"Pierwsza fala"

Góry znów rozkwitły pomarańczowym słońcem, okalającym je jak swoje jedyne dziecko. To był wyjątkowo piękny, letni poranek. Natura żyła, śpiewając i dogadując sobie nawzajem. Wszystko działo się bardzo powoli, sielankowo, w zwolnionym tempie. Nikt się nie śpieszył…

.. zza zakrętu wypadły dwa motocykle, ścigające się o wszystko. O honor, pasję, radość... o życie.
Czarne Kawasaki Ninja 250R z 2008, uciekające.
Czerwona Honda VTR250, rocznik 1989, w pogoni.
Motocykliści wyszli z łuku w lewo, uderzając od szczytu zakrętu do szczytu drugiego, przechylając się i trąc o asfalt ochraniaczami na kolanach, zakrzywiając czasoprzestrzeń i przecząc prawom fizyki. Kawasaki zbliżyło się do barierki tak bardzo, że jej kierowca musnął barkiem zimną stal. Honda nie dawała rady, balansując na krawędzi przyczepności.
- Szyybki jest... – czternastoletni Nikodem, mknący na swojej Hondzie nie miał przekonania, że tego dnia wróci do domu w jednym kawałku. Podkręcił manetkę i tył jego motocykla wyraźnie się ucieszył, unosząc przednie koło podczas zjazdu z górki. Wszystko tylko po to, żeby dogonić Kawasaki.
Czasami to sztuka, czasami to najzwyczajniejszy talent. Oni obaj byli utalentowani... i obaj byli artystami w swoim fachu. Dzieliła ich jednak różnica w guście, w stylu... i doświadczeniu. Niewielu ludzi potrafi tak dobrze kontrolować coś, co jest równie nieprzewidywalne w prowadzeniu i zachowaniu, co zmodyfikowany motocykl. Wydawało im się, jakby za każdym zakrętem jechali szybciej, jak gwiazdy, wpadające w supernową.
I szybciej.
I szybciej.
Na granicy życia i śmierci.
Motocykle rozświetlały jeszcze budzący się świat. Blask lamp reflektorów odbił się od drogowego lustra, ostrzegając kierowcę nadjeżdżającego z naprzeciwka Suzuki o niebezpieczeństwie… o samobójcach. Motocykliści zbliżyli się do samochodu na milimetry, kiedy pokonywali zakręt w prawo. Siła odśrodkowa wypchnęła ich na zewnątrz. Opony prawie zetknęły się z kołami terenówki, która toczyła się żółwim tempem. Kierowca, który pewnie wracał z nocnej zmiany w swojej pracy, z piskiem opon zatrzymał się w miejscu, trąbiąc wniebogłosy.

-Im szybciej jadę, tym gorzej jadę... Wręcz czuję, jak bardzo katuję ten silnik. - Mówił do siebie Nikodem... mówił? Czy... to jego podświadomość mówiła? Przecież to coś, co prowadziło Hondę... nie mogło być człowiekiem. Żadna istota ludzka nie będzie ryzykować życia... o tak beznadziejny zakład.
Kto prześcignie słońce? Kto zdąży, nim jego promienie dotrą do miasteczka na drugim końcu drogi?
Kawasaki grało piękniej niż najstarsza i najbardziej doświadczona filharmonia. W zakręcie w prawo nie odpuściło ani kilometra na godzinę, zbliżając się do barierki na grubość ludzkiego włosa. Jeden kilometr na godzinę mógł się przełożyć na jeden metr straty... lub nie. Wcale nie musiał. Ilość zmiennych była poza skalą, jaką można było objąć umysłem. Poza tym... nigdy się nie traci jednego kilometra. Wydaje się, że to tylko mała różnica, lecz w rzeczywistości nieuważny motocyklista może stracić nawet do dziesięciu kilometrów, co w tych zawodach oznacza... okazanie strachu.
-Wariat... nie uda Ci się.
Ale udało. 250R wyszło z zakrętu z niesamowitą prędkością. Licznik VTR-a przestał działać kilometry temu... może to i lepiej. Jeden z podstawowych czynników strachu został wyeliminowany.
-Sukinsyn! – Krzyknął, zmieniając bieg i przyśpieszając. Starał się nie przekraczać podwójnej linii rozdzielającej pasy, ale po prostu się nie dało. Musiał jechać szybciej. Musiał jechać odważniej. Podążał śladem Kawasaki, które praktycznie lewitowało nad śmiercią. Nikodem spojrzał przez moment na licznik.
Wskazówka nie opadła do zera. Zatrzymała się na stu czterdziestu na godzinę... dawno temu.
-Jeeezu... nie, nie myśl. – Dokręcił manetkę do końca, przyśpieszając pewnie nawet do stu sześćdziesięciu. VTR osiągnął swój limit fabrycznej mocy. Pytanie brzmiało, ile wytrzymają zmodyfikowane tłoki? Korbowody? Czy silnik nie wybuchnie od przerostu obrotów? Dźwięk rósł wyżej i wyżej niczym w samochodzie Formuły jeden.
Mieli tyle szczęścia, że droga składała się z szybkich łuków i długich prostych, prowadzących przez wzgórza i doliny, na obrzeżach Bielska, w okolicy Miasta-B. Jeżeli coś nadjedzie z naprzeciwka, to oni to na pewno zauważą pierwsi.
Przelecieli nad ślepym szczytem i stając praktycznie na tylnym kole, wpadli w stromą dolinę, niczym w zawodach Tourist Trophy. Motocykle szybko opadły na przednie koła, torturując amortyzatory. Kawasaki jechało tak szybko, że otarło karoserią o asfalt, sypiąc iskrami niczym piła tarczowa.
