"Nadpobudliwość"

Jego zegar biologiczny nastawiony kilka godzin wcześniej kazał go obudzić o dziesiątej. Nikodem leżał w swoim łóżku i poważnie się zastanawiał nad wzięciem wolnego w tym niezwykle gorącym dniu. Gorąco było nie tylko z powodu letniej pogody, która mogła upiec żywcem, lecz jeszcze przez jego matkę. Matka to aż za dużo dla niej — Tak mu się teraz wydawało. Wpatrywał się w sufit od dobrej godziny i powtarzał w głowie jej słowa, które były najzwyczajniejszą groźbą. Co zrobi? Wyśle go do szkoły wojskowej? Nie ma takiej mocy... Zgłosi na policję? Może to zrobić… ale czy to ma sens? Raczej wolałaby tego uniknąć… Co jeszcze? Szantażować nie zacznie, bo nie będzie mogła tego robić całe życie, on zresztą też nie będzie jej podporządkowany cały czas. Co robić? Co robić? Powtarzał to do siebie jak mantrę.
Na piętro przyszedł jego ojciec. Postukał w drzwi i je uchylił, pokazując mu kubek kawy. - Śpisz? - Wyszeptał.
-Nie. - Odpowiedział beznamiętnie.
Tata wszedł do pokoju i spojrzał na pozornie kontrolowany chaos, jaki się w środku dział. - Jakim cudem ja tutaj jeszcze nie wszedłem? Naprawdę, kiedy ostatnio sprzątałeś?
-Chyba w czerwcu. - Odparł.
-A już prawie sierpień. Nie sądzisz, że przydałyby się porządki? Cholera... generalny remont.
Nikodem usiadł, mocno przecierając oczy i trzęsąc głową we wszystkie strony. Krzyknął z wściekłości, zrzucając z siebie wszystkie emocje, uzbierane w ciągu ostatnich dni. - Czuję się, jakby chodził po mnie cały milion mrówek, a w głowie miał ich rój. Wszystko mnie cały czas swędzi, cholera jasna...
-Nie jesteś chory, z tego, co mi się wydaje… myłeś się ostatnio?
-Tak, chyba w czwartek.
Ojciec nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Postawił kubek z kawą na stoliku, z którego odgarnął kurz, razem z papierkami po batonikach, starymi notatkami ze szkoły i masą papierowych kulek, które kiedyś były zadaniami domowymi. - Nie przejmuj się nią. Robię wszystko, co w mojej mocy, żeby nie mogła nam grać na nosie.
Nikodem spojrzał na niego wymownie, jakby do końca nie wiedząc, co powiedzieć.
-Gadałem z twoim wujkiem przez jakiś czas. Bardzo możliwe, że wejdziemy w układ i założymy małą firmę transportową.
-Czyli jednak wracasz do aktywnej roboty? Twoje biuro spedytora chyba nieźle prosperuje…
-Czy ja wiem, czy aktywnej. Teraz będę jedną z tych całych głów. - Podrapał się po potylicy, nie mogąc ukryć swoistej dumy. - Możliwe, że będę dużo mniej czasu spędzać w domu. Twój wujek przyjeżdża za dwa tygodnie, żeby wszystko załatwić.
-Przyjeżdża ze Stanów?!
-Akurat z Danii. Trochę się pozmieniało w ostatnim czasie... pogadaliśmy z naszymi starymi sponsorami z tamtych lat, kiedy na naczepach były dwa nasze nazwiska, a ciężarówki były pomalowane tak samo, jak samochody rajdowe. Dwóch z nich zgodziło się pomóc w starcie i rozwoju, więc to chyba całkiem niezła perspektywa, żeby wyjść z cienia. Tym bardziej że to matka była żywicielką przez większość czasu... - Skrzywił się po tych słowach.
Nikodem się trochę uspokoił, oddychając już wolniej i mniej gwałtownie. Wystawił nogi z łóżka i poczuł pod nimi setki papierków, które wbijały się w jego skórę. Nieuchronnie spojrzał w dół i się zaśmiał. - Ja tu chyba naprawdę muszę posprzątać.
-Nikodem...
-Tak? - Spojrzał na niego.
-Jedziesz dzisiaj, prawda?
-C-co...? - Nie miał pojęcia, skąd jego ojciec o tym wiedział.
-Po prostu wiem swoje. Spędziłem w tych miejscach całą moją młodość, twój wujek zresztą też. Wiem, jak to wygląda. Widzę to po tobie, po twoim niesfornym zachowaniu.
-Chęć pojechania w jakieś miejsce nie jest rozpoznawalna na pierwszy rzut oka.
-Spędziłem wśród kierowców rajdowych więcej czasu, niż Ci się może wydawać. Doskonale wiem, jak takie osoby się zachowują... niezrównoważone osoby. Po twoim zachowaniu wnioskuję, że się nastawiasz mentalnie na jakiś wyścig. Po tym, że na Kocierzach teraz kręci się więcej policji niż na Salmopolu, domyśliłem się, że to właśnie w to drugie miejsce dzisiaj jedziecie.
-Martwisz się o mnie?
-Nie.
-... dzięki? - Znów nie wiedział co odpowiedzieć.
-Jesteś wystarczająco dobry, żeby radzić sobie z tak trudnym samochodem, jakim jest MR-2. Wiem o tym, bo w końcu codziennie widzę ten samochód cały, bez żadnych ubytków na karoserii. Samo to, że nagle nie wracasz po nocach, jeździsz ze swoimi kolegami i zabierasz Toyotę częściej niż kiedyś, mówi za siebie.
-Ja chyba po prostu poczułem w końcu, co chcę robić. Nie wiem... czuję wolność, kiedy jadę. Na dziesięć minut jestem skupiony, zdeterminowany bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Przez te dziesięć minut nie ma mnie na świecie, bo się staję jednością z samochodem... jak jeździec i jego rumak. - Spojrzał ponownie na swojego ojca. - Jakiś dupek sprawił swoją manipulacją, że mój przyjaciel leży teraz w śpiączce. Wczoraj miał czelność rzucić mi wyzwanie... i znowu sobie przypomniałem, że to od Tomka wszystko się zaczęło. Chęć zemsty mnie napędzała i chyba napędza dalej... co się powoli przeradza w zupełnie coś innego... coś dużo większego. Cały czas mi się wydaje, że na coś czekam… albo na kogoś.
Nic sobie nie powiedzieli. Przez kilka chwil panowała cisza, przerywana szumem jadących po ulicy samochodów, który wpadał przez uchylone okno. W końcu ojciec z założonymi rękoma spuścił głowę, starając się skryć swój uśmiech. - W tym szaleństwie, które insynuujesz, jest metoda.
-Tak Ci się wydaje?
Nie odpowiedział. Odwrócił się i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
- … Ja chyba naprawdę muszę posprzątać.

