu w tych warunkach, przy aucie dysponującym takim momentem obrotowym, zadziałałoby tak samo jak technika lift-off w mocnym aucie na suchej nawierzchni, tylko że tutaj byłaby praktycznie niekontrolowana.

Marek również zaczął odejmować gaz, zrobił to jednak wolniej, w efekcie lekko stukając Mustanga w tył.

- Szybciej. Co się tak guzdrzesz? – mruknął Marek.

- O ty gnoju, poganiasz mnie? – spytał starego wnętrza Blacha.

Marisz skręcił delikatnie koła w lewo, wóz zaczął zmieniać kierunek jazdy.

Redukcja do dwójki  i auto praktycznie bez dotknięcia gazu zaczyna iść bokiem. Kontra i lekkie powolne dodawanie gazu ustabilizowało nieco niespokojny tył, pogłębiając minimalnie wychylenie i zwiększając prędkość. Nissan wykonał dokładnie to samo tylko minimalnie szybciej, jednocześnie wchodząc „pod pachę” Fordowi.

Lekkie puszczanie gazu i auta wracają do jazdy na wprost, ocierając się zderzakami, przez co prowadzącemu Mustangowi lekko zatańczył tył.

Kolejna prosta.

40km/h… 45…50.

Oba auta wjeżdżają do lasu, gdzie drogę nadal pokrywa śnieg, ale nieco cieńszy i bardziej rozjeżdżony, droga rozszerza się.

Mustang od razu schodzi na lewo, do zewnętrznej, S14 również.

Trzydzieści metrów przed długim zakrętem, o kącie mniej więcej stu dziesięciu stopni, mkną już prawie 70 na godzinę.

Marek lekko odpuszcza gaz,  po czym redukuje do trójki i skręca koła delikatnie w prawo.

Tył Nissana zaczyna gonić przód.

Kontra i lekkie dodanie gazu. Nissan powoli wysuwa się zza Mustanga, który dopiero teraz rozpoczyna skręcanie.

- Ale skucha, za późno. – jęknął Mariusz.

S14 wysforowała się na prowadzenie, idąc długim i płaskim driftem przez zakręt oraz zyskując dodatkowo metr przewagi. Płynnie wychodzi po zewnętrznej i stabilizuje tył.

Przed nimi bardzo długa prosta, która tylko z nazwy wydaje się łatwa. Wyjeżdżając  z lasu mieli już po 80 na licznikach, a dodatkowo w tym miejscu zaczynał się lekki zjazd w dół.

Żaden z kierowców nie próbował nawet zwolnić gdy zaczęli dobijać do stu kilometrów na godzinę, ponieważ tam gdzie zaczynał się dużo bardziej stromy podjazd.

Przy tej prędkości każdy najmniejszy niepewny ruch kierownicą oznaczał koniec wyścigu.

Tuż przed podjazdem oboje wbili wyższe biegi, by zmniejszyć moment na kołach i wjechać pod górkę praktycznie nie zmieniając obrotów na wyższe.

Na szczycie wzniesienia oboje zredukowali ponownie biegi i zaczęli rozpędzanie aut.

Gdy zostało prawie sto metrów do najcięższej sekcji zakrętów, już znajdujących się w głównym punkcie wsi Osiek oboje przezornie zaczęli ujmować gaz.

Można powiedzieć, że to skrzyżowanie jest centralnym punktem Osieka. Główna droga wiodąca od strony Mieszkowa i krajowej jedenastki rozwidla się tu prowadząc do dwóch innych wsi. Około czterdzieści metrów od rozwidlenia obie drogi łączy „poprzeczka” , tworząc z rozwidleniami trójkąt. Na środku tego trójkąta znajduje się figura św. Wawrzyńca otoczona trawnikiem, który od asfaltu oddzielają dość wysokie krawężniki. Dodatkowym smaczkiem jest to , że podstawę trójkąta („poprzeczkę”) i wierzchołek dzieli również różnica wysokości około czterech metrów.

