"Bo każdy dzień jest jak kręta droga"

Jakby nie było kłopotów, jakby nie było problemów. Chwila ciszy, spokoju i kompletnego osamotnienia, która nie jest przygnębiająca. Powolna pobudka samoświadomości, swojego istnienia. Cichy szmer zza okna. Czucie swego serca, bijącego równie wolno i spokojnie, jak francuz, pracujący w swojej winnicy w niedzielny poranek. Delikatny materiał, przesuwający się po skórze, okalający ją i chroniący przed intruzami, jak tarcza. Wszystko miało swój cel, swój czar. Ta chwila bezczynności, zaraz po przebudzeniu. Nic nie pamiętamy, niczym się nie martwimy. Chwilowa amnezja.
Jak w raju.
I wtedy do Radosława doszło, że zaspał do pracy. Jego głowa szybko zaczęła szukać odpowiedzi na zaistniały problem. Co się stało? Co spowodowało tak długi sen?
W ułamkach sekund przypomniał sobie noc.
Alicji już nie było. Fantomowa postać, siedząca za kierownicą Hondy Civic okazała się nią. Zniknęła równie szybko, jak się pojawiła.
Jak prawdziwy fantom.
Radosław zamknął z powrotem oczy i przewrócił się na bok. Nie miał zamiaru wstawać, wychodzić, komunikować się z kimkolwiek. Bo po co wstawać?
Wiedział, że nie wydarzy się nic dobrego.
W ten, do drzwi jego pokoju zaczął się ktoś dobijać.
-Czy Ty kolego będziesz spać cały dzień?
-Ojciec… - Wyszeptał.
-Miałeś iść do pracy!
Cisza.
Nie dobijał się więcej. Radosław słyszał, jak odchodzi.
Przewrócił się i wstał na równe nogi, czując, jak zmienia się ciśnienie w jego głowie. Chwilowe zaćmienie, które poirytowało go jeszcze bardziej.
W tym samym momencie jego laptop się rozjaśnił, będąc cały czas podłączonym do ładowarki. Kilka sekund później pojawiła się główna strona Facebooka, wraz z notyfikacją w prawym dolnym rogu ekranu, mówiącą o opublikowanym poście.
Podszedł bliżej szerokiego ekranu, żeby przeczytać informację na zamkniętej grupie.
-Dzisiejszej nocy odbędą się kolejne wyścigi. Tym razem spotkanie organizujemy na Przełęczy Kocierskiej. Start o dwudziestej trzeciej…
Nie czytał dalej. Nie chciał wiedzieć, kto przybędzie, skąd i czym. I tak nie miał lepszego wyboru.
Dzisiaj albo wszystko się skończy, albo będzie przez resztę życia tułać się z myślą, że nigdy więcej jej nie spotka.
-Radosław! – Znów przez drzwi przebiło się stłumione dobijanie.
Podszedł do nich i gwałtownym ruchem otworzył je na oścież.
Jego ojciec w żadnym stopniu nie był do niego podobny. Radosław był unikalną mieszanką cech z obu stron jego rodziny. Aż się dziwił, że nie jest podrzutkiem.
-Co Ty sobie wyobrażasz, mój panie?
Nie odpowiedział, odwracając wzrok na drzwi.
-Szlajasz się po nocach bez naszej wiedzy, bez odpowiedzi, bez niczego. Zaniedbujesz samochód i swoje obowiązki.
-O to się nie martw. – Odparł krótko.
-Chyba będę musiał Cię doprowadzić do porządku.
-Ty?
Ojciec zmrużył wzrok, szukając odpowiedzi na ukrytą obelgę.
Radosław zapiął pasek w swoich spodniach i przeszedł obok niego, nonszalancko układając palcami swoje włosy na Pompadoura. Nie ułożyły się najlepiej.
-Zamierzasz się zaniedbywać? Wolisz szlajać się po klubach?
-Nie, ojcze.
-Nie tak Cię wychowaliśmy.
-Nie, ojcze. – Powtórzył.
-Radosław, do kurwy nędzy.
Wtedy się odwrócił, o krok przed schodami.
-Musisz się wziąć w garść. Twoje oceny na świadectwie piękne nie są, twoje wyniki z pracy też. Szybko wydajesz pieniądze i traktujesz swój pokój jak hotel. Jeżeli Ci na tym zależy, do bardzo szybko możesz sobie znaleźć lepszy dom, kiedy z tego wylecisz.
-Już dawno wyleciałem.
-Przesadziłeś, mój drogi. Odcinam Cię od kieszonkowego.
-Do chuja, czy wy nic nie rozumiecie? Od gimnazjum wychowuję się sam. Matka pracoholiczka, ojciec pracoholik. Skąd miałem czerpać wzorce? Od kogo miałem brać rady? Byliście tylko w niedziele. Razem jadaliśmy obiady… i nawet tego już nie robimy. Oczekiwałeś, że całe życie będę pod bezpiecznym daszkiem, z dala od problemów? Że będę orłem, na miarę twojego rodu? Rodu… trzy pokolenia z rzędu, które osiągnęły pięciozerowe sukcesy, a czwarte musi radzić sobie z depresją, bo rodzina zapomniała o uczuciach, dostarczając tylko pieniędzy na zachcianki.
Cisza.
Dźwięk ekspresu w oddali, który właśnie zrobił kawę.
-Sam się wychowuję i sam sobie radzę z problemami… nie wiesz nawet, co się w moim życiu dzieje. Nie wiesz, z kim, kiedy, gdzie… nie wiesz nic. Jesteś zero-jedynkowym mechanizmem, którego zadaniem jest praca i sporadyczne przypominanie, że jestem członkiem tej rodziny. Jestem marionetką doskonałości, której właśnie zerwały się sznurki.
Nadal cisza.
-Koniec! – Krzyknął na całe gardło. – Wyjeżdżam na studia jak najdalej. Odcinam się od wszystkich i wszystkiego. Nie będę żyć w tej szklanej bańce perfekcji, jaką jesteście. Nie będę się z wami pokazywać u waszych bogatych znajomych, nie będę wzorcem nastoletniej doskonałości! Jestem myślącą jednostką, która w końcu zapragnęła zmian, na które zbierała odwagę przez sześć lat. Nie zatrzymasz mnie, żaden z was mnie nie zatrzyma.
-Pożałujesz tych słów. – Odparł w końcu jego ojciec. – Pożałujesz, że w ogóle mi odpowiedziałeś. Równie dobrze mogłeś siedzieć cicho, nie wychodzić z pokoju i leżeć w łóżku… a i tak wyszłoby na to samo. Co do pracy, mogę się zgodzić… lecz obraza rodziny, to zbyt wiele, jak na tak młodą głowę. Dzisiaj się kończy pewna epoka.
-Tak. Zdecydowanie.
Matka stała w holu, słuchając kłótni z ubocza. Radosław odwrócił głowę na dźwięk cichych pociągnięć nosem, jakie wydawała. Płakała.
Nigdy nie widział jej płaczącej.
Nigdy nie słyszał, żeby była smutna. Zawsze neutralna lub zła, ale nigdy smutna.
Zaczął się cofać po schodach, idąc wzdłuż ściany, jak zwierzę w pułapce.
-Nie… - Tylko tyle się z niego wydobyło.
Serce przyśpieszyło do niebotycznych prędkości.
Ręce mu drżały już od samych słów, jakie wykrzyczał.
Ciężar spadł, jednocześnie na jego miejsce wpadł kolejny.
W końcu wybiegł z domu.
Domu?
Była piętnasta.