-Mogłabyś przestać udawać, że prowadzisz auto? – Ochrzaniła Dianę Aleksandra, której humor wyjątkowo nie dopisywał. Diana spojrzała na nią z ukosa, mrużąc wzrok i wkładając dłonie do kieszeni bluzy.
-Czemu znowu masz taki zły dzień?
Nie odpowiedziała.
-No mów do mnie kochanie, co się stało?
-Myślałam, że sobie kogoś w końcu znalazłam, a się okazało, że to taka sama znajomość na chwilę, jak każda inna.
Diana nie odpowiedziała, uderzając ją z pięści w prawe ramię. – Przestałabyś się chłopakami przejmować!
-Tobie łatwo mówić, bo sobie kogoś znalazłaś.
-Nie prawda, nie jesteśmy razem.
-Przechodzimy obok Stratosfery… nie chcesz go odwiedzić?
-Może chcę, może nie.
-Dlaczego ja go jeszcze z bliska nie widziałam, co?
-Bo nie było okazji. – Odparła z dumą w głosie. – Trzymam swojego Nikodema pod kluczem.
-Swojego? Czyli jednak coś między wami jest!
-Stól dziób już…
-To jak on w końcu wygląda?
-Ma… gęste włosy, trochę z twarzy jak młody Mel Gibson.
-A kto to jest? Piosenkarz?
-Piosenkarz? – Odwróciła się. – Nie oglądałaś nigdy starszych filmów?
-No… - Zastanowiła się. - … Chyba takich starych nie. Ile lat? Sześćdziesiąt?
Diana odwróciła głowę i machnęła ręką, nagle zacinając się w połowie.
Przed Stratosferą, na krześle ogrodowym siedział on, opierając swoje nogi o stół i mając ręce założone z tyłu głowy. Albo spał, albo odpoczywał. Niczego się nie spodziewał.
-Mel Gibson? – Zapytała Ola z wielką ciekawością.
Diana spojrzała na nią, wzdychając pod nosem. – Dobrze wie, że nie mogę się oprzeć. – Powiedziała sobie w głowie.
-No… na co czekasz?
-Na wiadro.
Diana podeszła, stąpając drobnymi krokami po kamykach, żeby jak najmniej hałasować. W końcu stanęła nad Nikodemem i się nachyliła, rzucając cień na jego twarz. – A dzień dobry. – Powiedziała gwałtownie.
Nikodem otworzył oczy w panice i spadł z krzesła, rozglądając się nerwowo na wszystkie strony. W końcu rozpoznał znajomą twarz i zmarszczył czoło.
Diana nadal się uśmiechała, lecz nie wiedziała, czy to aby na pewno dobry moment do śmiechu.
-W sumie to miałem zły sen. – Skomentował ze złością.
-Co Ci się śniło?
-Matka. – Otrzepał się i wstał, poprawiając koszulę w spodniach. – Już drugi raz od dzisiejszej nocy.
-Czy Ty nie powinieneś pracować, kochany?
-Mam przerwę, kochana.
-Coś Ty taki… jesteś zły na mnie?
Nikodem przewrócił oczami i z powrotem usiadł na krześle, opierając nogi o stół. – Nie, po prostu moja głowa to jeden wielki port w Rotterdamie, tylko pełen chaosu.
Diana usiadła na stole, tuż obok jego nóg, po których zaczęła jeździć palcami. – Nie powinieneś się tym tak przejmować. W końcu będzie musiała Ci dać spokój, a wtedy wolna wola, będziemy robić wszystko ze wszystkim!
-Żeby to było takie proste. – Odchylił głowę i ziewnął, przypominając sobie o nocy wyścigów.
Teraz się poważnie zastanawiał, czy wszystko pójdzie dobrze.
-Zabierzesz mnie na wyścigi?
-C-co…?! – Postawił głowę do pionu i ponownie się przewrócił, tracąc równowagę z szoku.
-Chcę w końcu zobaczyć, jak to wszystko wygląda! Chcę zobaczyć twoich kumpli i w ogóle…
-Ja tam nie mam kumpli. – Podniósł się i otrzepał swoje spodnie. – Są tylko… znajomi znajomych, zupełnie innych znajomych.
-Czyli kto?
-Potencjalni przeciwnicy.
Diana wstała i podeszła do niego, obejmując go tak samo, jak zrobiła to wtedy, kiedy wyznała mu prawdę o sobie. Nikodem poczuł ten sam uścisk, jaki mu wtedy towarzyszył. Połączenie spełnienia z pożądaniem… ale czego? Szczęścia? Kobiety? Jednego i drugiego?
Być może miał to, co chciał od zawsze, lecz tego nie potrafił dostrzec. Jeszcze nie teraz.
Odwzajemnił uścisk, kiedy ona zaczęła ich pchać w stronę cienia. Momentalne utraty równowagi były pierwszą rzeczą, która go tego dnia rozbawiła. W końcu znaleźli się za budynkiem, z dala od chodnika, po którym zazwyczaj ktoś chodził.
-No i jesteśmy na miejscu. – Rzuciła.
-Myślałem, że to będzie nieco inna trawka…
-Lubię, jak tak poważnie podchodzisz do swojej pasji.
-Pasji?
-Do samochodów.
Coś go w końcu tknęło.
-Robisz się tak inny. Nagle nie traktujesz już niczego z przymrużeniem oka, lecz faktycznie kalkulujesz wszystko, co się może zdarzyć. Chcesz to robić, bo chcesz wiedzieć, jak daleko możesz się posunąć, prawda?
-Nie. – Odrzucił.
-Co… jak to?
-No po prostu, nie.
Diana nie odpowiedziała, zastanawiając się nad swoimi słowami.
-Nie mogę przestać o tym myśleć.
-O samochodach?
Nikodem odgarnął jej kosmyk włosów, wyczuwając wyraźnie odstający fragment. Po krótkiej chwili zdjął jej perukę i rozpuścił piękne, blond kręcone włosy, które uciekły we wszystkie strony, wolne i otwarte na świat. – Możesz już tego nie nosić?
Diana złapała perukę i spojrzała to na nią, to na Nikodema, sama nie wiedząc co powiedzieć. Zawstydziła się, spuszczając głowę w dół.
Nikodem palcem wskazującym podniósł ją za podbródek, wyrównując swoje spojrzenia. Po raz kolejny patrzyli sobie w oczy, zupełnie jak wtedy, kiedy byli razem w jego Toyocie.
On się do niej nachylił, prawie stykając się czubkami nosów.
Ona przystanęła na palcach, kładąc swoje dłonie na jego torsie. Puściła perukę, jakby chciała mu odpowiedzieć, że już jej więcej nie założy.
Oboje przymknęli swoje oczy w pełnej harmonii, praktycznie czując, jak skóra ich policzków drży wzajemnie. Diana wzięła wdech, kiedy serce przekroczyło dziewięć tysięcy obrotów. Czerwone pole, z którego były tylko dwa wyjścia, z czego tylko jedno było tym właściwym.
Nikodem nachylił swoją głowę, odwzajemniając jej wdech.
Nie spodziewał się, że w końcu na to się zbierze.
Ani Aleksandra, która wyskoczyła zza rogu.
-Co… co wy do jasnej cholery robicie…?!