W dolinie słychać było tylko wysoki pomruk kręconych do czerwonego pola jednośladów. Znów wpadły na ślepy szczyt, unosząc przednie koła i pędząc dalej.
-Nie mogę go dogonić... robię wszystko, co mogę. Staram się, zbieram wszystkie swoje zmysły. Opóźniam hamowanie... Nic to nie daje. On i tak się z każdym zakrętem oddala o kilka metrów. Ocieram się o granicę możliwości... I nic nie mogę zrobić.
Zahamował lekko, kiedy motocykl zaczął tracić trakcje na łuku w lewo.
-CHOLERA!
Popełnił błąd. Pragnienie zwycięstwa przyćmiło jego zdrowy rozsądek.
W tym momencie wcisnął hamulec zdecydowanie za mocno.
Honda przechyliła się prawą stroną do asfaltu, driftując prawie jak samochód, po czym nagle odbiła na lewą stronę, wyrzucając Nikodema w powietrze. Motocykl podbiło do góry. Obrócił się w locie, z impetem lądując na lewym boku i trąc o asfalt, zdzierając lakier tak, jakby prześlizgnął się przez papier ścierny. Nikodem, zasłaniając w powietrzu głowę rękoma, ciężko upadł na poboczu, odbijając się od ziemi i turlając, jak piłeczka pingpongowa. Wylądował kilka metrów od motocykla, cały obolały. Ochraniacze praktycznie uratowały go od poważnych złamań...
... Kask uratował go od śmierci.
Kawasaki zawróciło po kilku chwilach, widząc w lusterku, jak Honda wykonała efektowny side-flip.
Nikodem wstał o własnych siłach i zdjął kask. Jego bujne, najeżone włosy gwiazdy rocka rozprzestrzeniły się w blasku porannego słońca. Przetarł dłonią po twarzy, próbując obudzić głowę, z szoku, jakiego doznał. To był jego pierwszy poważny wypadek... i mógł być ostatnim w jego życiu. Powolnym krokiem podszedł do rozbitej Hondy, która o dziwo była w jednym kawałku, oprócz rozbitego, kwadratowego reflektora i pojedynczych fragmentów czerwonego plastiku, rozrzuconych na całej szerokości drogi.
Kawasaki zatrzymało się przed nim. Jego kierowca zdjął swój niebieski kask. Facet był bardzo ciemnej karnacji i miał ogromne, brązowe oczy. Twarz była gładka i zaokrąglona, niezbyt duża. Miał chłopięcą urodę, której uroku dodawały włosy, przystrzyżone na jeżyka.
-Heh... Wyglądało na bardzo poważny wypadek. – Westchnął, opierając się na kasku.
Nikodem nie odpowiedział, podnosząc motocykl.
-Jak tam twoje ciało, Panie tyczkowaty?
Niko, westchnął, przecierając dłonią po zdartym lakierze.
-Więc pozwól mi to powiedzieć. Jesteś bezużytecznym sukinsynem.
-Hę? – Zmarszczył brwi. – Co?!
-Dużo można powiedzieć do idioty. Wywracanie i niszczenie motocykla jest patetyczne. Jestem inny niż taki wyrzygany jeździec jak Ty. Nawet gdybym zginął, to nie zniszczyłbym swojego motocykla. Nie byłbyś w stanie mnie wyprzedzić, nawet w twoich najdzikszych fantazjach. Heh... Rozbijaj się, ile chcesz, ale się nie zabij. – Założył kask i wrzucił bieg. Ominął zdruzgotanego Nikodema i z piskiem opon zawrócił, jadąc w stronę miasta.
-... Co za kutas.

Nikodem się obudził. Znów miał osiemnaście lat, znów miał jeden z wielu koszmarów. Był cały spocony… i zmęczony, mimo że przespał przynajmniej dziesięć godzin. Cały wczorajszy dzień spędził na rozmyślaniu... Nad tą jedną rzeczą, której się tak bał.
Nie wiedział, czy jest w stanie to tego wrócić. Motocykla nie miał już kilka lat, poświęcając się najpierw nauce, lokalnej lidze w koszykówce... potem samochodom.
Spojrzał na ścianę. Była dziesiąta. Budzik stał na żółto zielonoczarnym kasku jego idola, o którym Ojciec mu opowiedział, kiedy był małym dzieckiem, idącym w ślady swojego opiekuna.
-Gokarty… Ten kask już jest za mały. – Stwierdził, przyglądając się mu przez chwilę.
Kierowca, który go nosił, był wyjątkowy. Jedyny w swoim rodzaju, wręcz magiczny. Poświęcił się Formule 1, bo była jego życiem… a żyje się raz.
-Co by na moim miejscu zrobił Ayrton Senna? - Myślał. - Głupcze... Senna by się brał do roboty. Nie lubił wyzwań, ale zawsze udowadniał, że to on miał rację... Czy ja faktycznie mam rację?
Spojrzał na lustro, zawieszone na jego drzwiach do pokoju. -Czy ja aż tak bardzo lubię jeździć… rywalizować?
Do tej pory wydarzyło się całkiem sporo. Tomek zapadł w śpiączkę po wyścigu z Porsche. Gówniarz z 944 został pokonany. Konrad z Forda Cougara też dał się ośmieszyć. Radosław kupił samochód... znaleźli pracę...
-Praca?
Wtedy zadzwonił telefon.
