"Destroyed"

Ciemność przeciął błysk pomarańczowych, pojedynczych krążków, ustawionych w rzędzie, wzdłuż wijącej się serpentyny. W jednej chwili zaświeciły się wszystkie na raz, oblegając swoim skromnym blaskiem każdy fragment zimnego, ciemnego, stalowego, krzewistego i ziemistego świata. Wszystkie ciągnęły się w miejscach, gdzie nie było barierek energochłonnych. Postawione zostały znaki, odblaskowe, różowe pachołki, folia zabezpieczająca i krążki siana w miejscach, gdzie łatwo w coś uderzyć. Ekipa organizatorów w jasnych, pomarańczowych kombinezonach pogratulowała sobie sprawnie wykonanej roboty, która zajęła ledwo półtora dnia, poczym wsiedli do swojego dostawczego Volkswagena i odjechali w stronę wschodzącego słońca, witającego kolejny, sierpniowy dzień. Najcieplejszy miesiąc w roku.
Niespełna kilka godzin później, na samym początku odcinka Uphill – Downhill, gdzie zaczynały się wszystkie nielegalne wyścigi, u podnóża przełęczy pojawił się mały Peugeot 106. Jasno-niebieski, francuski hot-hatch, wyposażony w konieczną klatkę bezpieczeństwa i masę innych, wymaganych przez regulamin zabezpieczeń, ruszył ze swoją ekipą w górę drogi, która, nie mówiąc nikomu, postanowiła urządzić sobie mały trening. Pug ciągnął pod górkę z lekkim trudem, lecz na każdym spadku zamieniał się we wściekłą pszczołę, która swoim żądłem atakowała każdy zakręt, jak najgorszego wroga. Wielkiego szerszenia. Pilot zgrabnie podawał kolejne informacje o zakrętach, bez zająknięć. Samochód podskakiwał na wybojach i unosił jedno z tylnych kół, będąc tak niesamowicie sztywnym.
-Lewy… trójka!
Jego krystalicznie czysta, jasno-niebieska karoseria mieniła się od porannej rosy, która muskała blachę przy każdym, choćby małym kontakcie z poboczem, gdzie było miejsce na, chociaż małe ścięcie zakrętu. Dwa nazwiska na bocznych szybach, A. Wanicki i K. Hiszpan, wraz z numerem startowym i małymi naklejkami sponsorów, wytwarzających okładziny dachowe, sprawiały wrażenie konstruktywnej i rzetelnej drużyny, która porządnie się przygotowała na nadchodzące wyzwanie. Samochód igrał z nadsterownością, imając się z dala od podsterowności, jaka przecież była domeną tych samochodów. W zasadzie przekleństwem każdego samochodu z napędem na przód.
-Trzydzieści metrów… lewy, trójka!
Wszystko szło dobrze jak po maśle. Plan mógł się powieść. Zerowy ruch, brak gapiów i zwierząt na poboczach. Droga została bardzo dobrze zabezpieczona. Jednak to, że w paru miejscach stały bele siana, od których można się odbić, nie oznaczało, że nie można było się rozbić w tych zawodach. Z małymi samochodami o niskiej mocy mogło to jeszcze uciec płazem, ale wszyscy wiedzieli, że pojawią się ludzie z bolidami amatorskich Formuł. Łatwo o błąd, który może kosztować karierę, a nawet może zabrać całe życie.
Jednak oni się tym nie martwili. Liczyła się tylko prędkość i dobre przygotowanie. Wydawało się, że nic ich nie może zaskoczyć.
W tylnym lusterku, zza zakrętu wyłonił się mały hatchback.
-Huh…? – Pilot zbliżył głowę do lusterka, przecierając oczy ze zdumienia. – Wanicki, przyśpiesz, bo zaraz nas zjedzą żywcem.
-Mam pedał w podłodze!
Hatchback zbliżył się jeszcze bardziej, pokonując następny zakręt o piętnaście kilometrów na godzinę szybciej.
-W takim razie ten gość z tyłu musi mieć dłuższy pedał… uważaj!
Czarny hatchback objął jasnego Peugeota swoimi żółtymi reflektorami po kolejnym zakręcie w lewo, będąc kilka metrów od jego zderzaka. W końcu wysunął się troszkę na lewą stronę i zamrugał światłami, chcąc wyprzedzić zawalidrogę.
-Ten dupek na mnie mruga! To nie jest Gabryś?
Pilot obejrzał się za siebie, żeby rozpoznać samochód za nimi. – Nie. To pizzeria. – Przeczytał napis na masce czarnego Renault Clio Phase 3.