Nikodem obudził się godzinę później. Jego pokój był już w idealnym porządku. Z wszechobecnego chaosu, jaki pokrywał podłogę i meble niecały tydzień wcześniej, nic nie zostało. Wyglądał wręcz jak z katalogu Ikei, na którym wszystko jest perfekcyjne, idealnie oświetlone i zachęcające do opróżnienia portfela.
Chwila spokoju po przebudzeniu została zastąpiona napływem wspomnień.
Szybko się podniósł i spojrzał na swoją lewą stronę.
Jej nie było.
Jeszcze szybsza realizacja przypomniała mu, że spał z Dianą.
-Robiłem… to? – Przetarł dłonią po twarzy, bardzo powoli. Jakby chciał sobie w ten sposób pomóc.
Odkrył się i położył stopy na podłodze.
Coś go w nie dźgnęło.
Coś zdumiewająco miękkiego i jednocześnie sztywnego.
Spuścił głowę na dół i rozdziawił wzrok, podnosząc tę rzecz z podłogi.
Czarny i koronkowy.
-Ja pierdole. To niemożliwe.
Wstał, poklepał się po policzkach i przeszedł do przedpokoju, żeby przejrzeć się w lustrze.
Wszystko w porządku. Nie ma żadnych ran na głowie ani bandaży.
-Dlaczego tak mało pamiętam…?
Wtedy zauważył coś sinego. Na swojej szyi, po prawej stronie.
-Malinka?
Kolejne szły coraz niżej. Fioletowy szlak przechodził przez całe jego obojczyki i przedramiona. Jakby chciał, żeby jak najmniej było ich widocznych.
Wolał nie sprawdzać, jak to wyglądało pod koszulką.
Jednak powolny napływ wspomnień dostarczał mu odpowiednich odpowiedzi.
Stał przed lustrem i patrzył w swoje oczy.
-Nie spodziewałem się tego po tobie.
Czekał, aż odbicie mu odpowie.
-Tak… unikasz odpowiedzi. Jak zwykle.

W kuchni znalazł kartkę papieru z drukarki, złożoną w połowie i leżącą pod portfelem.
Myślał, że to ona zostawiła mu wiadomość.
Jednak bardzo się zdziwił.
-Nikodem. Tak jak mówiłem, musiałem opuścić dom na kilka dni. Będę z twoim wujkiem w stolicy, załatwiać kilka niezbędnych spraw, będąc na spotkaniach, na których muszę pojawić się osobiście, bez powiernika. Nie odebrałbyś telefonu, więc napisałem ten krótki liścik.
Zostawiam Ci parę drobnych na jedzenie. Jedzenie, nie paliwo. Wiem, że sobie poradzisz.
Tata

Wszystko wydawało się proste, jednak nie do końca. Wiedział, że jest jeszcze haczyk.
Odwrócił kartkę, żeby się przekonać.

-Ps. Nie ruszaj Legacy.
-Wiedziałem. – Odparł.
Odłożył kartkę i wziął do ręki portfel.
-Parę drobnych… - skomentował. Otworzył go i zajrzał do środka. - … chyba stów.
Chwila ciszy, podczas której w jego głowie zapanowała burza.
-… garaż.

Subaru Justy już któryś dzień stało bezczynnie pod starym zadaszeniem, zbudowanym z myślą o Małym Fiacie. Na szczęście, Subaru mieściło się bez problemu. Dzielne i małe, cierpliwie czeka na moment, kiedy będzie naprawdę potrzebne.
Skoro na placu nic innego nie stało, to skarb musiał tkwić za drzwiami garażowymi.
Które zresztą podniósł, bez zbędnego namysłu.
Toyota zaparkowana obok jak zawsze.
A naprzeciwko, pod plandeką, spoczywała literka X, na jego mapie skarbów.
-Zrobić to?
Podszedł bliżej i chwycił plandekę od spodu, powoli odwijając ją wzdłuż samochodu. W końcu zwinął ją w wielki kłębek i rzucił w kąt.
Subaru Legacy B4 3.0R, z trzylitrowym silnikiem EZ30 DOHC. Sześć cylindrów w słynnym układzie H, znanym jako Boxer. Nazwany tak przez tłoki, które wyglądają jak pięści wściekłych bokserów, walczących o zwycięstwo w nielegalnych zawodach. Biały lakier, czysty jak łza. Wypolerowany, bez jakiejkolwiek skazy. Doprowadzony do porządku, perfekcyjny, tak jak wymarzył to sobie jego tata.
-Większy, ale lżejszy. Legacy… dziedzictwo dla dojrzałych kierowców, z płaską szóstką, zaprojektowaną tak, jakby miała trafić do kolejnego modelu Porsche, w których przecież te silniki są montowane od czasów modelu 356. Od samego początku… Niemiecka precyzja i Japońska jakość… Jak w czasie wojny. – Zaśmiał się.
Jednocześnie wyobraził sobie końcówkę jakiegoś ogromnego wydarzenia. Wyścigu Le Mans, w którym brało udział pięćdziesięciu świetnych kierowców, lecz to on, Nikodem, okazał się zwycięzcą. Pośród wszystkich Porsche 911, Lotusów Espritów V8, McLarenów F1, Porsche 944 i 968, Skyline’ów R33 i R34, wygrał on, w swoim niepozornym, wielkim Subaru.
-Gratulacje panie Nikodemie.
-Ależ skąd… nie należy się.
-Ależ należy!
-No może…
Chwilę później siedział już za kierownicą. Przewidywalne, kluczyki były w stacyjce. Przekręcił je i praktycznie natychmiast jego skóra pokryła się w ciarkach, kiedy nierdzewny wydech rozbrzmiał w wysokich rytmach klasycznej muzyki Porsche, z basowym pomrukiem Japońskich inżynierów, którzy po godzinach byli dyrygentami filharmonii. Dostojny, wysoki świst, przechodzący w pierwotny, głęboki ryk z każdym naciśnięciem pedału gazu. DNA samochodu sportowego, zamknięte w niepozornym ciele zwykłego człowieka, który na stadionie zamienia się w atletę.
Coś więcej niż po prostu silnik.
Paliwo, przelatujące przez przewody, mieszające się z powietrzem, eksplodujące w kierunku ujścia, kiedy dyrygent, wraz ze swoim instrumentem prędkości, przyśpieszy tempa.
Żywy organizm, gotowy na wszystko. Na każde możliwe decybele.

