"Dni Piorunów"

Świt wstawał coraz wolniej i coraz później. Oznaka zbliżającej się wielkimi krokami jesieni. Koniec lata, który był bliżej, niż wszyscy się spodziewali, ale tak było od zawsze. Co roku błędnik człowieka jest oszukiwany przez samego siebie, kiedy wydaje się, że wszystko będzie trwać wiecznie. Wiosna, lato, jesień, zima. Każdy miesiąc wydaje się nieskończenie długi, a jednocześnie przemija szybciej, niż możemy zauważyć. Wszystko kiedyś będzie miało swój koniec.
Pomarańczowa poświata rozprzestrzeniła się na całej szerokości horyzontu, witając w swoich objęciach Przełęcz Kocierską. Niebo jeszcze było granatowe, pokrywając ziemię niczym aksamitny płaszczyk, który był jedyną przeszkodą przed uwolnieniem najróżniejszych maści nieszczęść z puszki Pandory. Ale czy koniecznie miało tak być? Musiało być źle? Wiatr świszczał bez przerwy, wijąc się i pędząc między gęstymi gałęziami drzew, stalowymi konstrukcjami i elewacjami, rzędami kolorowego plastiku, sekcjami betonowych bloków, murków i wież. Z wieczornej ulewy pozostały tylko kałuże, skrupulatnie wycierane przez istoty, zaprogramowane, by służyć. Zbrązowiałe liście pokrywały zimny asfalt, będąc powoli targane przez siły matki natury. Zza wzgórza wyłoniło się słońce w całej okazałości, rozświetlając teren niczym szperacz batyskafu w najgłębszych czeluściach oceanów. Lato było wspomnieniem, pozostawiając tylko poranną mgłę, która przeistaczała całą drogą, zwaną potocznie przez pasjonatów Touge. Miejsce, do którego trafiały zabłąkane i niebezpieczne dla świata dusze.

Dusze? - Zapytał jeden z młodych chłopaków, zajmujący się obsługą toru. – Przecież dusze, które zawiniły, trafiają do piekła. – Skwitował, ciągnąc za łańcuch podnoszący flagę. Jego opiekun odwrócił się od tablicy kontrolnej, poprawiając swoją czapkę z daszkiem. Jak przystało na profesjonalistę, musiał wyglądać porządnie, nawet kiedy w istocie nikt na to nie zwracał uwagi. – Mój drogi. – Zaczął. – Nie mówimy tu o grzesznikach. – Zaśmiał się. - Mówimy tu o ludziach, którzy po prostu nie są normalni. Potrzebują miejsca, żeby nie narazić innych na swoje szaleństwo. Kojarzysz stwierdzenie, które mówi, że przypadki nie istnieją? Ponoć wszystkie zasady świata opierają się na łańcuchach wydarzeń, który na przestrzeni czasu rozciąga się do granic możliwości. W pewnym momencie pęka, uwalniając niekontrolowaną siłę i pozwalając, żeby stało się… coś. Coś dobrego, coś złego. Chciałbyś być świadkiem wypadku samochodowego, kiedy łańcuch pęknie? Chyba obaj wolimy, jeżeli to nastąpi tutaj, w krętym, jak cholera, piekle.
Chłopak odwrócił głowę od promieni słońca, które raziło go w jeszcze ospałe ślepia. Przetarł dłonią po twarzy, biorąc sobie słowa swojego szefa do serca. Zapiął swój pomarańczowy kombinezon pod szyję, słysząc już w oddali zbliżające się ciężarówki. Amatorskie zespoły przyjechały najwcześniej, żeby przetestować swoje kit-cary, starsze Peugeoty, Alfy Romeo, Citroeny, Toyoty, wszelkiej maści samochody przed startem w najtrudniejszym wyścigu w sezonie… być może najtrudniejszym wyścigu w całej Polsce. Podbeskidzki Highland Challenge był jednym z najtrudniejszych wyzwań w całym województwie śląskim i Małopolskim, który jakimś cudem otrzymał wszystkie możliwe pozwolenia, mimo tuzina niebezpiecznych miejsc, jakie czyhały na potencjalnych nieszczęśników. Sam wyścig… Wielki finał na przełęczy Kocierskiej, który dla jednych był zwykłą próbą Time-Attack, a dla drugich pojedynkiem dwóch samochodów w stylu zachodnim, był największym wyzwaniem, które oddzielało marzycieli od zwycięzców. Szef przeszedł przez kompleks prowizorycznych korytarzy, utworzonych w niedawno postawionym padoku, kierując się do elektrowni, zlokalizowanej blisko linii startu. Przywitał się z będącymi na miejscu technikami, sprawdzającymi stan maszyn, agregatorów i generatorów. Upewniwszy się, że wszystko działa i jest na swoim miejscu, po kolei na tablicy kontrolnej zaczął wciskać odpowiednie guziki. Światła, we wszystkich niebezpiecznych miejscach, znaki ostrzegawcze, punkty kontrolne, wszystko teraz miało swoją dostawę prądu.

Piątek
24 sierpnia
Pierwszy dzień z dwóch
Na rozpoznanie trasy wyjechały pierwsze kit-cary.
Do wyścigu zostało dziewiętnaście godzin.

Radosław wypadł z garażu, klnąc wniebogłosy i łapiąc się za stopę. Chwilę potem złapał go Kacper, który pomógł mu złapać równowagę i podstawił krzesło, żeby mógł usiąść.
-Coś Ty najlepszego zrobił? – Pytał zszokowany, oglądając zgniecionego buta.
-Spuszczaliśmy skrzynię biegów i… - Zamilkł, kiedy ból się nasilił.
-Skończony kretynie. – Powoli zdjął Pumę z jego stopy, odkrywając potężne sińce. – Jezu, trzeba jechać z tobą do szpitala.
-Nie mogę! Przecież za chwilę wyścig!
-Jutro! Do tej pory możesz poczekać.
-Jak jutro?! W nocy z piątku na sobotę nie zdążę! Nie wypuszczą mnie za żadne skarby w tak szybkim czasie.
Spędzili nad samochodem już drugą noc. Wszystko było praktycznie na miejscu. Najszybsza naprawa w historii. Pozbierali Radosława w jakąś godzinę, robiąc mu potężny opatrunek z gazy i wielkich kostek lodu w woreczkach foliowych. Przekuśtykał tak przez całe pół garażu, po czym oparł się o podnośnik, kiedy Kacper wsiadł do środka. Tomek podniósł głowę spod maski i pozwolił innym mechanikom zajrzeć do środka i poprawić niektóre rzeczy. Jeden z nich wysunął się spod samochodu i sprawdził coś dłonią pod przodem, po czym dołączył do reszty z tyłu. W końcu wszyscy zgodnie uznali, że można uruchomić silnik.
-Pierwszy strzał. – Rzucił Tomek.
Kacper przekręcił kluczyk.
Czterocylindrowiec zaczął kręcić powoli, aż w mozolnym tempie przyśpieszył do swojej naturalnej prędkości, po czym odpuścił.
-Jeszcze raz. – Dodał Radek.
Ponownie przekręcił kluczyk. Rozrusznik zawył i cylindry znów się poruszyły, próbując wpaść w regularny rytm, lecz nic to nie dało.
-Poczekaj! – Radek podszedł na tył i coś sprawdził. Pomógł mu inny mechanik, po czym postawił kciuk w kierunku Tomka. - To tylko przewody paliwowe!
-Pal go. – Rzucił.
Kacper powoli przestawił kluczyk na „IGNITION”.
Rozrusznik zakręcił tak samo, jak wcześniej. Kręcił coraz szybciej i coraz wyżej, aż wskazówka obrotomierza podniosła się do tysiąca obrotów na minutę, a z wydechu wybuchły kłęby spalin i dźwięku Feniksa, powstałego z popiołów.

Pralka w domu Nikodema wyzionęła ducha, kiedy tylko spróbował wyprać swoje standardowe ubrania. Dżinsową kurtkę, czarne spodnie i jakąś koszulkę, pochodzącą ze szmateksu. Słynne łachmany, jak nazywała je Diana.
-Diana. – Wymówił jej imię, wzdychając od tęsknoty.
Tak naprawdę, to ona była jego największym celem tych wakacji. Starał się do niej dotrzeć i mu się udało, z wzajemnością. Wyjeżdżała za kilka dni, ale chciała z nim spędzić jak najwięcej czasu, jak to tylko możliwe. Dlatego też uparła się, że przyjedzie obejrzeć, jak wygrywa wyścig.
-Szkoda, że nie mam czym. – Odparł samemu sobie. – Jest jeszcze Subaru… ale ścigać się czyimś samochodem… - Oparł głowę o ścianę pralni, w której właśnie spędzał czas. Przełożył nogę na nogę i włożył dłonie do kieszeni. – Z drugiej strony jest moje Justy… - Przypomniał sobie, że moc Lotusa może wynosić nawet dwieście koni. Jego małe, czteronapędowe pudełko nie miało szans z Brytyjskim lekkoatletą.
Odwrócił się w kierunku ulicy. Oglądanie świata za oknem zawsze go uspokajało. Przejeżdżające samochody, które gdzieś dążyły bez przerwy. Przechodzący, przebiegający ludzie, którzy mieli swój cel, swoje małe światy, które na nich czekały. Jego ubrania mieszały się i wirowały w starej, stalowej pralce, jak z Amerykańskich filmów. Niebieskie, białe i czerwone kolory, które lądowały jeden na drugim, łączyły się i dzieliły bez przerwy, czyszcząc się nawzajem z całego brudu życia, jaki na nie spadł. Usiadł w końcu na krzesełku i zaczął się na nim kiwać, żeby chociaż trochę dać upust swoim emocjom.
-Nie wyszło. – Pomyślał.
W witrynie pralni mignęła czerwona sylwetka, która przypomniała mu jego Toyotę. Odruchowo odwrócił w jej kierunku głowę, licząc przez sekundę na to, że to będzie jego samochód. Na początku się rozczarował, kiedy rozpoznał model. Potem jego serce przyśpieszyło, kiedy zdał sobie sprawę, co tak naprawdę widzi.
Przez pięć sekund mógł oglądać Hondę NSX pierwszej generacji. Ten samochód, przy którym maczał swoje palce Ayrton Senna. Ten, który w pewnym momencie był inspiracją dla McLarena F1. Czerwona, aluminiowa karoseria, pod którą była zamknięta widlasta szóstka z systemem VTEC, odjechała szybciej i głośniej, nim mógł się nią nacieszyć.
I znów, zaczął się kiwać na krześle.
O dziwo, ta karoseria przypomniała mu nie o czymś, ale o kimś.
Przypomniał sobie, jak jeździł palcem po jej talii, kiedy leżała bokiem do niego. Czuł teraz ciepło jej skóry, mimo że była daleko. Czuł, jak na niego patrzy. Wzajemny puls, który oddziałowy wał przez ich zmysły. Wzajemna miłość i pożądanie, które nie miało granic. Tak było z każdym pierwszym zakochaniem się w życiu, ale kto powiedział, że ostatnim? Miał wątpliwości, czy uda się im przetrwać.
Nie wiedział, czy chciał znać prawdę.
Załączył się dzwonek, a on wrócił do punktu wyjścia.