-No co za faja, nie chce mnie przepuścić.
-Czy my aby na pewno możemy tędy jechać? – Zapytał jego pasażer.
-Oczywiście, przecież jestem zawodnikiem.
W Peugeocie wybuchła gorąca dyskusja, sugerująca, żeby kierowca przestał się ociągać.
-Zostać objechanym przez dostawcę pizzy… daj spokój.
-Przecież robię, co mogę!
Na kolejnym zakręcie w prawo zaciągnął ręczny, wprowadzając małą sto-szóstkę w kontrolowany poślizg. Renault wyłoniło się po prawej stronie, lekko stukając w jego karoserię.
-Jeszcze mnie uderza!
Pilot odparł śmiechem.
W Renault kierowca imponował swoim opanowaniem, lecz zaczynał się już niecierpliwić. – Dobrze. To ja go może wyprzedzę, bo spędzimy tutaj cały dzień.
Clio zajęło pozycję po prawej stronie, przygotowując się do zaatakowania nawrotu w prawo.
-Przecież on tu się nie zmieści! – Krzyknął rajdowiec z Peugeota, hamując wcześniej.
A Renault, wspomagając się hamulcem ręcznym, przedostało się przez sam szczyt zakrętu, pokonując go idealną linią.

-Już powinien tutaj być. – Mówił do swojego kolegi mężczyzna ze stoperem.
-Słyszysz? Nadjeżdżają!
Jakież było ich zdziwienie, kiedy zza ostatniego zakrętu wyskoczyło Renault Clio.
Mężczyzna zatrzymał stoper, powoli zbierając resztki szczęki z asfaltu.
-Ale… przecież… oni jechali Peugeotem.
-I nie byli z pizzeri…
Pół minuty później, przez ten sam zakręt przejechał faktyczny Peugeot, a pilot w środku właśnie zrzucał kask, ocierając łzy ze śmiechu.

Igor, bo tak się nazywał mężczyzna, który jeździł srebrnym Lotusem Elise, był kilka lat starszy od Nikodema. Nadal miał krągłą twarz i czarne oczy, lecz jego włosy nie były już tak długie, jak kiedyś. Za to wyróżniał się ciemną karnacją, która dodawała mu niebanalnego, egzotycznego uroku. Odstawał z tłumu w szare i deszczowe dni. Nie, żeby był fanem bycia w centrum uwagi, natura go na to skazała, więc nauczył się z tym żyć. Praktykant w renomowanym warsztacie samochodowym, syn kierowcy rajdowego i człowiek, który z Nikodemem miał do czynienia od bardzo dawna.
Świat jest mały, a historia właśnie zatoczyła koło lecz nie wszystko było do końca jasne. Dla niego i dla Nikodema. Też się ścigał, razem z nim. Też rywalizowali w tych samych zawodach, nawet byli przez pewien czas przyjaciółmi.
-Ale dlaczego on mnie nie pamięta? – Zachodził w głowę, parkując czarne Clio pod warsztatem. Lotus wcale nie był jego. Owszem, jeździł nim, ale nie był jego właścicielem. Na co dzień poruszał się starym Clio, które kiedyś jeździło w całkiem popularnej pizzeri.
Jego pasażer wysiadł, podtrzymując swoje ciało od niekontrolowanego upadku na betonową posadzkę. – Dobra… niezły jesteś, ale do miasta wracam autobusem.
-Taa… - Zamknął drzwi.
Ochłonął nieco, żeby w końcu spleść jakieś konkretne zdanie. – Chyba Cię nie doceniłem. Prawdę mówiąc… dawno nie jeździłem z kimś tak… konkretnie pojebanym. – Stwierdził.
Igor nic na to nie odpowiedział, łechtając swoje ego.
-Chyba jeszcze raz przemyślę kwestię z dopuszczeniem Lotusa do zawodów, mimo że nie ma w ogóle zabezpieczeń… - Nie dokończył.
-To szczegół. Szybki strzał. Musisz dopuścić jeszcze jeden samochód.
-Jaki?

Grzechem byłoby powiedzieć, że Nikodem się nie wyspał. W końcu czuł powiew świeżości w swojej pustej głowie, ale chwilę po przebudzeniu poczuł ostry wstręt, który ogarnął jego myśli. Znowu miał sny, które bardziej dawały mu domysły, niż faktycznie cokolwiek wyjaśniały.