< SFX: The Crystal Method: Born Too Slow >

Wieczór.
Przełęcz Salmopolska była skąpana w mrokach nocnego nieba, pokrytego gęsto szerzącymi się chmurami. Latarnie drogowe przestały oświetlać drogę kilometry temu, po prostu się kończąc. Jedynym światłem przedzierającym się przez gęste zalesienie po obu stronach drogi, był blask szaleńców, którzy musieli dać upór swoim fantazjom, potrzebom, pragnieniom.
Czasami nawet obowiązkom.
Wijącą się nitkę dwukierunkowej drogi okupowały samochody i motocykle, pędząc w górę, starając się prześcignąć innych i samych siebie. Japońskie, Europejskie, Amerykańskie, jakie tylko można było sobie wymarzyć. Tanie i drogie, zadbane i zwykłe, nadające się tylko do ostatecznego zakatowania na jednym z zakrętów. Z każdego było po trochu, a jeżeli nie dzisiaj, to jutro. Jeżeli nie o tej godzinie, to nad ranem. Każdy miał swój harmonogram. Niektórzy wyjeżdżali tylko wtedy, kiedy padał deszcz. Inni zaś czuli się najlepiej w gorące dni. Wyjątkowe osoby czekały cały rok na pierwszy śnieg. Kierowcy, którzy trzymali się swoich zasad, bardzo poważnie podchodzili do całego procederu, jakim jest jazda w Touge.
Zaczerpnięte z Japońskiego, oznacza przejście, odnoszące się do górskich dróg z ostrymi zakrętami, zarówno tych płaskich, jak i przerażająco stromych.
Zabawna zbieżność znaczeń. Przejście, które dla normalnych ludzi jest zwykłą drogą, dla niektórych stanowi prawdziwe przejście.
Duchowe i fizyczne.
Random battle’s były i są niezwykle popularne w tej okolicy. Wystarczy stanąć na poboczu i włączyć światła awaryjne, po czym czekać, aż zatrzyma się pierwsza, chętna do wyścigu osoba. Tak się też dzisiaj działo.
Przez patelnię przeleciała Alfa Romeo GTV6, którą zaciekle starało się dogonić Audi A6 C5. Widownia zawyła. Połowa z nich była w szoku, że Alfa Romeo jeszcze nie skończyła na poboczu. Druga połowa z politowaniem spoglądała na Audi w podstawowej wersji, które równie dobrze mogło się nazywać Passat. Pokiwali zgodnie, że kierowca GTV6 nie próżnuje, zostawiając fanów Niemieckiej marki wściekłych i zawiedzionych. Chwilę później przez tę samą patelnię przeleciał czarny Citroen C4 VTS, ścigający się z Subaru BRZ w słynnym kolorze Blue Mica. Widownia po raz kolejny się podzieliła na tych, którzy nadal nie traktowali poważnie Francuskiej marki i na tych, którym nie odpowiadała niska moc Subaru, wyśmiewając małe coupe.
Pośród nich byli pozostali kierowcy Vendetty, drużyny, która okryła się złą sławą w ciągu ostatnich dni. Stanowili oni czarną owcę, która nie cieszyła się dobrą opinią.
Żeby w ogóle wrócić na drogę, musieli odkupić swoje grzechy.
Skyline R34 w kolorze Midnight Purple oraz butelkowo zielona Silvia S14. Oba samochody stały w centrum uwagi, wszech i wobec rozpowiadając i dając znak, że dzisiaj w końcu podniosą swoje rękawice.
Rzucili bezpośrednie wyzwanie, porzucając manipulację, którą tak bardzo kochali.
Na parking wjechał żółty Polonez Caro i szara Honda Prelude III gen. Oba samochody zaparkowały w pierwszym wolnym miejscu, które, równie dobrze, mogło wyglądać jak rezerwacja. Na samym parkingu Pośrednim stało multum różnych samochodów, które wiele o swoich właścicielach mówiły już od pierwszego spojrzenia. Radosław wypatrzył starego Forda Sierrę, Dodga Neona, Hondę Accord Coupe szóstej generacji, pięknego, czerwonego VW Golfa GTi trzeciej generacji.
Kacper nawet się uśmiechnął na widok tego ostatniego, lecz jego uwagę zwrócił Polonez MR’89, który błyszczał w blasku latarni, swoim niebieskim lakierem, utrzymanym w perfekcyjnym stanie. Znalazło się jeszcze kilka Civiców, jeden Mercedes W201, jeden CLK W208, a nawet nowy Ford Mustang.
-Przyjechał Autogun… ale bez Toyoty. – Skomentował Rafał. Mysterious Ways dzisiaj był tylko w trójkę. On, Konrad ze swoim Fordem i tajemnicza kobieta z Civica Type-R, która nadal wolała pozostać w środku swojego samochodu.
-Może nie wziął tego wyzwania na poważnie? Zresztą… nie zdziwiłbym się. – Dodał ten drugi.
-To nie ma sensu, po co by zakładali ekipę?
-Nie muszą koniecznie odpowiadać na każde zaczepki… - Westchnął.
Kacper i Radosław wysiedli ze swoich samochodów, czując i słysząc niepokój w powietrzu. Wszechobecne szmery i komentarze były albo nieprzychylne, albo wątpliwe, zwłaszcza w kierunku Poloneza, który ledwo stał na kołach. Obaj spojrzeli na siebie ze skrzywionymi minami, które wyrażały praktycznie każde, wątpliwe emocje. Trzasnęli równocześnie drzwiami i stanęli ramię w ramię. Kacper, który miał krótkie włosy i był o głowę niższy. Wyższy Radosław z długimi, zaczesanymi do tyłu włosami, brakowało tylko człowieka, który posiadał kompletny chaos na głowie.
W samej głowie zresztą też.
Andrzej i Kamil niepewnie skinęli głowami, odchodząc od swoich Nissanów i ruszając w kierunku dwójki.
-Co robimy? – Zapytał się panicznie Kacper.
-Stoimy i czekamy.
-Odpowiadamy im?
-Nic nie mów, tylko tak lub nie.
-Kłamać?
-… mów częściej na nie.
Dwójka z Nissanów stanęła naprzeciwko ich, jeszcze się nie odzywając. Mieli około trzydziestki, co było widać gołym okiem. Zarost, który odrastał po zaledwie dniu, brudny od kawy. Drogie ubrania, już nie tak młoda twarz, która zdążyła się ukształtować nie tylko do wieku, ale i od niezliczonej ilości bójek. Byli praktycznie równi sobie, a różnili się tylko wyglądem. Andrzej miał dłuższe włosy, które były z tyłu spięte w kucyk, Kamil krótsze, bardziej na postawione na staromodnego irokeza.
Nadal się nie odzywali.
Radosław zachował chłodny wyraz twarzy, nie dając po sobie niczego poznać. Najważniejsze to nie sprawiać pozorów, że wewnątrz czuje paniczny niepokój.
Kamil spojrzał na Poloneza i bliżej się mu przyjrzał, żeby potem się nieznacznie uśmiechnąć. – To chyba ten, co wczoraj rano objechał naszego kolegę.
-Skąd te wnioski? – Odparł Andrzej.
-A widziałeś innego, żółtego Poloneza z tych okolic? Który dodatkowo jest składakiem z różnych wersji? Przecież to ledwo stoi…
-A my czekamy na waszego kolegę. – Nagle zwrócił się do Kacpra i Radka, rzucając w nich groźnym tonem. – Nie zaprzeczył, że się pojawi, więc lepiej, jeżeli za trzydzieści minut tu przyjedzie… inaczej dobrze się to dla waszej reputacji nie skończy.
-Dla was też. – Dodał Kamil.
Kacper już chciał coś powiedzieć, ale wtrącił się Radosław. – I wy jeszcze macie czelność nam grozić? Lepiej dopasujcie sobie wydatki do budżetu, bo się wam portfel ponoć skurczył.
Andrzej stłumił w sobie wszelkie emocje, odwracając się na pięcie i odchodząc do swojego Nissana. Kamil tylko spojrzał na Radosława, uśmiechając się głupio, zupełnie jakby miał do czynienia z niepełnosprawną, wręcz karykaturalną osobą. Przeniósł wzrok ciut niżej, spoglądając teraz na Kacpra.
-Ile dałeś za tego Gruza?
-A co Cię to obchodzi, ile dał? – Znów wtrącił się Radosław.
-Ty, w mordę jebany, nie Ciebie pytał.
-W mordę jebany… ładny zwrot. – Skrzywił głowę. - Użyję go, kiedy Ci przerżnę matkę.
Kamil do niego ruszył, lecz został w porę powstrzymany przez Andrzeja, który go złapał za bark. – Nie teraz, jeszcze nie. – Powiedział do niego tak, jakby to było polecenie.
Kamil splunął Radosławowi pod nogi i znów głupio się uśmiechnął, odwracając w kierunku swoich samochodów.
-Lepiej, żeby Nikodem się ścigał. – Rzucił Kacper, przełykając ślinę.
-Lepiej, żeby w ogóle przyjechał.