Weszli w bardzo ciasny lewy zakręt z prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę, oboje driftując. Krótki sprint do kolejnego zakrętu, szybkie odpuszczenie gazu, oba auta zaczynają sunąć bokiem ku zjazdowi w dół.

Zjeżdżając, żaden z nich nie przywrócił autu trakcji.

Cięższy Mustang odrobił stratę na zjeździe.

Marek, wciąż pozwalając driftować Nissanowi, ponownie skręcił koła w prawo, po czym dodał zdecydowanie gazu. Auto pogłębiło drift , ustawiając się na dolnym prawym zakręcie przodem do podjazdu.

Prędko wrzucił czwórkę i zaczął delikatnie ujmować sprzęgło.

Przeciwnik wykonał podobny manewr, dzięki czemu nie stracił dystansu.

Auta powoli. Mozolnie pięły się do góry. Gdy dojeżdżali już do szczytu wzniesienia, oboje dodali gazu, wprowadzając driftem swoje maszyny w przedostatni prawy zakręt na trasie. Mustang, mimo większej masy, nie został w tyle ani o centymetr.

Rozpoczęło się kolejne rozpędzanie aut. Droga wiodła prosto przez wieś.

Zbliżali się do kolejnego zakrętu z prędkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Długi, szeroki i łagodny, prawy zakręt dawał dużo miejsca do wyprzedzania.

Mariusz, tak jak robił to wcześniej, odjął stopniowo gazu, skręcił lekko koła i zredukował do dwójki, próbując jednocześnie wcisnąć się Nissanowi  „pod pachę” uzyskując tym samym miejsce na wyprzedzenie.

Plan był bardzo dobry, lecz kierowca pojechał intuicyjnie i nie dostrzegł tego, że S14 mu odjeżdża.

Zakręt dawał zupełnie nowe możliwości w porównaniu z poprzednimi,  dlatego Marek zamiast ująć, dodał powoli gazu, uprzednio redukując bieg do dwójki i skręcając koła w prawo.

Kontra. Wskazówka obrotomierza szybko dolatuje do czerwonego pola, tylne koła rozstają się z przyczepnością, sypiąc fontannami śniegu, lecz mimo to samochód pozostał stabilny i utrzymywał nadany mu kierunek driftu.

Ujęcie gazu, prostowanie kół, auto znów jedzie na wprost.

Szybki rzut oka w lusterko ukazuje Markowi, że Mustang stracił sporo dystansu.

Adrenalina, która już buzowała w jego żyłach, uderzyła do głowy, wzmocniona euforią wywołaną udanym manewrem. Wrzucił wyższy bieg i zaczął jak najszybsze rozpędzanie wozu.

- Ależ skubany poszedł, bez zwalniania… Odjechał jakbym stał. – Mariusz musiał przyznać, że jego kumpel potrafi jeździć w trudnych warunkach niesamowicie dobrze.

Wyszedł z zakrętu i zauważył, że Nissan zwiększył dystans. Jego kierowca nie zwalniał.

- Czy on jest poj**any? Nie wyhamuje.

Marek w ferworze walki zapomniał, że po delikatnym podjeździe tuż za tym zakrętem, zaczyna się najbardziej stromy zjazd na trasie.

Poczuł jak auto zaczyna gwałtownie nabierać prędkości, wskazówka prędkościomierza pięła się coraz wyżej. W połowie wzniesienia minęła 110km/h i wtedy światła wyciągnęły z mroku lewy zakręt, znajdujący się tuż za jego końcem. Oświetliły niewielką barierkę, mającą za zadanie przypomnieć kierowcom o zakręcie i trzymetrowej skarpie tuż za nią.

W tym momencie jego mózg doznał czegoś w rodzaju przeciążenia, wyłączył trzeźwe myślenie.

Kurczowo chwycił kierownicę i wcisnął hamulec do oporu, momentalnie blokując wszystkie koła.

