"Bliskie spotkania trzeciego stopnia"


Czasami ludzie chcieliby być gdzieś indziej. W lepszym miejscu, z dala od zaistniałej sytuacji. Ucieczka z pracy? Rzucenie stosem dokumentów, które przyprawiają o mdłości i zawroty głowy? Rozbicie klawiatury o kant monitora, od którego czujemy się jak w więzieniu, zamknięci pośród niezliczonej ilości folderów, na zaśmieconym pulpicie? Każdy z nas marzy bądź marzył o czymś takim. Ucieczka jawi się jako coś cudownego, ale czy ludzie mają dość odwagi, żeby się jej podjąć? Nie chodzi tu wszak tylko o ucieczkę od pracy. Uciekać chcemy od obowiązków, rzeczy, innych ludzi... co równoznaczne jest z ucieczką od problemów.
Bo ludzie sami w sobie są problemem.

Kryli się w kabinach toalety jakieś przydrożnej restauracji, przed pozornie znikomym zagrożeniem.
- Mateusz, o co chodzi?
- Ten gość z Mazdy...
- Co z nim?
- Sukinsyn... Nie wiedziałem, że jeszcze żyje. – odpalił, z sarkazmem w głosie.
- Halo? Umarł? Zginął... kiedyś? Nawiedzają Cię duchy?
- Przyjechał za mną.
- Powiesz mi w końcu kto to jest?
- Mateusz.
- Kto?
- Mateusz.
- Jaki, kurwa, Mateusz? Mateusz, czy Ty dosypałeś sobie do tej kawy kokainę? Nie żyjemy w Miami Vice w latach osiemdziesiątych.
- Kurwa, Mateusz. Mój nemezis.
Mikołaj parsknął śmiechem.
- W gimnazjum chodziliśmy do jednej klasy, było nas tam w sumie aż trzech Mateuszy. Ja chciałem MX-5, on chciał MX-5. Ja mam MX-5, on też ma MX-5. Różnica jest tylko taka, że on ma NB, a ja NA. No, i on jest rudy, ja blondynem.
- Kurwa mać, Rudy i Blondas, sp. zoo. - śmiał się dalej Mikołaj.
- Ciemnym blondynem, pryszczu.
- Macie scysje?
- Scysje? On chce mnie zabić, do cholery.
- No nie pierdol...
- Mówię serio. Nie wiesz, co między nami zaszło...
- Mogę się domyślać... odbiłeś mu laskę, że tak się na Ciebie uwziął?
- Niee...
- No to co?
- Był taki okres w naszym życiu, że razem jeździliśmy po przełęczach. W bardzo wielkim skrócie... ja poszedłem do Ultralight Beam, z Tobą, a on... po prostu nie chciał. Uważał, że z jakimiś słabeuszami jeździł nie będzie. Jego marzeniem był Projekt 86....
- O Jezus, ci overrated goście...
- Czy Ty musisz w każde zdanie wpleść jakieś angielskie słowo?
- A co w tym złego? Powoli oswajam się z tym językiem.
- Nie denerwuj mnie, zwłaszcza teraz.
- No dobra. Co było dalej?
- Dlatego wyjechał, szukając kierowców do swojej własnej ekipy. Jak widzisz, znalazł dwa Galanty.
- No OK, ale nadal nie wiem, czego on może chcieć od Ciebie.
- Wygarnąłem mu, że nikt nie chciałby rozlatującej się Mazdy w profesjonalnym teamie drifterskim.
- I o to się wściekł?
- Nie, wtedy rzucił mi wyzwanie, a ja przegrałem. Potem był rewanż, który wygrałem, i tak w kółko. Po roku takich pojedynków zwyciężyłem w ostatnim, po czym pojechałem z tobą w trasę.
- Czekaj... więc TO były te twoje nocne eskapady?
- No. To już wiesz, że nie jeździłem do Agnieszki, tylko kurwa w góry.
Mikołaj uderzył czołem o ściankę ze sklejki i znowu wybuchnął śmiechem.
- Nie mam zamiaru się znów mieszać w ten konflikt. To wszystko przez to, że twoja crush... masz, angielskie słówko dla ciebie... musi mieszkać akurat tutaj, i koniecznie musiałeś przyjechać. W efekcie twoja crush zapewne buja się teraz po galeriach, a my siedzimy w śmierdzącym kiblu na szycie niepopularnej góry.
- Kurwaa... nie dołuj mnie...
- Musimy jechać... chociaż, może...
- Co może?
Mateusz nie miał nastroju na dalsze zwierzenia. Na pewno nie o tym, że w południe poznał dziewczynę z fioletowego Malucha, dziewczynę, która rzuciła mu strasznie dziwne zaproszenie. Nie wiedział, czy to był żart, czy mówiła całkiem serio... tak czy siak, nie chciał jeszcze wyjeżdżać.
- Podobno mają tu być wyścigi. - stwierdził.
- Mówiłem Ci, że chcę z tym skończyć. Rajdy, to jest to... zresztą, znowu mamy inne plany, tak?
- Dobra, inaczej. Masz coś do stracenia?
Nie odpowiedział.
- No właśnie.