Przebrał się w świeże uprania, które wyjął z suszarki. Następnym przystankiem była pizzeria, z której odebrał wypłatę i złożył wypowiedzenie. I tak pracował na czarno. Z łatwością znajdą kolejnego chętnego. Zrobił to też Radosław kilka dni wcześniej, nie widząc większego sensu pracowania w miejscu, z którego zarobki i tak były nikłe, a godziny pracy sięgały nawet czternastu godzin. Od południa do nocy.
Wsiadł do swojego Subaru, załączył radio, otworzył okno i pojechał w siną dal.

Wrócił do domu, znowu nie zastając swojego Ojca w środku. Nie było nikogo. Naczepy nadal stały na betonowym placu za domem, dwie więcej, niż ostatnim razem. Subaru Legacy jednak stało w garażu, co oznaczało, że musiał gdzieś zniknąć z wujkiem. Zaparkował swój samochód pod blaszanym daszkiem przy garażu i poklepał go po dachu.

Igor nie mógł usiedzieć w miejscu. Z rana wysprzątał swój dom. Wyczyścił każdy zakamarek całkiem sporego mieszkania. Jedyne, co go odprężało, to praca. Dlatego cały czas brał nadgodziny w warsztacie i grzebał pod samochodami, mając nadzieję na odrobinę większą wypłatę. Szef nawet zaproponował mu stały etat, lecz on odmówił. Nie wiedział, czy mechanika to nadal to, co chciał robić. Zaproponował, że się namyśli i da znać za jakiś czas. Teraz musiał się skupić na czymś innym. Ubrał się, wziął ze sobą fioletowy kask, fioletowe rękawice i sportowe buty, w których zawsze się ścigał. Upewnił się, że nie zostawił żadnej ważnej rzeczy w mieszkaniu, po czym zamknął drzwi na dwa spusty i zjechał windą do garażu, gdzie stał srebrny Lotus, pożyczony na ten jedyny dzień.

Nikodem spróbował skupić się na czymś innym niż na dzisiejszej nocy. Nie miał czym jechać ani nie mógł nic na to poradzić. Nie pojawi się, po prostu. Legenda pozostanie legendą… czy w ogóle mógł się tak nazywać? – Myślał. Zszedł do garażu z zabłąkanymi myślami i wygrzebał ze starych pudeł kask, w którym niegdyś jeździł. Inny niż ten ozdobny, w jego pokoju.
Miał namalowane barwy Brazylii, w takim samym stylu, jakim miał Ayrton Senna. Z tym że drugą połowę kasku pokrywał jego własny, dziecinny design, pełny różnej maści kolorów, które jakimś cudem łączyły się w spójną całość. Spróbował go założyć, lecz nie było opcji. Jego głowa była już za duża.
Postawił go na stole warsztatowym i oparł się o Subaru, spoglądając w jego czarny obiektyw.
Widział w nim siebie. Widział swoje młodsze oczy. Widział swoje dawne przekonania i marzenia, które odeszły wraz z odbitą od kompozytowej powierzchni kasku. Ślad był nadal widoczny, razem z pęknięciem na obiektywie i wgnieceniem.
Przed oczami przebłysnął mu moment z wypadku z perspektywy innej, niż widział na kamerach.
Widział teraz wszystko z kokpitu. To, jak nie może zapanować nad bolidem i leci prosto na ścianę, nie mogąc nawet wyhamować samochodu.
Potem film się urwał. Znów był w garażu.
Z wściekłości wziął leżącą obok oponę zimówkę i rzucił nią w kask.
-Chcę coś pamiętać! – Krzyknął, wyciągając sobie włosy z głowy i kręcąc w chaotycznym tańcu, aż w końcu wylądował plecami pod ścianą. – Kurwa! – Krzyknął ponownie.
Nawet nie zauważył, jak nad jego domem kłębiły się kolejne chmury. Niebo powoli było zakrywane przez ogromne, czarne bestie, które zaraz mogły spuścić z siebie nadmiar wody i energii, jaką były błyskawice. Niebo czarne, aż po horyzont.

Między górami pioruny zaczęły swój taniec. Uderzając w kolejne, losowo wybrane świerki, sosny, dęby, orzechy, kasztany. Uderzały w drewno, metal, beton, stal, aluminium. Ciało, jeżeli ktoś był nieszczęśnikiem. Pioruny robiły monumentalne wrażenie z drogi, rozpościerając swoje wielkie, olbrzymie kończyny ponad ludzkie wyobrażenia. Nieważne, ile razy było się światkiem burzy błyskawic, i tak wrażenie „wow”, było zawsze takie samo. Spokojne, jednocześnie niepokojące widowisko.

Błyskawica przesunęła się na niebie, a w drzwiach garażu stanął Ojciec Nikodema. Ten siedział pod ścianą i wpatrywał się w stos gratów naprzeciwko, zajmując czymś swoją głowę.
Wszedł bardzo powoli, oglądając brud na swoim białym samochodzie. Wiedział, że Nikodem wziął go na przejażdżkę w wyścigu zemsty i nie miał mu za złe. Dopiął swego, to było najważniejsze.
-Nigdzie nie pojadę. – Odezwał się, pomrukując niechętnie.
-O nic Cię nie proszę. – Odparł spokojnie. Przeszedł na przód samochodu i oparł się w taki sam sposób, w jaki zrobił to wcześniej Nikodem. Miał ze sobą wielką paczkę, którą położył obok, na masce.
-Co robiłeś?
-Szukałem z wujkiem kilku rzeczy. Wyjedzie jutro.
-Jak chce zabrać ze sobą Toyotę, to niech nie pyta się o moje zdanie. – Odpowiedział gburowato. Beznamiętnie. Bez uczuć.
Ojciec nie odpowiedział, podsuwając Nikodemowi paczkę. -Nie dałem Ci nic na urodziny.
Nikodem spojrzał oczyma w prawo, kątem oka zauważając kwadratowy pakunek, leżący na masce. – Co to?
-Talizman.
-Tato…
-Radosław Cię szukał.
-Czego chce? Przecież jestem w domu.
-Potrzebuje twojej pomocy z Hondą.
Nikodem przewrócił oczami i podniósł się z podłogi. Przypomniał sobie, że jeszcze ostatnim razem naprawiał Prelude pełną parą. Faktycznie, mógł potrzebować jego rady.
-Nie zdziwię się, jak Ci ją odda.
-Miałby mi oddać swój skarb? – Zaśmiał się.
-Ostatnim razem jeździł tym Civiciem. – Nakierował go.
-Civic? – Przypomniał sobie o samochodzie Alicji. – Faktycznie… jeździł nim jakiś czas… ale…
-Ale co?
-Chyba mi ot, tak nie odda swojej Hondy?
-Musisz sam to rozwiązać. – Podniósł się z maski i podciągnął lekko spodnie. Powolnym krokiem zaczął wychodzić z garażu.
-To dla mnie, naprawdę? – Wskazał na paczkę.
-Nikodem. – Spojrzał na syna.
Nie odpowiedział.
-Jeżeli nie chcesz wiedzieć, co jest na końcu drogi, to nie powinieneś tutaj w ogóle być.
Po czym wyszedł.
Nikodem łapczywie dobrał się do paczki i zaczął zdejmować z niej szary papier. W końcu zostało tylko kartonowe pudełko, z którego delikatnie wysunął owiniętą w folię bąbelkową zawartość. Zaczął ją powoli i starannie odklejać, aż jego serce stanęło.
Wyjął mały liścik, który znalazł w swoim prezencie.
„Twoim zmartwieniem nie jest to, co czeka za zakrętem, ale to, jaki zakręt będziesz chciał obrać później”.
Wyjął lśniący, nowoczesny kask, zbudowany według homologacji FIA, z malowaniem Ayrtona Senny i swoim, autorskim, na prawym boku, z małą, powiewającą flagą Polski na samym dole. W środku znalazł parę nowych rękawic, w tym samym stylu. Przeszedł go zimny dreszcz po dole pleców, kiedy z lekką dozą niepewności włożył go na swoją głowę. Przecisnął się i zapiął pasek pod brodą, napinając go najmocniej, jak musiał. Niepewnie przeszedł do lustra, które wisiało obok ubrań roboczych.
Zobaczył starego siebie.
W tle uderzył piorun.