Pod warsztat zajechał kilkuletni, niebieski Hyundai Genesis Coupe, którego właściciel z gracją wielkiego słonia zaparkował przed wjazdem do budynku. Stos opon po jego prawej stronie nieco się zachwiał, prawie upadając na świeżo wyczyszczonego Poloneza. Z Genesis’a wysiadły dwie osoby, które kompletnie ze sobą kontrastowały. Jeden był tęgi, rozpuszczony w każdą stronę od nadmiaru chińskiego i włoskiego jedzenia. Drugi, jego pasażer, wyglądał zupełnie inaczej. Jak wygłodzony. Obaj przypominali bohaterów Miodowych Lat. Ten grubszy, ubrany w długą, brązową koszulkę i szare, workowate spodnie, rozciągnął się po tym, jak z ciężkością wysiadł ze swojego samochodu. Obejrzał szyld nad głową, na którym wyraźnie odstawały słowa „Auto-Tuning”. Uśmiechnąwszy się, zatarł dłonie, wchodząc do środka i oglądając samochody na podnośnikach.
-Uuu… Impreza GT, SVX, a tutaj Mitsubishi FTO… - Podszedł pod drugi podnośnik, nadal oglądając inne samochody. – Volvo 850 z Turbo… jeszcze Alfa 147 GTA… nieźle. – Zauważył Kacpra, który wyszedł spod Volvo. – Ty! Poznaje Cię!
-Ja?
-Ty, żeś był ostatnio na Salmopolu i oglądał silnik w A6 mojego kumpla!
-No… może byłem. – Otarł rękawem pot i smar z czoła. – O co chodzi? Chip-Tune?
-Nie! Potrzebuję nowych części do mojego Genesisa!
-Czego pan potrzebuje?
-Ty tu rządzisz? Muszę mieć samochód na wyścigi!
-Okej… - Wyjrzał zza jego ramienia, spoglądając na niepozornego Hyundaia. - A ma pan homologację?
-Homologację? – Zamyślił się. – Nie! Ja potrzebuje na ulicę! – Wybiegł z warsztatu, machając rękoma i wskazując na swój samochód. – Potrzebuję nowych tarcz! Najlepiej wentylowanych, razem z rajdowymi zaciskami! Aluminiowy wydech, dyferencjał pięćdziesiąt procent, tłumik taki, żebym mógł wsadzić w niego pięść! Jeszcze zawieszenie od Bilstein! – Obiegł samochód, wracając twarzą w twarz z Kacprem. – No i większe turbo, ma być szybki, jak błyskawica!
-NIE! – Odpowiedział krzykiem.
-Ale… zapłacę Ci za wszystko!
-Nie chcę! – Założył ręce i oparł się o opony. Chwilę później przechylił się niekontrolowanie w lewo, przewracając cały stos na Poloneza.
W tumanach kurzu, obok zatrzymało się białe Subaru Legacy. Nikodem zauważył tylko, jak stare opony lądują na śmiesznie żółtej karoserii, a w świetle słońca na Genesisie pobłyskuje okrągła naklejka „NJBB”. Wysiadł z samochodu i podszedł do grupki.
-Co się dzieje?
-Twoi kumple nie chcą mi pomóc! Potrzebuję mocy do mojego auta, koników!
-A homologację ma?
Wtedy właściciel Hyundaia uśmiechnął się szyderczo i zaczął się wycofywać. – Dobra… nie, to nie! Pojedziemy gdzieś indziej!
-Dobra.
Wsiadł z powrotem do swojego Hyundaia, wycofał gwałtownie, o mało nie uderzając w bramę wjazdową i z piskiem opon ruszył w drogę powrotną.
-Pozer. – Zaśmiał się szef, który wyszedł z wnętrza warsztatu. – Ja wam zawsze powtarzałem, dzieciaki, żebyście się w to gówno nie bawili publicznie, bo przyciągacie takich idiotów, jak jego. – W powietrzu zaczął się unosić odór alkoholu, który był bardzo popularnym elementem w jego diecie.
-Wujku… - Zaczął Kacper. – Miałeś już nie pić.
-Nie piłem. Po prostu ubrania nasiąkły odorem rozpuszczalnika.
-Już któryś raz próbujesz się tak tłumaczyć. Tym razem to nie przejdzie.
Samuel, bo tak się nazywał właściciel małego warsztatu z drobnym auto złomem, z którego podbierali potrzebne części. Interes starszy, niż nie jeden samochód, który lądował na podnośniku. Z racji tego, że co raz więcej obowiązków przejmowało młode pokolenie, pozwalał sobie na nieco alkoholu.
Ostatnimi czasy, nawet za bardzo dawał sobie upust.
Kacper machnął ręką i miał odejść, kiedy Samuel go zatrzymał.
-Mówiłem Ci, żebyś mi nie sprowadzał szczeniarstwa.
-To nie moja wina, że tak popularnie się tutaj zrobiło.
-A to dlacze... dlaczegoż? - Odezwała się czkawka.
Kacper spojrzał na Nikodema, oglądającego samochody w warsztacie.
-Tak po prostu... sezon się zaczął.
-Wy wszyscy jesteście z jednego klubu winowajców.
-Klub winowajców? - Pomyślał.
-Jak następnym razem będziesz chciał dorabiać na boku, dostrajając jakieś stare Mini, lepiej się upewnij, że właściciel nie dowie się o jazdach próbnych.
-A dowiedział się?!
-Dzisiaj rano miałem niepokojący telefon, no i masz, musiałem się napić. Powiedział, że wróci tu, żeby sobie porozmawiać.
-Cholera...
-Wracaj do roboty. Odkręcę to jakoś.
Kacper wytarł czoło ubrudzoną od smaru szmatką, zostawiając dwa szare ślady na swojej skórze. Podbiegł do Nikodema, eksaminującego SVXa.
-Skąd wy bierzecie takich klientów?
-To nic. Ciekawostki zaczynają się, kiedy przyjeżdżają całymi grupkami, bo chcą sobie poprawić ECU.
-Dostroić?
-Tak... wiesz, gdzie jest Radosław?
-Jak to? Nie ma go tu?
-Ja ledwo wstałem, a co dopiero on.
-On nie pił, w przeciwieństwie do Ciebie.
-Poprosiłem, żeby mnie odstawił do warsztatu. Przespałem się na zapleczu i nie musiałem się bać, że mnie rano policja na alkomat weźmie.
-To oni już nie strajkują?
-A skąd...
-Radosław się jeszcze nie odezwał... niepokoi mnie to. Zazwyczaj był pierwszy z nowinami i całą resztą.
-Właściciel Mini przyjedzie się konfrontować. - Kacper zrzucił bombę.
Nikodem zbladł. - No to co... chyba czas jechać.


