"Retrospekcja, flirt i drapieżnicy"


Osiem lat wcześniej, to samo miejsce.

Ford Sierra wyprzedzał po wewnętrznej stronie zakrętu, druzgocąco upokarzając kierowcę niebieskiej Imprezy WRX, szerzej znanej jako „Bugeye”.
- Nie!! – ryknął kierowca WRX’a. Sierra z lekkim podskokiem znalazła się na jego wewnętrznej, cały czas przyśpieszając.
Musiał przyznać się do porażki. Przegrał walkę, nie miał już na tyle trakcji, by wyprzedzić starego Forda na ostatniej części trasy.
On, najlepszy kierowca na Salmopolu, rozbił tego dnia swoje LanEvo i przegrał walkę o dominację ze smarkaczem ze starej tylnonapędówki.
Z tym nie mógł się pogodzić.
Zadziałał intuicyjnie.
- Giń, skur**synu. – stwierdził zimno, gwałtownie odbijając w lewo.
Prosto w tylny błotnik jasnobłękitnej Sierry…
Uderzenie było nagłe.
Ford, po wyskoczeniu z rynienki, nie odzyskał jeszcze pełnej trakcji.
Upiorny jęk walczących o utrzymanie się opon przeszył powietrze.
Przegrały.
Sierra przeleciała przez maskę Imprezy i z całym impetem uderzyła w barierkę.
Wóz wyleciał w punkcie, w którym zbocze było najwyższe.
Najbardziej strome.
Chwilę, krótki moment, fakt uderzenia i przebicia barierki atakował zmysły kierowcy z pełną świadomością. Pisk opon, swąd klocków hamulcowych, wstrząs przebicia barierki.
Lot.
Rotacja.
Uderzenie.

Marcin był wtedy na zboczu, oglądał wszystko z pierwszego rzędu. Bilety były darmowe, widowisko warte miliony. Lecz choć właśnie przed oczyma spełniało się jedno z jego skrytych motoryzacyjnych marzeń, nie mógł wyzbyć się świadomości, że wydarzył się mord. Zamarł, opadając na tyłek i kryjąc twarz w dłoniach, kiedy Sierra z impetem owinęła się wokół sosny. Jeździł wtedy podobnym Fordem... czuł, jakby to on właśnie uderzał w drzewo.
Nagle poczuł się brudny. Targnęły nim mdłości, wstręt do samego siebie. Poczuł się.. winny. LBK przestała być jego marzeniem.
WRX pomknął dalej, a on nawet nie widział twarzy kierowcy. Kimkolwiek był, był zniewagą dla wspaniałego samochodu. Śmieć za kierownicą.
Siedział tak jeszcze przez godzinę, obserwując dramatyczną akcję ratunkową, a potem kolejny wyścig. Jakiś Niemiec, którego nigdy wcześniej nie widział, w Audi Sport Quattro, kontra Lancer Evolution X, znany jako LanEvo. LBK zostało rozgromione, i nigdy już nie pojawiło się na przełęczy.
Taka przynajmniej była ogólnie przyjęta wersja.

Dzisiaj.

Toyota Land Cruiser niezwykle spokojnie sunęła w dół przełęczy. W środku dwie osoby, kobieta i mężczyzna. Właśnie zaręczeni? Kto wie. Była jego największym skarbem, nie mógł pozwolić, żeby coś jej się stało. Nigdy. Gdy byli razem, zawsze jeździł powoli. Po co jeździć szybko? Zwłaszcza będąc otoczonym takimi krajobrazami...
Audi A3 pojawiło się za nimi zupełnie niespodziewanie. Usiadło na ogonie i mrugając światłami zaczęło naciskać na Toyotę. Kierowca zdecydowanie nie był zwolennikiem podziwiania krajobrazów. Zniecierpliwiony, już nawet nie włączając kierunkowskazu, odbił mocno w lewo, zrównając się z Toyotą. Zakręt odbijał w prawo, całkowicie zasłaniając widoczność.
Za zakrętem była zaś czerwona RX-8 i biały Galant VR4.