Nikodem szybko podniósł się z łóżka i przewrócił o piłkę do koszykówki, która leżała na podłodze od kilku dni. Doczołgał się do stołu i ściągnął ładującego się Samsunga.
-Radziu dzwoni... - Odebrał. - No halo...?
-No elo, gdzie Ty kurwa jesteś?
-No w domu... Spałem jeszcze przed chwilą.
-Spałeś!? - Wydarł się. - Zapomniałeś chyba o czymś!
-O czym?
-Człowieku, obudź się w końcu!
-No obudziłem.
-Do roboty dzisiaj idziemy!
-C-Co...?
-No! Zaczynamy za trzydzieści minut!
-Czekaj... Chcesz mi powiedzieć, że babka mówiła o TYM PIĄTKU?!
-TAK!

-Cholera... Spóźnię się! - Włożył szybko telefon do kieszeni i wybiegł z pokoju, biorąc ze sobą kurtkę dżinsową i plecak z podstawowymi rzeczami, których nigdy nie wyjmował. Portfelem, power bankiem i dokumentami.
Ojciec Nikodema właśnie czytał gazetę, kiedy zobaczył syna wbiegającego do przedpokoju.
-Niko?
-Tato, muszę lecieć, spóźnię się do roboty!
-Musisz mi zostawić samochód.
Nagle wrócił. - Co?! Weź Toyotę!
-Wiesz dobrze, że nie mogę... poza tym, przecież musieliśmy oddać Mondeo matce. Dom nam też chciała zabrać. A co Ty?... zaspałeś gdzieś?
-Kurw.. - Nie chciał tracić więcej czasu. W biegu włożył swoje New Balance i z głębi szafy wyjął coś, na czym dawno nie jeździł.
Fiszkę.
W ostatniej chwili przed wyjściem za bramę założył słuchawki i włączył pierwszą lepszą piosenkę w swojej MP4.

-O Boże... Serio tato? Znowu się bawiłeś. - Lamentował, kiedy w słuchawkach zaczął grać Azyl P.
Wybiegł za bramę i zamknął ją kopniakiem. Rzucił fiszkę na jezdnię i skoczył na nią, rozpędzając się bardzo szybko. Po chwili zapanował nad minideskorolką i już jechał w stronę miasta. Przez chwilę się poczuł, jakby znowu było wczesne gimnazjum.
...
Biały Fiat Seicento był czymś, czym Radosław miał przez następny miesiąc rozwozić najtańszą pizzę w Mieście-B. -Czterdzieści koni... Dziewięćset centymetrów sześciennych pojemności... Kratka kurwa z tyłu. Śmiejczento jakich mało. Przynajmniej zegarek przy prędkościomierzu dobrze działa.
Kelnerka z pizzerii właśnie pakowała pseudo świeże jedzenie do pudełek, które uwalniały zdecydowanie za dużo zapachów. Włożyła je do torby i zaniosła do bagażnika Fiata, po czym podeszła do drzwi kierowcy.
-Tutaj są adresy. - Podała mu różową karteczkę.
-Oke. - Odparł, przyklejając ją na kierownicy. - Poduszka pewnie i tak nie działa... - Wyszeptał.
-Co z tym całym Nikodemem?
Wnet, przez maskę Fiata przeleciała osoba, która zapomniała jak się hamuje na deskorolce. Wylądowała na kamykach, z których był usypany placyk za pizzerią.
-Tu jest. – Schował twarz w dłoniach i zaczął się śmiać.
Nikodem wstał, otrzepał się z drobnych kamyczków i spojrzał na wszystkich, udając, że wszystko było zaplanowane.
-Nie skomentuję. - Rzucił Radosław.
-Ym... To ja tu dzisiaj miałem zacząć pracować.
Na zegarku Fiata wybiła 10:30.
-Mhmm... - Zmierzyła go wzrokiem, pewnie zastanawiając się, dlaczego w ogóle zatrudniają takie niedojdy. - Dobra, chodź ze mną. - Nie wyglądała na zaskoczoną, że prawie się połamał.
-O co jej chodzi...? - Szepnął Nikodem, idąc obok samochodu.
-O różową fiszkę. - Zaśmiał się.
-Jeezus... Czerwony mi wyblakł.
-Czekaj, czekaj, czekaj... Cho tu. - Złapał go za rękaw i przyciągnął.
-No co?
-Może mały zakład?
-Zakład? No dawaj. - Uśmiechnął się.
-Założę się, że do dwudziestej rozwiozę więcej towaru od Ciebie.
-Bez względu na to, czy to będzie zielona Pizza, hawajska, czy Hot-Dog?
-No jacha. Przegrany stawia alkohole po pracy.
-Dobra! - Klepnął samochód po boku.

-Pana nazwisko jak brzmiało?
-Nikodem A...
-A, dobra, już mam. - Wskazała palcem na imię w dzienniczku. - Jesteś pierwszym Nikodemem, jakiego zatrudniliśmy.
-To miłe... Chyba.
-Potrafisz jeździć skuterem? - Zapytała z niecierpliwością.
-Umm... Nie. - Skłamał.
-Nosz... Cholera.
-O co chodzi?
-Eh. Każdy, którego zatrudnimy ma z tym problem, bo albo nigdy nie dojeżdża na czas, albo nie potrafi w ogóle jeździć jednośladem. Chyba nie muszę opisywać, jak wygląda pizza po spotkaniu z asfaltem.
-No cóż, przykro mi, ale za bardzo się bałem. - Kłamał dalej.
-A ja Cię chyba znam...
-Co? Skąd?
-Widziałam Cię kiedyś na zlocie chyba...