-Powinniśmy porozmawiać. – Matka nie wiedziała, co ma powiedzieć do swojego męża, pogrążonego w myślach gęstych bardziej, niż najciemniejszy olej.
-O czym? – Odparł.
-Nie udawaj głupiego. Nie możesz wiecznie ignorować tego tematu.
-Nie mogę ignorować czegoś, co już jest zamknięte. Wylatuje do szkoły wojskowej wraz z końcem wakacji.
Matka usiadła obok niego na luksusowej sofie, starając się w jakiś sposób zbliżyć. – Naprawdę nie powinieneś tak o tym myśleć. Radosław… po części miał rację.
-Po części? – Wściekł się. – Gówniarz dostaje wszystko, czego chce. Pieniądze na auto? Dostał. Nowe ubrania? Dostaje. Nowe zegarki? Dostaje. Ma wszystko, o co poprosi. Teraz robi problemy o to, że… nas nie ma?
-Nie rozumiesz? Nie mamy go. Już dawno nie mamy syna. Jesteśmy tylko zaopatrzeniowcem w jedzenie, ciepło i rzeczy. Nie ma… nas. Jesteśmy tylko my dwoje i osoba, która kiedyś była naszym dzieckiem.
-Gówno prawda. Sam go wychowałem… sam go wychowywałem.
-Dorósł, a ja… my, tego nie zauważyliśmy.
-Nie mogę zrozumieć, przecież byliśmy, mieliśmy wolne chwile. Nigdy do nas nie podszedł.
-Bo się Ciebie boi.
-Co? – Zdziwił się.
-Boi się Ciebie. Boi się twojej osoby, twojej osobowości. Widziałeś, jak mu dłonie drżały dzisiaj? Był przerażony, ale i zdeterminowany tak jak Ty w młodości.
-Ja nie byłem buntowniczy.
-Byłeś, ale to też z siebie wyparłeś. On wyparł z siebie zasady, jakimi do tej pory żył. Stał się sobą, który był ukrywany przez wiele lat samotności. Praca nas zabija, praca, skarbie. – Położyła mu dłoń na kolanie, przekraczając pewną barierę.
-Idealny świat nie istnieje. – Głos zaczął mu się załamywać.
Przez grube ściany dobiegł dźwięk rozrusznika.
Rodzice spojrzeli na siebie, szybko dochodząc do konkluzji.
-Złodziej? – Zdziwiła się matka.
-Nie, syn. – Odparł ojciec.
Honda odpaliła i z piskiem opon wyjechała z garażu, omijając zaparkowane na podjeździe Volvo i wypadając na ulicę, o mały włos nie uderzając w jadącego z naprzeciwka kierowcę, który wysiadł i zaczął grozić oddalającemu się Radosławowi pięścią.

Nikodem przykrył Subaru plandeką, zahaczając wcześniej o samoobsługową myjnię. Zostawił koła tak samo skręcone, jak zostawił je ojciec, po czym poklepał samochód po masce. Pomyślał, że wszystko już zaczyna iść w dobrym kierunku. Życie powoli przestaje się komplikować, a on chyba rozumie, jakie jest jego miejsce na świecie. Ta chwila miłości do siebie, którą każdy kiedyś przeżywa. Życie, mimo że dziwne, było fascynujące.
I wtedy przed jego domem zatrzymała się rozpędzona Honda.
-Co Ty tu robisz? – Nikodem przetarł oczy ze zdziwienia. – Nie było Cię dzisiaj w pracy… Radek? – Zawahał się.
Radosław nawet na niego nie spoglądał, cały czas wpatrując się w skrzyżowanie, kilkadziesiąt metrów dalej.
-Radosław…?
-Jedziemy na naszą przełęcz.
-Po co? Przecież nie ścigamy się dzisiaj…
-Nie zrozumiałeś mnie? Jedziemy na Kocierz, do cholery jasnej. Ty i ja. Moim samochodem.
Zimny pot zlał plecy Nikodema, kiedy niezwykle czarny, pusty wzrok przeszył jego twarz na wylot. Pustka, tkwiąca w oczach Radosława, ukrywała iskrę wściekłości, jaka go napędzała. Był beznamiętny, romantycznie przerażający, jak Mad Max.
-Pojadę tam albo sam, albo bez Ciebie.
-Po co mnie chcesz zabrać?
-Nie… wsiad… - Jego głos powoli się zniekształcał.
Nikodem w tym samym momencie przypomniał sobie podobny wieczór, miesiąc wcześniej.
„Stało się coś bardzo niedobrego…”
„Chcesz się ścigać z tym Porsche?”
„Zapadł w śpiączkę”.
-Na jakiej zasadzie to działa? – Pomyślał.
-Jedziesz? – Przerwał mu Radosław.
Mając w głowie ostatni raz, kiedy nie powstrzymał swojego przyjaciela od głupoty, pociągnął za klamkę.
Powstrzymać, ale jak? Zastanawiał się.
Na razie był tylko nieszczęśnikiem, cierpiącym na syndrom sztokholmski, porwanym przez szaleńca.

-Bardzo mi przykro, że muszę Cię informować w ten sposób, ale nie miałam większego wyboru. Te wszystkie miejsca, rzeczy, osoby… to wszystko przypomina mi tylko o jednym i nie mogłabym zachować powagi, stojąc przed tobą i zwierzając się ze swoich decyzji. Odchodzę. Po prostu. Doszło do niespodziewanych konsekwencji moich działań, które teraz dają o sobie znać. Wyjeżdżam i zostawiam wszystko za sobą.
Mam nadzieję, że szybko znajdziesz kogoś na moje czwarte miejsce w zespole
Żegnaj Ty, i żegnaj, moja górska drogo.
Alicja