Subaru Justy ślizgało się na błotnistym piachu, który powstał od nagłej ulewy, jaka go spotkała w drodze do warsztatu. Zaparkował obok Poloneza i czym prędzej wysiadł, trzymając pod ręką torbę podróżną ze swoimi instrumentami prędkości. Drzwi garażowe były zamknięte, ale te dla klientów pozostawały uchylone. Wpadł do środka, spostrzegając, że całe wnętrze warsztatu było skąpane w wiecznych ciemnościach, pozostawiając tylko fragment prowadzący do biura w świetle lampek. Rzuciła mu się w oczy stara Toyota Corolla E11, która stała tuż obok, pod ścianą. Była rozebrana, bez przednich kół i elementów układu napędowego. Nie przyglądał się bliżej, bo szukał Radosława.
-Jest tu ktoś?! – Zawołał.
-Czego? – Zza drzwi do biura wysunął głowę wujek Kacpra.
-T-tak… dobry wieczór.
-No dobry.
-Szukam kolegów.
-To kurwa nie do mnie. – Trzasnął drzwiami.
-Nie… moment! – Zdał sobie sprawę, że musiał być już wstawiony. – Szukam pańskiego bratanka! – Wpadł do biura, pełnego różnej maści butelek i z grającą muzyką z lat osiemdziesiątych.
-Halo! Nie widzi, co napisane? Nie wchodzić!
-Czy jest Kacper? – Przeliterował jego imię, tak dla pewności, że zrozumie.
-Proszę przyjść jutro. – Wypowiedział, po czym padł na krzesło jak denat.
Nikodem trzasnął drzwiami, które zaraz mogły się rozlecieć. Położył torbę na podłogę, żeby przypadkiem nią nie rzucić z wściekłości i zaklął pod nosem.
-Radosław, gdzie Ty jesteś?
Po jego lewej stronie oświeciło się światło. Nikodem spojrzał odruchowo i zaraz odwrócił wzrok. Potem spojrzał na swoje Casio.
-Dwudziesta druga… kurwa. – Nadzieja pojawiła się i zniknęła równie szybko.
Wtedy lampka zapaliła się w jego głowie. Źrenice powiększyły się, a głowa powoli odwróciła w lewo. Światło, które się zapaliło przed chwilą, było słabe i żółte, jak stare jarzeniówki, ale oczy raczej nie mogły go mylić.
Nawet nie usłyszał, kiedy za nim stanęło całe grono.
Nic nie słyszał, oprócz bicia serca.
W półmrocznym świetle stała Toyota MR-2. Czysta, wypolerowana, cała.
Nikodem podszedł bliżej, balansując swoimi dłońmi, będąc na skraju zejścia na zawał. Wydawało mu się, że zobaczył trupa, który powstał z grobu.
Lakier lśnił tak mocno, jak nigdy dotąd, ostro odbijając nawet słabe światło lampy. Stała na nowych, niskoprofilowych, rajdowych oponach. Alufelgach TSW Imola, które skrywały potężne, wentylowane tarcze hamulcowe z wielkimi zaciskami BREMBO. Przeszedł na tył, żeby spostrzec dwie, aluminiowe rury wydechowe, wystające z lewej i prawej strony. Zajrzał pod spód, znajdując praktycznie kompletne zawieszenie od TRD, łącznie z roll-barami. Nie mógł się powstrzymać przed zamknięciem się w środku. Drzwi wydały delikatne kliknięcie, kiedy pociągnął za klamkę, jak w luksusowych samochodach. Nowe fotele kubełkowe Sparco EVO LF i czteropunktowymi pasami bezpieczeństwa, razem z kierownicą MOMO Mod. 80. Licznik pozostawał bez zmian, wyskalowany do siedmiu i pół tysiąca obrotów. Za to na desce zaroiło się od wskaźników ciśnienia paliwa, temperatury oleju, cieczy chłodzącej i całej reszty. Usiadł w niezwykle głębokim i okalającym jego ciało fotelu, zżywając się momentalnie z czerwoną maszyną. Spostrzegł kluczyki w stacyjce.
Nie mógł się powstrzymać. Od przekręcenia kluczyka i od łez.
Przestawił pozycję na „IGNITION”.
Silnik zagrał od pierwszego wejrzenia. Zagrał żwawo, zagrał walecznie. Zabrzmiał tak, jakby cieszył się, że widzi swojego właściciela. Ryknął pod wpływem dodania gazu tak głośno, że jego gang rozprzestrzenił się po całej okolicy. Brzmiał teraz jak wyścigówka turystyczna. Ostry i wysoki dźwięk. Jednocześnie niesamowicie szczęśliwy.
Światła podniosły się, a przed maską ujrzał wszystkich.
Tomek, Kacper, Radosław, jego dziewczyna, Diana, jego Ojciec i jego Wujek. Wujek Kacpra i wszyscy jego mechanicy, którzy pomagali przy odbudowie Toyoty.
Nikodem wysiadł z samochodu i zachwiał się na nogach, wzbudzając u wszystkich śmiech. Natychmiast do niego podbiegli, żeby się nie przewrócił, za wyjątkiem Radosława, który sam mógł zaraz zaliczyć salto na jednej nodze.
-Niemożliwe… to nie może być ten sam samochód. – Był przerażony.
-Majaczy. – Rzucił Kacper. – Jest zakochany po uszy! – Zaśmiał się.
-Jak… jak wy to zrobiliście?
-Zapytaj jego. – Tomek wskazał na Radosława.
-No to ten… Civic nie za bardzo mi był potrzebny, a Type-R jest w cenie.
-Sprze… sprzedałeś Hondę… jej Hondę?! – Rzucił się na niego. – Zwariowałeś?!
-Nie. To wszystko było w szczytnym celu.
Nikodem go puścił i spojrzał na twarz, która naprawdę rzadko przybierała tak szczery wyraz.
-To za to, że mi pomogłeś.
Nie mógł się powstrzymać przed przytuleniem go.
Kacper, czując drobną niezręczność sytuacji, pociągnął Nikodema za ramię. – Musieliśmy popracować nad silnikiem, bo był kompletnie zniszczony. Nawet nie wiesz, co masz pod maską.
-Oświe… nie, to nie może być prawda. – Nadal majaczył.
-Widziałeś tamtą Corollę?
-Mhm.
-No to z jej części… nie masz już 4A-GE.
-Masz 7A-GE. – Rzucił Radosław.
-Ma… Ten ma 7A-GE? Ten silnik?!
-Tak. – Odparli wszyscy zgromadzeni.
-Generuje teraz… jakieś skromne sto dziewięćdziesiąt koni, złączone z krótką skrzynią, idealną w góry.
-Dwadzieścia zaworów… osiem tysięcy obrotów na minutę.
-Może nawet więcej. – Rzucił wujek Nikodema. – Trochę dorzuciłem od siebie, żeby kilku dobrych mechaników przyjechało zza granicy i wyregulowało ten silnik w miarę szybko.
Nikodem przeszedł na sam środek zgromadzenia i złapał się za głowę. – Jak ja wam mam dziękować… - Przykucnął przy drzwiach kierowcy, delikatnie dotykając karoserii swojego samochodu i przykładając do niej głowę.
-Jest twój. – Dodał jego wujek. – Przyda Ci się bardziej niż mi. Kiedykolwiek.
-I nie pytaj, kto go na to namówił. – Wtrącił się ojciec.

Wkładał już buty na zapleczu, w przebieralni. Swoje ukochane, czarno-białe Adidasy, które zawsze zakładał do samochodu. Westchnął z nerwów, musząc się szybko przygotować na nadchodzące godziny piekła… a może i raju. Zawiązał sznurówkę prawego buta najmocniej, jak potrafił, żeby czuć krążenie przez cały czas, po czym sięgnął do lewego.
Ktoś zapukał do drzwi.
-Proszę. – Pozwolił.
Do środka zajrzała Diana.
-Powiedzieli mi, że nie będziesz mieć nic przeciwko.
Nikodem się uśmiechnął i podniósł głowę, kończąc sznurowanie lewego buta.
Diana usiadła naprzeciwko, bardzo blisko niego.
-Jak się ma Tomek?
-Nie narzeka. Co jakiś czas wydzwaniają do niego rodzice… ale to chyba normalne.
-A Ty? – Zapytał, świdrując ją wzrokiem.
-Nie rozmawiajmy o wyjeździe. – Poprosiła.
-Nawet nie miałem zamiaru.
-To… o czym myślałeś?
-Chciałem znać twoje myśli.
-O dzisiaj?
Nikodem wziął jej dłonie w swoje objęcia, delikatnie masując ich wewnętrzne strony swoimi palcami. – Będzie mi Ciebie brakować, to na pewno.
Diana ścisnęła jego palce. Wystarczająca odpowiedź.
-Chyba już czas.
-Wiesz, że… jednak to jest za trudne. Nie mogę stać bezczynnie i czekać, aż się pojawisz za zakrętem… ani siedzieć w domu i oczekiwać wieści.
-Skarbie… - Wstał, ciągnąc ją za sobą. – Jeżeli teraz tego nie zrobię, to nie uda mi się nigdy.
Diana objęła go swoimi rękoma, przyciągnęła jeszcze bliżej do siebie, naparła swoim ciałem na niego i pocałowała w usta.
-To na szczęście?
-Nie. – Pocałowała go jeszcze raz. Długo, subtelnie i namiętnie, nie pozostawiając ani skrawka jego warg bez nawilżenia. – To na życie.
Zza drzwi zdało mu się usłyszeć dialog Tomka i Radosława.
-Niech go wsadzi do tego samochodu, zanim się rozpłacze. – Mówił ten drugi.
-On sam do niego wsiądzie. Pytanie tylko, czy w nim się nie rozpłacze.
-Dupek z Ciebie.

Jasny grom przeszedł pod kopułą nieba, rozświetlając okolicę na pół sekundy. Droga, zamknięta dla normalnego ruchu, odgrodzona ze wszystkich stron i zabezpieczona przez setkę osób, wydawała się wyciętym ze świata kawałkiem motoryzacyjnej nitki perfekcji, jednocześnie wyglądała jak plansza do szachów, na której zaraz swoją bitwę miało rozegrać dwóch, potężnych graczy.
W padoku stały samochody Mysterious Ways, Ultralight Beam, LBK-2, NJBB i paru innych, pomniejszych zespołów. Organizator był pierwszy. Marcin, stojąc dumnie obok swojej Mazdy i czekając na start przedostatniej pary, czarnego Daihatsu Charade Turbo i srebrnego Audi 100 Quattro, oklejonych w barwach swoich sponsorów. W końcu pojawiło się zielone światło, a oba samochody wystrzeliły w uphill.
Powoli, aczkolwiek głośno, do padoku wtoczył się srebrny Lotus Elise. Członkowie NJBB natychmiast podnieśli się na równe nogi, kiedy spostrzegli swojego byłego członka.
-To ten ostatni? – Pytał jeden z gapiów.
-Tak… nawet nie wygląda. Jest podejrzanie zwykły.
Marcin przymrużył oko na fakt, że samochody nie posiadały homologacji. To był jednocześnie legalny i nielegalny pojedynek.
-I co teraz? – Pytał Konrad.
-Nic. Czekamy.
Igor wysiadł z samochodu, czując w powietrzu znajomą mu atmosferę nie tylko nocnych wyścigów, ale i prawdziwych wyzwań, z jakimi zmagał się na torze. Wszędzie było pełno kibiców, pochowanych na zboczach i pagórkach, oczekujących mocy wrażeń. Słyszał świst gwizdków, dźwięk wuwuzeli i krzyk z gardeł kibicujących ludzi, oraz oddalające się, pędzące w górę dwa samochody.
Do jego Lotusa podszedł jeden z organizatorów i nakleił na boku numer startowy. Sześć.
-Dosyć czysty ten samochód. – Rzucił, kiedy odchodził.
No pewnie. Jedynym jego sponsorem, był warsztat.
Nic poza tym.

Ojciec i wujek Nikodema stali na poboczu, nasłuchując oddalających się, czterocylindrowych silników.
-Nie chcesz obejrzeć? – Rzucił jego brat.
-Wiesz co… - Zaciągnął się papierosem. – Chyba rzucę palenie.
-Boisz się o syna?
-Nie. Właśnie nie o to chodzi. Zastanawiam się, czy teraz w ogóle będzie szczęśliwy, bo do tej pory… nie był.
-Nie wyglądał na specjalnie smutnego, kiedy zobaczył Toyotę.
-Po prostu czuję, że stanie się coś złego.
-Jemu nie. – Podsumował. – Jeździ lepiej od Ciebie.
Musiał uniknąć otwartej dłoni, która chciała go uderzyć w twarz.


