"Climbatize"

Nikodema obudziły niepokojące odgłosy, które dobiegały z wnętrza domu. Z ciężkością wstał z łóżka, nie mogąc znieść powtarzających się, przeraźliwie głośnych trzasków, które przypominały garnki spadające z dużej wysokości. Przetarł się po twarzy kilka razy, poklepał po policzkach i wstał na chwiejne nogi, nadal będąc połową mózgu w fazie REM. Zszedł po schodach na parter i zaczął przeszukiwać dom, nie mogąc jednak znaleźć źródła podejrzanych odgłosów. Kuchnia odpadła pierwsza, po kolei eliminując toaletę, sypialnię jego ojca i salon z listy podejrzanych. Minęło kilka minut, nim do jego wciąż pół przytomnej głowy dotarło, że okno w kuchni jest otwarte na oścież. Podrapał się po trzydniowym zaroście i wystawił powoli głowę na słońce, które pierwszy raz w te wakacje było zakryte chmurami. Niebo było niezwykle jaskrawe, ale i szare jednocześnie. Zapowiadało się na ulewę, która dała o sobie znać już tej nocy. W kałuży pod ścianą domu odbił się podnośnik, na którym stało jakieś auto.
A pod nim ojciec Nikodema, uporczywie próbujący się dogadać z jakimś elementem zawieszenia.
-Ta... Tato! - Krzyknął.
Powoli spod samochodu wysunęła się osoba, będąca w siedemdziesięciu procentach do Nikodema podobna. Nie bez powodu. W jego rodzinie urodę w większości odziedziczało się po ojcu. Nie stanowiło to problemu, ponieważ od kilku pokoleń nie urodziła się żadna córka. Twarz miał brudną od smaru, kurzu i brudu, który skutecznie pokrywał każdy skrawek samochodu. Wstał, otrzepał swoje ubranie i zaczął wycierać dłonie w białej szmatce, która teraz przypominała pięćdziesiąt różnych odcieni szarości.
-Cześć Nikodem. - Przywitał go entuzjastycznie.
-Co... co Ty robisz? Która jest godzina?
-Ósma... nie pracujesz dzisiaj?
-Dopiero po południu... co nie zmienia faktu, że chciałbym się wyspać.
-Mogłeś wrócić wcześniej do domu, to byś się spokojnie przespał.
-Przecież byłem o dwudziestej trzeciej... - Odparł poirytowany.
-No cóż, ja nie zamierzałem czekać, aż twój leniwy tyłek łaskawie wstanie z łóżka.
-Ale co Ty robisz? - Powtórzył pytanie.
-Nie widzisz? Kupiłem nowy samochód.
-Za co?!
-Za pieniądze od twojej matki. - Uśmiechnął się.
-Jak to? Przecież zabrała nam Mondeo… nie było za co.
-Wyszło na jaw, że zapomniała się podpisać na jednej rzeczy. Zdążyła jednak sprzedać nasz... jej samochód, bo nigdy go nie lubiła. Mondeo rocznik dwa tysiące siedemnaście nie straciło tak bardzo na wartości, więc otrzymaliśmy okrągłą sumkę. Po to musiałem zabrać twoje Subaru, żeby jechać do miasta. Podpisać kilka umów i w ogóle...
Nikodem przetarł się po czole, kiedy informacje bardzo powoli napływały do jego głowy. Po dłuższej chwili myślenia o matce, osiemnastu latach wychowywania i sytuacji, w jakiej się teraz znaleźli, tylko jedno mu przychodziło do głowy.
-To, co to za samochód?
Ojciec odsunął się na bok, prezentując brudnego, białego sedana z niezłymi, osiemnastocalowymi alufelgami.
-Subaru Legacy. - Nikodem rozpoznał samochód. - Bardziej cywilizowana Impreza, nie?
-Cywilizowana? Przede wszystkim to dużo bardziej dyskretne, niż Impreza... no w sumie, mogłem zawsze kupić Forestera, lecz nie bawi mnie jazda w gęstym błocie... no i to auto ma coś, czego Impreza nie ma.
-Coś, w co musisz walić młotkiem od rana, żeby zadziałało?
-Ma pewne usterki, ale do jutra się z nimi uporam.
-Ojciec...
-Tak? - Uśmiechnął się. Nikodem się zawahał, znając ten uśmiech aż za dobrze. Sam się tak uśmiechał, kiedy matka go ostrzegała przed startami w mistrzostwach kartów. Jaki ojciec, taki syn. Przypomniało mu się, jak też ojciec podarował mu ten uśmiech przed Rajdem Wisły, ponad dziesięć lat wcześniej. Rajdem, który wszystko przekreślił. - Jesteś tam? - Zapytał.