Marcin, siedząc na masce Mitsubishi Legnum, złożył list napisany na twardej kartce i spuścił głowę w dół, zasmucony obrotem spraw.
Kierowca Lexusa pokręcił trochę nogami, nie mogąc zebrać się na swoje słowa, które dusił od kilkunastu minut.
-Też muszę odejść.
Marcin podniósł głowę i spojrzał mu w oczy. Nie musiał o nic więcej pytać. Był w stanie domyślić się powodów tej decyzji i doskonale wiedzieć, że to wszystko łączy się ze sobą aż za dobrze. Po prostu przytaknął.
-Powiadają, że nie można robić interesów z rodziną.
-Nie można też wiązać się z partnerami. – Odparł. – Mieszanie spraw osobistych z niejako obowiązkami, nigdy nie wychodzi na dobre.
Suchość w gardle i brak jakiegokolwiek powodu, żeby go zatrzymywać, sprawił, że Marcin podał mu tylko rękę, w geście przyjaźni.
-I tak nie zabawiłem tutaj długo, w przeciwieństwie do niej.
-Nie ma pytań, nie ma odpowiedzi. Tak jest świat.
Niepostrzeżenie na parking wtoczył się ciemny Nissan Silvia S14, którego kierowca jeszcze się nie uspokoił, po ostatnich dwóch porażkach swojego zespołu. Kamil zatrzymał się naprzeciwko Mitsubishi i nie wysiadał z samochodu. Po prostu siedział. Obserwował.
-A co on tu jeszcze robi? – Zdziwił się Marcin.
-Vendetta?
-Ta.
-Szuka atencji. To dla nich bardzo typowe. Miał do mnie problem, przy okazji wyścigu z Galantem VR4.
-Gdyby tylko moja Mazda nie była na podnośniku teraz… - Westchnął.
-Zignorujmy go.
Kamil nadal nie wysiadał ze swojego samochodu. Pojawił się kompletnie sam, bez nikogo. Samotny przedstawiciel wyklętego rodu, który stawił się na polu bitwy, żeby walczyć tylko o honor. Lub zwykły głupiec, szukający zaczepki. Do samego końca.
Pół minuty później pojawiło się kilku niespodziewanych gości. Wszyscy oczekiwali pojawienia się niemieckich samochodów, głównie BMW, które przecież były tak popularne. Nieoczekiwanie, przyjechał pomarańczowy Nissan 350Z, w towarzystwie Toyoty GT86 tego samego koloru. Oba samochody dzieliło dziesięć lat różnicy, lecz wyglądały całkiem podobnie. Oba były małymi, sportowymi Coupe. O ile wszystkim podobało się małe „Toyobaru”, tak Nissan był już lekko zapomniany. Para zaparkowała na północnym końcu parkingu. Siły rozstawiły się bardzo ciekawie. Zachód zajmowało Mysterious Ways, wschód Vendetta. Północ okupował nieznany przeciwnik, którym najprawdopodobniej był zespół NJBB, a południe?
-Coś mi się wydaje, że już ich gdzieś widziałem. – Marcin odepchnął się od maski Mitsubishi i wyszedł naprzeciw, ale nadal pozostawał na uboczu. Nie chciał budzić zbędnych podejrzeń.
Z oddali dobiegały dźwięki kolejnych samochodów.
-Znowu ktoś się zbliża.
Kierowcy z NJBB i Vendetty nadal nie wysiadali ze swoich samochodów.
Atmosfera zrobiła się dziwnie niepokojąca.
Na parking po chwili wtoczyły się oczekiwane przez wszystkich modele BMW. Gildia TDW. Niektóre wjechały bokiem, inne na wjeździe zaczęły palić gumę, robiąc bączki. Marcin zakrył twarz z lekkiego wstydu i się odwrócił. Gardził zbędnym popisywaniem się.
Wśród nich była mała Honda, która z gracją wjechała na sam środek. Gildia TDW i zajęła południową część, pozostawiając małą Hondę samą sobie. Autogun był neutralny, spoczywając pośrodku wszystkich kierunków świata.
Nikodem i Radosław siedzieli w środku i milczeli. Ten pierwszy nie mógł wykrztusić słowa, przez całą drogę nadzorując zachowanie Radosława, który, wbrew swoim przyzwyczajeniom, nie popisywał się tym razem. Był śmiertelnie, o ironio, spokojny.
W końcu Radosław odpiął pas bezpieczeństwa i wysiadł z samochodu, zostawiając go na wolnych obrotach.
Ze swojego samochodu wysiadł też Kamil. Rozciągnął się, rozejrzał i podszedł do Marcina, stojącego z założonymi rękoma.
-Chce się ścigać.
-Mhm. – Chrząknął.
-Z Hondą.
-Nie ma jej.
-Jak to jej nie ma?
-Ten członek się już nie ściga.
Kamil spojrzał w niebo, naprężył szyję i z całym impetem splunął Marcinowi pod nogi. – Gówno prawda. Wiem, że gdzieś tutaj jest ta dziwka.
-Dziwka? – Radosław znieruchomiał.
Kierowca Lexusa się nie odzywał.
-A Ty co? Myślisz, że o tobie zapomniałem? Kręciłeś z tą suką. – Zwrócił się do oddalającego się byłego członka Mysterious Ways. – Skoro jej nie ma, to z tobą się dzisiaj rozprawię. Nie będę szargać swojej opinii przez jakiegoś kretyna, który myślał, że może robić interesy. Tu i teraz, cwele.
-Nie.
Kamil splunął w bok, w stronę swojego samochodu. – Amatorzy. – Chrząknął. – Wszyscy jesteście z jednej matki. Tym bardziej ta pizda, która nigdy nie wysiadała ze swojej kosiarki.
-Zamknij ryj. - Odezwał się głos za jego plecami.

Wszyscy się obejrzeli za Radosławem, napiętym tak, jakby przed chwilą skończył dwugodzinny trening na siłowni. Nikodem wysiadł z samochodu z chęcią powstrzymania swojego przyjaciela, lecz kolejne krzyki go osłupiły.
-Przyjeżdżasz do czyjegoś domu i rozstawiasz innych po kątach, szukając zabawy? Po moim trupie, melepeto jebana.
-Po twoim na pewno, bo jeszcze dzisiaj skończysz z zębami wbitymi w kierownicę… zaraz, ja Cię pamiętam! To Ty do mnie ostatnio skakałeś, w mordę jebany!
Kierowcy BMW zaczęli nawoływać i kibicować, oczekując konkursu na lepszy roast.
-W mordę jebany… ładne słowo. Użyję go, kiedy po raz kolejny przerżnę Ci mat… – Nie dokończył, kiedy Nikodem złapał go za ramię.
-Uspokój się!
Radosław szarpnął ręką, odtrącając go od siebie. – Ścigamy się. Tu i teraz. Pojadę w zastępstwie za Alicję.
-Co?! – Nikodem odsunął się, czując niekontrolowane zagrożenie.
-Dobra! Pożałujesz, że dzisiaj w ogóle przyjeżdżałeś.
Radosław machnął ręką i podszedł do Nikodema, który był już za samochodem. – Jedziesz ze mną.
-Ja… po co…
-Będziesz mnie pilotować. Znasz tę drogę. Znasz każdy wybój i plamkę na asfalcie.
-Nie kontrolujesz samochodu na takich dużych prędkościach, a chcesz się ścigać?
-Nikodem… proszę. – Powiedział błagalnym tonem, w którym można było wyczuć rządzę walki.
„Stało się coś bardzo niedobrego…”
Spojrzał jeszcze raz na Silvię. Posłuchał jej dźwięku silnika, wczuł się w jej ton. – Nie ma Turbo. Może mamy szansę…
-Wsiadaj do samochodu.
Nikodem zacisnął pięść i chwiejnym krokiem podszedł do drzwi pasażera.