Auto wykonało na drodze więcej niż pełen obrót wokół własnej osi i nie wytracając wcale prędkości zsuwało się prawym bokiem ku barierce.

Założył kontrę w prawo, ale nic to nie dało, zablokowane koła sunęły po gładkim, ubitym śniegu jak panczeny po lodzie. Nie pomogły nawet kolce, których notabene prawie już nie było.

W dwie sekundy później, gdy Mustang wspiął się na wzniesienie i zaczął powolny zjazd w dół, nastąpiło uderzenie.

Uderzenie w niebiskobiałą, zmęczoną zyciem i pochyloną ku skarpie barierkę, wybiło Nissana w powietrze, nadając mu jednocześnie ruchu obrotowego.

S14 wykonało back-flipa z podwójną śrubą, lądując trzydzieści pięć metrów dalej, dachem do ziemi w polu pokrytym prawie dwumetrową warstwą śniegu.

Kierowca mustanga widział na własne oczy jak Nissan ląduje w polu, a teraz widział jedną ocalałą przednią lampę, oświetlającą śnieg i skrawek nocnego nieba, w chwilę później miał zobaczyć jak wyciekające ze rozerwanego uderzeniem o ziemię baku paliwo, oblewa wciąż gorący wydech, jeszcze pracującego silnika i zapala się.

Wszyscy obserwatorzy widzieli co się stało z jego kamery na dachu, a wcześniej z kamery na dachu auta, którym kierował Marek.

Dawid i Piotrek, wsiedli szybko do zimowego wozu Piotrka, czteronapędowego Subaru Legacy, i pomknęli na miejsce zdarzenia, by ratować Marka.

Gdy tam dotarli, zobaczyli pozostawionego z otwartymi szeroko drzwiami na środku drogi Mustanga. Płomienie jeszcze się nie rozprzestrzeniły.

Dawid prędko zeskoczył ze skarpy, usiłując dotrzeć do wraku w polu, lecz tylko wpadł po pachy w śnieg, zobaczył niedaleko Mariusza w takiej samej sytuacji jak jego.

- Siwykur*adzwońpokaretkę!!! Stodwanaście!!! – wrzeszczał Marek, wtórował mu Mariusz.

Śnieg wokół Nissana zaczął się już topić, ten jednak nadal nie wystawał ponad pokrywą śnieżną.

Mariusz szamotał się w śniegu, nadal próbując dostać się do wraku kumpla, z którym się ścigał, lecz to nic nie dawało, zakopywał się tylko coraz głębiej.

Mijały sekundy, nagle w niebo wystrzelił wysoki płomień, powietrze przeszył huk wybuchających z gorąca opon.

Stojący na drodze ludzie widzieli płonący samochód, wokół którego śnieg topniał w zastraszającym tempie.

Minęło dziesięć minut nim na miejsce zdarzenia przybyło czterech strażaków z miejscowej OSP, w swoim wysłużonym wozie bojowym marki Lublin. Mimo pojawienia się służb ratunkowych nie wskórano nic, motopompa nie chciała odpalić, a sami strażacy wątpili by zasięg strumienia był wystarczający.

Kolejne sześć minut to przyjazdy kolejno: karetki, której sanitariusze przez śnieg nie mogli dostać się do wciąż płonącego wraku, policji, która zabrać miała naszych bohaterów na przesłuchania i spisać protokół z tego co zastali na miejscu wypadku, oraz straży pożarnej, która próbowała gasić samochód.

Udało im się to lecz zajęło tak wiele czasu, że gdy wreszcie następnego dnia zgliszcza Nissana znalazły się na parkingu  jarocińskiej policji, ciało kierowcy zmieniło się w kupkę popiołu i niedopalonych kości.

Sanitariusze pogotowia pomogli wydostać się Dawidowi i Mariuszowi ze śniegu, przy pomocy liny holowniczej z auta Piotrka, w międzyczasie wszyscy pozostali na miejscu (większość wzięła nogi za pas) obserwatorowie, ustalili wspólną wersję zeznań.