Nikodem ponownie się zawahał, zdając sobie sprawę, że jego głupie opóźnienie wdaje się we wznaki. - To, co w tym samochodzie jest takiego wyjątkowego? - Zmienił pytanie.
-To czwarta generacja Legacy. Wiesz, co jest pod tą maską?
-No przecież Boxer...
-Sześć cylindrów, trzy litry, dwieście czterdzieści pięć koni na wszystkich kołach, przez cały czas. - W jego głosie było słychać wyraźną satysfakcję. - To potwór, nie samochód...
-Chyba się jednak nieźle bawisz... to kiedy jazda próbna?
-Ty? Sądząc po brudzie na twoim Subaru, chyba za bardzo nie dbasz o samochody.
Nikodemowi przypomniało się, jak raz przewiózł Radosława po szutrze, żeby przestał gadać o życiu i filozofii. Świat wtedy zamienił się w jeden z odcinków specjalnych z Colin McRae Rally, a on jechał po rekord trasy. - To był tylko jeden taki raz... oj no, sam rozumiesz. Justy też ma napęd na cztery i też lubi poszaleć na szutrze.
-Żebyś się za bardzo w Toyocie nie rozszalał.
-A skąd Ty wiesz co ja w Toyocie robie... - Machnął ręką i wyszedł z okna.
-Czekaj!
Odwrócił się i oparł o parapet. - No?
-Rano przyjechał jakiś chłopak w twoim wieku, dał mi list.
-List? Do mnie?
-Jest w salonie na stole. Ponoć bardzo pilne.
-Pilne? - Pomyślał. - Czy ja działam na nerwy tak dużej grupie ludzi?
Nikodem wszedł do salonu. Faktycznie, na stole byla biała koperta, którą przeoczył. Westchnął i ją otworzył. Ze środka wypadła kartka do drukarki z ręcznym pismem, które jeszcze dało się odczytać. Wrócił z kartką do kuchni i postawił wodę na kawę. Wsypał do grubego kubka dwie kopiate łyżki i oparł się o blat, zanurzając wzrok w tekście.
-Nikodem. Jeżeli to czytasz przed południem, bardzo proszę, żebyś przyjechał do Sfery. Wiem, że pracujesz, więc bardzo mi zależy, żeby się z tobą jeszcze dzisiaj spotkać. Sytuacja jest bardzo poważna, poważniejsza, niż Ci się może wydawać. Nie pytaj, skąd znam twoje imię, ani skąd znam adres. Nie, nie z facebooka. Przyjdź na poziom trzeci parkingu piętrowego, na pewno mnie rozpoznasz.
Podpisano: Chłopak z Porsche 944.
W tym momencie Nikodem zapomniał o kawie, będąc już ubranym w dżinsy i pobudzonym bardziej, niż kofeina mogła mu to zapewnić. Dwie minuty później Subaru Justy, niczym samochód rajdowy wbiło się w powietrze z pagórka, zjeżdżając w dół wzgórza, na którym mieściło się jego osiedle.

(SFX: Moby: Go (1991)>
Parking był chłodnym i mrocznym miejscem, przez który przebiegał szmer silników i pisk opon. Subaru wtoczyło się na trzeci poziom i bardzo powoli wykręciło z podjazdu, jeszcze wolniej podjeżdżając pod miejsca parkingowe. Nie minęła chwila, a Nikodem zdołał rozpoznać znajomy kształt.
Przeklęte Porsche znów było całe, lecz tym razem tył miało już w innym kolorze. Kiedy reszta nadwozia przypominała mieszankę jasnego błękitu z ciemnym szarym, tak tył był w bordowym kolorze. Zostało naprawione naprędce, aby tylko policja się nie mogła przyczepić. Z daleka mógł rozpoznać kierowcę, lecz w środku nie było osoby, z którą się ścigał tamtejszej nocy.
W środku była osoba, która próbowała go ścigać podczas randki z Dianą.
Pytania zaczęły zataczać koło w jego głowie. Skurcz w żołądku stał się boleśniejszy niż przed egzaminem gimnazjalnym. - Co jest? - Zapytał samego siebie. Zaparkował obok Porsche, powoli wysiadając ze swojego samochodu i zamykając go na klucz.
Młodzian opuścił szybę na tyle, żeby można było swobodnie rozmawiać.
-Wsiadaj. - Rzucił.
-Nigdzie z Tobą nie jadę.
-Nie możemy stać cały czas w jednym miejscu, rozumiesz?
-A kogo obchodzi, że siedzimy w samochodzie i rozmawiamy?
-Kurwa mać, wsiadaj.
-Nie. Mów mi co chciałeś.
-Chodzi o zespół, który wczoraj wieczorem przyjechał na Kocierz i zgnębił motocyklistów z twojej szkoły.