Oba samochody stały już na linii. Nissan po lewej, Honda po prawej. Pomiędzy nimi Marcin, trzymający ręce w górze.
-Dziesięć sekund!
-Nie ruszaj z pełnym gazem, nie marnuj trakcji. - Polecił Nikodem, z sekundy na sekundę będąc bardziej przerażonym.
Kamil spojrzał w prawo. Radosław wydawał się... jakby niepewny.
-Ciota. - Parsknął.
-Trzy… dwa… jeden! Start!
Dwa psy wściekłości ruszyły z piskiem łap i rykiem z gardeł, zwijając za sobą gorący asfalt. Nikodem wgłębił się w fotel i chwycił za uchwyt w drzwiach, kątem oka zauważając, jak Nissan powoli wysuwa się na prowadzenie.
-Dobra… co mam robić?
-Informuj mnie o zakrętach.
-Przecież znasz tę drogę tak dobrze, jak ja. – Warknął. – Boże…
-Sukinsyn... - Warczał Radosław.
-Nie mam kontroli. – Głowę przyćmiła mu niepokojąca wizja wypadku, podczas którego nie będzie nawet mógł wysiąść ze zmiażdżonego samochodu. – Skup się…
Oba samochody przecięły most jeden za drugim. Pokonały serię małych zakrętów i zwężenie drogi przed początkiem uphillu. Przewaga Nissana szacowała się na jakieś dziesięć metrów, ale nie powiększała.
Zbliżały się bliźniacze patelnie.
Radosław niepewnym ruchem sięgnął do drążka zmiany biegów.
-Trzymaj tę dłoń na kierownicy. – Polecił mu Nikodem.
-Przecież zaraz będę redukować.
-Trzymaj kierownicę jak najdłużej.
-Kurwa, on mi ucieka.
-Trzymaj to kółko!
Nissan zahamował wcześnie, jakby nie traktował poważnie zagrożenia ze strony Hondy.
-Jeszcze nie…
Radosław nie posłuchał, hamując w tym samym momencie.
-Za wcześnie!
Honda straciła pęd, ledwo pokonując patelnię w lewo. Nissan znów się oddalił.
-Słuchaj mnie, debilu.
Wzrok Radosława był pusty, jakby się wyłączył.
Nikodem przełknął ślinę. – Zahamujesz wtedy, kiedy Ci powiem.
Radek nie odpowiedział.
-… Uważaj.
Nissan znów zahamował, w taktycznie podobnym miejscu. Kilka metrów od zakrętu.
Radosław czekał.
Prawa noga zaczęła mu się podnosić.
-Nie…
-Radek… teraz!
Prawa noga wystrzeliła do pedału pośrodku. Przód zanurkował przed tylnym zderzakiem Nissana, który obrał środkową linię. Nikodem chwycił lewą dłonią kierownicę i pociągnął ją do siebie, nakierowując samochód na wewnętrzną. Honda znalazła się po prawej stronie Nissana, ale go nie wyprzedziła.
Radosław nie wciskał gazu.
-Przyśpiesz!
-Nie… ni… - Z dozą niepokoju wcisnął gaz.
Kamil spojrzał w lusterko wsteczne, na oddalającą się, starą Prelude. – Co za szczeniak… marne próby marnego kierowcy. Porwałeś się na mnie o dziesięć lat za wcześnie.
Światła reflektorów oświetlały nieprzenikliwy las, który zabrał ze sobą więcej dusz, niż wspomnień. Tak przynajmniej mówiły legendy. Byli o krok od ujawnienia zjawy, którą mogło widzieć tylko kilku ludzi. Zjawy, o której wie zaledwie niewielu.
Nazywali ją pewnością siebie.
Zbliżał się szybki łuk w lewo. Ślepy łuk.
-Lepiej jedź wewnętrzną. Jeżeli on tak robi, nic nie jedzie z naprzeciwka. Nie hamuj, damy radę.
Radosław siedział cicho.
-Wszystko w porządku?
Samochód powoli zwalniał. Światła Nissana nikły w mrokach nocy.
-Odpowiedz mi… proszę.
Słyszał, jakby Radosław przełykał ślinę.
-Jedź zaraz obok tego rowu, możesz to zrobić!
Stopa praktycznie nie dotykała pedału gazu.
-Serce mi to mówi.
Chwila refleksji.
Radosław z podwójną siłą wcisnął gaz. Wpadli na zakręt, z którego Nissan już wychodził. Czuli, jak przednie koło muska pobocze, będąc kilka centymetrów od krawędzi z asfaltem. Przeciążenie nasilało się coraz bardziej.
Radosław nadal przyśpieszał. Wskazówka dochodziła do czerwonego pola. Skręcał coraz pewniej, przeciwstawiając się podsterowności.
Reflektory oświetliły prostą.
Koła zahaczyły o ziemię, puszczając w powietrze kłąb dymu. Radosław wypadł z zakrętu szybciej, niż zrobił to Kamil.
-Woah! – Wrzasnął.
Nikodem zaczął się śmiać, uderzając pięściami z zaciśniętymi kciukami o deskę rozdzielczą, czując radość, napędzającą jego serce.
-Spadamy stąd. – Zmienił bieg, będąc już na odcięciu.
-Matkojebca… - Kamil nie spodziewał się, że jeszcze zobaczy Hondę w swoim lusterku. – Zresztą… nawet jeżeli mnie dogonisz, to nie wyprzedzisz, jeżeli Cię zablokuję.
Nissan strzelił ogniem pierwotnym ze swojego wydechu, ustawiając się bokiem do zbliżającego się zakrętu w prawo. – Ty tak nie zrobisz, swoim daremnym FF!
Mówiąc to, o mały włos nie stracił panowania nad samochodem, ledwo wyrównując tor jazdy. Ku jego zaskoczeniu, po prawej stronie posypał się snop iskier, kiedy srebrny zderzak Hondy za bardzo ściął zakręt, ocierając się o barierkę.
-Uważaj! Za wcześnie skręciłeś.
-Damy radę…
Zbliżali się tak przez kilka kolejnych zakrętów. Raz za razem, cios za ciosem. Honda się zbliżała, Nissan się oddalał. Różnica w mocy, mimo że niewielka, stanowiła jednak poważny problem, który trzeba było zbagatelizować techniką. Nikodem, udając, że jest pilotem kierowcy rajdowego, sporadycznie poprawiał Radosława przy jego nieokiełznanych ruchach.
-Kamil wcale nie jest taki dobry. Jest średni. Spoczywa na nim nie obowiązek, ale żałość. Żałuje, że będzie musiał to wszystko rzucić, ot, tak. Woli się mścić sam, niż dawać to w ręce innych. – Nikodem starał się znaleźć odpowiedź na jego styl jazdy. – Rozpiera go energia… czuję, że szybko się to skończy.
Radosław Gwałtownie przyśpieszył, nawet do stu dwudziestu. Wóz zaczął wyć, jak to mają w zwyczaju, kiedy wchodzą na czerwone pole.
Szarpnął kierownicą w prawo.
Samochód przechyliło. Przeciążenie pociągnęło ich w lewo, ale udało im się utrzymać kontrolę. Nissan zerwał przyczepność, wypadając na prostą z prędkością poparzonej myszy. Ominął drzewa na poboczu, pozostawiając kilka centymetrów przerwy. Nikodem na chwilę zamknął oczy, łapiąc się za uchwyt na podsufitce.
Honda pokonała serię drobnych zakrętów, hamowała, momentalnie przyśpieszyła, dalej omijając drzewa na poboczach. Gestykulował dłonią, kiedy pchać dalej, a kiedy odpuścić i się odsunąć. Honda delikatnie podskakiwała na górskich drogach. Nasiliło się to na podniszczonych fragmentach w pobliżu stoków, gdzie tydzień wcześniej pokonał BMW E46 w starym Polonezie. Świat po bokach rozmazywał się w kalejdoskopie kolorów nocy, szarych drzew, znaków, przerażenia. Asfalt robił się coraz bardziej przerażający, droga, którą jechali, była niezwykle wąską, otoczoną niskimi barierkami próbą wytrzymałościową. Radosław się niczym nie przejął, wypadł z niej szybciej, niż z poprzedniej... niż Nikodem w ogóle mógł się spodziewać.
Długa prosta między dolinami, porośnięta drzewami. Unikalny widok, który teraz nie miał większego znaczenia, dopóki trzymali się drogi. W pewnym momencie wskazówka na liczniku zbliżyła się do stu trzydziestu. Nikodem kątem oka spojrzał na jego stopy, które coraz lepiej sobie radziły z techniką Heel & Toe.
Tym razem niezdrowo. Silnik zawył okropnie, ale miało to swoje uzasadnienie. Radosław się przestraszył, kiedy Nissan celowo zahamował przed jego nosem.
Puknęli go. Uderzyli.
-… Skurwysyn! - Wrzasnął do przedniej szyby.
Wyjechali na wzgórze, skąd mogli podziwiać serpentynę w oddali.
Zbliżali się do końcowej sekcji.
Kamil trochę zwolnił, lecz nadal jechali ponad sto na godzinę. Wpadli w downhill.
Kiedy Radosław spróbował wziąć go od prawej strony, Nissan postanowił zamknąć przejście, spychając samochód na barierkę. Znów posypały się iskry, które były efektem katowania srebrnej karoserii.
Kamil przyhamował, kiedy zakręt był już zbyt blisko.
-Jezu… przyskrzyń go! – Warknął Nikodem.
Radosław wykonał polecenie. Samochód posłusznie odbił się od barierki i puknął Nissana w bok, wytrącając go ze swojego pędu.
Wypadli na prostą, tuż przed hopką. Obaj kierowcy zacisnęli swoje dłonie i dodali gazu. Samochody wzbiły się w powietrze. Nieznacznie, ale jednak. Honda zanurkowała przodem, Nissan utrzymał się prosto. Wylądował gładko niczym skoczek.
Honda zaryła zderzakiem o asfalt, praktycznie go urywając. Trzymał się teraz na słowo honoru.
-Ostatnie kilka zakrętów… musimy to zrobić.
-Nikodem… ten facet idzie na dno.
Radosław znów puknął Nissana w tył, niszcząc sobie jeden z reflektorów. Wskazówka temperatury silnika zaczęła się podnosić, a spod maski powoli kłębił się dym.
-Jeszcze jest okej… damy radę.
Trzymał się na jego zderzaku, nie odpuszczając ani na moment. Kamil stracił kompletnie panowanie nad sobą, nie mogąc dobrać prędkości do zakrętu. Przestrzelił punkt hamowania, wpadając w podsterowność. ABS przestał kompletnie działać.
Honda wykorzystała tę okazję, znów atakując z prawej strony. Nissan zdążył odbić i otrzeć się o jej lewy bok, lecz już było za późno. Na wyjściu z zakrętu Radosław prowadził o pół samochodu.
Dwa zakręty.
Podobna sytuacja. Wynik ten sam. Nissan lekko na prowadzeniu.
Jeden zakręt.
Nikodem zamknął oczy.
Oba samochody zetknęły się ze sobą, o krok od pokonania zakrętu. Pokonały go razem, z przewagą Nissana.
DOHC z serii-B dawał z siebie wszystko, żeby pokonać butelkowo-zieloną legendę Japońskiej motoryzacji.
Kamil ponownie postanowił zepchnąć Hondę na barierkę, kiedy Radosław chciał przecisnąć się po jego prawej stronie.
Blef doskonały.
Odbił kierownicą w lewo, wysuwając się na przeciwnym pasie ruchu. Wykorzystał pęd swojego samochodu i momentalnie uderzył w bok Nissana, przywierając go do barierki.
-Skurwielu! - Wrzasnął Kamil.
Dziesięć metrów.
O krok od śmierci. O krok od zwycięstwa.
O krok od odzyskania imienia.
Dobrego imienia.
Honda przecięła metę, pół długości przed Nissanem.