 

***

 

- To może powiedz mi jeszcze raz co tam robiliście?

- Już mówiłem. Jechaliśmy sobie wszyscy na imprezę do Książa Wielkopolskiego. Ja z moim kolegą w jednym aucie, Mariusz i Marek w osobnych.

- Wytłumacz mi geniuszu dlaczego jechaliście tam przez Osiek? – ponownie dociekał funkcjonariusz.

- Tak jak mówiłem, Mariusz miał coś do załatwienia u rodziny w Osieku więc pojechaliśmy mniej uczęszczanymi drogami przez Bachorzew i Zalesie.

- Czemu właśnie tamtędy? A nie odśnieżonymi drogami krajowymi?

Piotrek spojrzał na funkcjonariusza zrezygnowany. Musiał już trzeci raz powtarzać to samo. Czyżby chłop brał go na przetrzymanie, próbował wytrącić z równowagi i pomieszać zeznania? Oczywiście.

- A po co myślisz geniuszu kupiłem Subaru Legacy z napędem na cztery buty? Żeby mi się lepiej zasuwało po równych jak stół i suchych niemieckich autobanach?

- Nie zapomniałeś się czasem? Poza tym tylko ty masz czteronapędówkę, reszta z tego co się orientuje jechała autami z napędzaną tylną osią.

- Och ty Sherlocku, masz mnie. – zakpił Piotrek – Akurat moi kumple lubią ekstremalną jazdę RWD w zimie, można podriftować, dużo frajdy jest. Wy nigdy tego nie zrozumiecie.

- Faktycznie, to dla mnie chore. Co było dalej?

Piotrek westchnął.

- Byliśmy w Osieku, gdy Marek nagle zniknął nam z lusterek. Dawid do niego zadzwonił, a on powiedział że miał małego spina.

- Co?

- Obróciło go na śniegu. Silnik mu zgasł, dlatego został w tyle. Pojechaliśmy z Dawidem i Mariuszem na dół zaparkowaliśmy…

- Na miejscu, które wskazaliście jako miejsce waszego postoju, znaleziono jeszcze trzy inne ślady opon, wszystkie świeże.

- No i co z tego? Nie padało, a wcześniej mogło tam się spotkać trzech kumpli ze wsi.

- Jasne, jasne. - fuknął policjant - No i co dalej?

- Marka długo nie było, więc Mariusz po niego pojechał, ale pojechał przez Mieszków bo pod tę górkę nie dałby w życiu rady podjechać.

- Czemu znowu nie zadzwoniliście do niego?

- Nie miałem zasięgu.

- A to ciekawe… I co dalej?

- Mariusz prawie go dogonił gdy ten zjeżdżał z górki, widział na własne oczy jak jego auto jedzie za szybko, obraca się a potem uderza w barierkę i ląduje daleko w polu. Gdy usłyszeliśmy huk, nie wiedzieliśmy, że to Marek, ruszyliśmy na pomoc. Gdy tam dojechaliśmy Mariusz już tam stał, a raczej próbował ratować Marka. Później Dawid też wskoczył w śnieg. Następnie zadzwoniłem po was i czekaliśmy. Nie mogliśmy nic zrobić.

- Zadzwoniłeś… - rzekł funkcjonariusz z namysłem, po czym pochylił się do niego – I nagle miałeś zasięg tak?

- Jak widać.

- A gdzie jest komórka twojego kumpla z auta?

- Skąd mam wiedzieć? Nie nosze jej za nim, to jego komórka.

- Jasne. – znów sarknął policjant – Dziwnym trafem twój kumpel ją zgubił, zastanawiające.

- Faktycznie, jak mógł ją zgubić? Przecież to taka kluczowa rzecz, nie zgubić komórki gdy ratuje się płonącego przyjaciela.

- Nie podskakuj.