-A co mnie to obchodzi?
-To sięga głębiej, niż Ci się kurwa wydaje. Mój brat, osoba, którą pokonałeś, współpracuje z nimi.
-Taaak? - Zapytał sarkastycznie. - A na jakiej podstawie?
-To jeden wielki przekręt. Kumasz?
-Nie. Co to ma wspólnego ze mną?
-Robią takie numery co kilka miesięcy. Za każdym razem innym samochodem, na inne nazwisko. Mój brat za bardzo się w to wciągnął. Był głupi, policja zaczęła węszyć, wpadł po wyścigu. Teraz ma sprawę w sądzie, a ten samochód teoretycznie nie powinien tutaj być.
-Dalej nie wiem, co to ma wspólnego ze mną.
-Wsiadasz?
Nikodem nie odpowiedział. Obszedł samochód i wsiadł do środka. Porsche po chwili wyjechało z parkingu, ruszając w stronę miasta.
-Więc?
-To wszystko to jeden wielki przekręt. – Powtórzył się. - Ten zespół, który wczoraj przyjechał, Vendetta, współpracuje z kolesiem z czarnego BMW E46. Ten koleś jeszcze wczoraj rozmawiał z członkami LBK-2, negocjując warunki przyjęcia do zespołu. – Nikodem zauważył, że chłopak ma bardzo słaby zasób słownictwa, lecz niczego nie komentował. - Jest jak szpieg, który na początku zbiera informacje, a później sabotuje całą sprawę. Koleś ma więcej pieniędzy, niż my dwaj jesteśmy w stanie zarobić w pół roku. Wiesz, czym jeździ Vendetta?
-Nie miałem okazji ich jeszcze spotkać.
-Jeden ma Skyline'a R34 25GT. Taki uboższy Sky z napędem na tył. Drugi ma Silvie S14. Reszta ich załogi to kmiotki, które są tylko tłem, zasłoną. Ci dwaj współpracują z tym kolesiem z BMW, który jeszcze rok temu handlował dopalaczami w całym Bielsku. Jest kurwa cztery lata starszy od nas, a ma więcej za uszami, niż krętacze z większości lombardów. Kręci z ubezpieczeniami. Kupuje stare samochody, ubezpiecza, Vendetta nimi jeździ jakiś czas i zupełnie przypadkiem są rozbijane.
-Co twój brat ma do przekrętów z ubezpieczeniami? Co ja do tego wszystkiego mam?
Porsche bardzo często zajmowało lewy pas, jadąc S1 na północ, w stronę słynnego „Zakrętu Mistrzów”.
-Teraz zmienili taktykę. Koleś z BMW... swoją drogą nazywa się Antoni, będzie działać tak, żeby ustawić większość wyścigów na korzyść albo niekorzyść. Pozostali członkowie Vendetty obstawiają czyjeś zwycięstwo, po czym zgarniają czysty profit. Zapytasz, co to ma wspólnego z moim bratem? To, że dał dupy. Przegrał jeden wyścig, przez co musiał odzyskać jakoś pieniądze. Musiał znowu pobawić się z ubezpieczeniem od samochodu. Wygrał wyścig z Mazdą 323, nieczysto, ale wygrał. Nie musiał już się rozbijać, lecz zaraz potem wziął udział w kolejnym wyścigu, który go przerósł. Rozbił się, co wyraźnie zaniepokoiło jego firmę... Vendetta się od niego odsunęła, a teraz idiota został na lodzie.
-Dobra. W akcie desperacji twój brat prawie zabił mojego przyjaciela. Potem wpakował się w jeszcze większe gówno, żeby teraz co? Próbujesz u mnie wymusić współczucie, żal? Cokolwiek?
-Nie, próbuję Cię ostrzec, że LBK-2 ostrzy sobie na Ciebie zęby. Założe się, że Vendetta obstawi twoją przegraną. Mimo że jesteś niezły, to ludzie pozostają sceptyczni co do pojedynków z bardziej doświadczonymi kierowcami. Potem Vendetta rzuci Ci wyzwanie, co się skończy ich przegraną. Za każdym razem niespodziewane zwycięstwo lub przegrana da im większy zysk niż obstawianie faworytów.
-Czyli chcesz, żeby ich zdusić w zarodku?
-Chcę, żebyś wygrał z każdym z nich, kto się napatoczy. Mój brat chujowo postąpił i nie chcę, żeby komuś jeszcze stała się krzywda.
-Mam być niczym wiatr? Przeskakiwać z wyścigu na wyścig, żeby oni się poddali?
-To gang, nie rozumiesz? Nie mogą się panoszyć jak u siebie. Przenieśli się z torów wyścigowych na ulice. Tak nie może być.