Z czarnego BMW E46, popularnej serii Trzy wysiadł mężczyzna średniego wzrostu, ubrany w czarne, lniane spodnie i coś, co przypominało szarą marynarkę. Włosy ostrzyżone miał równo po bokach, z wyraźnie odstającą falą na górze. Nosił czarną koszulkę, rozmiar za dużą, dopełniającą wizerunku gwiazdy melancholijnego rocka z końca lat dziewięćdziesiątych. Zmierzył wzrokiem dwa Galanty i czarną MX-5, po czym pewnym krokiem ruszył w kierunku restauracji.
Nikodem, Radosław i Marcin obserwowali tajemniczego kierowcę zza Hondy.
- Kto to jest... - zapytał Radzio, wyraźnie zdezorientowany - Byłem pewien, że wysiądzie dresiarz, ewentualnie pozer.
Marcin spojrzał na zbiór samochodów na parkingu, powoli łącząc fakty.
Nikodem natomiast znowu był w innym świecie, rozmyślając nad propozycją wyścigu.
- To się wymknie spod kontroli... - wypaplał nagle.
Marcin i Radosław spojrzeli obojętnie. Nikodem nie wiedział, skąd się wzięły te słowa.
Po prostu znowu "to" czuł.
To samo, co przed wyścigiem Tomka z Porsche 944.