- Kurwa! – krzyknął Marcin.
W głośnikach rozbrzmiało „Station to Station”
Świat przyśpieszył, gdy hamująca Toyota odsłoniła miejsce dla straceńca z A3. Audi natychmiast umknęło w prawo, niemal klejąc do barierki, podczas gdy Mazda szarpnęła w prawo i błyskawicznie odbiła lekko w lewo, ślizgając się między Audi a barierką na zewnętrznej stronie drogi. Galant w tym momencie zmienił swój styl jazdy, przechodząc do ofensywy i siadając na ogonie RX8.
Z zakrętu tego wyszli, o dziwo, bez szwanku.
Galant przymierzył się do wyprzedzania, zbliżając do tylnego zderzaka RX-8. Łuk w prawo. Drzewa po obu stronach, lecz widoczność dobra.
Kierowca Mitsubishi z matematyczną dokładnością wyliczył moment hamowania Marcina, i gwałtownie wysunął na jego lewą stronę.
- Co on robi? Wchodząc przy tej prędkości z pewnością się zabije!
I owszem, Mitsubishi wyniosło na lewą stronę, lecz wtedy koła zaczęły kręcić się szybciej. Kierowca z precyzją i dokładnością zegarmistrza wyczuł moment, w którym miał zaatakować. Zajechał Maździe drogę, a wyglądało to jak próba staranowania, która przyprawiła Marcina o mroczki przed oczami.
Ale to nie było zepchnięcie. Kierowca Galanta zostawił „skromne” kilka centymetrów między błotnikiem a zderzakiem, zmuszając Marcina, żeby jednak skorzystał z tego środkowego pedału. W tym momencie Galant zanurkował, zbliżając się do punktu, w którym każdy normalny człowiek zaczął by hamować. On jednak nie był normalny. Zaciągnął ręczny. Koła momentalnie się zablokowały, stawiając samochód bokiem do zakrętu. Zwolnienie ręcznego, gaz do podłogi, koła zaczęły się kręcić, wyprowadzając wóz z poślizgu. Wyjście z wirażu przypominało jazdę po szynach, z prędkością godną TGV. Standardowy manewr, często wykorzystywany w rajdach samochodowych, w których niegdyś to właśnie Mitsubishi dominowało. Kierowca musiał te rajdowe triki mieć w małym palcu, a on miał do czynienia z napędem na wszystkie koła, żaden inny typ napędu nie był by w stanie tak perfekcyjnie wykonać tego niebezpiecznego poślizgu.
Mknęli łeb w łeb, szykując się do łagodnych, falujących zakrętów, które były prawie jak prosta. Wankel, czy rzędowa czwórka? Prekursor Mitsubishi Lancera może i był stary, ale nadal piekielnie szybki. Jechali bok w bok, nie bojąc się o ruch z naprzeciwka.
W tej sytuacji jednal to Mazda była górą. To ona znajdowała się na właściwym pasie ruchu.
-Cholerny świr z LBK. Jakim cudem LBK w ogóle jeszcze istnieje?! To niemożliwe!
W tym momencie Mitsubishi przesunęło się na prawo, spychając Mazdę w stronę barierki.
-C.. Co Ty robisz? Jesteś samobójcą?! Chcesz zabić nas obu?! – wcisnął gaz, dotykając pedałem podłogi. Czubek Mazdy wysunął się do przodu. Przed nimi widniał zacieśniający się lewy zakręt, a zaraz po nim ciasny prawy. Sekcja niczym z toru wyścigowego.
Bijące aurą samobójcy Mitsubishi zanurkowało w zakręcie, dotykając szczytu i wychodząc na prowadzenie.
-Skąd on wiedział, że nic nie pojedzie z naprzeciwka? Boże.. nie, nie, nie! Nie dzisiaj, nie przegram! - Mazda usiadła na zderzaku Galanta.
– Tutaj jest krótka prosta, dogonię tego palanta.. – w zasięgu wzroku pojawił się zakręt w prawo, ciasny i niebezpieczny.
Jak oczekiwał, Galant złożył się klasycznie, od zewnętrznej do wewnętrznej. Wolne wejście, szybkie wyjście.
Marcin zaś nie hamował.
Szybki ruch kierownicą, światła oświetlają Mitsubishi. Puszczenie gazu, odbicie w prawo...
Kierowca Galanta nie mógł uwierzyć własnym oczom. Po wewnętrznym pasie minęły go tylne światła Mazdy RX-8.
- Skandynawskie szarpnięcie?! – wykrzyczał.
Rozpoznał dobrze.
Samochód ustawił się w przeciwną stronę do zakrętu po czym, wykorzystując przeniesienie masy, płynnie zaatakował wewnętrzną, bez utraty prędkości. Diabelnie skuteczne.
To był już koniec, nie było kolejnej szansy na wyprzedzanie. Kierowca Mitsubishi odpuścił gaz, po czym zatrzymał w miejscu i zawrócił.
Marcin zawahał się, lecz po chwili poszedł w jego ślady. Kierowca LBK, który nagle zaczął go ścigać, wyprzedził, po czym poddał się po porażce? Minęło zbyt dużo czasu, żeby tak po prostu to zostawić. Zawrócił, chcąc poznać tożsamość tego człowieka.
Mordercy.