 

***

 

Kajdanki zaciśnięte stanowczo zbyt mocno na jego nadgarstkach brzęczały gdy funkcjonariusz wepchnął go do pokoju, który zupełnie nie wyglądał jak filmowe sale przesłuchań.

Był to zwykły gabinet, stały tu szafy, jedna na ubrania, druga na dokumenty, kwiaty w doniczkach na parapetach lekko więdły, pod ścianą stało proste biurko ze sklejki i dwa proste krzesła. Nie było tu luster weneckich, chyba że doskonale imitowały starą, przybrudzoną, szaroniebieską farbę i obraz, przedstawiający jarociński rynek, wiszący na ścianie.

Policjant wyjął z szuflady (potwornie skrzypiała przy otwieraniu i zamykaniu) długopis czarnego koloru, oraz sfatygowany notatnik z lekkimi oślimi uszami.

- Imię.

- Dawid.

- Nazwisko.

- Rejdan.

- Wiek.

- Dwadzieściapięć lat.

- Urodzony.

- Tak.

- Proszę sobie nie robić jaj z poważnej sytuacji. – rzekł funkcjonariusz, nie odrywając wzroku od notesu, próbując nie dać wytrącić się z równowagi – Data urodzenia?

- Nie robię sobie jaj, tylko nie wiem czemu nie może pan wziąć mojego dowodu i spisać tego bez idiotycznych pytań. Zginął mój przyjaciel, były mechanik w moim warsztacie, mąż i ojciec dwójki dzieci. Jak mam sobie ku*wa robić jaja?!

Funkcjonariusz nic nie powiedział, spojrzał tylko na Dawida i wstał.

Dawid uniósł się lekko by ten mógł wyjąć portfel z tylnej kieszeni spodni.

Gdy dopełniono formalności, zaczęły się pytania, na które odpowiadali już na miejscu wypadku, jedne głupie, inne dość podchwytliwe.

Dawid mówił gładko, trzymając się ustalonej wersji zdarzeń.

Następnie funkcjonariusz zaczął się powtarzać, pytając o to samo, prosząc o więcej szczegółów. Kolejnym krokiem było… zadanie wszystkich pytań po raz trzeci.

- Widać taką ma taktykę – pomyślał Dawid. Miał rację, później do podobnego wniosku miał dojść Piotrek.

- Więc nie pamiętasz co stało się z twoją komórką po tym jak wskoczyłeś w zaspę śniegu tak?

- Czytasz mi w myślach koleś. Ratowałem Marka, nie zwracałem uwagi na komórkę. Możliwe, że wypadła mi z kieszeni gdy skoczyłem, mogłem nie włożyć jej do końca do kieszeni.

- Bardzo wygodna jest taka amnezja, nie sądzisz?

- Sadzę, że powinniście zacząć jej szukać, a nie męczyć mnie po raz setny durnymi pytaniami, na które już odpowiedziałem.

Prawdę powiedziawszy Dawid miał nadzieje, że nie zdołają znaleźć komórki, lub jeśli im się uda, mróz i wilgoć załatwią co trzeba.

W tym miejscu, drogi Czytelniku, pragnę powiedzieć, że Dawid oczywiście czuł się winny śmierci Marka, ponieważ to na wyjeździe i wyścigach, które były jego pomysłem, doszło do rzucenia wyzwania i podniesienia rękawicy. To on zaproponował mniej więcej przebieg trasy i to on nadzorował, bądź co bądź, nielegalny wyścig. Znał żonę Marka oraz jego dzieci, wszyscy bardzo się lubili. Bał się jak spojrzy w oczy Joasi, małej Monice i jej starszemu bratu Frankowi.

Próbował uniknąć konsekwencji prawnych z paru prostych powodów.

Po pierwsze: nie wyobrażał sobie zostawić Ani samej, dałaby sobie radę oczywiście, ale totalnie nie znała się na prowadzeniu warsztatu – jedynego źródła dochodów, który popadał w coraz większe kłopoty, a z których właśnie próbował go wyciągnąć.