Przy stoliku siedziały trzy osoby, rudzielec Mateusz oraz dwóch innych facetów, ubranych jak handlarze narkotyków na rybim targu. Zbyt odstawali od reszty, lecz nadal próbowali się wpasować w tłum. Ten, który siedział przy oknie, kierowca starszego Galanta, na imię miał Nataniel. Jego partnera zwano Franz, był młodszy i wyższy. Wyglądał tak, jakby musiał siedzieć w tym miejscu za karę. Jeśli chodziło o styl ubioru, kierowcy Galantów wyglądali jak bracia.
- Możecie się przestać tak ubierać? - wyszeptał Rudy.
- O image trzeba dbać. Poza tym... jesteśmy tutaj incognito. - odparł Nataniel.
Rudy złapał się za głowę:
- Nic nam nie grozi. W tych rejonach wyścigi są mało popularne... no, poza tym jednym, z ostatniej niedzieli. Policja się tu nie kręci, ogarnijcie się.
- Nikt nie wie, kto nią jechał? - zapytał Franz, pijąc do Toyoty.
- Nie. Wiadomo tylko tyle, że to dzieciak. Licealista, ewentualnie student pierwszego roku.- odparł Nataniel.
- Fajnie by się było z nim zmierzyć. - powiedział Rudy, biorąc łyk kawy. Odkładając filiżankę, zauważył brązowo-kremowe ślady na obrusie, przechodzące w pofałdowane paski cieknącej aż na skraj stołu kawy. - Ktoś tu chyba niedawno siedział.
Blond Mateusz wyjrzał zza drzwi toalety, by ujrzeć osobę, której bardzo nie chciał zobaczyć, siedzącą przy ich stoliku.
- Tej.. Mikołaj.
- No?
- Zapłaciłeś rachunek?
-Co...? Nie.
- Kurwa mać.
Do stolika podszedł mężczyzna z BMW, niosąc w ręku pęk kluczy z wyraźnie odstającym znaczkiem bawarskiej marki. Wziął pierwsze wolne krzesło i dosiadł się, mierząc wzrokiem pozostałą trójkę.
- Więc... to Ty jesteś tym człowiekiem, który zrobił niezły zamęt na torze w Kamieniu Śląskim. - stwierdził.
- Na to wychodzi. - odparł Rudy.
Mężczyzna spojrzał na Nataniela, który uśmiechał się szeroko:
- A Ty pewnie kierowałeś tym zabawnym gangiem, który kilka lat temu okupował lokalną górę.
- Blisko. Nie kierowałem, byłem członkiem i przyjacielem założyciela.
- No i Ty... - spojrzał na Franza. - ...Franz? To jakiś skrót od Franciszek?
Nie odpowiedział.
-Brałeś udział w półamatorskich rajdach.
- Tak. - odparł krótko.
- A Ty? Czym możesz nas zachwycić? - zapytał Rudy.
- Ja nie muszę niczego udowadniać. To, co osiągnąłem, jest tylko i wyłącznie moją zasługą, zasługą której nikt nie może mi odebrać. Znam swoją wartość za kierownicą. I wiem, że kiedy jadę, to na absolutnym limicie.
- Każdy tak mówi. My za to słyszeliśmy, że swego czasu handlowałeś raczej nieciekawymi rzeczami.
Franz skrzywił się, jeszcze bardziej żałując, że zgodził się na to spotkanie. Kłopoty czuł na kilometr, a w tym momencie poziom jego obaw przekroczył skalę.
Nataniel uśmiechnął się, w przeciwieństwie do kierowcy BMW.
-Antoni, tak? – pociągnął Rudy.
Antoni postanowił nie odpowiadać.
Nataniel skrył swój uśmiech w filiżance kawy i wyjrzał przez okno, na swojego Galanta. Widok jego pięknego Mitsubishi po prostu cholernie go cieszył. Włożył w ten samochód więcej pieniędzy, niż kosztowało by go naprawienie rozbitego Lancera Evolution X, dawcy części dla jego Galanta. Ekonomicznie nieuzasadnione? Może i tak, ale był to jego własny pomysł, własny projekt. Wizytówka, znak rozpoznawczy na każdym spotkaniu, torze i górskiej drodze. Niepokonany VR4! Obok jego wozu stał nowszy, do bólu zwyczajny Galant Franza, pozbawiony napędu na cztery koła. Nieco dalej czarna MX-5 NB, najpopularniejszy roadster na świecie. Naprzeciw nich czarne E46 330i. Świetny samochód, musiał to przyznać mimo niechęci do kierowców BMW. Na skraju parkingu zaś... czerwona Mazda RX-8 R3 i szara Honda Prelude trzeciej generacji.
Oczy prawie wyszły mu z orbit, a filiżanka sama wróciła na talerzyk, wylewając kawę na obrus.
Cała trójka spojrzała na niego jak na dziwaka.
- Po coś jednak mnie tu zaprosiliście. – Antoni wykorzystał moment nieuwagi.
- Fakt. Szukamy czwartego na lokalne drogi.
- Lokalni zapadli chyba w sen zimowy, od dłuższego czasu nie spotkałem nikogo chętnego do pojedynku. No ale cóż... nie zaszkodzi tchnąć w to miejsce nieco życia.
- Znakomicie. Na marginesie... ten Wankel przyjechał z tobą?
Antoni wyjrzał za okno, spoglądając na stojącą na uboczu Mazdę RX-8.
- Nie. Nie mam pojęcia, kto to, ale... mam wrażenie, że gdzieś już ją widziałem.

Mateusz i Mikołaj przedzierali się skrajem sali w kierunku kasy, twarze zwracając w stronę baru. Mateusz już niemal czuł zapach pieniędzy wydobywający się z kasy, był o krok od opuszczenia feralnego miejsca.
Dla osób postronnych wyglądać musieli przekomicznie, zachowując się niczym w Latającym Cyrku Monty Pythona.
- To się nie uda. - szepnął Mikołaj.
- Przymknij się.
Przy kasie nikogo nie było.
- No i co teraz?
- Japa. Zadzwoń dzwoneczkiem.
- Nara, Ty chcesz uciekać.
- No weź, kliknij tylko.
Mikołaj nacisnął na dzwoneczek. Nie stało się absolutnie nic.
- Mocniej.
Nacisnął mocniej, uzyskując identyczny efekt, a raczej brak efektu.
- Kurwa mać. - syknął Mateusz i uderzył w dzwoneczek pięścią.
*DIN DIN* które się rozległo mogło by robić za syrenę okrętową.
- Kurr...
- Ty... widzisz, jełopie, co tu jest napisane? - szepnął Mikołaj. - "Nie naciskać zbyt mocno".
- ... rrrwa.
Oczy wszystkich w restauracji były teraz skierowane na dwójkę przy kasie.
- Czujesz ten wzrok na plecach, czy to tylko mi się wydaje...? - szepnął Mateusz.
- Nie. Nie wydaje.
Z wnętrza kuchni wyszła kelnerka, wyraźnie poirytowana faktem, że dzwonek zbudził emerytów śpiących w domu starców po drugiej stronie Śląska.
- Stolik numer sześć... - rzucił Mikołaj, jakby nic się nie stało.
- Mhm... już podliczam.