Dwadzieścia jeden lat wcześniej, październik 1997, odcinek specjalny Jodłownik – Wolibórz.

Cinquecento po włosku oznacza „pięćset". Noszący to oznaczenie Fiat był duchowym spadkobiercą modelu 126. "Cienias", na którego Polacy składali zamówienia już w 1989 roku był tym, czym Mini było dla Wielkiej Brytanii. Dzisiaj samochód ten już niczym szczególnym nie zachwycał, może poza delikatną nutką nostalgii. W latach dziewięćdziesiątych robił jednak furorę.
"Cienias" toczył się żwawo w stronę Woliborza, jadąc optymalną trasą. Parę metrów za nim pojawiły się kwadratowe reflektory "Malucha", który wyskoczył zza zakrętu niczym poparzona wiewiórka. Nim kierowca Cinquecento zdołał się połapać, co właściwie się stało, Maluch zbliżył się już do jego zderzaka na tyle, by móc podziwiać drobne ślady korozji na klapie bagażnika.
- Za ciasno, nie wyprzedzę. – stwierdził kierowca potwornego Malucha.
- Co za gość się za nami znalazł? – rzucił pasażer z Cinquecento.
- Nie wiem, jakiś lokalny dupek. Przycisnę trochę.
- Czekaj, czekaj. Nie wiemy, co jest za kilometr.
- Damy radę.
Maluch lekko puknął Cinquecento, które nie chciało zjechać na prawą stronę i trzymało się środka drogi.
- Sukinsyn!
Oba samochody pokonały tak kilka kolejnych zakrętów. Maluch nie dawał za wygraną, sprawiając wrażenie, jakby nawet nie zbliżał się do pełni potencjału swoich dwudziestu siedmiu koni.
- Cholera, dobry jest. – stwierdził kierowca Cinquecento.
Fiaty wpadły na dosyć charakterystyczny element trasy, "mostki". Było to jedyne miejsce, gdzie można było w miarę spokojnie wyprzedzić szeryfa „środkowego" pasa. Kierowca Malucha zacisnął zęby w uśmiechu, przewidując rozwój wydarzeń.
Prowadzący Cinquecento wszedł w prowadzący przez most łuk w lewo odrobinę za szybko. Wdepnął hamulec, blokując koła na śliskiej od liści nawierzchni. Samochód wyniosło na prawą stronę...
... a Maluch jak po sznurku wskoczył na lewą, tnąc zakręt po wewnętrznej i wyskakując na asfalt przed Cinquecento.
Pasażer Malucha, pięcioletni chłopak, obserwował dokładnie to, co się działo. Cinquecento miało numer startowy na drzwiach, a jego pasażer zrzucał właśnie kask, spoglądając na nich z chęcią mordu.
- Tato, to była ekipa rajdowa?
- Synek, oby nie, bo się załamię.
Fioletowy Fiat 126p mknął w dół drogi, nie marnując czasu na hamowanie. Kierowca finezyjnie pokonywał zakręty, kontrując i operując gazem jak prawdziwy maestro.
Młody zaś spoglądał, jak jego ojciec dopiero rozgrzewa mały silnik.
- Chciałbym kiedyś tak jeździć.
Ojciec spojrzał na małego, czując ciepło na sercu.
- Będziesz, to tylko kwestia czasu.
- Zostawisz Malucha do moich osiemnastych urodzin?
- Wiesz.. miałem coś innego na oku. Ale to nie zmienia faktu, że już czas nauczyć Cię jeździć.
- Już?!
- Tak. – uśmiechnął się szeroko.
- A co zrobisz potem z Maluchem?
- Nie wiem, może ktoś się nim będzie opiekować. Jeździć do szkoły, może po ziemniaki na targ...
- Szkooooda trochę...
- Igor... jeszcze nie wiesz, co Cię czeka.
Fiat mknął do małej wsi na Dolnym Śląsku...
 