-Dobra. Zastanowię się co z tym zrobić.
-Antek prawie na pewno rzuci Ci wyzwanie. Jeździ Serią trzecią, E46 320i. Dasz sobie z nim radę?
-Nie wiem, dopóki się nie zaczniemy ścigać... swoją drogą, skąd pewność, że akurat mi to wyzwanie rzucą?
-Ludzie gadają o MR-2 wszędzie. Robisz się tak popularny, jak Cressida z Projektu 86. Mysterious Ways na Ciebie czeka, a oni są świetni w Touge. Jeżeli z nimi wygrasz, to fani oszaleją. Ludzi zacznie przybywać i przybywać, a wtedy LBK-2, tudzież Vendetta nie odpuszczą swojego ataku. Moja rada? Pokonaj ich, stracą swoje pieniądze i chęć do walki, kiedy zdadzą sobie sprawę, że miejscowi w starych samochodach są lepsi... sytuację może jeszcze zmienić. Praktycznie martwe Ultralight Beam, które dzisiaj ściga się z szefem LBK-2. Nikt nie wierzy w pokonanie LBK, więc… od nich też dużo zależy... prawie tyle, co od Ciebie.
-Ja tylko zemściłem się za przyjaciela. To wolny kraj, mam wolność wyboru.
Porsche zjechało z drogi, zatrzymując się na pasie bezpieczeństwa i włączając światła awaryjne.
-Jesteś jedną nogą w wiadrze gówna, a drugą nogą na drodze, która doprowadzi Cię do spełnienia, jeżeli będziesz podążać dobrym szlakiem, rozumiesz? Sytuacja będzie gówniana, jeżeli nie odpowiemy. Wziąłeś udział w walce ulicznej, teraz bokserzy z okolic chcą się z tobą zmierzyć. Musisz odpowiedzieć, żeby nie zepsuć opinii… i nie zepsuć tego miejsca.
-My?
-Tak, bo Ci pomagam… już i tak Ci wystarczająco pomogłem. Jeszcze dziś pozbędę się tego grata, w ramach zadośćuczynienia.
-Nie myśl, że tym sposobem kupisz sobie moje zaufanie.
-W tej grze nic nie jest na sprzedaż.


Radosław miał 173 centymetry wzrostu. W tym wieku nie był to zabójczo wielki człowiek, wręcz wzbudzał niekontrolowany uśmiech swoją „nikłą” posturą. Miał krótkie włosy, bo tylko takie mu pasowały. Uwielbiał Kanye Westa i za wszelką cenę starał kolekcjonować, zbierać i onanizować się do wszystkiego, co z nim było związane. Nikodem tego nienawidził, odcinając się każdym możliwym sposobem od tych tematów. Tego ranka, kiedy nie zastał go w domu, Radosław postanowił wyskoczyć na małe zakupy w Bielsku, żeby jakoś zabić czas.
-Ch... Nic tu nie ma. Nic na moją kieszeń. - Stwierdził po godzinach przechadzek. - Jezus, czy to naprawdę takie trudne zrobić sklep z dobrą odzieżą, czy to naprawdę takie kurwa trudne. W co drugim są te same Nike i te pseudo Super Stary. No ja pierdole, buty zaprojektowane pod koniec lat sześćdziesiątych i nagle Tumblr... Tumbrl... Gerls sobie zdały sprawę o ich istnieniu.
Kochał styl.
I głośno myślał.
Szedł w stronę Sarniego Stoku, żeby potem skręcić w stare miasto. Co jak co, ale szanował starą architekturę. Najstarsza część Śródmieścia na Wzgórzu Miejskim posiadała średniowieczny Układ Urbanistyczny, który po dłuższym studiowaniu zdołał rozpoznać. W XIII posiadało naturalny element obronny, skarpę, potem wzbogaconą w mur. Graniczyło z Dolnym, Żywieckim i Górnym Przedmieściem.
-Cholerne górale. – Stwierdził z uśmiechem.
Podobnie jak Nikodem, uwielbiał klimat starych miast. Podzielał z nim opinię, że najlepsze strzelaniny, pościgi, sceny dramaturgii i romansu w filmach były kręcone w starym mieście. Pościg po uliczkach Nicei w Roninie, mrożące krew w żyłach śledztwo w Purpurowych Rzekach, każdy film Woodego Allena. To wszystko miało w sobie jakąś magię, która do siebie przyciągała.
Chodził tak długo, aż rozlał się deszcz.
„Nadajemy poważny komunikat. W dzisiejszym dniu przewiduje się potężne ulewy w godzinach południowych i wieczornych, wzbogacone przez wiatr do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę.”