- Ej! - krzyknął Rudy.
- Kurwa mać.
- Ja Cię znam! - wstał od stolika i ruszył w ich stronę.
- Dwadzieścia złotych i si..
Mateusz rzucił na ladę błyskawicznie podliczone dwadzieścia jeden:
- Reszty nie trzeba. - zawrócił na pięcie i pociągnął Mikołaja ze sobą.
- Stój!
Zatrzymał się.
-Dawno się nie widzieliśmy.
- Cze... cześć.
Rudy klepnął go po ramieniu. Byli prawie tego samego wzrostu. Blondyn nieco wyższy.
- Dwóch Mateuszy, dwóch byłych przyjaciół, dwie identyczne Mazdy... no, poza kolorem i generacją. O co tu chodzi? - myślał Mikołaj.
- Pamiętasz naszą ostatnią przejażdżkę na Zameczku, co nie?
-Jakbym mógł zapomnieć... – skrzywił się.
- Ile to minęło...? Rok?
- Tak jakoś.
- Rozmyślałem nad tym i doszedłem do wniosku, że fajnie by było zmierzyć się jeszcze raz.
- Muszę cię rozczarować. Wyścigi góskie już mnie nie interesują. - skłamał.
- No daj spokój... mnie odmówisz? Swojemu dawnemu kompanowi?
- Nie odmówię. Po prostu: nie chcę. Sorry.
- Wiem, że Klaudia Ci się podobała. Wielka szkoda, że to mnie wybrała na przyjaciela.
- Klaudia...? - pomyślał Mikołaj.
- Nie chodzi o żadną Klaudię, jakieś stare dzieje w starych szkołach. Dzisiaj są inne czasy, inni ludzie...
- Mnie nie oszukasz. Doskonale wiem, jak Cię to bolało.
- Człowieku... ja ją ledwo pamiętam, kapujesz? A nawet jeśli... to jej życie interesuje mnie tak samo mocno, jak wyścig z tobą. Czyli wcale. A teraz wybacz, ale musimy jechać. - ruszył w stronę wyjścia, nie czekając na odpowiedź.
- Co jest...? Tchórzysz?
Zatrzymał się.
- O nie... - Mikołaj już wiedział, dokąd to zmierzało.
Mateusz odwrócił się bardzo powoli, stając twarzą w twarz z Rudym:
- Co powiedziałeś?
- Tchórzysz?
- Ja tchórzę?
- A tchórzysz?
- Nie.
- No to na co czekasz?
- Nie tchórzę. - zbliżył się.
- Na Słowacji jeździłeś bardzo szybko... wtedy na pewno nie tchórzyłeś.
- Nie tchórzę! - podniósł głos.
- W Czechach równie szybko...
- Nie...
- Jeszcze Cię mam namawiać? Ostateczny pojedynek.
- Dobra.
Wszyscy zamilkli.
- Kiedy? - zapytał po chwili ciszy blondyn.
- W tę sobotę, na DW 781. Kocierz.
- Niech będzie.
- Przyjedź... inaczej wszyscy w Bielsku przekonają się, że kierowca czerwonej MX-5 to kurczak... a tego byś nie chciał. - mrugnął do niego.
Zacisnął pięści. Irytowało go takie zachowanie.
- Dobra, dobra, pogadaliście sobie. - Mikołaj złapał go za ramię, prowadząc do wyjścia - A teraz wychodzimy. Miło było i tak dalej...

- Będziemy na Ciebie czekać w sobotę. - rzucił na odchodnym Marcin do Nikodema, po czym gwałtownie ruszył, zawrócił z piskiem opon i skierował się w dół, w kierunku Straconki. Tam wpaść miał na S-Jedynkę, potem skręcić w stronę przełęczy, w kierunku domu.
- Taa... okej. – rzucił w stronę oddalającej się RX-8.
- Nikodem, Nikodem, Nikodem...
- Co, co, co...
- Opamiętaj się! Nie możesz zmarnować tej okazji!
- Oj dobra... daj spokój. Pomyślę... prawdę mówiąc, myślałem od dawna.
- Serio!?
- No tak. Ogarnij dupę.
- Jest!
Nikodem uśmiechnął się lekko, czując jednak kwaśny posmak niezadowolenia na języku.
- Muszę się z tym przespać.
- Jasne jasne... wyśpij się choćby i do soboty.
- Koniec tematu. Idziemy jeść czy nie...?