Wskazówka przesunęła się o kilka stopni w prawo, przechodząc powoli do pionu. Towarzysząca jej, nieco mniejsza siostra była odchylona o czterdzieści stopni, za to najcieńsza szybko się zbliżała, co sekundę zmieniając swoje położenie, w końcu zgrywając się z minutnikiem i lądując w pionie. Na starym Casio MRD 201 wybiła dwudziesta trzecia, co zakomunikował cichy dzwoneczek, który przyprawił skórę Nikodema o dreszcz.
Miał tę kurtkę dżinsową z Hilfigera, również starą i nadszarpaną zębem czasu, lecz ją nosił. Miało to swój staromodny urok, kiedy pojawiał się w świetle reflektorów, żeby stawić czoła nieznanemu. Większość rzeczy odziedziczył po ojcu, któremu zwyczajnie przestały się one podobać.
Odziedziczył też drugą osobowość, która wychodziła tylko w pewnych przypadkach.
Przykucnięty przed prawym błotnikiem Toyoty, przesunął dłonią po charakterystycznym klinie, który stanowił przód samochodu. Delikatnie, jakby obchodził się z czymś niezwykle osobistym, jak z kimś ukochanym. Porozumiewał się z samochodem jak z człowiekiem.
Ojciec Nikodema wstąpił do garażu, zastanawiając się, dlaczego jego syn jeszcze nie pojechał. Scena, którą zastał, wszystko mu wyjaśniła, ale i wprawiła w lekki niepokój. Przestąpił z nogi na nogę i podszedł bliżej samochodu, starając się zjednoczyć z synem.
-Waga zrównoważy różnicę w mocy. – Wyszeptał Nikodem.
Jego ojciec wyraźnie zaskoczył się tymi słowami, nie spodziewając się takiego nastawiania psychicznego. -Pamiętaj, żeby nie przedobrzyć w zakręcie.
-Wiem. – Odparł cicho.
-Mam tylko jedną prośbę... - Zrobił pauzę, jakby chciał coś jeszcze dodać, lecz tego nie zrobił.
-Jaką?
-Kiedy już uznasz, że jesteś bardzo dobrym kierowcą... kiedy taki będziesz, kiedy twoje zwycięstwa pogrążą ilość porażek, przestań się ścigać.
-Co takiego...? - Zaskoczyły go te słowa.
-Osoby takie jak Ty, często pod wpływem dumy stają się aroganckie. Nie ma nic gorszego, niż arogancki kierowca, który uważa się za najlepszego. Stanowi on... ogromne niebezpieczeństwo dla innych. Ty taki nie bądź, proszę Cię...
-Tato, przecież wiesz, jaki jestem...
-Twój wujek kiedyś stwierdził, że jesteś moją idealną kopią.
-Może to prawda?
-Nie popełniaj moich błędów, nigdy.
Nikodem wstał, spojrzał na swojego tatę i zdusił w sobie jakiekolwiek słowa. Nie warto było nic dodawać.
Wsiadł do samochodu i przekręcił kluczyk. Światła Toyoty się podniosły, rzucając żółty blask na cały plac przed domem. Ojciec się odsunął na bok, mrużąc oczy od intensywnych świateł.
Nikodem zapiął pas bezpieczeństwa i go dodatkowo napiął. Wgłębił się w swój fotel i upewnił, że wszystkie lusterka są w takiej pozycji, w jakiej zawsze były.
Wrzucił jedynkę i zaczął się powoli wytaczać z garażu. Jeszcze spojrzał w prawo, na swojego tatę.
Postawił kciuk do góry, ostatecznie odpowiadając, że wszystko jest w porządku.
Po czym dodał gazu i wypadł na ulicę.
Było pięć po dwudziestej trzeciej.

Za pięć wpół do północy, na parking wtoczył się samochód.
Kacper i Radosław natychmiastowo się odwrócili, żeby się jeszcze szybciej rozczarować.
To był Maluch.
Jednak zaskoczenie złapało ich jeszcze szybciej niż początkowe rozczarowanie.
-Ja chyba poznaję tę dziewczynę. – Kacper mrużył wzrok, zaglądając przez szyby.
-Tak, ja chyba ją nawet znam… to Diana.
Maluch zaparkował gwałtownie obok Poloneza, kaszląc jeszcze po zgaszeniu silnika. Jeden strzał z wydechu i ostatecznie spoczął, zwracając na siebie uwagę wszystkich dookoła.
Aleksandra i Diana wysiadły z Fiata, tracąc jakiekolwiek nadzieje na zachowanie dyskrecji. Diana rozpoznała Radosława, do którego natychmiast podeszła.
-Cześć. – Rzuciła.
-No… hejka. – Odparł, nieco zakłopotany.
Rozejrzała się, wodząc wzrokiem po samochodach i ludziach, których nigdy nie widziała. – Gdzie jest Nikodem?
-C… przyjechałaś dla niego?
-Miałam taką ochotę…
-Czyli jednak ma przyjechać… - Pomyślał. Trochę się uspokoił.
-A Ty?
-Jesteśmy razem w tym zespole. – Wskazał palcem na Kacpra. – On też.
-Cze-cześć. – Przywitał się.
Diana pomachała do niego ręką. – A to jest Ola. – Wskazała na swoją kuzynkę.
Kacper obejrzał się w prawo, kiedy jego serce zwolniło. Przed nim stała piękna, wysoka dziewczyna z ciemnymi, kręconymi włosami i oczyma tak czystymi i wielkimi, że mógłby przenieść cały ciężar swojego wzroku w jej spojrzenie, a i tak nie zdołałby objąć ich uroku.
-Prawdę mówiąc, ja dzisiaj tylko za kierowcę robię. – Odparła, lekko zakłopotana.
Radosław spojrzał na Kacpra i szturchnął go w ramię. Oprzytomniał, gwałtownie rozglądając się na boki i udając, że coś robi.
Diana się uśmiechnęła, czując w jej głosie zdenerwowanie. – Rozchmurz się!
-Już mam dość tych miejsc… - Odwróciła się.
-To... gdzie jest Nikodem? – Diana zwróciła się ponownie do Radka.
-Skoro Ty już przyjechałaś, to on musi być w drodze… oby.
-Co się dzisiaj w ogóle dzieje?
Radek odwrócił głowę i kiwnął w stronę dwóch Nissanów, stojących na uboczu. – Oni i ich nieczyste zagrywki.
-Rzucili wyzwanie? – Rozdziawiła wzrok.
-Tak, ale to coś więcej. – Przełknął ślinę. – Wydaje mi się, że chcą po prostu zemsty, właściwie, to jestem w stu procentach pewien, że ich ego wystrzeliło poza orbitę.