Poszedł w stronę Zamku Książąt Sułkowskich i schronił się pod zabytkowym daszkiem. Za nim przybiegła jakaś dziewczyna, trzymająca nad głową swoją torbę.
-Czekaj... Czy to są Yeezy Boosty?
Ona się odwróciła, ujawniając rozmazany makijaż brązowych oczu i szeroki szczęśliwy uśmiech, spowodowany najprawdopodobniej deszczem.
-Tak, Yeezy. - Zaśmiała się z głupiej sytuacji. – Nie oryginalne… nie mam zamiaru stać dwa dni w kolejce za żadną rzeczą.
-Cholera… - Speszył się.
Była niższa o kilka centymetrów, może jeszcze mniej. Jej nos był prawie na wysokości jego oczu, chociaż nie do końca. Prawdę mówiąc, musiałaby do niego stanąć na palcach.
-Lubię te buty, są strasznie... No, inne.
-Też mi się tak wydaje. Dlatego je kupiłam...
-Mam nawet podobne w domu… nie oryginalne, ale mam.
-Chyba nie kryjesz się z tym, że markowe rzeczy Cię kręcą.
-Żeby mój portfel również się wokół tego kręcił…
-Z powodu portfela nie mogę samochodu używać. Paliwo kosztuje, a ja mam nadal ciężką nogę… zresztą, co ja gadam, wybacz. Zawsze w głupich sytuacjach plotę jakieś pierdoły, które nie obchodzą innych ludzi.
-Ja właśnie miałem wracać po swój… ale moje cudowne podróbki Yeezy nie lubią się z deszczem. – Parsknął śmiechem, spoglądając w dół na rozwiązane sznurówki.
-Zaprojektowane przez Westa. – Zaśmiała się, kiedy Radek gwałtownie zaczął wiązać sznurowadła.
-Dlatego je lubię… między innymi.
-Ja też.
Nie odpowiedział.
-Ups... Sorry, zapomniałam, że nikt o tym nie wie. - Zaśmiała się głośniej. -Masz je dlatego, że lubisz Westa czy dlatego, że je po prostu Ci się podobają?
-Uwielbiam ich design. Lepsze i bardziej stylowe, a zarazem...
-... Alicja.
-Radek.
-To ile dni czekałeś w kolejce?
-Czekać to mogłem, ale na odbiór kluczyków do mojej Hondy.
-Też mam Hondę. Jeżdżę, płaczę, polecam.
-Wybierasz się dokądś?
-Miałam jechać na wystawę w domu kultury… a Ty?
-Do szpitala, kolegę odwiedzić… odwiedzić. Podrzucić Cię?
-Jasne. – Odparła z uśmiechem.

Karetka jechała wzdłuż pasa awaryjnego drogi S1, pędząc do Bielska. Wymijała zwykłe samochody niczym przeszkody w grze video. Działała jak postać, która jest dość zdeterminowana, żeby przejść na następny poziom, mimo nikłych szans na dotrwanie do końca. Nie było nic bardziej jeżącego włosy, niż karetka, która bardzo szybko musiała się dostać do szpitala. Wszyscy nagle wiedzieli, że ktoś może za kilka minut umrzeć, albo szczęśliwie spędzić kolejne pół życia. Jej kierowca jeździł jak prawdziwy zawodowiec, przewidując zachowania kierowców, motocyklistów, przechodniów i rowerzystów.
Był aż za dobry na karetkę.
Mercedes Sprinter wpadł na podjazd. Z jego wnętrza paru ratowników już zabrało nosze na kółkach i wbiegło do środka, kierując ciężko rannego pacjenta na salę operacyjną.
Kilka pięter wyżej Nikodem, Radosław i Monika siedzieli na krzesłach przyniesionych z sali obok, gdzie leżała tylko jedna osoba. Czekali, aż zapłakana matka w końcu wróci do domu po całej nocy spędzonej przy w pół martwym synu. Pocałowała go jeszcze raz w czółko, po czym zabrała swoją torbę i z pomocą męża wyszła z sali. Teraz zostało tylko ich troje.
I Tomek.
Cisza była wręcz dobijająca. Komputer, który monitorował funkcje życiowe, wydawał tylko ciche pomrukiwania i pikanie z każdym uderzeniem serca. Wręcz, o ironio, grobowa atmosfera.
Po dłuższej chwili wstała Monika, podchodząc bliżej nieprzytomnego Tomka.
-Dalej wygląda jak wtedy, kiedy go widziałam w Stratosferze.
Przyjaciele nie odpowiedzieli.
-Zniknęły mu sińce z twarzy, widzicie? Jest blady… ale wygląda tak, jakby się miał zaraz obudzić. O Jezu, dlaczego Ty musiałeś być taki głupi…
-Psst... A co jeżeli nieprzytomni wszystko słyszą? - Szeptał Nikodem.