-Moje sny wcale nie wyglądają jak sny. – Powiedział sobie w duchu. – To wygląda… jak projekcja.
Spojrzał jeszcze na liścik, który został mu wręczony. Był jeszcze bardziej pomięty niż ostatnim razem, kiedy wyjmował go ze swojej kieszeni. Przypomniał sobie o Dianie i poczuł ból w środku, zdając sobie sprawę, że po raz kolejny ją zostawił. Z jednej strony miała rację, mówiąc, że Nikodem nie może przestać myśleć o wyścigach. Był powód, którego jeszcze nie znał, ale który na niego czekał.
I wydawało mu się, że to wyzwanie jest odpowiedzią, na którą czekał.
Stan licznika w Toyocie przekroczył sto osiemdziesiąt trzy tysiące kilometrów. Pamiętał, że jeszcze na początku czerwca nie przekraczał stu osiemdziesięciu tysięcy. Przez trzy miesiące przejechał na oko cztery tysiące kilometrów. Objechał Polskę, nie ruszając się z Podbeskidzia, prawie. Zastanawiał się, jak daleko jeszcze to zajdzie.
Wtedy zdał sobie sprawę, że ostry wstręt wcale nie był projekcją jego głowy. On dobiegał z parteru. Wstał, założył jasne dżinsy i zszedł po schodach, czując drogi, słodko-kwaśny zapach tytoniu, unoszącego się w powietrzu i idącego z podmuchami wiatru z otwartego okna w kuchni. Przy stole kuchennym siedziały dwie osoby. Nikodem, przecierając oczy i masując swoje włosy, podszedł chwiejnym krokiem ku zgromadzeniu.
-Tata… chyba jestem pijany.
-Dlaczego? – Jego policzki wzdrygnęły się, chcąc się podnieść w prześmiewczym uśmiechu.
-Bo widzę Cię podwójnie. – Zamrugał szybko oczami.
Ojciec Nikodema spojrzał na swojego brata, który faktycznie, był prawie jak jego odbicie w lustrze. Ten sam, delikatny, ale wyraźny nos. To samo wysokie czoło, to samo spojrzenie z oczu. Łagodne i drapieżne jednocześnie. Dla wybranych osób. Różnił ich tylko wiek, ilość zmarszczek i fryzura. Nikodem też nie odbiegał swoim wyglądem od tradycji genetycznych. Przyznać jednak trzeba było, że po matce odziedziczył kobiecą delikatność, jaka rysowała się na jego twarzy. Był idealnym nastolatkiem. Wujek zaczął się śmiać, gasząc papierosa w prowizorycznej popielniczce, która była słoikiem.
Wtedy też Nikodem, po raz kolejny zdał sobie sprawę ze swojej głupoty. – Oj… - Zatrzymał się.
-Cześć, młody. – Rzucił do niego wujek.
-Wujek…?!
-Ile lat się już nie widzieliśmy?
-Ile lat… - Zachodził w głowę. – Chyba dwadzieścia. – Otarł się po czole.
Ojciec podsunął mu ekspres z dzbankiem kawy. – To Ci chyba pomoże. – Powiedział, po czym schował głowę w swoich dłoniach, nie chcąc się zaśmiać.
-Jak tam twoja głowa? – Pytał dalej wujek. – Już wszystko działa? Silnik nasmarowany?
-Głowa…? Tak… chyba tak. – Znów pomyślał o swoich snach. – Aczkolwiek chyba nie wszystko jeszcze rozumiem. – Wziął dzbanek z kawą, z którego upił łyk.
-Wiesz, mamy filiżanki.
-Hmph…? – Prawie się zakrztusił. – Mało cukru.
-Tego Ci chyba najbardziej brakuje. – Odparł ojciec. – Jak się czujesz?
-Całkiem… dobrze.
-Nie musisz znowu jechać na wizytę…?
-Nie. Wszystko w porządku. – Odłożył dzbanek i skierował się na taras. – Będę w garażu!
-Wszystko pamięta? – Pytał wujek.
-Nie wiem. Nie wygląda, jakby był w pełni świadom tego, co było kiedyś.
-On… wie?
-Nie. Nie wie. Jeszcze.
Jakby na zawołanie, Nikodem wrócił do kuchni.
-Wujku… - Zaczął.
-Tak?
-Mogę prosić o kluczyki do Toyoty?
Wujek spojrzał na Nikodema z ogromnym zdziwieniem. – To wy nadal macie moją MR-dwójkę?
-No… w pewnym sensie, to jej nadal używamy.