-Jakiś samochód się zbliża! Słyszycie? – Wybrzmiał głos w krótkofalówce, która leżała na dachu Cougara. Konrad podbiegł do niej i natychmiast odpowiedział. – Jaki model? –
-Nie wiem… mały jakiś taki.
-MR-2?
Po drugiej stronie zapanowała cisza.
Andrzej się wyprostował, podobnie jak Radosław.
-Nie… nowszy.
-Co takiego?
-Wyglądał jak Lotus Elise.
-Elise? – W tłumie przejawił się szmer. Andrzej machnął dłonią i się wycofał, spoglądając na Radosława. Młodzieniec zrozumiał, że kończy mu się czas.
-Co robimy? – Zapytał zdenerwowany Kacper.
-Nie wiem, musimy grać na zwłokę.
Zza zakrętu objawił się snop białego światła, które bardzo szybko się zbliżało, jak kometa, wchodząca w atmosferę ziemską. Na parking wjechał srebrny Lotus Elise, którego nikt się nie spodziewał. Wszyscy oglądali się za relatywnie malutkim, Brytyjskim coupe, o niskim zawieszeniu i brzmieniu, które w ogóle nie pasowało do typowych, Rover’owskich K-Series z tamtego okresu -Pierwsza generacja. – Rzucił Rafał.
-Kto nim jeździ? – Dodał Konrad.
Lotus zrobił kółko po parkingu, jakby jego kierowca zza przyciemnionej szyby przyglądał się wszystkim zgromadzonym. W końcu skończył zwiad i wystrzelił z miejsca, omijając samochody wystające z miejsc parkingowych i wpadając w górę drogi, kontynuując swoją podróż.
Bliskie spotkanie z obcym, którego nikt nie znał.
-Co to za śmieszny pokaz? – Skomentował Kacper.
-Nie wiem, ale ten Elise… wydaje mi się strasznie dziwny.
-Halo?! Słyszycie nas…?! – Po drugiej stronie krótkofalówki znów się ktoś odezwał. – Jedzie MR-2!
W końcu miało dojść do pojedynku dwóch frontów.

Im bliżej parkingu był, tym większy uśmiech rósł w duszy Radosława. Obaj skrycie się radowali samym pojawieniem się ich przyjaciela. Toyota, jak gdyby nigdy nic wtoczyła się na parking, parkując obok Malucha. Nikodem postawił nogę na zewnątrz i wysiadł, stawiając się w świetle jupiterów, którymi były telefony. I znów, jak w przypadku ostatniego wyścigu, ludzie mocno się dziwili, że ktoś oczekiwał tak młodego kierowcy, ucznia szkoły średniej! Coraz dłuższe włosy powiewały na wolnym wietrze, dodając mu tylko mistycznego uroku. Skąd się wziął? Jakie miał intencje? Plotki się rozszerzały, jednak najpopularniejszą, była teoria o pobiciu rekordu na Przełęczy Kocierskiej, zainicjowana przez chęć zemsty.
Poniekąd słuszna.
Diana wstrzymała oddech, stopniowo cofając się w ramiona Aleksandry, kiedy przestała czuć swoje kolana. Poczuła, jakby oglądała zupełnie kogoś innego, niż normalnie. Owszem, to nadal był Nikodem. Nadal miał tyle samo lat, ten sam niechlujny styl, tylko dłuższe niż miesiąc temu włosy, jednak coś go różniło, od tego zwyczajnego nastolatka, w którym się zauroczyła.
Spojrzenie Nikodema nie było już niewinne i czarujące, lecz głębokie i jakby pełne wszelkiego rodzaju niebezpieczeństw, o których zdawał sobie sprawę i z którymi się liczył. Te pieprzone, wielkie niebieskie oczy, w których chyba się zakochała, były teraz czarne i pełne słów, przekazywanych świdrującym spojrzeniem. Właśnie nim namierzył wzrokiem Andrzeja, który już czekał przy swoim samochodzie. Z wnętrza swojej kurtki wyjął rękawicę wyścigową, którą podniósł do góry.
Nikodem się zawahał. Nie spodziewał się niczego takiego.
Andrzej rzucił ją w jego kierunku. Rękawica wylądowała idealnie pomiędzy samochodami.
Publiczność zawyła, jakby cały dzień czekała na coś właśnie takiego, jakby wszyscy pragnęli bójki, pojedynku.
-On nie odmówi. – Radosław złapał się za głowę, kiedy wszystko zrozumiał. – To gest. Jeżeli byłaby to zwykła rozmowa, jeszcze by jakoś odmówił… ale jemu dosłownie została rzucona rękawica.
-Jedziemy od Wisły czy do Wisły? – Pytał Andrzej.
-Do Wisły.
-Idiota! – Rzucił Kacper. – Przecież przeważają tam proste, zostanie w tyle!
-Uspokój się! – Klepnął go po głowie Radek.
Nikodem zmrużył wzrok, dostrzegając uśmiech na twarzy Andrzeja.
Bardzo niepokojący uśmiech.

-Okej. Zaczniemy tutaj, od Soliska. Startujemy z miejsca jak w normalnym wyścigu. Wjeżdżacie na sam szczyt i omijacie Kompleks Narciarski. Meta jest tuż za Malinówką, po drugiej stronie przełęczy. Będzie tam stać ten żółty Polonez, więc dopóki go nie ominiecie, nie zwalniajcie.
Obaj kierowcy wsiedli do swoich samochodów i przygotowali się do wyścigu.
Silnik zawyły równocześnie. Już rozgrzany 4A-GE, dopiero obudzony RB26DE.
Samochody podjechały do prowizorycznej linii, której pilnował stojący na środku drogi Kamil.
Podniósł on prawą rękę do góry, trzymając wszystkie palce na widoku.
-Pięć…!

Diana, razem z Olą, Radosławem i Kacprem czekała dalej na tym samym parkingu.
-Nie wytrzymam tej presji.
-Nikodem da sobie radę. Już to robił. – Odpowiedział Kacper. – Kiedy jest wściekły, jedzie jeszcze szybciej… o czym się sami przekonaliśmy.
Radek się do niego odwrócił i zaśmiał, pamiętając ostatnią jazdę próbną.
-Mogliśmy nie przyjeżdżać. – Odparła Ola.
-Już trudno, nie ruszę się, dopóki znowu go nie zobaczę.
-A my mogliśmy jechać na szczyt… - Rzucił Radosław.
-Pojedziemy za nimi, kiedy tu dotrą. – Kacper spojrzał w zakręt, z którego za kilka minut miały wypaść dwa psy wściekłości.

-Trzy…! – W powietrzu zostały tylko trzy palce.
Ręczne spuszczone.
Jedynki wrzucone.
Ścięgna napięte do granic możliwości.
-… dwa!
Powietrze wypełniło się zapachem spalin i wonią oleju, wydobywającą się z komór silnikowych.
FR vs MR.
Dziesięć lat różnicy między samochodami.
Ponad dziesięć lat różnicy między kierowcami.