-Zbliża się godzina zero… - Marcin spojrzał na swój zegarek. Dochodziła druga w nocy.
-A nadal tutaj tylu ludzi. – Odparł Konrad.
-Większość to lokalni mieszkańcy… do domu mają kilkanaście metrów. No i turyści, którzy przyjechali w góry. – Wyszedł na drogę, stojąc przed metą.
Igor stał oparty o Lotusa, czekając z założonymi rękoma. Z minuty na minutę jego puls przyśpieszał, nawet nie słysząc zbliżających się silników. Był wściekły, że Nikodem się nie pojawił. Ocierał podeszwą buta o żwir pod stopami i drążył dziury jego czubkiem. Stukanie stygnącego silnika normalnie wprawiało go w błogi nastrój ukojenia, lecz teraz działało jak zegar. Im mniej stukał, tym chłodniejszy się robił, co oznaczało, że nie będzie mógł iść na całość od początku.
-Zniewaga. – Palnął po chwili.
Marcin i Konrad odwrócili się w jego kierunku, podobnie jak kilkunastu innych obecnych ludzi.
-Jeżeli nie będzie go za pięć minut, to uznam, że się poddał.
-Spokojnie… - Podszedł do niego jego były kumpel z NJBB. – Przecież mamy czas.
-My? – Rzucił mu srogie spojrzenie. – Jesteście śmieciami, którzy mnie zostawili wtedy, kiedy tego najbardziej potrzebowałem.
-To były dawne czasy!
-Ale nadal świeże rany.
-… wypadki chodzą po ludziach. – Podsumował, powoli się odsuwając.
-Dobra, dobra… - Rzucił mu na pożegnanie. – Spierdalaj. – Dodał w myślach. – Nie potrzebuję ludzi, którzy mnie zostawili, kiedy krwawiłem.
-Cicho! Coś jedzie!
Igor odepchnął się od srebrnej karoserii i podszedł do barierki, nasłuchując dźwięków.
-Podejrzanie wysoko… - Konrad zaczął się drapać po zaroście, nie mogąc rozpoznać samochodu.
-Ja wiem, co tak brzmi. – Igor zmrużył wzrok i połowicznie się uśmiechnął. – Sukinsyn… jednak to zrobił.
Kilometr dalej, zza zakrętu wyłoniła się para świateł, kiedy Toyota MR-2 i Honda Prelude jechały obok siebie, a tuż za nimi toczył się Polonez, ledwo zipiąc.
-Przyjechali. – Uspokoił się Marcin.
-Ale… coś mi tu nie gra. – Konrad nadal się zastanawiał.
W końcu Toyota zatrzymała się przy linii startu, nawet nie zjeżdżając do padoku. Igor już miał zrobić w tył zwrot i skierować się do swojego samochodu, ale usłyszał, że silnik zgasł. Po chwili rozległo się ciche kliknięcie i drzwi się otworzyły, kiedy Nikodem postawił stopę na gorącym asfalcie. Wysiadł, opierając się o nowy, szklany dach, machając do wszystkich dłonią.
Igor przystanął bliżej barierki i spuścił głowę w uśmiechu. – A gdzie masz kask? – Zadał pytanie, nieco sarkastycznie.
Nikodem skrzywił twarz w ironicznym uśmiechu, próbując skryć postawę cwaniaka, wyjmując z samochodu nowy, pełen kolorów hełm wojownika drogi.
Położył go na dachu, tuż obok siebie.
Igor chciał coś odpowiedzieć, ale się powstrzymał.
Gardło ścisnęło mu uczucie Deja Vu.
-Toyota jednak żyje. – Szepnął Konradowi Marcin. – Te pogłoski o rzekomej śmierci… chyba nie były do końca prawdą.
-No ja nie wiem. – Odsunął się od barierki i obszedł go od tyłu. – Plotki mówiły, że w mieście ktoś sprowadził Blacktopa, z dwudziestoma zaworami.
-Sugerujesz, że ma nowy silnik?
-Albo to jest nowy silnik… albo ktoś zbudował Frankensteina.

-Odsuńcie się! – Krzyknął organizator. – Samochody wyjeżdżają na tor!
Tłum zaczął się przerzedzać i rozdzielać, odgradzając wyjazd z padoku. Kamerki GoPro, zainstalowane na dronach, zdolnych rozpędzić się do stu na godzinę, powędrowały do góry, gotowe do startu tuż za samochodami. Samochody zostały przestawione, a wszyscy, którzy chcieli obejrzeć wyścig z innych punktów, wsiedli do swoich maszyn i popędzili, póki jeszcze mogli. Wszyscy komunikowali się przez serwer głosowy Discord lub przez staromodne, lecz niezawodne krótkofalówki. Wszyscy byli na miejscu. Po kolei zgłosili się członkowie obsługi z punktów kontrolnych, których łącznie na trasie było trzy. Dwie karetki i dwa samochody straży pożarnej stanęły w tyle, na ulicy, gotowe na każde wezwanie.
Jeden z członków konkurencyjnego zespołu zaczął machać do siebie w kierunku Lotusa, naprowadzając go tak, żeby nie zawadził o żaden, stojący blisko wyjazdu z padoku samochód. W końcu Lotus wydostał się na ulicę i wtoczył na miejsce startowe, obok Toyoty. Nikodem, do tej pory nawet przekonany do swoich umiejętności, nie zauważył, jak ręce zaczynają mu powoli drżeć. Fakt, było chłodno tej nocy, ale nie aż tak.
Przestraszył się.
Z Lotusa wysiadł na moment Igor, zostawiając silnik na wolnych obrotach.
-Musiałem czekać tak długo, że mi ostygł.
-Droga mi trochę zajęła.
-Korki?
-Nie. – Przeciągnął ostatnią literkę. – Człowiek musi znać swoje granice.
Igor pociągnął cicho nosem, zakładając swój fioletowy kask i zapinając pasek pod szyją. Nikodem po chwili zrobił to samo. Przeraziło go uczucie, którego dawno nie zaznał. Uczucie, które było podobne do założenia maski na balu dla nieznajomych. Stawał się powoli inną istotą. Obaj założyli swoje rękawiczki w tym samym momencie i wsiedli do swoich samochodów. Nikodem przekręcił kluczyk.
Samochód nie odpalił.
Kacper, Radosław i reszta stali na końcu, przy mecie. Ten pierwszy trzymał ze sobą słuchawki, czekając na transmisję.
-O nie… - Jęknął Kacper.
-Co jest? – Radosław podskoczył. – Nie mów mi, że już coś źle idzie.
-Cholera… - Nikodem zamknął oczy, wgłębiając się w swój fotel.
-Wygląda na to, że Toyota ma problemy. – Skomentował Marcin do mikrofonu w swoich słuchawkach.
Cisza obiegła wszystkich dookoła, kiedy samochód nie wydawał żadnych dźwięków.
-Kostka od stacyjki przestała działać? – Radosław starał się znaleźć rozwiązanie.
-Nie. – Odparł Kacper krótko i stanowczo. – Boję się, że mieszanka nadal nie jest odpowiednia… ale mam wrażenie, że jeszcze o czymś zapomniałem.
Nikodem, siedząc ze spuszczoną głową, przypomniał sobie o dialogu, jaki przeprowadził z ojcem w garażu. Podniósł wzrok, spoglądając na obrotomierz.
-Kochanie… - Wyszeptał. – Wybacz, że dałem Cię ukraść.
-No startuj! – Krzyknął Kacper.
-Teraz będzie już tylko lepiej. – Przestawił kluczyk na pozycję „IGNITION”.
Rozrusznik zakręcił. Powoli i ospale, szybko się jednak rozpędzając. Cylindry zakręciły, starając się ożyć na stałe.
Wskazówka nieznacznie zaczęła skakać, aż w końcu podskoczyła do półtora tysiąca obrotów. Z wydechu wydał się ryk pierwotnej bestii, która została zreinkarnowana w małej, metalowej zbroi.
Światła się momentalnie podniosły i zapaliły.
-Dzięki Bogu. – Wyszeptał Igor. – Wiem, że możesz nie chcieć tutaj być, ale jednego Ci nie powiedziałem.
Nikodem postawił kciuk do bocznej szyby, dając znak, że wszystko jest w porządku.
Światła sygnalizacji się zapaliły. Dwa czerwone.
Jedynki wrzucone.
Kolejne dwa czerwone.
Wszystko dookoła się wyciszyło. Kompletna próżnia dźwiękowa. Tylko bicie serca.
Następna para czerwonych.
Obie dłonie na kierownicach. Serca przyśpieszyły, osiągając niebywale wysokie obroty.
Para pomarańczowych.
Serca stanęły.
Długa sekunda, która oddzielała ich od zmiany koloru.
Stopy się podniosły.
Prawe powędrowały w dół.
Zielone światło.
Huk i jazgot silników i opon pobudziły wszystkich dookoła. Czterocylindrowy 7A-GE i czterocylindrowy K-Series. Dźwięk i zapach palonej gumy, wściekłej pracy cylindrów i zaworów oraz najważniejsze. Coś, co po prostu się czuło.
Puls kierowców, złączonych z maszynami w jedną całość.
Lotus momentalnie wyszedł na prowadzenie, chowając za sobą Toyotę. Igor spostrzegł parę świateł w lusterku i wrzucił trójkę, nie przestając przyśpieszać.
Nikodem zachował zimną krew, zmieniając bieg przy siedmiu i pół tysiącach obrotów.
-Ruszyli! – Rzucił Marcin do mikrofonu.
Po kilku sekundach rozległa się głośna, skoordynowana redukcja biegów i samochody zniknęły za pierwszym wirażem w prawo.

-Dobra, mamy złe wieści. – Rozległ się głos z drugiego punktu kontrolnego. Marcin przycisnął słuchawkę do ucha, podobnie jak Kacper, po drugiej stronie góry. – W dolinie zrobiła się mgła od tej zmiany ciśnienia… nie wiemy, jak to wpłynie na wyścig. Może przerwać?
-Nie. – Polecił Marcin. – Niech jadą.
-Nie sądzisz, że to zbyt niebezpieczne? – Złapał go za ramię Konrad.
-Zbyt niebezpieczne byłoby ich teraz zatrzymać.
Kacper zdjął słuchawki i usiadł na schodach, niedaleko domu obok dwóch ostatnich zakrętów.
-Co się dzieje? – Zapytała Diana.
-W pierwszym sektorze jest mgła. Gęsta jak mleko.
-Jezu…
Radosław rzucił kamieniem w dal. – Nie mogę tak siedzieć i czekać.
-To licz na najlepsze.
-A Ty… - Nie dokończył.
-Przestańcie. – Przerwała im Diana. –To nie są żarty.