-Jaki zaś zlot... Bielsko w nocy? Heh... - Skrzywił się, pocierając dłonią o potylicę.
-No nieważne. Może potem sobie pogadamy, teraz mamy zamówienia do zrealizowania. Mogę prosić o prawo jazdy?
-Jasne. - Wyjął z kieszeni w kurtce małe etui i je podał.
-Dowód osobisty... Legitymacja szkolna, prawo jazdy... Hmm... AM?
-Motorower chyba.
-Czyli próbowałeś?
-Próbowałem, to słowo klucz.
-Zdałeś... z tego, co widzę.
-Ale nie jeździłem. Nie miałem nigdy okazji... i zresztą chęci.
-Dobra. Widzę, prawo jazdy ważne do 2038 roku.
-No nieźle.
Oddała mu dokumenty i się odwróciła. -Jakieś zastrzeżenia? Okularów potrzebujesz? Masz problemy z koordynacją ruchową, odlewaniem się? - Mówiła, chodząc za barem i układając kufle. Była całkiem ładna, niewiele starsza od Nikodema. Szczupła, czarne włosy spięte w kok, twarz zaostrzona, ale nadal kobieca. - No co? Wiem, że nie mam makijażu.
-Nie, nie o to chodzi. - Speszył się. - Nic mi nie dolega.
-Dobra, będę szczera. - Oparła się na chwilę o barek. - Jedzenie, jakie serwujemy, może nie jest na trzy gwiazdki Michelin, ale na pewno jest dobre. Nie wmówisz mi, że jest złe, bo tak było lata temu, kiedy Ty kończyłeś podstawówkę. Jeżeli poziom nie rośnie ani nie spada, to chyba jednak nie ma się czym martwić. – Z powrotem się odwróciła, znów układając kufle.
-No ale nic nie mówię...
-Ale widzę, że się krzywisz na sam widok kuchni, do której będziesz całkiem często zaglądać dzisiaj, bo jest piątek w połowie lipca. Zamówień od groma, a ludzi do pomocy jest mało.
-Nie robiliście nic, żeby zmienić opinię tego miejsca?
-Nowy szef robił wszystko i próbował wszystkiego. Wyremontował nam budynek i kupił nowy sprzęt. Jeżeli gastronomia jest czyjąś pasją, to można to zauważyć po samym błysku w oku, a on jest zafascynowany tym, co robi.
-Najszybszymi dostawcami na pewno nie jesteś... Jesteśmy, skoro mamy tylko dwa Fiaty Seicento.
Przewróciła oczami i odwróciła się do Nikodema, podając mu szklankę i butelkę zimnej Coca-Coli. - To złom.
-Wiem, widziałem.
-Pozostałość po dawnym właścicielu, chorym na łeb idiocie. Jeden tylko działa i dostał go twój kolega.
-Skoro był idiotą to dlaczego tu nadal pracujesz?
-Proste, bo w tym chorym mieście nie było lepszej pracy. Dopóki restauracja działała i zarobki były stałe, to pracowałam. Nie miałam żadnych wydatków, bo byłam w twoim wieku. Zmienił się właściciel i po szkole zaczęłam pracę na pełny etat. Pensja się zmieniła na lepszą… nie narzekam.
-Podoba Ci się tu, co?
-Przyszedłeś robić wywiad czy pracować? - Odparła, nie mogąc skupić się na obowiązkach.
-Z ciekawości się pytam, tak?
-Podoba się, czy nie podoba. Mam blisko do domu, nie mam nikogo na utrzymaniu, studiuje zaocznie, ojciec płaci alimenty za moją siostrę, to jeszcze czasami coś dostanę. Jest dobrze, stać mnie na zakupy, na wyjście.. Kokosy to nie są, ale narzekać nie mogę. Zresztą, i tak zamierzam coś zmienić. Pewnie się przeniosę do chłopaka… z którym zresztą dzielę wypłatę.
-Też bym chciał mieć takie problemy. Może nie problemy, ale po prostu nie musieć się przejmować… niczym.
-A Ciebie co tu sprowadza?
-Nuda. - Napił się.
-Mmm... - Zamyśliła się na chwilę, rozmyślając nad sensem tego słowa. - Lubię to podejście.
-Wiem, widzę.
-Po czym?
-Po twoim podejściu.- Uśmiechnął się leciutko.
-Ty sobie nie dodawaj. - Rzuciła, wycierając szybko blat. - Pij to i idź na zaplecze.
-Czekaj... Skoro Fiat nie działa, to czym będę jeździł?
-Szef podjął ostrą decyzję i udostępni samochód, który miał być dla jej córki... no ale nie zdała. Biedaczysko.
-Jaki?
-A jakaś Corolla...
-AE86?
-Aeco?
-Nie nic...

-Oto i ono... Albo to... No mówiłam, Corolla. Za parę minut przyniosę zamówienia. - Odwróciła się i wróciła do budynku.
Nikodem dostał kluczyki do Toyoty Corolli z dwa tysiące drugiego roku. Otworzył drzwi i usiadł w całkiem nieźle wyprofilowanym siedzeniu. Wyglądem przypominała tą, na której uczył się jeździć do egzaminu. Przypomniały mu się te wszystkie wydłużające się lekcje i denerwujący instruktor, który prawie cały czas go rozpraszał.