< SFX: The Bravery: An Honest Mistake >

-Jeden!
W oczach Nikodema pojawił się błysk.
Milisekundy.
Kamil zgiął ostatni palec.
Jego dłoń w zwolnionym tempie zaczęła ruszać w dół, powoli nurkując do asfaltu.
Prawa stopa Nikodema zapikowała w kierunku podłogi.
Ręka Kamila poszła w dół.
Lewa stopa Nikodema odskoczyła od pedału sprzęgła, jakby była na sprężynie.
-Start!
Toyota wystrzeliła do przodu, jeszcze, kiedy Kamil był w połowie magicznego słowa.
Reakcja Andrzeja była dużo wolniejsza, posłusznie startując po wypowiedzianym zaklęciu.
Wyścig rozpoczął się na dobre.

-MR-2 wyszła na przód! – Po drugiej stronie krótkofalówki zapanowała euforia.
-Już?! – Zdziwił się Kacper.
Radosław

Kiedy tylko samochody przecięły podwójną ciągłą linię, po której wspinały się na szczyt góry, nie wydawało się, żeby cokolwiek, oprócz przypadku, mogło je spowolnić, zbić z tropu… zatrzymać. MR-2 wyskoczyła znienacka, pokonując zakręt w lewo bez najmniejszego zachwiania, jedynie podskakując na nierównościach. Andrzej, siedząc za kierownicą swojego ukochanego Nissana, nie mógł do końca zrozumieć fenomenu Toyoty. To był tylko stary, przestarzały technologicznie i konstrukcyjnie samochód, któremu akurat przytrafił się w miarę utalentowany kierowca.
-Utalentowany? – Zaśmiał się. – Uciekasz o dziesięć lat za wcześnie. Tak się złożyło, że trafiłeś na niezbyt godnych rywali. Mysterious Ways? Konrad? – Znów się zaśmiał, tym razem głośniej. – Szanujmy się.
Skyline smagnął snopem światła tył Toyoty, rzucając jasny promień wprost w lusterko wsteczne. Nikodem odruchowo zmrużył oczy, lecz nie spojrzał na nie. Wystarczyło stale bijące światło. Nissan był bliżej i bliżej, kiedy zaczęła się odzywać przewaga w mocy.
Kolejną patelnię w prawo pokonali identycznie. Finezyjnie przechodzenie od jednej strony zakrętu do drugiej, wzbogacone przez rywalizację w zbliżaniu się do barierki. Na wyjściu z łuku Skyline był bliżej o kolejne kilka metrów, poślizgując się od przyrostu mocy. Jeszcze kawałek i kolejny łuk, który krótką prostą prowadzi do patelni, przy której znajdował się parking ze wszystkimi zgromadzonymi tej nocy. Andrzej poczuł dziwne, wewnętrzne łaskotanie w kolanach, kiedy wyobraził sobie to spektakularne wyprzedzenie, które planował. Oto on, wyklęty, który z łatwością wyprzedza samozwańczego bohatera!
Aczkolwiek… czy wyprzedzanie pod górkę, relatywnie słabszego samochodu byłoby fair?
To zbyt łatwe. – Pomyślał. – Zrobię to w downhillu.
Nikodem zredukował, starając się trzymać samochód w zakresie maksymalnej mocy. Łuk w lewo i uczucie, że lewy reflektor ociera się o wewnętrzną barierkę. Bezproblemowe wyjście z zakrętu, któremu uroku dodawał niezgrabnie wyglądający Skyline, wychodzący w poślizgu.
-Parking pośredni. – Powiedział do siebie, czując oddech wyjącego Nissana za sobą. Dzieliła ich tylko jedna długość samochodu.

-Są! – Krzyknął któryś z widzów. Wszyscy podbiegli na skraj kostki brukowej, starając się trzymać jak najdalej, jednocześnie jak najbliżej asfaltu. Stare, żółte światła Toyoty zostały wręcz stłumione, przez blask halogenów Nissana. – MR-2 idzie wewnętrzną!
-Jak to? Nie bierzesz łuku szeroko? – Andrzej zrównał się z Toyotą, która nadal trzymała się prawej strony. Im bliżej zakrętu byli, tym bardziej zbliżała się ona do jego samochodu, jakby zaraz miała go przygnieść do barierki.
Wtedy też, kiedy nastąpił punkt hamowania, Toyota dalej przyśpieszała.
-Idiota! – Krzyknął. – Wpadniesz w tych wszystkich ludzi!
I faktycznie, publiczność krzyknęła, kiedy czerwony gokart zbliżył się niebezpiecznie blisko. A jednak stało się coś, czego nie do końca się spodziewali. Samochód odbił w prawo, lekko i krótko pohamowując przed patelnią, prawe koła natychmiastowo znalazły się na poboczu i pociągały resztę samochodu za sobą, bardzo mocno ścinając zakręt. Nissan przesadził z mocą, w połowie zakrętu stawiając się bokiem. Szansa na wyprzedzenie w tym zakręcie spadła do zera, kiedy MR-2 podskoczyła na nierównościach i wróciła na asfalt.
-Sukinsyn ściął to tak, jakby jechał po torze! – Ktoś spośród zgromadzonych skomentował.
-Jak on to zrobił?! – Dodał inny.
Serce Diany stanęło w gardle, kiedy snop dwóch miniaturowych słońc, zamkniętych w kwadratowych, wystających reflektorach przyćmił jej zdrowy rozsądek. Chciała się odsunąć, oddalić, uciec… lecz nie mogła.
Dlaczego? Zadawała sobie to pytanie.
Była pewna, że się mu uda przy tej prędkości?
Czy chodziło o coś więcej?

Radosław skrył swój śmiech, kiedy obserwował reakcje innych. Wyszedł naprzeciw wszystkim i podniósł ręce do góry, zwracając na siebie uwagę. – Nie macie się czego obawiać.
-Wy wszyscy jeździcie jak samobójcy? Wszyscy jesteście tacy eleganccy? Kamikaze w białych kołnierzykach?
-Jeżeli są wątpliwości, to nie ma wątpliwości.
Rafał przytaknął, obserwując z daleka cały proceder.
-O co mu chodziło? – Konrad przestał rozumieć.
Rafał, poprawiwszy okulary i podrapawszy się po zaroście na podwójnym, aczkolwiek mało widocznym podbródku odwrócił się do niego i sprezentował uśmiech tak pełen podziwu i poszanowania, że wręcz przytłoczył Konrada. – Jeżeli miał wątpliwości co do swojego przeciwnika, to nie miał wątpliwości, że może popchnąć samochód odrobinę dalej. Poza tym… - Odwrócił głowę w stronę zakrętu, gdzie właśnie zniknęły oba samochody. - … W uphillu nie liczą się tak bardzo hamulce. Te samochody nie rozwijają takiej mocy, żeby na tej krótkiej prostej rozpędzić się do dwustu na godzinę. Andrzej zahamował tak, jakby zjeżdżał z góry. Nikodema wyhamowała grawitacja, która spowolniła samochód wystarczająco poprawnie.