Po kilku zakrętach Nikodem czuł już presję, opierającą się o jego barki, jakby robiła to codziennie, bez jakichkolwiek problemów. Mimo że nie dopuszczał do siebie tej myśli, że coś mogłoby pójść nie tak, to nie dawał za wygraną. Nie teraz, jeszcze nie. Czy w ogóle? Zszokowany zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie na to odpowiedzieć. Każdy kolejny zakręt nacierał zaraz za Lotusem, który nie driftował. Delikatnie ślizgał się od szczytu zakrętu do szczytu, balansując swoją małą, piórkową wagą. Był pełen podziwu, że jest w stanie kontrolować samochód, który tak łatwo obrócić.
-Ty nie będziesz driftować. – Rzucił Igor. – Nie dzisiaj. Jedziemy za szybko, żebyś mógł nawet o tym pomyśleć. Narzucę Ci takie tempo, że nie dasz rady, zaufaj mi.
-Szybki jest. – Pomyślał Nikodem. – Szybszy niż ostatnim razem. Jak… jak on to robi? Jak on to robił w ogóle? – Czuł, jakby zaraz przed jego oczyma miała się pojawić stopklatka z przeszłości, nawiedzająca i rozszarpująca jego wizję w drobny mak. Zamrugał szybko oczyma i zahamował trochę później, niż zrobił to Igor, zbliżając się nieco do Lotusa.
Jakież było ich zdziwienie, kiedy po zjeździe z dwóch bliźniaczych patelni, przed nimi wylała się gęsta jak mleko, nieprzenikliwa mgła. Igor czym prędzej sięgnął do przycisku, włączając światła przeciwmgielne. Nikodem zrobił to samo.
Zrobił to jeszcze raz.
I jeszcze raz.
Samochody wpadły w mgłę.

-Kurwa! – Krzyknął Kacper, łapiąc się za głowę i wyskakując na drogę. – Już wiem, o czym zapomniałem!
Wszyscy zamarli w bezruchu.

Przerażony Nikodem poczuł się, jakby stracił kontrolę nad całym swoim życiem. Czerwone światła Lotusa powoli się oddalały, kiedy jego prawa stopa powoli się podnosiła z pedału gazu.
-Toyota jedzie bez świateł! Nie ma czym sobie wspomóc, bo nie działają! - Wykrzyczał głos w krótkofalówce.
Widownia po drugiej stronie doliny, gdzie mgła się kończyła, zaczęła spekulować, lekko przestraszona.
-Sekcja niebezpiecznych zakrętów się zbliża, a on jedzie bez oświetlenia… nawet pachołki na niewiele się zdadzą w takich warunkach! Czy to taktyka?
Nikodem faktycznie zaczął zwalniać. Lotus oddalał się coraz bardziej, kiedy zdał sobie sprawę, że to jedyna jego nadzieja, aby dojechać do końca. Trzymać się jego tyłka albo się zatrzymać, bo toczyć się nie było sensu. Pioruny strzeliły nad ich głowami, a samochody nadal jechały.
Jaźnia Nikodema powoli się rozmazywała, już samemu nie wiedząc, czy to wzrok płata mu figle, czy pogoda aż tak się pogorszyła.
Przypomniał sobie swoją Formułę 3000. Przypomniał sobie karty, superkarty, wczesny kontakt z motocyklem, swoje pierwsze jazdy po polu w starym samochodzie. Przypomniał sobie swoje dzieciństwo, o którym nie pamiętał. Przerażenie, jakiego doznał wtedy, przed wypadkiem, było czymś, czego nie mógł już nigdy później osiągnąć. Jazda samochodem przyszła mu łatwo, bo ją czuł. Nie musiał pamiętać podstaw, bo jego ciało zgrywało się z maszyną, zbudowaną z gumy i stali. Odruchy, jakie posiadał, w zupełności wystarczały, żeby mógł zapanować nad czteroma kołami lepiej, niż wszyscy w jego wieku. Teraz już wszystko pamiętał. Nagle jego dysk twardy wzbogacił się o dane, które przez kilka lat starał się przywrócić. Przerażenie, jakiego nigdy potem nie poczuł, teraz go spotkało. W tym momencie.
Wszystko stało się jasne.
Wszystko było klarowne i proste jak autostrada po horyzont. Poczuł się, jakby poznał prawdy objawione, razem ze wszystkimi tajemnicami świata. Posiadł wiedzę, która była dla niego najważniejsza.
Lotus niknął właśnie za zakrętem. Różowe pachołki mieniły się swoją odblaskową powłoką, ledwo kilka metrów przed samochodem.
Nikodem już pamiętał, na czym polegało jego życie.
-Być może teraz zwiedzie mnie moja intuicja… - Powiedział sobie w myślach. - … ale nic innego mi nie zostało, oprócz tylko jednej osoby.
Zredukował bieg i wcisnął gaz. Kontratak.
-Oprócz mnie.

-Nie uwierzycie! – Krzyknęła ta sama osoba. – Toyota chyba driftuje!
-Że co? – Kacper złapał za krótkofalówkę, którą trzymał Radosław. – Jak to driftuje?! We mgle?!
-Nie wiem, jak on to robi… ale dźwięk jednoznacznie na to wskazuje!
W Lotusie było niezwykle chłodno, ale Igorowi to nie szkodziło. Ze spokojem, ale i precyzją pokonał łuk w prawo, starając się nie popełnić żadnego, głupiego błędu. Mgła bywała zwodnicza, potrafiła wirtualnie zmniejszyć pole widzenia i oszukać kierowcę. Sprawdził jeszcze raz lusterko.
Toyoty nie było.
Sprawdził lusterko pasażera.
Mignęły mu dwa, żółte światła.
-C-co?!
MR-2 wypadła z zakrętu, opanowując drift czterema kołami i przyklejając się do tunelu aerodynamicznego Lotusa, jak mucha do rzepy.
-Jak Ty to zrobiłeś?!
Wpadli w kolejny łuk w lewo, na którego wewnętrznej stronie stał rząd pachołków. Lotus pojechał zachowawczo, Toyota skosiła wszystkie po kolei, driftując, zajmując jednocześnie prawie całą szerokość ciasnej sekcji.
-Jezu! – Odezwała się osoba ze zbocza. – Czy on chce zbierać punkty stylu?! Pojeb! Naprawdę driftuje!
Marcin i Konrad nie wiedzieli, jak mają reagować. Kacper, Tomek i Radosław spojrzeli kolejno na siebie, uśmiechając się jak opóźnieni. Diana usiadła na schodkach, przerażona dalszą perspektywą wyścigu.
Toyota wypadła z mgły, tuż za Lotusem, pędząc teraz w drugiej sekcji trasy.
-Elise nadal prowadzi, ale MR-2 siedzi mu na ogonie bez przerwy!
Igor czuł oddech Nikodema i zapach spalin z silnika innego niż jego. Zgryzł wargę i zacisnął dłonie na kierownicy. – Coś mi to przypomina…
I owszem, przypominało.

Samochody przejechały przez punkt kontrolny. Elise prowadziło. Jego kierowca za wszelką cenę starał się utrzymać na drodze, która zaczęła się pokrywać czymś grudkowatym. Lekko szarpnął za kierownicę, kiedy wyjechali na prostą, ponieważ tył już zaczął uciekać.
-Cholera. – Powiedział do siebie. – Założyłem nowe opony, mając nadzieję, że zniweluje to nadsterowność i pozwoli przenieść moment obrotowy bez zbędnych poślizgów. Nie przewidziałem jednak, że droga tutaj jest w takim stanie! Zaczęli ją rozbierać, ledwo połatali, a ja nawet o tym nie wiedziałem, Jezu. – Spojrzał na moment w lusterko. Widział, jak światła Toyoty zbliżają się nieubłaganie.
MR-2 radziła sobie z nawierzchnią pokrytą żwirem mimo zdartych opon. Niko wpatrywał się skupiony w drogę, nie zwracając uwagi na samochód przed nim.
-Konrad powiedział, że za kilometr nawierzchnia po lewej stronie znika kompletnie i zostaje goła, ubita ziemia. – Spojrzał na chwilę na Elise. – Nie radzi sobie z utrzymaniem trakcji… Czy posunie się na ruch, który planuje? – Zamyślił się. – Do tej pory udało mu się przewidzieć wszystko, co chciałem zrobić, czy tym razem też tak będzie? – Reflektory MR-2 co raz bardziej oświetlały tył Elise. – Obroty sięgają już czerwonego pola, jeżeli teraz zmienię bieg, to nie będę w stanie zwiększyć ich na tyle, żeby pojechać w miarę dynamicznie. Opony jeszcze trochę trzymają. – Samochody podskoczyły na pagórku. Teraz zaczynał się downhill. – Głupi jestem, nawet jeżeliby były całe, to w takiej sytuacji niewiele mi to da. Muszę zaatakować znienacka. Wykonać ruch, którego się nie spodziewa… To jedyna szansa. – Docisnął pedał gazu, zbliżając się do lusterka Lotusa. – Już widzę odblaski pachołków.
Temperatura we wnętrzu Elise robiła się powoli nie do zniesienia. Samuel czuł, jak krople potu spływają mu do oczu, powoli wędrując w stronę ust, czując ich słony posmak. Musiał to zrobić, musiał się otrzeć, chociaż troszkę.
Podniósł dłoń z drążka zmiany biegów i przystawił do czoła.
Wtedy po jego lewej stronie pojawiły się kanciaste reflektory MR-Dwójki.
-Idioto! – Krzyknął, od razu łapiąc kierownicę. – P-Po tej stronie nie ma miejsca! Rozbijesz się!
Ale nie rozbił.
MR-2 po wyjściu z zakrętu jechała na równi z Lotusem. Samuel zwolnił, czując, jak traci powoli panowanie nad samochodem.