-Grrr... - Przeszły go ciarki na samą myśl. - Dobra, skup się. Dzisiaj musisz rozwieść więcej zamówień niż Radosław. - Nie chciał mu kupować piwa, tym bardziej że miał słabą głowę. - Ale zaraz... Obrotomierz do ośmiu tysięcy? Sześciobiegowa skrzynia? - Zamyślił się. Kelnerka nie przychodziła jeszcze przez chwilę, więc Nikodem nie chciał zostawać sam na sam z domysłami. Podniósł wajchę i odblokował maskę. Po dłuższej chwili spędzonej na poszukiwaniu zatrzasku udało mu się ją otworzyć i zablokować.
I zdumiał.
Pod maską siedziało 2ZZ-GE z systemem VVTL-i.
-To przecież topowa odmiana Corolli! - Pomyślał. - Ma pewnie ze sto dziewięćdziesiąt koni! No tak, przecież to Toyota Sport, w skrócie, TS! Prawie dwieście koni na przednich kołach... w samochodzie z dwa tysiące drugiego? Toyota była kiedyś szalona...
- A Ty co robisz? Z wnętrza wyszła kelnerka, trzymająca w dłoniach już zapakowane w torbie pizze. Nikodema sparaliżowało. Szybko zamknął maskę i wskoczył do środka. Przyciskiem na desce rozdzielczej otworzył bagażnik. Po chwili samochód był gotowy do pracy.
-Adresy ulic, na które masz to dostarczyć. – Podała mu żółtą karteczkę.
-Okej. - Wziął karteczkę samoprzylepną i przykleił sobie na desce rozdzielczej.
-Jak u Ciebie z jazdą samochodem?
Nikodem odpalił silnik. Był przyzwyczajony do małych jednostek, a ta pracowała... Zaskakująco żwawo. Zupełnie inaczej niż czterocylindrowe 4A-GE w jego MR-2… - Topowa odmiana Corolli… - Powtarzał w głowie te słowa, uśmiechając się na pytanie kelnerki. Wkręcił silnik na obroty, pobudzając do życia ukrytego potwora. Przypomniała mu się świetna scena ze starego francuskiego filmu, Taxi, kiedy Samy Naceri pierwszy raz odpalił swojego potężnie zmodyfikowanego Peugeota 406.
-Halo? – Zapukała w dach samochodu.
-Jak się nazywasz?
-Emilia.
-Bardzo dobrze...
-Podoba Ci się to imię?
-... U mnie, z jazdą samochodem. - Uśmiechnął się jeszcze szerzej, wrzucając bieg i wyjeżdżając z parkingu na maksymalnych obrotach.



-To tutaj. - Powiedział Marcin do Konrada przed wielką stacją kontroli pojazdów w Mieście-B. Składała się ona z dwóch ogromnych garaży, od lewej na ciężarówki, autobusy, autokary, skończywszy na zwykłych samochodach w najmniejszym garażu. Obok stacji znajdowała się żwirownia... również należąca do tego samego właściciela, na której pracowało kilkoro ludzi i wykręcała jakaś stara wywrotka.
-Co teraz?
-Idziemy do środka.
-Mamy wszystko?
-Dyktafony... Notatniki, ołówki i długopisy.
-Dla jakiej gazety… czy tam portalu internetowego, pracujemy?
-Dla Onet Motorsport.
-Serio? - Zapytał zażenowany.
-Nie narzekaj, bo mogłeś być z Wirtualnej.
-No dobra. - Przewrócił oczyma i odwrócił głowę.
Weszli do środka największego garażu, mającego wielkość dwupiętrowego bloku. Zapytali mężczyznę w recepcji o możliwość rozmowy z szefem. Ku ich zaskoczeniu odpowiedź była bardzo entuzjastyczna, a nawet ich zaprowadził do jego biura.
Marcin zapukał pierwszy.
-Proszę! - Rozległ się głos, przywodzący na myśl młodego człowieka.
Obaj weszli do biura, widząc, jak przy biurku pracuje osoba średniego wzrostu, o mocnej budowie, bez włosów, z lekkim zarostem.
-Pan... Zbiegniewicz...? Znany niegdyś jako Zib? - Zwrócił się do niego po nazwisku.
-No cóż... - Uśmiechnął się, kiedy usłyszał swoją dawną ksywkę. - Na to wygląda.
-Nazywam się Marcin Jaroszewski, a mój kolega to Konrad Adamski. - Obaj podali mu dłonie.
-W czym mogę wam pomóc chłopaki?
-Jesteśmy z internetowego magazynu Onet Motorsport.
-Onet? Heh...
Konrad spojrzał na Marcina wymownie.
-Chcieliśmy przeprowadzić z panem krótki wywiad, właściwie potwierdzić pewną plotkę, która rozpanoszyła się po okolicy.
Mężczyzna oparł się w swoim fotelu z wyraźnym zaciekawieniem, nic nie odpowiadając.
-Możemy to nagrywać? - Zapytał Konrad.
-Oczywiście. - Odparł.
Usiedli na dwóch metalowych krzesłach z elementami szarego plastiku. Typowy, konferencyjny wystrój. Marcin zaczął pierwszy. -Cóż, wiele pan osiągnął jak na kierowcę rajdowego, który zaczynał jako prawdziwy amator.
-Czy ja wiem, jeździłem o swoje. Nie chciałem nikomu udowadniać niczego, jeżeli sam wiedziałem, w jakim stopniu mnie stać.
-Czyli twierdzi pan, że wszystko zawdzięcza sobie?
-Nie. W życiu. Nic bym nie zrobił bez pomocy ludzi, którzy otoczyli mnie wsparciem w trudnych chwilach, to między innymi im zawsze dziękuję. Mimo to nie twierdze, że osiągnąłem szczyt, chociaż jestem zadowolony.
-Jak się układała pańska współpraca z Markiem Andruszewskim?