-Gdzie jesteśmy?
-Na mecie
-Ale jak to… tak po prostu? W ile dojechaliśmy?
-Jakieś pięć minut
-Ju…już? – Złapał się za głowę. Pociągnął za klamkę i wysiadł z samochodu, chwiejąc się i podpierając karoserii.
-Do usług, twój UBER dowiózł Cię na miejsce.
Wydawało mu się, że się uśmiecha, lecz nie wiedział, czy to aby nie cień, rzucany przez jego włosy.
Wysiadł zza kierownicy i się rozciągnął. Czując swoisty niesmak.
Docierało do niego, że rozwalił swój samochód
Nikodem przeszedł kilka metrów., upewniając się, że trzyma równowagę. Zachwiał się lekko i wstąpił na krawężnik. Oparł się o barierkę i wyrzucił z siebie cały dzisiejszy obiad.

Za zakrętem, dwóch mężczyzn siedziało w schowanym pośród osiedlowych drzew samochodzie.
-Co za dekiel w tej Prelude?
-Jakiś koleś z Autogun…
-To Ci od tej MR-2?
-Tak... ale tylko ona się do tej pory ścigała.
-Czyli nic poważnego. Ot… miejscowi szybcy i wściekli.
-Czy nic… to nie byłbym taki pewien. Jak na jego wiek, jest zadziwiająco skuteczny.
-Ale tylko on się ściga. Wystarczy, że wyzwiemy jego kolegów i skończy się ich przewaga w tabeli.
-Jeżeli tak mówisz…
-Jeszcze nie dziś, ale następny weekend będzie nasz.

Honda stała w świetle reflektorów innych samochodów, ze wgniecionym zderzakiem, rozbitym prawym reflektorem, wgniecioną całą prawą stroną i praktycznie całą karoserią, pokrytą w rysach. Spod pękniętej maski wydobywał się zapach płynu chłodzącego. Sama chłodnica powoli umierała, wypuszczając więcej dymu, niż wydobyło się podczas wszystkich konklawe w historii.
Czy ta ofiara była warta zwycięstwa? Zastanawiał się Nikodem. Samochód potrzebował solidnej opieki. Inaczej będzie trupem.
Radosław siedział na klapie bagażnika i spoglądał w dół przełęczy, pokrytej gęstą mgłą. Nikodem oparł się o bok samochodu i zsunął na asfalt, jeszcze czując adrenalinę płynącą w żyłach, jak świeżą magmę.
-Jesteś zadowolony?
-Nie wiem.
-Jutro będziesz wiedzieć.
-Najprawdopodobniej…
-To się wydaje… takie surrealistyczne. Wcale nie czuję, jakbym tu teraz był.
-A gdzie jesteś?
-Tam, w dolinie mgieł, szukając swojego miejsca… jakbym siedział przy stole pokerowym i grał z przeciwnikami, których drugie imię, to przypadek.
-Przypadki chodzą po ludziach.
-Chyba wypadki. – Poprawił go.
-Przypadki też… gdyby nie przypadek, raczej by nas tu nie było.
-A gdzie byśmy byli?
-Tam, w dolinie mgieł. – Nawiązał. – Dosłownie i w przenośni.
Nikodem spojrzał na Radosława, który delikatnie odbijał stopy od barierki, jakby kopał piłkę.
-Czy wyścigi są metaforą naszych żyć?
-Wyścigi w jakiś sposób są życiem… czekamy na nie, przeżywając rzeczy, które dzieją się pomiędzy nimi. Jakbyśmy się cały czas przygotowywali na kolejne życie. Skoro tak jest, to dlaczego mamy nie iść na całego?
-Tak się to miało skończyć? Dojść na samą górę, żeby potem znów spaść?
-Taki… taki chyba jest urok downhill.