-Mój Boże… ktoś jedzie!
Wszyscy wystawili swoje głowy zza barierek, niektórzy przez nie przeszli, nie mogąc ustać w miejscu.
-Różnica w tonacji jest niewielka… jadą bardzo blisko.
-Proste… wiadomo, że Elise. Ten rzęch nie miał szans, nie ważne, jak dobry jest kierowca.
Odpowiedź nadeszła po chwili.
Na „szykanę” wpadła Toyota MR-2.
-Jak to kurwa?! – Podskoczył ze zdziwienia.
Elise była tuż za nią, ledwo utrzymując trakcję.
MR-2 zredukowała bieg i ustawiła się bokiem do zakrętu. Ten, który zwątpił najbardziej, musiał ratować się ucieczką w krzaki, żeby nie zostać potrąconym przez rozpędzony tył samochodu. Sekundę później w tym samym miejscu był srebrny Lotus. Wszyscy w milczeniu odprowadzili wzrokiem Nikodema.
Niedługo później, przez barierkę przekroczył „Stoper” i podbiegł do głównego nadzorcy punktu kontrolnego.
-Patrz… - Pokazał mu czas przejazdu.
Nadzorca przełknął ślinę i wziął go do ręki. Potrząsnął nim kilka razy i jeszcze raz spojrzał. – Niesamowite… Tak niewiele brakuje, żeby stał się...
-Nowym rekordzistą! – Wypalił.
-Nie… musiał się zepsuć. – Oddał go. – To nie jest możliwe. Nie w tym samochodzie. Po prostu nie.
Konrad zaprzeczył w duchu, oczekując, że sami zrozumieją jego geniusz. – On nie jechał. On latał. NJBB oficjalnie zostało pokonane przez lokalnych. – Odwrócił się w kierunku przełęczy. – Najwidoczniej niedocenialiśmy talentu chłopców z tej góry.
-Ale jak to? – Podbiegł nadzorca. – To oznacza, że nie można ich pokonać?
-Można, ale nie w ten sposób, o jakim myślimy. Nie trzeba szybszego samochodu. Nawet Porsche miałoby problem. – Wskazał swoim palcem wskazującym najpierw na serce, a potem na czoło. – Wszystko dzieje się tutaj. Zamglone umysły, ale też szczere serca. Jedno z drugim współpracuje, żeby odnaleźć właściwą ścieżkę.

-Więc co jest w tej MR-2? – Konrad rozmawiał przez telefon z Kacprem.
-W ogóle dziwię się, że masz mój numer telefonu.
-No poważnie… - Westchnął. – Warsztat udostępnił bez problemu.
-Dobra, nieważne. Po krótce to jego rodzina ściągnęła nam starą Corollę z praktycznie nowym silnikiem 7A-FE. Wyjęliśmy go i jedyne, co nam było potrzebne, to dół. Blok silnika to zwykłe 4A-GE, a głowica została ściągnięta z Czech. Ktoś miał sprowadzone 20v na części i udało się dostać Blacktopa w miarę dobrym stanie. – Ziewnął. – A tak, to ma komputer Megasquirt V2, ITB z Silvertopa, wałki Toda 272, nasadki SQ 110 milimetrów, tłoki Arias o współczynniku dwanaście jeden, drobne modyfikacje w przełożeniach… Z poważniejszych rzeczy to tyle.
Konrad usiadł na masce swojego Forda z podziwu. – Jak wy to zrobiliście?
-Można powiedzieć, że gdyby nie cudowne zbiegi okoliczności, to nigdy by do tego nie doszło. Bóg ma chyba plan.
-I chyba jest realizowany.

-Ale zimno. – Powiedział drżącym głosem Tomek, który siedział na schodach. – Już nawet nie chce tu stać, tylko wrócić do samochodu i się ogrzać.
-Nie trzęś się tak, bo potem będziesz tego żałować. – Odparł Radosław. Stał z założonymi rękoma obok kilka schodków niżej, wpatrując się w zakręt przed nimi. – Kusi mnie, żeby nawiązać łączność z wierzą, ale coś mi podpowiada, żebym tego nie robił…
-Co zaś? – W głosie Tomka było czuć wyraźne poirytowanie.
-To jest to uczucie, które towarzyszyło mi prawie na każdym wyścigu. Nawet kiedy Niko jechał na Salmopolu, tam było tak samo. Nie wiem jak to opisać.
-Po prostu mów.
Radek wziął głęboki oddech i odwrócił głowę w kierunku Tomka. – Bo widzisz, potrafię przewidywać przebieg wyścigu. W jakiś sposób jestem w stanie to wyczytać po zachowaniu kierowcy przed wyścigiem. Prosta kalkulacja sprawia, że mniej więcej wiem, gdzie nastąpi wyprzedzenie, które może przesądzić o losach wygranej. Ale dziś nie potrafię. Nie umiem. – Znów odwrócił głowę. – Boję się...
-Twoją siłą napędową w tym momencie jest niepewność?
-Tak... Chyba tak.
-Niko od czasu pojedynku z GT86 zmienił swoją technikę, chociaż wydaje mi się, że nie jest tego świadom.
-Też to zauważyłeś?
-Nie wiem, czy myślimy o tym samym, ale zwróciłem uwagę na jedną rzecz.
-Hm?
-Hamuje znacznie rzadziej. Stara się wprowadzać samochód w poślizg, balansując jego wagą i pedałem gazu. Co ciekawe, nie jest to widowiskowy drift. Powiedziałbym raczej, że to jego własny styl. Nie wygląda tak bardzo emocjonująco, ale jest naprawdę szybki. Być może w zakrętach jest o kilka kilometrów szybszy niż zwykle. Stara się oszczędzać opony, żeby w krytycznym Mo... – Zaciął się w połowie zdania.
Nastąpiła grobowa cisza, którą z chwili na chwilę zaczął wypełniać ryk zbliżających się silników.
-Tak. – Odparł Kacper, który się wtrącił. – Wiem, o co Ci chodzi.
-Czy on to robi specjalnie? – Pytał Tomek.
-Nie wiem, ale jeżeli to wszystko zaplanował z wyprzedzeniem, to bardzo szybko zrozumiał charakter swojego przeciwnika.
-On nie zostawi mu tutaj miejsca. Mimo to, że oba samochody są małe… nie widzę tego. Jeżeli zza tego zakrętu wyjedzie za nim, to przegrał wyścig... No, chyba że…
-No, chyba że tak. – Zrozumiał.
Słońce zaczęło się malować na horyzoncie, lekko rozświetlając niebo, które zaczynało się mienić w granatowych barwach, zmieszanych z czarną pustką.
-Dzień się budzi. – Skomentował Radosław. – Kiedy ostatnio spałeś? – Zwrócił się do Kacpra.
-Dwa dni temu, nie mogłem zmrużyć oka przez ten cały natłok obowiązków i emocji... Jestem święcie przekonany, że kiedy wrócę do domu, to będę spał do następnej soboty. – Ziewnął bardzo głośno i porozciągał. – I zasnę, jeżeli zaraz nie napije się kawy. – Wstał i powolnymi krokami ruszył w górę schodów.- Chcesz też?
-Jasne. – Odparł.

Lotus Elise i Toyota MR-2 wyskoczyły z pagórka pół metra w górę, lądując na przednich kołach i praktycznie nie wytracając prędkości. Samochody wyglądały jak złączone. Toyota trzymała się na zderzaku Lotusa, hamując i przyśpieszając praktycznie identycznie.
-Jak go zgubić, do mety pozostały może cztery zakręty i tyle samo prostych, moje opony jeszcze trochę trzymają się drogi, ale nie na długo. Gdybym jechał spokojniej, to teraz mógłbym mu odejść. Jakim cudem one się tak szybko zużyły? Ćwiczyłem tę strategię przez całe dwa tygodnie i zawsze rachunek prawdopodobieństwa był ten sam, a dzisiaj jest zupełnie inny. Jeżeli wejdę w dwa pierwsze zakręty moją techniką, to zużyje opony do końca i nie skręcę na trzecim, a jeżeli teraz zwolnię, to najprawdopodobniej mnie wyprzedzi... – Samochody z ciasnego, aczkolwiek długiego łuku w lewo wyjechały na stromą prostą, która kończyła się łukiem w prawo, wyglądającym jak zakręt Parabolica na torze Monza. Trudne wejście, niezwykle łatwe wyjście. Po nim następował jego bliźniaczy odpowiednik. Różnica polegała na tym, że był sporo mniejszy i skręcał w lewo. – Dobra... Zastosuję specjalną taktykę, nie wyprzedzisz mnie. – Zostało trzysta metrów do zakrętu, kiedy Toyota wbiła kierunkowskaz. – Co?
Toyota, wykorzystując tunel aerodynamiczny, nabrała pędu i zaczęła wysuwać się po prawej stronie Lotusa, oślepiając Igora w lusterku.
-Co ja robię? – Warknął Nikodem. – Jeszcze nigdy taki pewny siebie nie byłem, a już na pewno nie jestem sobą. Coś przejęło moje ciało, nie jestem w stanie świadomie kontrolować swoich ruchów. Ja nie myślę... Ja czuję. Popadam w trans. Nie słyszę nic, nie dopuszczam innych myśli do siebie… Jestem w tunelu. – Toyota wysunęła się na tyle, żeby lusterkiem zawadzić o lusterko. Zakręt był ledwo sto metrów od nich, a żaden nie kwapił się do hamowania z ponad stu czterdziestu na godzinę.
-Samobójczy ruch? – Pomyślał Igor. – Zepchnie nas obu z drogi czy posłuży się mną, żeby nie wypaść? Nieważne, jestem gotowy na... – Toyota nagle zahamowała. Nikodem zredukował bieg i w miejscu ustawił się pod kątem do zakrętu, uderzając lekko Lotusa tylnym zderzakiem, a prawym kołem, jadąc po poboczu. Nikodem wbił hamulec, składając samochód jeszcze bardziej i natychmiast wcisnął gaz. Dawid, próbując zachować trakcję, trzymał się po zewnętrznej stronie, stopniowo przyśpieszając, wychodząc z zakrętu. – Dupek, zrobił to specjalnie. Złapał apex!
Przednie koło Toyoty trzymało trakcję na poboczu, stopniowo przyśpieszając i powoli wyprzedzając Lotusa, który walczył z podsterownością. Przewaga w mocy nie gwarantowała szczęścia na łukach, o czym Nikodem doskonale wiedział i to wykorzystał. Przewidywał przed startem ruch ostateczny, jakiego dopuści się Igor. Musiał się tylko przygotować.
Im zakręt robił się prostszy, tym Lotus lepiej sobie radził. W końcu Toyota wyskoczyła prawym kołem z pobocza i wyprostowała swój tor jazdy. Silnik kręcił się już na czerwonym polu, ale odległość do kolejnego zakrętu była zbyt mała, żeby zmieniać bieg. Nikodem wysunął się o metr przed maskę Lotusa, który i tak zaczął przyśpieszać. Teraz zajmował zewnętrzną stronę.
-Doigrałeś się. – Mruknął Igor. Po tym łuku została prosta nitka i dwa zakręty.
Nikodem zahamował, pozwalając, żeby Igor nieco się zbliżył i wyprzedził. Natychmiast zajął miejsce za nim i zaczął lewym kołem łapać pobocze, chcąc zdobyć kolejny apex. Igor nie skomentował, tylko ślizgiem wszedł w zakręt, zostawiając trochę miejsca po wewnętrznej stronie drogi i stopniowo je powiększając.
-Niech to, opony! – Wcisnął gaz, praktycznie ocierając się o barierki. Wszystkie koła odzyskały trakcję i Lotus wystrzelił z zakrętu. Obroty skoczyły prawie natychmiast. Toyota, trzymając się wewnętrznej linii, otarła się o krzaki i wyskoczyła z pobocza, żeby zobaczyć światła nadjeżdżającego motocykla.
-O kurwa! – Krzyknął Igor, kiedy go zobaczył. Motocyklista wdusił swoje hamulce do oporu i skręcił w prawo. Toyota zareagowała natychmiastowo. Nikodem nic nie powiedział. Zahamował lekko i schował się za Lotusem, dzieląc na centymetry przestrzeń między nim a motocyklem, który właśnie lądował w krzakach. Samochody znów jechały na swoich zderzakach.