-Andruszewski?
-Tak, pański były kolega z zespołu.
-Marek... O Jezu, zapomniałem o nim kompletnie.
-Od naszych informatorów i od internautów wiemy, że lubiliście często testować swoje samochody w górach.
-To prawda... Nasze wypady często z treningów zamieniały się w rywalizację.
-Nie boi się pan teraz o tym mówić?
-Raczej nic mi po tylu latach nie grozi. Prawo nie działa wstecz... A zresztą, komu teraz będzie przeszkadzać historia jakiegoś starca — Zaśmiał się.
-Nie baliście się, że komuś stanie się krzywda?
-Jeżeli jedziesz rajdowym Evolution VI, to możesz być pewien, że ten samochód zareaguje na każde twoje polecenie z szybkością światła. Łącznie z hamulcami. Wiedziałem, co robię... Marek już trochę mniej. To samochód rządził nim, dawał się ponieść... ale nie mogę go za to winić. Był, jaki był… Porywczy.
-W waszych samochodach często zachodziły zmiany ustawień w zawieszeniu, ktoś wam pomagał? Jeździliście z całą ekipą? Czy polegaliście tylko i wyłącznie na sobie?
-Cóż… Tuning powinien być traktowany jako całość. My zmienialiśmy wszystko w naszych samochodach. Znaliśmy każdą śrubkę i każdy spaw… mogę powiedzieć, że tylko my wiedzieliśmy, jak nasze samochody ustawiać. – Znów się zaśmiał, z wyraźną nostalgią w głosie.
-Czy to prawda, że ustanowiliście rekord przejazdu na fragmencie drogi 781, między Andrychowem a Tresną? Dokładniej w Kocierzu...?
-Tak. Time attack był jedną z najlepszych metod na naukę. W ostatnim roku naszej współpracy... przed jego śmiercią udało mu się osiągnąć coś niesamowitego w swoim zwykłym samochodzie.
-Zwy... Zwykłym? - Zapytał Konrad, lekko zaskoczony.
-Przez jakiś czas jeździł starą Imprezą GC WRX STi. Wiecie... Niebieska, złote felgi... Wielki spoiler. Samochód marzenie. Wyglądał w nim prawie jak Colin McRae.
-Nie zrobił tego w rajdówce?
-Jestem absolutnie pewien, że to był drogowy samochód, wyprodukowany w Japonii, przywieziony do Europy i zakupiony od pierwszego właściciela z Niemiec.
-Czy... Czy możemy wiedzieć, jaki był ten rekord?
Mężczyzna zmrużył oczy, przeszywając wzrokiem dwóch fałszywych dziennikarzy.
-Wiem, że udajecie.
Nie odpowiedzieli.
-Słuchajcie, dzieciaki. Nie wiem, w co się pakujecie i dlaczego, ale jakbyście byli prawdziwymi dziennikarzami, to nie przechodzilibyście do tej kwestii tak szybko.
-Ale...
-Nie wierzę, tym bardziej że nie ma czegoś takiego jak Onet Motorsport.
-Nie ma? - Zapytali równocześnie.
-Jest Moto Onet, kraina prawdziwych bzdur.
-Panie Zbigniewie... Prosimy! - Parł Marcin. - Chcemy wiedzieć, jaki rekord ustanowił Pan Andruszewski przed śmiercią.
-Wiecie... Czas mi się kończy.
-Prosimy!
-O co wam chodzi?
-Chcemy go pobić. - Rzucił Konrad, całkiem poważnie.
Były rajdowiec, który identyfikował się mechanikami w diagnostyce jako Zbyszek, spoglądał na niego gniewnie, ale w końcu się uśmiechnął... ale nie był to uśmiech socjopaty, jakim radują się ludzie, wiedzący, że ktoś za moment może wpaść w tarapaty. To był uśmiech zrozumienia. - Heh... Może gdybyście nie byli takimi narwańcami...
-Panie Zbyszku… - Zwrócił się do niego Marcin. – Chcemy tylko coś udowodnić… nie chcemy, żeby duch rywalizacji przepadł w tych szarych czasach…
-Lubię nawet wasze podejście… ale nie chcę rozdrapywać starych ran.
-Więc chce pan, żeby skarb nadal pozostał w skrzyni? A nóż... może w ten sposób upamiętnimy pana Marka?
Pan Zbigniewicz myślał przez chwilę, stukając końcem ołówka o blat swojego biurka. – Niech będzie, chłopcy. Andruszewski był wybitnym narwańcem. Wy również jesteście narwani… i mam nadzieję, że jeszcze lepsi. - Wstał od biurka i podszedł do szafki przy ścianie, na której stała niezliczona ilość pucharów i medali. Z jej głębi wyjął cienką teczkę, z której wypadł na podłogę notatnik. Powoli go podniósł, kartkując jego strony.
-Hmm... Mam. - Podał go Konradowi, który w jego oczach chyba wypadł jako mniejszy narwaniec.
-C-Co?
-Coś nie tak?
-Ale jak to...
Marcin nie mógł uwierzyć w reakcję Konrada. - Pokaż.
Spojrzał i zamarł.
-Przecież... To nie jest możliwe do osiągnięcia na drodze, która ma ponad dziesięć kilometrów!
-Jeżeli Nurburgring można objechać w mniej niż osiem, to też jest możliwe.
-Ale nie tak starym samochodem!
-Ależ skąd... Mój praktykant jest na zbliżonym poziomie. Samochodem osiąga świetne czasy. Gdyby tylko miał dostęp do lepszych modeli... a na motocyklu! Jest jeszcze szybszy, jest niebywale szybki. Jeździ Ninją 250R. Sporadycznie... ale jeździ.