Toyota wystrzeliła z łuku, przerażając wszystkich zgromadzonych przy drodze gapiów, wszystkie zwierzęta, wszystkie duchy. Andrzej w zgryźliwym tonie parsknął śmiechem, nie traktując tego zbyt poważnie. To nadal było błahe wyzwanie. Długi podjazd, aż do kompleksu narciarskiego, po czym downhill. – Skyline nie ma napędu na cztery koła… mój Skyline. Z drugiej strony, na przedniej osi spoczywa teraz mniejsze obciążenie. – Znów się uśmiechnął. – To będzie szybki zjazd albo rozjazd… pewnego pasożyta.

Na szczycie góry, przy kompleksie narciarskim stało czerwone RX-8 R3, ranne po ostatniej walce, pełne zadrapań i wgnieceń, naprawione tylko po to, żeby mogło jeździć. W jego okolicy stało również Subaru Legacy z pierwszych lat produkcji, które chyba najlepsze czasy miało już za sobą, a obok niego ciemno-zielony model SVX, który pomimo prawie trzydziestki na karku, wciąż się prezentował. Prezentował bardziej niż nowe samochody. Towarzyszyła im garstka innych samochodów, a właściciele wszystkich stali i rozmawiali, zebrani przy SVX.
Można było odnieść wrażenie, że ta grupa diametralnie się różni od wszystkich, którzy zgromadzili się na parkingu pośrednim.
Tylko Marcin stał dalej od nich i się zastanawiał.
Czekał.
W końcu pierwsze światła, jakie wyłoniły się zza zakrętu, były żółte.
Zdziwił się, czy uspokoił?
Ani to, ani to.

Nikodem, mimo że chłodno kalkulował każdy moment, każde zawahanie się i każdy ruch stopy, nie mógł powstrzymać swojej skóry od przeciekania. Nie przywykł do bycia ściganym.
Czy to był błąd? Powinien pozwolić Nissanowi wyjść na prowadzenie? Nawet go specjalnie nie blokował.
Lecz teraz czuł presję.
-On Ci narzuci tempo. – Skomentował głos w głowie Marcina, który nasłuchiwał wysoko grających instrumentów mocy, silników, otrzymujących ostre manto.
-Chyba mogę sobie z tym poradzić. – Nikodem zaczął przeobrażać presję na swoją korzyść, starając się zapomnieć, że jest ścigany. – Tutaj zacznie się stromy downhill, razem z tym ostrym w prawo… Muszę zastosować w końcu tę technikę.
I wtedy, Nissan wyłonił się po jego prawej stronie, wykorzystując otwartą furtkę w postaci parkingu.
-Co?! – Nikodem momentalnie zapomniał o swojej pewności siebie. Rozkojarzenie zastąpiło zdrowe zmysły, które teraz wyobraziły sobie torpedę, pędzącą w ataku kamikaze.
Skyline zrównał się z nim, omijając zszokowanego Marcina, który również się tego nie spodziewał.
-Co on robi? Chce się rozbić razem z nim?!
Wzrok Nikodema zaczął wędrować od przedniej szyby do lusterka, od lusterka do przedniej szyby.
Zakręt był tuż tuż…
… a Nissan nie hamował.

Obniżone, twarde zawieszenie podskoczyło na górce, popychając Toyotę ku lewej krawędzi drogi. Nissan podejmował ofensywę, nadal będąc ramię w ramię. Głowa Nikodema w jednym momencie została przeładowana dziesięcioma różnymi scenariuszami, jakie mogły się wydarzyć w ciągu dwóch sekund. Jedną sekundę zajęło mu otrzeźwienie, którego potrzebował, żeby podjąć działanie. Drugą sekundę zajęła realizacja, że Nissan opóźnił hamowanie do maksimum, a on zmierzał w stronę barierki z niekontrolowanym pędem. Korekta sytuacji, redukcja biegu, dociążenie osi, skręt kierownicą.
Spóźnił się o sekundę.
Tył zaczął wyprzedzać przód.
Andrzej spojrzał w lewo, obserwując, jak drzwi kierowcy na centymetry mijają się ze światłami Toyoty. Nissan zachował trakcję, tracąc ją dopiero na wyjściu, jak zwykle.
MR-2 natomiast padła ofiarą swojej największej przypadłości, katastrofalnej nadsterowności…
… która do tej pory, była w pełni kontrolowana.
MR-2, której kaprysem była nadpobudliwość.
Tak, nadpobudliwość to dobre słowo.
Życie zaliczyło potężny zwrot, wraz z samochodem.
Nikodem jednak poczuł, że samochód nie obraca się o sto osiemdziesiąt stopni.
Nie. Nadany pęd nadal pchał samochód, powoli zbliżając się do pełnych trzystu sześćdziesięciu.
Kolejna redukcja, przedwcześnie założona kontra.
Świat przed maską jednocześnie przyśpieszał i spowalniał, wirując w tym rozmazanym i niewyraźnym tańcu.
Przednie reflektory znów zaczęły oświetlać właściwą część drogi.
Pełny gaz.
Ogień wystrzelił z podwójnego wydechu, kiedy Midship, jakim była Toyota, zaczął odzyskiwać prędkość niczym łakomy drapieżnik.
-Niesamowite! MR-2 przez blef Nissana wyspinowała o trzysta sześćdziesiąt stopni i kontynuuje jazdę! – Rzucił komentator ze szczytu.
Diana zaraz mogła zemdleć, już będąc w ramionach Aleksandry.
Podobnie jak Kacper, który opierał się o Radosława jak o swoją mamę, tak, jakby panicznie się bał ciemności.
Sam Radosław natomiast zmrużył oczy, czując napięcie, które naprężało łańcuch wydarzeń.

-Złapałeś się na najgorszy możliwy blef, ale udało Ci się z niego wyjść… - Marcin otarł czoło, nasłuchując oddalających się silników. - … Normalnie bym kogoś takiego skarcił, lecz Ty jedziesz dalej…

-Szczęście… - Nikodem oddychał głośno, praktycznie nie mrugając. Zmienił bieg i przyśpieszał, ścigając oddalającego się Nissana. – Mimo że samochód łatwo się obrócił, to jeszcze łatwiej udało mi się odzyskać kontrolę… jakbym już kiedyś to robił, prawie jak gokart… muszę się skupić.
Nagle, przez jego głowę przeleciały dziesiątki, jak nie setki obrazów, prezentujących rozpacz, widok przyjaciela na łóżku szpitalnym przy aparaturze podtrzymującej życie. Rozpacz, jaką był wrak ukochanej Mazdy, na którą zbierał prawie półtora roku. Rozpacz, jaką było wyznanie miłości przez Monikę, która zwlekała tyle czasu. Rozpacz, jaką odczuwał Nikodem, kiedy zdał sobie sprawę, że mógł go wtedy powstrzymać.
Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie polecenie Andrzeja, nakazujące zwycięstwo za wszelką cenę.
Lecz… gdyby nie on, Nikodem by się nie przełamał.
-Jeżeli już do tego doszło, jeżeli już tu jesteśmy… to odmawiam przegranej, z takim ścierwem, jak Ty!