-Masz. – Radosław podał Kacprowi kubek z kawą. – Rozpuszczalna, ale zawsze coś.
-Dzięki.
-Nie wyglądasz na zbyt przejętego.
-A Ty na pełnego szczęścia.
-Mi do szczęścia jeszcze wiele brakuje, ale twoje życie jest niczego sobie.
-Nie chcesz wiedzieć ile mam problemów.
-Po prostu nie wiem, jak człowiek który ekscytował się starą Toyotą, może być taki spokojny tutaj, dzisiaj, teraz.
-Im bardziej niepewny jestem, tym mniej się ekscytuję, proste. – Upił łyk kawy, kiedy jego twarz skrzywiła się w grymasie obrzydzenia. – Boże kurwa, jaka okropna, matko... – Wylał ją na trawę i wyrzucił kartonowy kubek.
-Dziękuję, zapomniałem posłodzić. – Napił się. – No, mi smakuje.
-Tobie posmakuje największy śmieć, jeżeli tylko cię pobudzi.

Na nitce samochody jechały zaraz za sobą. Igor nie pozostawiał miejsca dla Nikodema, a Nikodem nie dawał za wygraną i naciskał z całych sił. Nitka to stosunkowo ciekawy fragment, połączenie lekkich zakrętów składających się na idealną przeszkodę dla kierowcy. Igor modlił się w duchu o opony, skupiając się na przedostatnim zakręcie przed metą. Wiedział, co chce zrobić. Nikodem ze zmrużonymi oczyma tylko obserwował, jak Igor walczy o każdy centymetr na drodze ze startymi na wiór oponami. Lotus wcale nie taki piękny, jak go malują, ale Igor był świetnym kierowcą. Za wszelką cenę chciał udowodnić, że może być zawodowcem i ustanowi nowy rekord tej trasy. Do punktu kulminacyjnego zostało sześćset metrów, kiedy Nikodem zaczął przymierzać się po lewej stronie.

-Są! – Krzyknął Tomek.
Samochody wypadły z zakrętu naprzeciwko nich. Lotus jechał na środku, Toyota po lewej stronie.
-Zajął całą środek, dupek. – Warknął.
-Czas na specjalną taktykę. – Powiedział Igor. – Moje opony, wytrzymajcie. – Wcisnął hamulec, zredukował bieg, skręcił w lewo, po czym odbił w prawo i wpadł w poślizgu w zakręt.
-Drift czterema kołami! – Wrzasnął Kacper. – Z tymi oponami mu się nie uda!
Ale wszystko szło dobrze. Elise trzymało trakcję.
I wtedy coś się stało.
Świat zwolnił, jakby wszystko zaczęło poruszać się w zwolnionym tempie.
Światła Toyoty zniknęły.
Dawid spojrzał w lusterko pasażera i nie widział samochodu. W ten coś mignęło w lusterku tylnym, żeby nagle pojawić się po jego lewej stronie.
-Co... co?! – Krzyknął Tomek.
Światła zbliżyły się do lewej krawędzi drogi i… wyjechały poza nią.
-O mój Boże! – Radosław był w szoku.
Toyota w poślizgu wjechała na pobocze, ustawiając samochód na pochyłości, jedynie zostawiając prawe koła na drodze.
Igor tylko przesunął wzrok na lewą stronę, żeby zobaczyć czerwony lakier przy lusterku. Był w stanie nawet odczytać znaczek na błotniku. MR-2.
-Toyota jedzie po poboczu! O ku... Po poboczu! – Krzyczał Tomek do krótkofalówki.
Lotus wpadł w zakręt driftem tak, żeby Toyota nie była w stanie go wyprzedzić. Tymczasem Nikodem uciekł na pobocze, po którym teraz sunął i wyrównywał się z Igorem.
-Zjechał w poślizgu na pobocze!
Nikodem mocno trzymał podskakującą kierownicę, próbując utrzymać samochód przy tak dużej niestabilności. Igor stracił ogromnie na prędkości, wykonując manewr bezpieczeństwa. Jechali teraz łeb w łeb. Jeden na drodze, drugi pod kątem kilkudziesięciu stopni, na poboczu.
-Ty samobójco! Tu jest rów!– Jęknął Igor, kiedy Nikodem maską Toyoty wysuwał się na prowadzenie. Wtedy właśnie pierwszy raz w całym wyścigu... się odezwał.
-Teraz!
Droga wpadała w gwałtowny downhill, Lotus już nie miał żadnych szans z kompletnie zniszczonymi oponami. Toyota zaczynała tracić grunt, zbliżając się do zakrętu. Pobocze robiło się coraz bardziej strome, a rów zaczynał się tworzyć między nimi. W pewnej chwili wyrastało na nim drzewo...
Toyota wjechała na wybój stromizny, Nikodem skręcił w ostatniej chwili.
Samochód podskoczył do góry, wysuwając się przed Lotusa.
Wyleciał lekko, niczym samochód rajdowy, na środek jezdni, kiedy Igor wdusił hamulec do oporu.
Toyota wylądowała tylnymi kołami tuż przed jego maską, kilkanaście metrów od barierki.
Wpadł w poślizg, kiedy przednie koła zetknęły się z asfaltem.
Błyskawicznie skorygował tor jazdy, wypadając z otrzęsienia.
Bokiem wyjechał z zakrętu, ocierając cały czas o stal.
Lotus ledwo się wyrobił, ślizgając się zaraz za Toyotą na ostatnim zakręcie. W końcu oba samochody straciły kompletną trakcję na wyjściu i przecięły linię mety bokiem, zatrzymując się kilka centymetrów od rowu.
-Wygrał! Wygrał! Boże! Co on zrobił! Udało mu się! – Usłyszał Tomek w krótkofalówce. – Nie… zaraz! Źle!
Meta, którą przecięli, liczyła się tylko podczas nielegalnych wyścigów.
Prawdziwa meta była dalej, sto metrów dalej.
-Rekord pójdzie się paść!
Dym z opon wyprzedził już reflektory.
Ale Nikodem nie jechał.
-No! Dawaj!
-Nikodem się zatrzymał! – Warknął ktoś w krótkofalówce.
-Ale jak to? – Zapytał Tomek.
Radosław tylko się obejrzał. Uśmiechnął się nieznacznie i zaczął iść w stronę zakrętu.
-No nie! No co on wyczynia?! Ja pierdole! – Konrad rzucił stoperem o asfalt, kompletnie go niszcząc.

Igor siedział skulony w kubełkowym fotelu. Nadal trzymał kierownicę, aczkolwiek puścił sprzęgło i samochód zgasł. Miał skurcze mięśni. Cisza przepełniała wnętrze samochodu, który jeszcze przed chwilą jechał na granicy przyczepności i własnych możliwości.
Nikodem zatrzymał się metr przed nim. Niebo już się rozjaśniło w niebieskich kolorach, ptaki zaczynały śpiewać i życie zaczynało się budzić.
Dawid odpiął czteropunktową uprząż, po czym otworzył drzwi i wystawił nogę z samochodu, podpierając się o karoserię.
Obaj odwrócili swoje głowy w kierunku mety, która była jeszcze daleko.
-Zawsze możemy do niej pobiec. – Rzucił Igor.
-Chce Ci się? – Odparł Nikodem.
-Wiesz co… jestem zmęczony.
Nikodem spojrzał w niebo, które właśnie otworzyło przed nim swoje wrota. – Ja chyba też. – Spojrzał jeszcze raz na niego. – Pierwszy raz od paru lat, jestem zmęczony.
Coś jednak odwróciło ich uwagę.
Coś, co spadło z samego nieba.
Coś, co uderzyło w drzewo nad nimi. Potężna gałąź załamała się pod wpływem ekstremalnego przypływu mocy, poddając się pod wpływem praw fizyki i łamiąc, spadając prosto na Nikodema i Igora, stojących na skraju drogi.