-No to idź i mu coś powiedz. – Odparł Radosław.
-Ale co?
-Nie wiem, znasz go lepiej niż ja… spędziliście więcej czasu w życiu ramię w ramię, niż ja z moim bratem.
Nikodem trochę się zakłopotał, ale po chwili dołączył obok Moniki, która głaskała go po twarzy.
-Idiotą jesteś.
-Nikodem… - Warknęła Monika.
-Chociaż za jedną rzecz Ci muszę podziękować. - Przysunął się bliżej, chwytając go za rękę. - Dzięki tobie wiem, chociaż, czego chcę.
Radzio się obudził, czując w powietrzu nadchodzący monolog Nikodema. Monika odsunęła się od niego, czując niesmak od wyzwiska.
-Nie wiem, kiedy zamierzasz się obudzić, idioto, ale będę czekał, żeby Ci tę rękę uścisnąć. Właściwie… ten wypadek bardzo dużo zmienił. Wpakowaliśmy się w niezłe tarapaty, z których teraz musimy wyjść obronną ręką… żebyś Ty tylko wiedział, jakiej wagi jest obecna sytuacja… eh.
Monika otarła czoło Tomka wilgotnym ręczniczkiem, jakby w ten sposób chciała odjąć mu cierpień, pragnąc, żeby teraz otworzył oczy.
-To zabawne, że wszystko obraca się wokół samochodów, nie? Kojarzycie teorię łańcuchów wydarzeń, które pękają, kiedy zostaną napięte do granic wytrzymałości przez zaistniałe wydarzenia? – Skierował się do pozostałej dwójki. - W ten sposób ponoć można wytłumaczyć ten cały syndrom przeznaczenia, przypadku, który chodzi po ludziach. Każdy do czegoś dąży. My, jak byliśmy mali, dążyliśmy do gokartów. Udało mi się nawet dostać do tych całych ogólnopolskich mistrzostw dla juniorów, ale matce się nie spodobało, że zaniedbywałem szkołę… w przecież najważniejszym okresie nauki. Tomek mnie wtedy wkręcił w motocykle. Już byliśmy w gimnazjum, kiedy łamałem prawo, jeżdżąc na stanowczo za mocnej maszynie, jak na mój wiek.
-Skąd Ty ją w ogóle miałeś? – Zapytała Monika.
-Ojciec mi kupił. To są zalety mieszkania z kimś, kto uważa, że w zjeździe z Salmopolu będzie szybszy od Schumachera… możecie się zastanawiać, jakim cudem boję się rywalizacji… Mój ojciec i jego brat jeździli w młodości w rajdach. Na samym początku miał Poloneza, kiedy jego brat jeździł już Celicą. Lata dziewięćdziesiąte minęły, a ja się urodziłem. Wtedy rywalizowali z jakimś gościem z Dolnego Śląska… facet był niesamowity. Przyjeżdżał na rajdy ze swoim synem w fioletowym Malczanie. Za nimi jeździła ekipa, która na lawecie przywoziła Sierrę Cossworth. Ojciec i wujek wtedy jeździli w tych Maxi Kit-Carach. To chyba było Renault Megane… jeździli nimi, próbując dotrzymać mu kroku. Na tego rajdowca z fioletowego Malucha mówiłem „Pan Fioletowy”. Tata opowiadał o swoich ulubionych filmach, między innymi o Wściekłych Psach… i tak jakoś mi ich pseudonimy zapadły w pamięć. Rywalizowali na limicie, praktycznie zawsze wyprzedzając się o kilka setnych sekundy. Kiedy zacząłem jeździć kartami, przerzucili się na nowe Peugeoty 206. Sierra już nie dawała rady, ale i na Pana Fioletowego przyszedł czas… W sezonie dwa tysiące sześć pojawili się w Mitsubishi 3000GT. Presja już była ogromna. Mój ojciec przestał dawać sobie radę, kiedy wujek jeszcze jakoś dotrzymywał mu kroku. Doszło do rajdu Wisły, gdzie dał sobie za cel pokonanie go. Pochodził z tych rejonów, nie mógł się upokorzyć praktycznie w swoim domu… - Przerwał.
-I co dalej? – Zapytali Monika i Radek po chwili.