-Do tego motocyklista?!



Pół godziny minęło szybciej, niż się spodziewali. Podeszli do lśniącej w słońcu Mazdy, której wnętrze musiało już się nagrzać do temperatury pokojowej...
W piekarniku. Marcin uchylił drzwi i pozwolił, żeby samochód się przewietrzył. Nie odzywał się, co niepokoiło Konrada.
-Jak się czujesz...? - Zapytał z niepewnością.
-Słabo. - Odparł beznamiętnie.
-Przybił Cię ten rekord?
-Wydaje mi się, że to poza naszym zasięgiem. Kierowcę rajdowego może pokonać tylko osoba, która w tym jest od dawna... To tak jakbyś wyzwał
kierowcę Formuły jeden na wyścig na jego zasadach. Nie mamy takiego doświadczenia...
Konrad oparł się o maskę. Nie minęło kilka sekund, a zdążył podskoczyć. - O rzesz ja pier... Jak to się nagrzało!
Marcin spojrzał na niego jak na błazna z cyrku. Dał sobie spokój z komentarzem i przeszedł do rzeczy. - Musimy się skupić na zbliżeniu się do jego
czasu... i załatwić starę sprawy.
-Jakie zaś stare sprawy? Chyba nie mówisz o tych błaznach z LBK...? Przypomnę Ci, przyjacielu, że naszym aktualnym celem jest pokonanie Nikodema z
Toyoty MR-2...
-Wlaśnie o tym mówię. - Odpowiedział ciężkim głosem. - Liga Białego Krzyża, która prawie wykończyła konkurencję prawie dziesięć lat temu. Byłem
świadkiem... tego cholernego wyścigu ze Sierrą. Stałem na zboczu, rzucałem kamieniami w Subaru... Nie sądziłem, że Ci sami ludzie wrócą... - Spojrzał
na Konrada. - Ale miałem złe przeczucia. Uwierz mi, że widziałem rzeczy, jakie właśnie się dzieją. Czułem, że ten dzieciak z Mazdy 323 polegnie w
wyścigu z Porsche 944. Wiedziałem, że pojawi się ktoś żądny zemsty. Ktoś, kto jeździ równie dobrze, jak my... albo i szybciej... i teraz to LBK. Mam misję,
którą muszę wypełnić. Muszę pokonać Galanta VR4!

Klimatyzacja w Seicento Radosława nie działała, więc praktycznie cały czas jeździł z tak zwanym "zimnym łokciem". Minął się kilka razy z Nikodemem,
który po mieście jeździł…odrobinę zbyt szybko. Wszystko po to, by wygrać zakład. Kto rozwiezie więcej zamówień? Pierwszy klient, drugi, trzeci, piąty…
Siódmy. Powrót do restauracji, kolejny wyjazd. Dostarczał ją do biurowców, firm, domów, nawet w okolice szkół. Nadal był zdumiony tym, że zatrudnili
dwóch osiemnastolatków... No ale z drugiej strony, mieli wybór? Zastanawiał się. Przecież opinia jest opinią, a plotki ją stworzyły.
Minęły trzy godziny, a on zdążył rozwieść trzydzieści zamówień. Nie wiedział, ile na godzinę robił Radosław, ale na pewno mniej niż on.
-A jutro wieczorem… No chyba nie mam wyboru. - Przejrzał się w lusterku. - Ayrton by zrobił to samo.
Myślał o wyścigach, znowu.
Nikodem pod koniec dnia był już kompletnie wyczerpany jazdą samochodem, który szarpał na drugim biegu. Z wielką przyjemnością dostarczył ostatnią
pizzę i wrócił do restauracji, oddając samochód komuś z drugiej zmiany. Przy barze czekał już Radosław, wyraźnie uradowany na widok spoconego i
zmaltretowanego dziećmi, nastolatkami i głupimi dorosłymi Nikodema.
-No hej, cwelu. - Rzucił Niko.
-Coś taki zły teraz? Rano byłeś w pełni sił.
-A nie denerwuj mnie… - Przewrócił oczyma I usiadł przy barze.
-Dobra cwaniaku, czekaj na wyniki.
-Z głębi kuchni wyszła zabiegana Emilia, podając im odwróconą karteczkę z zapisanymi liczbami.
-Kto z was dał więcej razy dupy? - Zapytała z ciekawości.
-Ty odwróć. - Powiedział Nikodem do Emilii.
Ta się do niego uśmiechnęła, wywracając kartkę.
Radosław spojrzał podekscytowany... Po chwili mina mu zwiędła.
Nikodem już się zdążył uśmiechnąć.
-Ciota. – Rzuciła Emilia.
-Ale... – Nikodem przestał się uśmiechać.
-Jedna więcej! - Krzyknęła.
-Jak to jedna…? - Zdziwił się Nikodem.
-No popatrz. – Wskazała palcem.
Nikodem I Radosław spojrzeli na kartkę.

BŁAZEN - 74
IDIOTA - 73
-Zabawne… - Nikodem odparł z ironią w głosie..
-No, też mi się tak wydaje. To ja zamawiam Czarnego Żywca z beczki. – Rzucił Radosław, cały uradowany.
-Hola, hola. - Emilia uśmiechnęła się szerzej. - Pracownikom nie sprzedajemy. - Puściła oczko do Nikodema.