Teraźniejszość, czerwiec, Bielsko-Biała.

- Asz... kurwa! – ryknęła Aleksandra, próbując uporać się z niedziałającym silnikiem fioletowego Fiata 126p.
Pordzewiałego.
Obniżonego.
I podrasowanego.
Samochód stał pod szkołą, nie chcąc zapalić w prawie czterdziestostopniowym upale. Aleksandra kopnęła w oponę, spoglądając na kaszlaka z politowaniem i ocierając pot z czoła. Wróciła do tyłu, próbując w jakiś sposób odprawić rytuał przywracania magicznej mocy do w pół umarłego dwucylindrowca. Po zabiegach, które przeszedł w ciągu trzydziestu lat swego żywota, wyglądał jak upośledzony silnik z Porsche 911.
Przed Maluchem zaparkował w kopercie mały samochodzik. Kierowca ze względu na wzrost miał wyraźne problemy z wysiadaniem.
- Kuź.. dwa, cała się usmarowałam tym gównem. – mruknęła, a wtedy kątem oka zauważyła osobę, która składała dach w swoim samochodzie. – Halo... halo! – podnosząc głowę, uderzyła się o kant komory silnika – Auć... kurwa! – kopnęła maskę tak mocno, że ta się praktycznie domknęła.
- Hm... – facet odwrócił się na pięcie, spoglądając nieobecnym wzrokiem – Wołała mnie pani?
- No, a kogo innego... – spojrzała smutnie, widząc odbicie swojej usmarowanej starym olejem twarzy w jego okularach. Wtedy wzrok zwróciła na samochód, którym przyjechał – Co to za...
Mężczyzna spojrzał za siebie, dostrzegając światła, które się nie schowały. – Kuźwa.. znowu mam przepięcia w instalacji – szepnął pod nosem, idąc do środka.
- Fajne są.
- Wiem. Stare samochody tak mają.
- Mój nie chce zapalić, coś się... – speszyła się – No, głupio mi prosić kogoś o pomoc... – szepnęła.
Facet zdjął staromodne okulary i rzucił je na siedzenie swojego samochodu. Poczochrał włosy palcami i obszedł Malucha, w końcu zaglądając do silnika.
- A młotek masz?
- M.. młotek? – zapytała tępo.
- Wsiądź do środka i spróbuj zapalić.
- No... oke. – wgramoliła się do samochodu i przekręciła kluczyk. Maluch zaczął... kaszleć.
Mężczyzna uśmiechnął się i z pięści uderzył dwa razy w rozrusznik. Nic to nie dało, a jedynie przyprawiło dławiący się motor o mdłości. Chwycił młotek u rękojeści i delikatnie popukał rozrusznik z boku, raz po razie robiąc to co raz mocniej.
Silnik nagle ożył, pracując głośniej niż stary odkurzacz.
- Jezus, jak Ty to zrobiłeś?
- Nic na siłę. – wstał, zamykając klapę – Wszystko młotkiem. – Przetarł ubrudzone dłonie. – Jak ci na imię?
- Ola. – powiedziała cicho.
- To całkiem.. całkiem ciekawy samochód. – stwierdził, lekko skrzywiony.
- Nie musisz mi mówić, że to złom. Kupiłam po taniości od jakiegoś tam zapaleńca.. no, a Ty? Jak się nazywasz?
- Jestem... – nim dokończył, z uliczki obok wypadła ogromna grupa gimnazjalistów. – Co za...
- Może lepiej już stąd uciekać. – złapała za klamkę samochodu. – To co, powiesz mi w końcu, komu zawdzięczam tę cudowną naprawę?
- Mateusz.
- Więc Mateuszu, dziękuję Ci za pomoc z kaszlakiem. – rzuciła, będąc już jedną nogą w samochodzie. – Może jeszcze się kiedyś zobaczymy.
- Jeżeli znowu będzie trzeba kopnąć w rozrusznik, to jestem do dyspozycji.
Ola uśmiechnęła się, po chwili namysłu do niego wracając. – Jesteś stąd?
-Kręcę się po okolicy...
- Jeżeli się nudzisz, to przyjedź dzisiaj do Tresnej. – zamknęła drzwi i wrzuciła bieg, nawet nie zapinając pasów.
- Czekaj... dzisiaj, czyli o której?! – krzyknął, jednak nadaremno. Maluch odjechał już w dół miasta.
Mateusz wsadził rękę do kieszeni drugą klepiąc się po potylicy. Wszedł na chodnik, oglądając się jeszcze za swoją Mazdą.
Na tylnym błotniku widniał ślad po niedawno zdartej naklejce.
Oznaczeniu teamu.