-Tata ściął zakręt odrobinę za wcześnie. Przednie lewe koło napotkało pień, którego nie było widać pod gąszczem trawy. Całe mocowanie zostało wyrwane, a samochód wybiło do góry. Zrobili side-flipa w powietrzu, lądując za barierką po drugiej stronie drogi. Pech chciał, że akurat tam było urwisko… na miejscu zastali tylko pojedyncze fragmenty karoserii. W dolinie leżała praktycznie goła klatka bezpieczeństwa z połową podwozia i zniszczonym układem napędowym. Z Peugeota praktycznie nic nie zostało. Wujek zawrócił, kiedy zdał sobie sprawę, że nie może dogonić ojca, za którym był przecież tylko dwa zakręty. Wtedy też jego szanse na pokonanie Pana Fioletowego zniknęły, a mój ojciec do dziś ma problem z chodzeniem. Ten widok… wprowadził mnie w tak głęboką traumę, że do dziś mam koszmary o tamtym dniu. Tata nie chciał jednak, żebym się z powodu jego błędów poddawał. Ścigałem się kartami dalej, nawet rywalizując z synem Pana Fioletowego… przez de-motywację matki i strach byłem gorszy, więc się poddałem. Potem nastała ta cała era motocykli, jak mówiłem. Wszystko poszło jeszcze szybciej, bo nie czułem, że coś mi się stanie. Światopogląd zmienia się po pierwszym poważnym… no tak. Parę lat temu doszło do pewnego wypadku, który jakoś mnie zraził na nowo. Zdałem sobie sprawę, że siedzę na potencjalnej gilotynie. Byłem niedoświadczony i stanowczo za szybki. Jeden wypadek przeżyłem z siniakami i zadrapaniami. W drugim złamałem nogę i rękę. Znów matka zainterweniowała, a ja przez pół roku chodziłem o kulach. Żeby wrócić do zdrowia, zacząłem ćwiczyć. Jakoś się stało, że dostałem się do Ligii koszykarskiej w ostatniej klasie gimbazy, co się ciągnęło do technikum. Potem już… wiedziałem, że między rodzicami jest źle. Matka przestała go kochać już dawno. Była z nim tylko do ukończenia mojej pełnoletniości, że niby chciała coś osiągnąć… że wychowała syna, który nie jest marnotrawny. Już nie mogła mi wiele zabronić, więc zacząłem wykradać Toyotę z naszego garażu. To nie jest nasze auto, wiecie? Mój wujek, zarazem były partner z zespołu, przechodził podobny okres ze swoją byłą już żoną. Musiał spakować manatki i wynieść się do Danii, gdzie operowała jego prywatna firma. Nie mógł zabrać ze sobą samochodu, więc Toyota została u nas na przechowanie. Nikt nią nie jeździł. Tata sprawdzał jej stan techniczny i konserwował, żeby była w każdej chwili gotowa do jazdy… - Westchnął ciężko, przywołując do siebie obrazy z przeszłości. - Pamiętam pierwszą noc, kiedy odważyłem się, żeby ją ukraść. Rodzice wrócili z sylwestrowej balangi, nieco skłóceni i podpici. Poszli spać do osobnych pokojów… co zresztą czynili już do samego końca. Nie mogłem tego znieść. Nie mogłem znieść świadomości, że po dwudziestu latach ot, tak po prostu się rozejdą. Nie mogłem znieść faktu, że przy znajomych, rodzinie, sąsiadach udawali normalną, szczęśliwą parę. Drzwi do domu się zamykały i czar pryskał. Zaczynał się koszmar ciszy i niepokoju. Wstałem wtedy z łóżka, bo nigdzie nie byłem. Spędziłem sam ten… cudowny dzień. Przeszukałem garaż i znalazłem kluczyki w starej skrzynce na narzędzia. Wiedziałem, że opanuje samochód z silnikiem na środku bez problemu, gokarty jednak swoje dały, a coś niecoś pamiętałem z tych czasów. Włożyłem kluczyk do stacyjki, przekręciłem zapłon… i wszystko inne przestało istnieć. W jedną noc przejechałem trzysta kilometrów, nawet nie mając jeszcze prawa jazdy. Uciekłem od nich, od szkoły, od obowiązków, od snu… od problemów. Robiłem tak już co trzy noce, wiecie dlaczego? Bo trauma wywarła na mnie zaburzenia snu. Musiałem coś robić, żeby nie zwariować… a jeżdżenie samochodem było jedyną rzeczą, która mnie uspokajała. Łańcuch wydarzeń pękł już kilka razy. Tomek stał się jego ofiarą… i teraz musimy zrobić wszystko, żeby go wzmocnić. W imię jego i rzeczy, od których cały czas uciekaliśmy.
-Ej... - Radosław wstał po odczytaniu SMS-a. - Widzieliście?
Nikodem i Monika spojrzeli na ekran smartfona, czytając nagłówek.
„Motocyklista ciężko ranny po wypadku w Kocierzu Moszczańskim — Bielsko".
Źrenice Nikodema rozszerzyły się nienaturalnie, przypominając sobie słowa z rana.