Nikodem ze wszystkich sił starał się ukryć cwaniacką dumę. - Ups…

Późny wieczór, około północy. Zapora w tresnej o tej godzinie przestała już być atrakcją turystyczną. Pył unoszący się i wirujący w świetle latarni
drogowej potwierdził, że nie padało od wielu, wielu dni. Słodko gorzki klimat tej chwili podkreślał zimny powiew z północy, który potrafił przyprawić o gęsią
skórkę. Na parkingu przy tamie stało kilkanaście różnych motocykli. W większości były to maszyny o pojemności dwustu pięćdziesięciu centymetrów
sześciennych. Yamahy, Hondy, Zippy i Suzuki.
Remigiusz, można powiedzieć, że kumpel Nikodema, który uniknął bliskiego spotkania z policją podczas draki w restauracji "Stratosfera", spojrzał na
zegarek w telefonie i rozejrzał się po pięknej okolicy, rozpatrując za starą Hondą, należącą do ucznia starszej klasy.
-On nie przyjedzie. – Odparł jego kumpel, Bazyli. – Jedźmy już.
-Poczekajmy jeszcze chwilę.
-Czemu Ci tak na nim zależy?
-Widziałeś, czym on jeździ?
-To on czymś jeździ? – Odparł zdumiony.
-Też nie wiedziałem, ale spotkałem ten motocykl dzisiaj rano i uwierz mi, na sto procent to był jego.
-Jaki?
-Stara Ninja 250R.
-Ninja? – Zaczął się śmiać. – Do tego stara...? Marnujemy czas dla 250R? Proszę Cię. – Ubrał kask i zapiął pasek pod szyją. – Chyba Ci ten dzisiejszy
upał zaszkodził koleżko.
I w ten, na parking wjechały cztery samochody, zastawiając większość miejsca i włączając światła awaryjne.
-Co do licha...? – Remigiusz się odwrócił w stronę nadchodzącego niebezpieczeństwa.

Wśród nich był purpurowy Nissan Skyline 25GT i butelkowo zielony Nissan Silvlia S14, najpopularniejsza Silvia w Polsce. Liderom towarzyszyła
niebieska Mazda MX-6 drugiej generacji I biała Toyota Corolla AE82 GT. Wszystkie samochody miały gdzieś naklejone małe, czarne, zgrabnie
wyglądające oznaczenia z białym słowem "Vendetta".
Kierowca Skyline’a wysiadł, przejeżdżając wzrokiem po motocyklistach i wzdychając pod nosem. – Myślałem, że spotkamy jakieś samochody... A tu tylko
banda dzieciaków.
Podszedł do nich kierowca Silvi i stanął naprzeciw wszystkim.
-Jesteście z tych okolic? – Rzucił właściciel Skyline’a.
Nikt nie odpowiedział.
-Nazywam się Andrzej, jestem ambasadorem zespołu Vendetta. Przyjechaliśmy się ścigać.
-Jesteście z jakiejś mafii?
Andrzej obejrzał się za kierowcą Silvi, który tylko parsknął śmiechem z politowania i oparł się o samochód.
-Ja nazywam się Kamil. Szukamy kierowcy starej, czerwonej MR-2.
-Nie znamy się na samochodach.
-Mhm... – Przejechał po wszystkich wzrokiem. – Miał tablice z małopolskiego.
-No, a my jesteśmy ze śląska, kolego.
-Toyota MR-2 AW11 z 1987 roku.
-Nie wiem. A wy? - Odwrócił się do ośmiu motocyklistów za nim.
Wszyscy odparli jednogłośne "nie".
-No cóż. W takim razie jedziemy na Andrychów.
-Andrychów? Po co?
-Podobno na lokalnej trasie jest jakiś nieoficjalny rekord przejazdu... Chcemy sprawdzić, czy da się go pokonać.
-Rekord? – Zastanowił się.
Kamil się uśmiechnął.
-Mamy zamiar jeździć i ćwiczyć tę trasę.
-Tak się składa... że my też.
Andrzej złożył ręce i odwrócił się od nich.
-W takim razie wygląda na to, że nie znaleźliśmy żadnych kierowców... Tylko pieprzonych amatorów, jeźdźców nocy.
-Co... żeś powiedział? – Napuszył się.
-Ależ łatwo Cię sprowokować...
-Obrażasz mnie!
-Heh... Będziecie tu stali całą noc czy też jedziecie? – Podszedł do swojego Skyline’a.
-Jeżeli będziecie chcieli jechać, to poczekajcie, aż my skończymy... amatorzy – Powiedział Kamil, który właśnie wsiadał do S14.
Silniki zakręciły, rozprzestrzeniając swój dźwięk po górskiej okolicy. Kolejno RB25DE NEO Skyline’a 25GT i SR20DE Silvi S14. Chwilę później rozbrzmiał
KF-ZE V6 Mazdy MX-6 I 4A-GE Corolli AE82. Samochody wypadły z parkingu, zostawiając motocyklistów w tumanach kurzu spod opon.
-Znieważył mnie! – Wykrzyczał Remigiusz.
-Uspokój się! – Przytrzymał go Bazyli.
-Siadać na maszyny! Pokażemy im! – Rzucił jeden z motocyklistów.
-Jezu, jak to? – Bazyli się obejrzał, kiedy dwa motocykle zdążyły już ruszyć w pościgu
-Z nami się nie zadziera! – Powiedział kolejny.
-Jedziemy! – Odparł Remigiusz.
Motocykle odpalały kolejno, wykonując bączki w miejscu i wkręcając się na obroty. Remigiusz założył swój kask. Dostojnie wsiadł na małą Yamahę TZR
50 i natychmiastowo rzucił się w pogoń za bliżej nieznanymi kierowcami.