Zbliżył się zakręt, do którego Andrzej dohamował z lekkim opóźnieniem. Chciał dać teraz popis, którego tak bardzo pragnął. Bardziej, niż jakichkolwiek pieniędzy, chciał świetnej opinii.
Bez niej nic by nie mógł już zrobić.
Wszedł w zakręt idealnie, poruszając się w pół poślizgu, z gracją i wdziękiem, wychodząc z zachowaną prędkością wejściową. Uśmiechnął się, podśmiechując ze swojej zadufanej świetności. RB26DE zawył, chcąc więcej i więcej, na co Andrzej odpowiedział natychmiastowym ruchem dłoni i skoordynowanym z działaniami stóp. Jeszcze tylko spojrzał we wsteczne lusterko, upewniając się, że oddalił się wystarczająco szybko.
Zmiana biegu, sto czterdzieści i przyśpiesza.
Ponownie spojrzał w lusterku, ta sama sytuacja.
Spojrzał jeszcze raz, żeby poprawić swój błąd.
Jednak bardzo szybko zbliżała się czerwona Toyota MR-2 AW11, która jakimś cudem, pokonała poprzedni zakręt szybciej niż on, swoją idealną linią.
-Co…?! Do cholery jasnej!

-Nie uwierzycie… nie wiem, jak to się stało… MR-2 ledwo co zahamowała w tym zakręcie…!
Kacper praktycznie zemdlał, padając obok Diany, która ledwo stała na nogach.

Za delikatnym łukiem znajdowało się niewielkie pobocze, skryte wśród gęstych drzew iglastych i mroków nocy, pochłonięte ciemnością, otwartą jedynie dla reflektorów i światła dziennego, które miało przyjść dopiero za pięć godzin. W tym miejscu czaił się drapieżnik, którego raczej nikt nie zapraszał na dzisiejszą bitwę. Opływowa karoseria, zgrabne kształty i dwa, okrągłe oczka, które jako całość zostały ochrzczone kobiecym imieniem. Jego pan, jego właściciel, jego część siedział w środku, trzymając w gotowości swój aparat.
Minutę później w zasięgu jego obiektywu pojawił się Skyline, ścigany przez wściekłą, małą furię, jaką była MR-2. Samochody minęły ciemny zakamarek, wpadając w zakręt w prawo. Nissan zahamował, Toyota nie zahamowała.
-Co on robi? – Zadawał sobie to pytanie, odsuwając aparat od oczu. – Czy on naprawdę… robi to tutaj?

-Ah… więc jesteś tym typem kierowcy. – Andrzej dalej zastanawiał się, co kierowało Nikodemem, który lawirował na krawędzi przyczepności. Można powiedzieć, że życia też. – Dwanaście zakrętów do końca, a sukinsyn już jest trzy samochody z tyłu!

W kolejnym zakręcie Toyota ponownie bardzo dziwnie zahamowała, praktycznie w ogóle nie zachowując ciągłości. Przyczepność trzymała się na słowo honoru, a Nikodem jakimś cudem ją utrzymywał, zakładając milisekundowe korekty, co się przekładało na ćwierć sekundy przy wyjściu z zakrętu. Z kolejnymi dwoma było podobnie, lecz z uwagi na ich charakter, nie używał pedału hamulca prawie w ogóle. Pozostały dwa szybkie łuki i strome proste, na których wskazówka prędkościomierza zbliżyła się do dwustu na godzinę.
Andrzej zaczynał czuć niepokój, jakby chciał uciec od przerażającego monstrum, które cały czas goniło go po ciemnych korytarzach w jakimś chorym koszmarze.
-Przy kolejnym ostrym w lewo, na wejściu jest jakiś zajazd, a kilkanaście metrów dalej gęste krzewy i barierka, która zaczyna się dopiero na wyjściu… z takim tempem obaj stamtąd wylecimy… ale jak?! Jak on może taką prędkość zachowywać? Później jest jeszcze bardziej stromo i tylko idiota tam nie zwolni!

Sekundy mijały szybko, podobnie jak kolejne kilometry. W końcu zbliżył się zakręt przy zajeździe, na który oba samochody wpadły z taką samą prędkością, będąc od siebie zaledwie kilka metrów. Nissan otarł się tylnym błotnikiem o barierkę, dedykując iskry wszystkim zgromadzonym na przydrożnym parkingu. Andrzej głośno odetchnął, wiedząc, że Nikodem nie będzie w stanie powtórzyć jego manewru, który i tak wykonał przy ogromnej, jak na taki zakręt prędkości.
Jakież było jego zdziwienie, kiedy Toyota była jeszcze bliżej, niż przed zakrętem.
-Nawet się nie otarł o barierkę, skurwysyn!
Zbliżyły się dwa kolejne zakręty, które na mapie układały się w uproszczoną literę „S”. Andrzej mógł przysiąc, że słyszy czterocylindrowy silnik tuż za swoimi plecami, mimo że wydech w jego Nissanie był tak wielki, że mógł włożyć do niego pięść. Następujące po sobie dwa zakręty, w lewo i w prawo, musiał pokonać z jak najmniejszą ilością hamulca.
W zakręcie w lewo nawet mu się udało, lecz czuł, jak grunt usuwa się mu spod nóg. Już miał się ustawić do zakrętu w prawo, kiedy Toyota, która właśnie skorygowała poślizg, pojawiła się po jego prawej stronie.
-Oh… i teraz planuje wyprzedzanie! – Krzyknął. Przesunął się na środek i ustawił w pół poślizgu do zakrętu, zbliżając się zbyt szybko do wewnętrznej barierki. Ćwierć sekundy później przedni zderzak spotkał się z zimną stalą, odbijając od niej samochód jak piłeczkę. – Kur… kurwa! – Krzyknął ponownie.
Nissana odbiło do zewnętrznej, posyłając go na przeciwległy pas ruchu. MR-2 to wykorzystało, wciskając się w odpowiednim momencie w otwartą lukę i wysuwając przed ciemno-fioletowego Skyline’a.
Oba samochody pokonały długi łuk w lewo, zbliżając się do ostatniego, ostrego nawrotu w prawo.
-Co za… co za żałosne widowisko. – Skwitował. – To miał być mój wieczór, moja noc. Miałem wygrać. Pokazać, że Vendetta to prawdziwa vendetta… ale mamy prostą. Normalnie nie lubię wygrywać na prostych, lecz…
Jego myśli przerwał wręcz karkołomny widok.
MR-2 przyhamowało krótko, późno i niezbyt mocno, wchodząc zakręt na cienkiej nitce, jaką była kontrola nad samochodem. Andrzej był w głębokim szoku, zapominając na moment, że się ściga. Wyszedł z zakrętu, zostając trzy długości z tyłu. Przewagę, jaką uzyskał w dwa, trzy zakręty, Toyota zdołała wyrobić już po jednym.
Gwałtowna redukcja z między-gazem, pedał w podłogę.
Sto trzydzieści… sto sześćdziesiąt.
Sześć cylindrów kontra cztery.
Sto osiemdziesiąt.
Toyota przestała się oddalać.
Dwieście…

-Jadą! – Wykrzyknięto, kiedy pojawiły się światła reflektorów.
Wszyscy na szczycie i na parkingu czekali na werdykt.
Cisza po drugiej stronie była zabójcza.

Wskazówka przekroczyła dwieście dwadzieścia.

-Będzie blisko…!
Serce wszystkich zgromadzonych stanęło w miejscu.
Po drugiej stronie rozległ się świst powietrza, który przygłuszył dźwięk pędzących na najwyższych obrotach samochodów.
-Milimetry… milimetry…!
Konrad gwałtownie złapał za krótkofalówkę. -Kto wygrał?!
Cisza.
-… Rekord trasy dla MR-2!
Po drugiej stronie góry, z dziesiątek gardeł można było usłyszeć jednogłośne – Jest!