20:10

Droga "Górska" prowadziła z przedmieść Bielska-Białej do Międzybrodzia, najpierw idąc w uphill, a na wysokości restauracji na samym szczycie góry przechodząc w downhill.
Przy tej właśnie restauracji stała czerwona Mazda MX-5, obok niej zaś srebrne Renault Clio drugiej generacji, w rzadkiej wersji Sport R182. Oba samochody miały miejsca po zdartych naklejkach teamów, które musiały przypominać Japońskie gangi motoryzacyjne.
- Fuck me.. - warknął kierowca Clio do Mateusza.
- O co chodzi?
- Dlaczego ja mam takie problemy z kobietami? No powiedz mi..
- Jeez, szukasz w złym miejscu albo trafiasz na złe laski. - odparł sącząc kawę, siedząc rozwalony na krześle.
- Wczoraj normikowałem się już dostatecznie, żeby tę całą Klaudię, chociaż poznać lepiej... P o z n a ć.
- Normikowałeś? Z której strony, szanowny Mikołajku, miała wiedzieć co to... albo kim w ogóle jest Normie?
- Jeżeli nie wie, kto to jest Normie, to chyba zatrzymała się w dwa tysiące ósmym.
- No, ja do pewnego czasu nie wiedziałem... w sumie to do tego roku.
- Ze wszystkimi kobietami jest problem... kurwa mać, ze wszystkimi.
Mateusz nie zareagował, spokojnie pijąc kawę.
- Zawsze gdy chcesz poznać fajną dziewczynę, to czujesz się jakbyś dostał jebanych skrzydeł. Nagle masz ochotę na wszystko. Zaczynasz działać, żyć, zmieniać się na lepsze. Wtedy pojawia się ona, podcina Ci te jebane skrzydła, a Ty spadasz. Nie chcesz się wzbić, bo boisz kolejnego upadku.
- Dalej rozpamiętujesz panią S?
Mikołaj spojrzał za okno, na zachodzące słońce, czując dołującą nostalgię.
- Kuurwaa... ona była idealna.
- Słowo klucz... była.
- Wiesz, jak to jest, kiedy codziennie z kimś piszesz, rozmawiasz... ale pewnego dnia przestajesz? Nie możesz wyzbyć się tego uczucia, jakby coś odeszło...
Mateusz nie chciał nic mówić.
- ... jakby twoje serce znowu zostało rozszarpane, a Ty kolejne miesiące je zbierasz. Kawałek po kawałeczku, odbudowując je i starając, by było dość silne, by znieść kolejny rok dramatu.
W tym momencie na parking wjechały cztery samochody. Mateusz obejrzał się na lewo, widząc za oknem dwa Mitsubishi Galanty, starszego i młodszego.
Czarną Mazdę MX-5.
I czerwoną Mazdę RX-8.
- Co u diabła...
- Kto to? - zapytał Mikołaj.
- Nie wiem, ale się domyślam.

Mitsubishi Galant IV i Mitsubishi Galant VI. Jeden biały, drugi srebrny, jeden z napędem na cztery, drugi na dwa, przednie koła. Ich kierowcy również wyglądali podejrzanie podobnie, z wielkim zainteresowaniem przyglądając się czerwonej MX-5 i srebrnemu Clio.
Marcin przystanął na uboczu, tylko obserwując zgromadzenie.
Mateusz tymczasem dostrzegł znajomą twarz.
- Nie wierzę...
- Co jest?
- Nie wierzę, że znowu go spotykam. - wstał od stolika, prawie rozlewając kawę.