Po drugie: dając pogrążyć siebie, pogrążyłby również swoich pracowników, którzy również uczestniczyli w nielegalnych zmaganiach na ulicy, a także wszystkich innych związanych z NW… a było ich naprawdę sporo.

Dlatego też do końca życia miały dręczyć go wyrzuty sumienia, spowodowane śmiercią tego niewinnego człowieka. Miały go dręczyć nawet wtedy, gdy zabrakło mu jakichkolwiek skrupułów.

Po skończonym przesłuchaniu, Dawid został wypuszczony na wolność, co nie cieszyło policjanta, przesłuchującego Dawida i pozostałych świadków. To, że musiał puścić „tego śmiecia” (jak nazywał Dawida w myślach) doprowadzało go do szału. Gdyby Dawid wiedział kto go przesłuchiwał i co czuł, nie zdziwiłby się. W końcu Emil był jednym z tych, którym w pewnym sensie odebrał Anię, a którzy z chęcią pomogliby mu w jej utracie.

 

***

 

Wypuścili ich, ale mimo to mieli status podejrzanych.

Trudno się dziwić, sytuacja nie była różowa, zginął ktoś, z kim mieli wiele kontaktu, zginął na ich oczach w dziwnych okolicznościach, bez świadków… byli głównymi podejrzanymi.

Jedynymi.

Wrócił do domu o godzinie ósmej jedenaście rano.

- Matko Boska! Gdzie żeś był? Dzwoniłam do ciebie. – powiedziała gdy wszedł do domu.

- Nawet mi nie mów... Marek nie żyje, a ja byłem przesłuchiwany dwie i pół godziny w tej sprawie, niestety jako ostatni.

- Jak to nie żyje? Piotrek, co ty opowiadasz?

- No nie żyje,,, zginął w wypadku podczas wyścigu, spłonął, a przynajmniej jego ciało, jeśli jeszcze żył gdy to się działo.

- Jak to się stało?

- Opowiem ci, tylko nie mów potem, że wiedziałaś że kiedyś coś się stanie i tak dalej…

I powiedział jej.

Gdy opowiadał rozpłakała się i z rzadka dopytywała się o szczegóły. Po skończonym opowiadaniu przestrzegł ją by nie pisnęła ani słówka na ten temat jeśli nie chce wysłać jego i paru innych dobrych znajomych za kratki. Następnie opowiedział swojej ukochanej jak brzmi wersja oficjalna, i że to jej powinna się mniej więcej trzymać gdy ktoś spyta ją czy i co słyszała o tym wypadku.

Natalia oczywiście wiedziała jakie mogą być konsekwencje jeśli to się wyda, dlatego postarała się by o tej sprawie rozmawiać jak najmniej z kimkolwiek. Musiała starać się bardzo, ponieważ z natury lubiła sobie poplotkować, ale zawsze gdy już miała na końcu języka prawdę, gryzła się w niego pod wpływem żywej wizji Siwego w pasiastym wdzianku, za kratkami i z kulą u nogi.

 

***

 

Ania oraz Milena – dziewczyna Mariusza – zostały poinformowane o zdarzeniach podobnie jak Natalia. Obie poznały również oficjalną wersję tego co się zdarzyło, by zapobiec wpadce.

Trójka mężczyzn wiedziała doskonale, że znajdują się teraz w kręgu zainteresowania miejscowej policji.

Mieli jednak nadzieję, że szybko przestaną być podejrzanymi, że cała sprawa zostanie zakończona i zapomniana, a Joasia – żona zmarłego – gdy już dowie się jak było naprawdę, nie postanowi donieść tego policji. W końcu była mądra i wiedziała, że jeśli tak zrobi, sama zostanie oskarżona o współudział w nielegalnych wyścigach, jako ktoś kto wiedząc o nich nie zawiadomił odpowiednich służb.