-„Chodzi o zespół, który wczoraj wieczorem przyjechał na Kocierz i zgnębił motocyklistów z twojej szkoły… to sięga głębiej, niż Ci się kurwa wydaje. Mój brat, osoba, którą pokonałeś, współpracuje z nimi”.
-Jednak miał rację…
-„Chcę, żebyś wygrał z każdym z nich, kto się napatoczy. Mój brat chujowo postąpił i nie chcę, żeby komuś jeszcze stała się krzywda… to gang, nie rozumiesz? Nie mogą się panoszyć jak u siebie. Przenieśli się z torów wyścigowych na ulice. Tak nie może być”.
-Czyli jednak Ci ludzie atakują… nie kłamał. – Oparł się o kant łóżka i spuścił głowę. –Cholera... Wiedziałem. - Szepnął sam do siebie Nikodem. - To się wymyka spod kontroli. - Obrócił się i podszedł do okna, z którego był widok na pół Bielska.
Słońce raziło go w oczy, lecz nawet ich nie przymrużył. Oświetlało jego gładko zarysowaną twarz i bujne włosy. Ubranie nosił już drugi dzień, nie mogąc zmrużyć oka aż do rana. Myśli, które za nim chodziły, nie dawały mu spać, ale czuł, że okres bezsenności skończy się właśnie dziś.
Dobrze lub źle.
-Rozbił się nad rankiem, jego kumple wezwali pogotowie i policje... Szukali jakichś samochodów, tak mi Bazyli powiedział... ponoć chyba nawet coś o czerwonej Toyocie było — Słyszał, jak Radosław mówi do Moniki za jego plecami.
-Jakiej Toyocie?
-No wiesz… Nikodem nią jeździ.
-Jezu… wy wszyscy jesteście nienormalni. Zabijecie się jeszcze przed maturą!
-Radosław… - Odwrócił się.
-No?
-Kacper ma samochód?
-Nie ma. Lubi z nimi robić, ale sama jazda go nie bawi… prędzej jego dziewczynę.
-Cholera… to nam nie pomaga.
-A co? – Zapytał.
-Hmm… - Podszedł bliżej, kręcąc głową i gestykulując rękoma. – Żeby to zatrzymać, nie wystarczy siła jednej osoby… tu musi być zorganizowana grupa, która się postawi jako całość… i reprezentant, który będzie odbijać kolejne ataki.
-Chcesz założyć gang?
-Gang? Nie… raczej zespół.
-Przyznaj się, że nie chcesz działać w pojedynkę, bo Cię sytuacja przerosła.
Nikodem usiadł na krześle i wziął trzy głębokie wdechy, faktycznie udowadniając tezę Radosława.
-Dostaniesz hiperwentylacji. – Rzuciła Monika.
-Spokojnie. – Odparł cicho. - To była tylko losowa myśl…
-A może… a może nie taka głupia? – Zastanowił się Radek. – Pojawisz się raz sam. Udowodnisz, że ostatni pojedynek nie był dziełem przypadku… po czym powoli ujawni się reszta. Ot, zabieg psychologiczny.
-Ja się nie zgadzam! – Wtrąciła się Monika. – Pozabijacie się, a ja nie będę po szpitalach chodzić do końca życia!
-Nie pozabijamy. – Odparł Radek.- To my tu jesteśmy jedynymi trybikami, które poprawnie działają.
-A małe rzeczy sieją najwięcej ognia. – Dodał Nikodem.

Wieczorem Vendetta, zespół utworzony przez kierowców z drugiej strony Szczyrku jechał właśnie w dół drogi S1, zmierzając do Bielska. Na czele pędził R34, który dzisiejszej nocy prawie zabił pewnego motocyklistę na drodze w Kocierzu. Parę kilometrów za nimi podążał zespół z Istebnej, Mysterious Ways. Czerwona RX-8 powoli oddalała się od grupy, chcąc dogonić swoich potencjalnych oponentów. Przez drogę „Górską” mknęły dwa Galanty, czarna MX-5 NB i BMW E46 320i Serii Trzeciej z zespołu LBK-2. Wszyscy, nie licząc pojedynczych kierowców, jechali do Międzybrodzia, żeby w końcu rozstrzygnąć spory między sobą i najzwyczajniej w świecie pojeździć.
A gdzieś pomiędzy nimi Nikodem i Radosław doprowadzali starą Hondę Prelude do granic możliwości, żeby tylko wyrobić się z ostatnią dostawą przed godziną zero. Największa presja ciążyła właśnie na Nikodemie, bo to na niego wszyscy czekali.
A najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że nikt tak naprawdę nie wiedział, kim jest i że to on jest kierowcą czerwonej Toyoty MR-2.