-Cudnie! – Zaśmiał się. – Myślałem, że już dawno przehandlowaliście na jakiś nowszy samochód… powinniście, zresztą. Już chyba ledwo zipie ten silnik… strasznie niedopracowaną ją zostawiłem.
-Niedopracowaną? – Zmieszał się Nikodem. – Mi z nią było całkiem… cudownie. – Wyszeptał pod nosem.
-Mówisz tak, jakby chodziło Ci o kobietę.
-W pewnym sensie… No dobrze. Ale gdzie ona jest?
-Kobieta?
-Nie, Toyota.
-Nie ma jej w garażu?
-Nie… plandeka leży na podłodze, kluczyków też nie ma.
Wujek spojrzał na Ojca, którego filiżanka powędrowała na stół w milisekundy, wylewając zawartość na blat w kolorze kości słoniowej.
Dopiero wtedy Nikodem zrozumiał, że stała się rzecz nierealna.

Sprawa została zgłoszona na policję w trybie natychmiastowym. Sieć obiegły zdjęcia, informacje i ostatnia znana lokalizacja czerwonej Toyoty MR-2, która jeździła jeszcze z czarnymi tablicami rejestracyjnymi. Cruisi’n PL rozpowszechniło wieść o zuchwałej kradzieży, która powędrowała dalej, do pomniejszych grupek. Kacper postawił swojego Poloneza w stan gotowości bojowej, znów z działającą turbiną. Radosław wygrzebał się spod Preludy i był gotów, żeby objechać całe Bielsko „pożyczonym” Civiciem, żeby tylko odzyskać Ridge Chasera. Nikodem, pędząc swoim Subaru Justy na złamanie karku, o mały włos nie dostał mandatu za przekroczenie prędkości, kiedy na drodze pod miastem przegonił sedana BMW E36, który musiał się zatrzymać do kontroli, nie mogąc podołać policyjnej Kii.
Subaru wpadło pod warsztat, z przeraźliwym piskiem opon obracając się o sto osiemdziesiąt stopni i jednocześnie parkując obok Poloneza. Przerażony Kacper wyskoczył z wnętrza warsztatu, żeby zaraz stłuc twarz nieostrożnemu kierowcy. Wtedy zdał sobie sprawę, że to tylko Nikodem. Resztę dnia spędzili na dokładnym przeszukiwaniu Bielska i okolicy. Sprawdzili każdą uliczkę, każdy autokomis, każdy auto złom, każdą podejrzaną miejscówkę, nawet parkingi. Zajrzeli pod każdy kamień, znak drogowy i leżącego policjanta, żeby zostać z niczym. Toyota zaginęła.

Antoni wysiadł ze swojego BMW, które brzmiało tak, jakby miało zaraz wydać ostatnie tchnienie. Jednak on się tym nie przejmował. Maszyna była tylko maszyną. Jeżeli się zepsuje, to on ją naprawi, bądź zastąpi. Tą samą filozofią kierował się, kiedy wyciągnął wielki, budowlany młot ze swojego bagażnika i z całej siły uderzył w maskę Toyoty MR-2, gniotąc czerwoną i lśniącą karoserię jak puszkę Coca-Coli. Kilku jego kompanów podskoczyło, uradowanych samą myślą o dobrej zabawie, jaką będzie ręczne zezłomowanie samochodu.
-Ten frajer doprowadził mnie do bankructwa. – Warczał Antoni, spluwając pod koła i uderzając w kolejne fragmenty nadwozia, tworząc wgniecenia, które były głębokie aż na dziesięć centymetrów. – Wszystko ma swoje granice, tym bardziej opinia… i portfel. Nie mam obu. Nie mam, kurwa, obu. Czy wy to rozumiecie? – Wskazał młotem na swoich pomagierów, którzy wyglądali jak dresiarze ze stereotypowego, po PRL-owskiego blokowiska.
-No ta, szefie. – Odparł jeden z nich.
Antoni wzdrygnął się od samej świadomości, że upadł tak nisko. Był na takim dnie, że musiał zwrócić się o pomoc do marginesu społecznego. Ale czego nie zrobi tępy nastolatek, kiedy przed oczyma pomacha mu się paczką dopalaczy i niebieskim banknotem. Nawet sama saszetka chemicznej marihuany by wystarczyła, żeby stracili rozum dla kawałka syntetycznego zielska, lecz wolał mieć pewność, że dzieciaki o IQ równym temperaturze ciała człowieka nie uciekną po kilku sekundach. Uderzył w felgę, solidnie ją w ten sposób uszkadzając. – Jednak… jednak mam inny pomysł.