Wiara w ludzi tym razem nie zawiodła naszych bohaterów. Joasia z bólem przyjęła kondolencje i prawdziwą relację z ówczesnych wydarzeń, a do zachowania milczenia skłoniły ją dwa bolesne fakty: to Marek rzucił wyzwanie i to on nie zapanował nad autem.

Po jakimś czasie również policja zaniechała czynności wyjaśniających, przyjmując wersję podaną przez Dawida i jego kumpli za oficjalną.

 

Rozdział 24: HeartBeat

 

Sylwester…

Świat za oknem, pokryty grubą warstwą śniegu, kąpie się w mroku…

Nienajnowszy już blok, stojący pośród kilkunastu podobnych na Osiedlu Rzeczpospolitej w Jarocinie…

Niewielkie mieszkanie numer 19, niewiele większe od kawalerki…

Kameralny salon rozświetlają dwa tuziny świec, w kącie leniwie tli się kadzidełko o zapachu cedrowego drewna, a z głośników wysokiej klasy kina domowego sączą się z cicha najwspanialsze utwory Barrego White’a…

Oh what a night for dancing…

Na ledwie wystającej ponad jasny, milutki w dotyku, pęczkowany dywan ławie, będącej połączeniem blatu z drzewa sandałowego oraz mahoniowych nóg (prawdziwego drewna, nie taniej imitacji nalepionej na płytę wiórową, dostępną w Ikei), stały dwa kieliszki z cienkiego szkła, wypełnione szkarłatnym płynem, oraz butelka doskonałego, półsłodkiego wina, prosto z Argentyny, której szyjka przewiązana była równie szkarłatną serwetką…

Pośród świec i muzyki, na niskiej, czarnej sofie leżały dwie postacie…

Kobieta, o niebywale pięknej sylwetce, aksamitnych ciemnych włosach i orzechowych oczach oraz mężczyzna średniego wzrostu i szczupłej budowy.

Obejmowali się, jak mają to w zwyczaju robić pary, których pochłania tylko ich własne szczęście.

- Kocham cię – szepnął jej do ucha.

- Ja ciebie też, mały łobuzie.

Ponownie nastała cisza, w której Barry White po raz kolejny zachwycał się nocą tak cudowną, że niemal stworzoną dla tancerzy.

- Dawid…

- Tak?

- Kiedy naprawisz moje Cappuccino?

- Nie naprawię. – powiedział, po czym delikatnie pocałował ją w skroń, tuż obok lewego oka.

- Jak to?

- Spokojnie. – chwila przerwy na nabranie tchu. – Dostaniesz coś nowego w tym roku.

- Co takiego? Tylko proszę nie mów, że to niespodzianka, bo mnie zawsze ciekawość potem zjada.

- Skoro tak mówisz piękna… To też kei-car. Honda Beat, nie jest może tak piękna jak Suzuki, ale myślę że ci się spodoba.

- Ciekawie, nie kojarzę takiego autka.

- Nic nie szkodzi.

Przytulił ją mocniej i w tym momencie zadzwonił budzik.

23:59.

W palcach lewej dłoni już obracał małe pudełeczko.

Wstała i włączyła telewizor. Na jednej ze stacji właśnie trwało wielkie odliczanie.

…6…5…4…3…2…1…

- Szczęśliwego Nowego Roku – wyszeptała, przytulając  go, po czym odpłynęli w pocałunku.

Gdy już się od siebie oderwali, chciała wznieść toast trzymanym w ręku kieliszkiem…

Powstrzymał delikatnie jej dłoń po czym odstawił swój kieliszek i… upadł na kolana.

- Zostaniesz moją żoną? – spytał wyciągając przed siebie lewą rękę, a prawą otwierając czerwone pudełeczko, w którym tkwił dymnie srebrny pierścionek z najprawdziwszym półkaratowym brylantem.

W świetle świec jej oczy zaszkliły się.

Uklękła naprzeciw niego zarzucając mu ręce na szyje. Ich nosy dotykały się, oczy i usta dzieliły ledwie centymetry.

- Nie…