Zadzwonił telefon. Marcin wyjął go z kieszeni i umieścił w zestawie głośnomówiącym.
- Halo?
- No cześć. Nie uwierzysz, co odkryłem - dzwonił Rafał, trzeci kierowca zespołu, właściciel unikatowego, japońskiego Mitsubishi Legnum.
- Wątpię, że jesteś mnie czymś w stanie zaskoczyć.
- Prosiłeś mnie o znalezienie "lokalnych", którzy byli popularni przed pojawieniem się tej Toyoty MR-2.
- No tak, racja.. masz jakieś dobre wieści? Czy też trafiliśmy na istną pustynię żenady?
- Chłopie! Ty nie pojmiesz tego, czego mi się udało dowiedzieć.
- Mów.
- W Mieście-B jest taka jedna diagnostyka pojazdów. Wiem, bo brat robił tam przegląd tydzień temu.
- I co w związku z tym...?
- Gość, który ją prowadzi, to były kierowca rajdowy.
- Woo... no, ale to jeszcze o niczym nie świadczy.
- Ale też nie o niego mi tu chodzi. Jego osiągnięć za bardzo nie znam, chodzi o to, że kiedyś jeździł w partnerskim teamie z pewnym gościem z Dolnego Śląska. Nasz diagnosta miał Peugeota 106 Rallye, a jego rajdowy partner Celicę GT-FOUR, którą później zamienił na nic innego niż Mitsubishi 3000GT. Facet nie żyje już od kilku dobrych lat, zginął w wypadku samochodowym.
- Skoro nie żyje, to świeć panie nad jego duszą, nic na to nie poradzimy...
- ... ale po dziś dzień trzyma rekord na Drodze 781.
Marcin nie odpowiedział.
-Jeździł tam przed każdym rajdem, testując nastawy zawieszenia w Celice. Czy deszcz, czy śnieg, czy wieczór, czy poranek. Asfalt, szuter, śnieg, lód, nieważne, Kocierska to była jego przełęcz. Był tam chyba każdej nocy odkąd przeprowadził się na ten właściwy Śląsk. Razem z gościem od diagnostyki trenowali na wielu przełęczach, ale najczęściej na 781 właśnie.
- Skąd Ty to wszystko wygrzebałeś?!
- Poszukałem trochę w Internecie, znalazłem stare artykuły i fragmenty wywiadów... facet z diagnostyki, nie pomnę nazwiska... w każdym razie często wspominał, że jego kompan ustanowił najprawdziwszy rekord. Taki, którego on sam nie jest w stanie pobić, ba, do którego nie umie się nawet zbliżyć.
- Powiedział ile?
- Nie. I właśnie dlatego musimy jechać do Miasta-B. Kiedy się tego dowiemy, będziemy mieli realny cel do osiągnięcia.
- W końcu... czekałem na to prawie siedem lat, Rafał. Czekałem tak cholernie długo...

Diana szła przez centrum Bielska z Olą, rozmawiając o wszystkim i o niczym. O tym, co się działo, kiedy nie było jednej, o tym, co się działo, kiedy nie było drugiej.
Pogoda dopisywała, jak na czerwcowy wieczór było całkiem przyjemnie.
W okolicy: tylko one.
I dziwne poczucie bycia obserwowaną.
- Boję się, że Nikodem się dowie.
- Czego?
- No wiesz... - oparła się o Malucha - ... nie powiedziałam mu wszystkiego. W ogóle... ludzie w klasie myślą, że jestem innym człowiekiem.
- To chyba dobrze, że nie mówisz mu wszystkiego. Jeszcze go zrazisz.
- Nie o to chodzi...
- To o co?
- Po prostu... podaję się za kogoś innego, niż jestem.
- To znaczy?
- Nikodem myśli, że byłam w Anglii.
- No bo byłaś! Całe dwa lata!
- No ale...
- To, że nie powiedziałaś mu, co tam robiłaś, to chyba nic złego.
- Nie powiedziałam mu praktycznie niczego. Nawet o tym, co robiłam jeszcze w Polsce.
- Czekaj... czyli on nie wie...?
- Nie wie nic.
Aleksandra z wrażenia usiadła na ławce, chwytając się za głowę.
- Naprawdę? Nic...? Nawet się nie domyśla...?
- Nie...
- O Boże...
- Ani on, ani żadna osoba z klasy. Nikt nie wie. Przecież nie miałabym życia. Tak bardzo chciałam być... normalna, że przestałam się do tego wszystkiego przyznawać.
- Kurwa... wiesz co będzie, kiedy się w końcu dowie...?
- On się nie dowie... - zadzwonił budzik w jej zegarku - ... o jasna cholera... nie wzięłam lekarstw!
Ola zerwała się na równe nogi, łapiąc Dianę za ramiona.
- Opamiętaj się...!
- Opamiętam....
- Jedziemy...!