Kilkanaście godzin później, Radosław był z powrotem w swoim pokoju. Zaczął dzień z niczym. Mimo to skończył… stratny w dobra materialne, bogatszy w swoim sercu, które nadal wypełniała wszechobecna pustka.
To miejsce, w którym nie można się podrapać, było jego największym wrogiem.
Rozległo się ciche pukanie do drzwi. Radosław nie odpowiedział, lecz one i tak się otworzyły. Wszedł ojciec, bardzo małymi kroczkami. W jednej ręce trzymał swoją walizkę służbową, w drugiej wielką kopertę, zaadresowaną do jego syna.
-Radek… to dla Ciebie. – Położył mu ją na stoliku.
Stał tak jeszcze przez chwilę, oczekując jego reakcji. Wiedział, że nie śpi.
Nie odwracał się.
-Następny weekend mamy wolny. Planujemy z matką wyskoczyć w jakieś przyjemne miejsce… chcemy, żebyś jechał z nami.
Wydawało mu się, jakby chrząknął.
-Przemyśl to, proszę.
Postał jeszcze chwilę i się wycofał, zamykając za sobą drzwi.
Zaraz po tym, Radosław obrócił się i wstał. Wziął do ręki kopertę i już nawet bez czytania dedykacji, wiedział, że to od Alicji.
Czuł jej zapach.
Westchnął ciężko i ją otworzył. Nie zaglądał głębiej, wyjmując tylko list. Rozłożył kartkę i upewniwszy się, że nie pogrąży się we łzach, oparł o ścianę i położył ręce na skulonych kolanach.
-Drogi Radosławie. Wybacz, że zrujnowałam Ci życie. Wybacz, że Ci wcześniej nie powiedziałam. Wybacz, że robię to teraz, w ten samolubny sposób.
-Żebyś wiedziała…
-… On był dla mnie jak brat, do którego coś czułam, lecz nie mogłam się zdobyć, żeby mu to powiedzieć. Był dla mnie po prostu rodziną. Kimś, kogo nie można zaprosić do łóżka. To byłoby nieetyczne jak kazirodztwo. Moja rodzina jest niezwykle skłócona, a ja żyłam przez większość czasu na garnuszku swojego ojca, który całkiem dobrze prosperuje w urzędzie miasta. Tak, jestem starsza od Ciebie, lecz nie przeszkadzało mi to. Nie czuję się dorosła, co poniekąd doprowadziło do mojej katastrofy, bo nie potraktowałam poważnie zaistniałej sytuacji. To najokropniejsza rzecz, jaka mogła mi się przydarzyć… i największe skurwysyństwo, jakie mogłam komuś zrobić. Ty, mimo że jesteś dużo młodszy, byłeś dużo bardziej męski i dorosły w swoich zachowaniach, niż większość moich rówieśników. Jesteś moim przeciwieństwem… jednocześnie kimś, w którym zdążyłam się zadurzyć.
Radosław nie wytrzymał, puszczając łzy ze swoich oczu. Kartka zrobiła się mokra od potu, którym przeciekała jego skóra pod wpływem emocji.
-Chciałabym, żeby było inaczej. Chciałabym, żebym mogła to naprawić, lecz wiem, że na nic się to nie zda. To wszystko będzie mnie nawiedzać do końca życia, jeżeli bym spróbowała… a odmowa mogłaby mnie zabić. Nie mogę, nie potrafię, jestem tchórzem. Przepraszam. Przepraszam najmocniej.
Zostawiam wszystko za sobą. Wyjeżdżam jutro do siostry, która studiuje w Pradze. Jeżeli chcesz, będę czekać w kawiarni obok dworca głównego, około dwudziestej, pół godziny przed odjazdem PolskiegoBusa. Tak… zostawiam nawet samochód. Zaczynam wszystko od nowa.
Jeżeli Cię nie będzie… cóż. Doskonale to zrozumiem. Wszystko ma swoje granice. Wiem o tym, Radosławie.
Dziękuję za ten wspaniały czas, jaki mi dałeś.
Godspeed.

-Czy to się dzieje naprawdę? – Pomyślał. – Dwudziesta… jutro. Mam chyba czas. – Położył kopertę obok siebie i schował twarz w swoich dłoniach, ciągając nosem i kaszląc, przed nadciągającym płaczem, mogącym go odwodnić w kilka minut.
-Dwudziesta… jutro. – Powtórzył znowu. - … jutro.
Wziął do ręki kopertę i spojrzał na samą górę, szukając daty.
I ją znalazł.
-Dwudziesta… ju… dzisiaj… - W mgnieniu oka spojrzał na zegar. – Dziewiętnasta piętnaście… ja pierdole.
W trymiga zeskoczył z łóżka i wyjął kluczyki do Hondy ze swojej kurtki.
Wtedy stanął jak wryty i przypomniał sobie, że Prelude była zniszczona.
-O nie… nie, po prostu nie. To się nie dzieje naprawdę.
Złapał za telefon i wystukał ten numer. Ten jedyny numer, ważniejszy, niż jakikolwiek inny, alarmowy.

< SFX: Leslie Parrish – Save Me >

Nikodem obrócił się na drugi bok, kiedy wibracje w jego kieszeni stały się nie do zniesienia. Dziwaczny dzwonek w jego telefonie szybko przypomniał mu, kto się właśnie dobija. W końcu, z poirytowania wyjął telefon i spojrzał na wyświetlacz.
-Ha-halo?
Cisza.
Ciszę zastąpiło coraz głośniejsze oddychanie.
-K-kiedy…? W piętnaście minut?!
Oddychanie się nasiliło. Adrenalina, jak okropnie gorąca magma, zaczęła krążyć w jego żyłach.
Trzy minuty później światło na skrzyżowaniu zmieniało się już z zielonego na żółte, praktycznie przechodząc w czerwone.
W mgnieniu oka, skrzyżowanie przecięła pędząca Toyota.
Budzik, informujący o przekroczeniu stu kilometrów na godzinę tykał bez przerwy, nawet na podniszczonych zakrętach, które prowadziły do Bielska. Na drogach, na których kiedyś ścigał się motocyklem.
Toyota przyśpieszała, przyśpieszała… i przyśpieszała.

C.D.N.