Nic nie odpowiedzieli. Zaprogramowani jak bezmyślne maszyny.
-Ktoś z was nie chce się przejechać po lokalnej żwirowni?
Odpowiedź, jaką uzyskał, przeszła jego i tak zaniżone oczekiwania.
Przez następne dwie godziny Toyota była jednocześnie samochodem rajdowym, gruzem do zabawy, terenówką, czołgiem i łódką. Dresiarze zamieniali się miejscami co kilka minut, często wymieniając między sobą ciosy. Antoni, oparty o prawy błotnik swojego BMW, obserwował z ogromną satysfakcją, jak sprzęgło jest palone przez niedoświadczonych kierowców, skrzynia biegów jest pozbawiana przełożeń i zębatek, a silnik przegrzewa się z minuty na minutę. Po wszystkim, kiedy nikt nie mógł dojść do porozumienia, kto ma dalej prowadzić, wyciągnął z bagażnika kolejną parę młotów i rzucił psom do zabawy. Kolejną godzinę spędzili na dopieszczaniu swojego dzieła sztuki, po czym porzucili samochód. Dostali swoje dole w różowych banknotach, lecz nic nie mówili. Byli już na haju, nie mogąc się powstrzymać od zażycia najtańszych dopalaczy. Margines społeczny, bez perspektyw na życie. Antoni wsiadł do swojego samochodu i odjechał jak najdalej, czując, jak jego ego znów było pełne. Zapomniał jednak o rejestracji.

Pół godziny później mieszkańcy z okolic Żywca wezwali patrol prewencji, nie mogąc wytrzymać jazgotu kilku opętanych nastolatków, szalejących po ulicy, niszczących przystanki, kosze na śmieci, znaki drogowe i okna w domach, myśląc, że są Wojowniczymi Żółwiami Ninja. Jeden z nich wspiął się nawet na latarnię drogową i spadł na czyichś trawnik, niszcząc meble ogrodowe. Szybko jeden z funkcjonariuszy zauważył, że na wysypisku śmieci ktoś porzucił samochód. Nie wyglądało to na towar, który można poddać recyklingowi, więc po skończonej interwencji się na nią udali. Szybkie oględziny zgniecionej puszki wzbogaciły ich o starą, czarno-białą rejestrację, która w kilka sekund, za pomocą komputera, namierzyła właściciela zguby.

Nie minęła godzina, a na wysypisku śmieci pojawił się kalejdoskop różnych samochodów. Żółty Polonez Caro, Honda Civic Type-R FN2, Subaru Legacy 3.0R, oraz Subaru Justy, z którego wysiadł zatroskany Nikodem.
Widok, jaki wtargnął do jego umysłu niczym najgorszy, najpodlejszy intruz do ogniska domowego, podzielił jego serce na setki różnych części. Przetarł sklejone ludzką cieczą oczy, próbując się powstrzymać od pochopnych czynów, jednak widok wcale się nie zmienił. Wcale nie był jego imaginacją. Kolejną, mglistą jak senny, górski poranek projekcją. Pęknięte serce było nie do naprawienia, tak jak samochód, który stał pod górą śmierdzących, zgniłych śmieci. Jego dziewczyna próbowała go objąć, lecz on upadł na kolana, nie mogąc znieść tego widowiska, przypominającego wyciąganie zwłok z ruin zawalonego budynku. Wujek położył dłoń na jego ramieniu, chcąc coś powiedzieć. Rzucić kilka słów otuchy, ale wiedział, że to na nic. Żadne słowa nie mogły tego dnia poprawić. Żaden czyn nie mógł podnieść Nikodema z kolan. Nawet nie mógł dobrać słów do sytuacji. Samochód, którym opanował podstawy brawurowej jazdy, stał się przysłowiową, kupką złomu. Samochód, którym jego bratanek osiągnął więcej, przeżył wszystko bardziej i przede wszystkim, dzięki któremu naprowadził swoje życie na prostą, był wspomnieniem. Ojciec podszedł bliżej wraku, chcąc oszacować straty. Im bliżej jednak był, tym bardziej bolesne wydawały się rany, jakie piły od czerwonej jak krew karoserii. Smród cieknącej benzyny, spalonego oleju i sprzęgła zmieszał się ze zgnilizną śmieci i skoszonej, fermentującej trawy, przywodząc na myśl tylko jedno.
Gnijącego trupa.
Toyota umarła.