Obudził się w nieciekawych okolicznościach. Podłoga była jakby nierówna, brudna i pełna różnych skrawków. Częściowo ciepła, rażąca żarem. Otworzył powoli swoje oczy, czując, jak żar sieje się dookoła niego, nie tylko z miejsca, na którym miał nieprzyjemność leżeć. Niedługo potem jego płuca wypełniły się smolistą substancją, która przypominała swoją konsystencją tlen. Był ciężki i śmierdział spalonym drewnem.
Ktoś do niego krzyczał, ktoś nawoływał i starał się wypowiedzieć jego imię, lecz dym z palących się drzew był coraz bardziej nieprzenikliwy i duszący. W końcu ktoś się zsunął po zboczu, cudem omijając ogień i wylądował obok Nikodema, leżącego obok pofałdowanej, zniszczonej barierki.
-Wstawaj! – Rozkazała mu rozmazana twarz. – Wstawaj, sukinsynie, albo obaj zginiemy!
Nikodem majaczył, machnął dłonią obok jego głowy i spróbował się podnieść, lecz ręce go zawiodły.
-Ona na Ciebie czeka, rozumiesz?! Wstawaj!
Poczuł, jak płomienie są coraz bliżej. Czuł, jak objęcia łapią go za klatkę piersiową i starając się obrócić na drugą stronę. W końcu wylądował na plecach, co wywołało u niego potężny napad kaszlu. Wypluł swoje płuca i nie przestawał tego robić. Nie mógł.
Rozmazana twarz zdzieliła go w policzek. Jasność  połowicznie wróciła.
-Obudź się! – Krzyknął.
-Igor…?
-Musimy uciekać!
Nikodem podniósł się na kolana i poczłapał tak przez cały metr, znowu się przewracając na bok. Ogień piekł ich w skórę, będąc coraz bliżej. Droga pod zbocze była już praktycznie niemożliwa do pokonania. Został tylko gęsty las.
-To nie na szczęście. To na życie. – Przypomniał sobie słowa Diany, po ich pocałunku.
Złapał Igora za ubrania i podniósł się z jego drobną pomocą. Zaczął kuśtykać w kierunku labiryntu pomarańczowo-czerwonych drzew, przypominających wielkie skupisko palących się, jesiennych liści. Las, którego unikali w wyścigach za wszelką cenę, dopadł ich poza samochodem. Igor prowadził, starając się utrzymać Nikodema pod swoją ręką, lecz i jego powoli zaczynała zawodzić. Ten się odpierał od drzew, próbując utrzymać równowagę w poharatanych nogach. Nawigowali przez nieprzenikliwy, przerażający las, pełen różnych korytarzy, prowadzących do zgubienia, lub do zbawienia. Starali się trzymać północnej strony, lecz i tak na niewiele się to zdało, kiedy ich błędniki zwariowały. Instynkt Nikodema się włączył i wyczuł, że zaraz coś na nich spadnie. W tej samej chwili popchnął Igora do prawej i upadli na siebie, unikając o włos kolejnej, spadającej gałęzi.
Szybko się podnieśli i zaczęli dalej kuśtykać. W oddali rozległ się dźwięk syreny straży pożarnej i karetek, lecz sami nie mogli zlokalizować źródła zbawiennego rytmu. Spojrzeli na siebie, stojąc pośród palących się koron drzew i zgodnie kiwnęli głowami, biegnąc w kierunku, jaki uważali za słuszny. Przeskakiwali nad poległymi gałęziami, krzewami i kamieniami. Przebijali się przez niezliczoną ilość krzewów, których nigdy nikt nie podcinał. Machali rękoma, odgradzając sobie drogę, jak konkwistadorzy na nowym, nieodkrytym lądzie. Jedyne, co im było potrzebne, to cel, do którego musieli dążyć.
W końcu natrafili na zbocze.
Zaczęli przeraźliwie krzyczeć i wołać o pomoc, widząc w górze odbijające się światła.
W końcu zaczęli się wdrapywać po stromym kawałku ziemi, czując, jak grunt osuwa się im spod nóg. Nie udało im się.
Spróbowali ponownie.
Znów, polegli.
Ogień był coraz bliżej.
Wtedy między nimi spadła lina.
Nad barierką pojawiła się znajoma twarz, która właśnie ją przerzucała przez kawałek stali.
Żar, lejący się na nich z każdej strony sprawiał wrażenie, jakby zaraz mieli przejść do innego świata, z którego nie było odwrotu. Czym prędzej zaczęli się po niej wspinać. Nikodem pierwszy, Igor drugi.
-Kurwa mać! – Krzyknął Radosław. – Lina się przerywa!
Nikodem rozszerzył swoje oczy poza jakiekolwiek granice, widząc, jak sznur się zaczyna rwać. Przyśpieszył swoją wspinaczkę, starając się pokonać feralny fragment bez zbędnego naruszania go. Udało mu się.
Igor złapał za nadszarpaną część.
Nikodem odruchowo spojrzał w dół, widząc, jak w jego oczach maluje się gorzka realizacja.
W ułamku sekundy jedną dłonią puścił sznur.
Igor już praktycznie był stracony, kiedy materiał strzelił.
W ostatniej chwili za rękę złapał go Nikodem, ze swoimi poharatanymi od upadku ramionami, które miały zaraz wypaść ze stawów. Krzyknął głośno, nie mogąc go utrzymać. Był rozdzierany między nim a pozostałościami po sznurze.
W końcu coś zaczęło ich wyciągać do góry. Im bliżej powietrza byli, tym bardziej słyszeli, co to było. W końcu, kiedy obaj mogli zauważyć czyste światło nocnego nieba, złapał ich Kacper i Tomek, ciągnąc obu za ramiona.
Przeprowadzili Nikodema i Igora przez barierkę. Obaj upadli na kolana, po czym się przewrócili z wycieńczenia. Cofnęli się pod barierkę i o nią oparli.
Wyścig się skończył.


Opatrzeni, upewniwszy się, że nie grożą im żadne poważne konsekwencje, nalegali, żeby zostać na miejscu. Pożar, który wydawał się ogromną katastrofą naturalną, okazał się bardzo mały, obejmujący jedynie sto metrów kwadratowych. Obaj kręcili się cały czas w kółko, oślepieni i ogłupieni. Nie wiedzieli po prostu, w którą stronę mają iść.
Diana klęczała obok Nikodema, który siedział w jej objęciach w takiej samej pozycji, w jakiej wydostał się z opresji. Igor był obok, przykryty kocem i z trzęsącymi się dłońmi. Tomek, Kacper i Radosław siedzieli obok niego, głośno wzdychając i mamrocząc pod nosami ze zmęczenia. Nikodem i Igor, najwięksi rywale w swoich życiach, podnieśli się z miejsc i usiedli za barierką, obserwując rosnące na horyzoncie słońce. Dołączył do nich Radosław, wymęczony całymi wakacjami. Diana oparła się obok Nikodema, kładąc swoją głowę na jego ramieniu.
-Więc…– Zaczął z ciężkością, znajdując wygodną pozycję. - Co będzie następne, dla Igora Karskiego? - Odetchnął. – Stypendium renomowanego warsztatu? Studia mechaniczne? Kariera kierowcy?
-Ile można znieść tych wszystkich ludzi i miejsc… - Nastawił swój kark. - Codziennie przychodzić i widzieć te same twarze, które wcale nie polepszają Ci dnia.
-Ja już… już wiem, co było kiedyś.
Igor spojrzał na Nikodema wymownie, z lekkim zdziwieniem.
-Już wiem, dlaczego nienawidzę tak samolubnych dupków, z którymi muszę żyć, jak nienawidziłem.
-No to ten… - Odezwał się Radosław.
-Nie Ciebie.
-Okej. – Odparł sarkastycznym półgłosem.
-Ah…! Mówiłeś o mnie. – Zorientował się Igor.
-Chyba byłoby dobrze, gdybym więcej nie musiał spędzać kolejnych kilku lat na błądzeniu.
-Ani na patrzeniu w przeszłość. – Wyjął coś ze swojej kieszeni i podał Nikodemowi. – To… to chyba dostateczny prezent.
Nikodem odwrócił skrawek papieru, który okazał się fotografią z Polaroida. Widniało na niej ich wspólne zdjęcie, które zrobili sobie przy starym Porsche 993.
-Nie pytaj, gdzie to znalazłem.
-Więc… więc to jest rzecz, która była twoim talizmanem?
-Raczej motorem napędowym. Do dzisiaj i do końca wakacji… a potem, kto wie, gdzie nas poniesie wiatr.
Nikodem przechylił głowę w uśmiechu, kiedy przyszedł mu do głowy pewien pomysł. – Wydaje mi się, że jeszcze mogę coś wygrać. – Spojrzał w lewo.
-Wydaje mi się, że możesz nie mieć racji.
Obaj się wyprostowali, jakby zaczęli nadawać na tych samych falach.
-Nikt nie przekroczył mety.
Spojrzeli na samochody za nimi.
-To się zaraz zmieni.
-Partnerzy?
-Partnerzy.
-Piątka. – Igor posłał mu dłoń, którą Nikodem ledwo złapał.
-Wo… - Zamachnął się ręką, żeby się nie wywrócić. – Nie za mocno? – Zaśmiał się.
Zaczęli się powoli zrywać do biegu.
-Jezus… jesteście niepoważni. – Zaczął się śmiać Radosław.
Obaj spojrzeli na niego jak gdyby nigdy nic.
-O mój Boże. Mówicie poważnie.

-Ostatni raz zobaczyliśmy się tydzień później, po czym wyjechała. Tam zamieszkała, tam skończyła szkołę i zaczęła studia. Odległość była kolokwialnie mówiąc, trudna. Pamiętam, jak ludzie nam powtarzali, żebyśmy się nie starali bardziej, niż robimy to teraz. Byliśmy ze sobą połączeni czymś więcej niż zwykłą miłością. Wydawało nam się, że to, co kładzie nas do łóżka i budzi z chęciami do życia, leży w spektrum głębokiego zaufania, którego nie można było przerwać. Spotykaliśmy się co miesiąc. Spędzaliśmy ze sobą jak najwięcej czasu, jak tylko mogliśmy. Spędzaliśmy. Staraliśmy się, staraliśmy się tak bardzo, żeby było pięknie, że nie zauważyliśmy rosnącej wzajemnie duchoty. Nie spostrzegliśmy, że przestaliśmy się kochać. Pewnego dnia zobaczyliśmy się po raz ostatni, po czym każdy obrał swoją ścieżkę. Ona wsiadła do swojego samochodu, ja do mojej Toyoty. Zobaczyłem jej płomienny wzrok w lusterku, kiedy odprowadzała mnie ten ostatni raz. Wzrokiem.
Czy żałuję? Czy rozpaczam?
Wszyscy jesteśmy młodzi. Wszyscy przeżywamy. Już raz rozpaczałem za czymś, czego nie pamiętałem, czego nie znałem. Traktuję to jak dobrą walkę.
Tak samo, jak dni piorunów, podczas których zjeżdżam z góry szybciej, niż za każdym, wcześniejszym razem. Każdy ma swoje błyskawice, na ułamek sekundy rozświetlające wszystkie, nieprzeniknione wątpliwości. Niczego nie powinniśmy żałować. My nie żałowaliśmy każdej spędzonej razem chwili. Zapytacie, kto, chociaż przekroczył linię mety? Nie wiem, nie pamiętam.
Do dziś pamiętam ten jesienny, chłodny dzień. Ubrany w płaszcz, stąpający po suchych, bursztynowych liściach na starych ulicach Budapesztu, błądząc wzrokiem wśród świateł samochodów, ciepłych, promiennych barw zabytkowych latarni i zachodzącego słońca, wydającego swój ostatni, zielony blask, w końcu znalazłem ten odpowiedni adres. Stanąłem przy drzewie i schowałem dłonie do kieszeni płaszcza, czekając, aż ją zobaczę.
Zobaczyłem. Szczęśliwą, promiennie uśmiechniętą i zdrową, ubraną w staromodną, skórzaną kurtkę pilotkę i spodnie na wysokim stanie. Taką, jaką ją zapamiętałem, taką ją zastałem. Czy podszedłem? Diana zniknęła w tłumie swoich znajomych szybciej, niż w mojej głowie zrodziła się myśl o prostej rozmowie.
I tak ktoś na mnie czekał. Ktoś umówiony. Pewnie piła kawę w klasycznej kawiarnii, poprawiając co chwilę swój szal.
Postawiłem swoje kołnierze, obejrzałem się w dwie strony i zrobiłem krok naprzód. Czasami lepiej nigdy się nie zatrzymywać.
Wszedłem do alejki ze schodami pośród zabytkowych kamienic, prowadzącymi w dół starego miasta, jak ze starych filmów.
Opinie innych nie powinny na nas wpływać, bo nie mają żadnego znaczenia. Zwycięzcy na zawsze, ponieważ wolność jest zawsze walką.
Zawsze coś na nas czeka na końcu drogi.
Jeżeli nie chcesz wiedzieć, co to jest
Nie powinno Cię tutaj być

Koniec