- 4WS! - ryknął Radosław, wchodząc w zakręt górskiej drogi, nazwanej po prostu ulicą "Górską". Wiodła ona z Międzybrodzia przez górę do Straconki, przedmieść Bielska-Białej.
- O Boże, zwolnij! - krzyczał Nikodem widząc, jak wskazówka nieuchronnie przekracza czterdzieści na godzinę w ciasnym łuku.
- Bez obaw! System czterech kół skrętnych zapewnia niesamowitą trakcję!
- Ale Ty chyba nie wiesz, co robisz!
- Spokojnie, dojedziemy do przełęczy na Przegibku i staniemy na tym parkingu... ale teraz robimy czasówkę! - skręcił kierownicą tak bardzo, że wpadł na przeciwległy pas, prosto pod nadjeżdżające auto - Nie nienieNIE! - odbił w prawo, zarzucając tyłem kwadratowej Hondy i zahaczając o piaszczyste pobocze, unosząc w górę tumany kurzu. Zaraz skontrował, wyprowadzając samochód z poślizgu i wbił pedał hamulca do podłogi.
Honda zatrzymała się z niemałym trudem, piszcząc tak głośno, jak mała dziewczynka, której zabrano lizaka.
Nikodemem gwałtownie szarpnęło, na nic było trzymanie się uchwytu w podsufitce. - Zaraz się porzygam...
- Nie w samochodziee.. - odparł Radosław takim tonem, jakby był co najmniej profesjonalnym kierowcą rajdowym. Zbyt pretensjonalnie, niezbyt profesjonalnie.
Nikodem zagłębił się w siedzeniu, masując brzuch. To, co zjadł na śniadanie, właśnie zdążyło podejść do gardła i wrócić do żołądka.
- Jeny.. jak Ty w ogóle jesteś w stanie tak szybko jeździć...? - zapytał z dezaprobatą Radek.  
- Ale Ty jeździsz po prostu okropnie!
- Nieprawda. Muszę tylko opanować ten samochód.
W tym momencie za ich plecami rozległ się klakson szybko jadącego samochodu, a Radosław prawie narobił w spodnie. Pędzące pod górę BMW serii trzy wyminęło ich na centymetry, kiedy stali w połowie na poboczu.
- Widziałeś...? - jęknął Radosław. - Co za nieodpowiedzialny kierowca...
- Aha?
- I się dziwić, że ludzie mają taką opinię o BMW... - zapiął jedynkę i ruszył w górę, w ślad za BMW.
- Gonisz go?!
- GONIĘ GO!
Wrzucił trójkę, gwałcąc sprzęgło. Skrzynia zgrzytała, ale w końcu bieg wskoczył.
- Max Power!
- O Boże.. Bożeboże ZWOLNIJ.
Honda minęła się na milimetry z nadjeżdżającym z naprzeciwka dostawczakiem. Pomimo desperackiej szarży, BMW i tak się oddalało.
- Dogonię go. Duma zobowiązuje.
- Ady nie pi... oh...! - zauważył kolejny zakręt.
- Metoda palce-pięty! - Radek zredukował bieg, starając się jednocześnie przytrzymać pedał gazu podczas hamowania.
Zdławił tylko silnik, hamując za mocno i puszczając sprzęgło, zatrzymując wóz na poboczu.
- Ehehee.. to wymaga dopracowania.

Dobra, ubieraj kurteczkę i wychodzimy. - powiedział Mateusz do Mikołaja.
- Co? Dlaczego?
- Po prostu. Nie możemy tu dłużej zostać.
- Policjanci pod przykrywką przyjechali i srasz się, że zechcą Ci zajrzeć do bagażnika?
- O Boże, nie gadaj tyle. - pośpieszył go, kiedy zauważył zmierzającego w kierunku restauracji kierowcę czarnej Mazdy - Masz, masz... - Zdjął kurtkę z krzesła, i wręcz wcisnął mu ją w ręce. - Ubieraj się i spadamy.
W tym momencie było jednak już za późno. Wesoła zgraja znajdowała się już na schodach.
- Kurwa!
- No i czego się drzesz?
- Chodź. - złapał go za rękę i poprowadził do toalety.
Weszli do ciasnego pomieszczenia, mieszczącego cztery kabiny i dwa pisuary. Wyglądem przypominało typowe zaplecza barów z lat dziewięćdziesiątych.
- Chowaj się do kabiny. - polecił kumplowi.
- Co... ale po c...
- NO CHOWAJ SIĘ! - wepchnął go tam siłą, po czym sam zamknął się w drugiej.

Tymczasem na parking pod restauracją z piskiem opon wjechało czarne BMW E46. Minutę po nim dojechała srebrna Honda Radosława, zatrzymując się na uboczu.
Nikodem już spostrzegł znajomy widok.
Marcin już dostrzegł znajomą twarz.
Obaj spotkali się wzrokiem gdy wysiadali z samochodów, ten z czerwonej Mazdy, drugi ze srebrnej Hondy.
Obaj trzasnęli drzwiami w tym samym momencie, i włożyli dłonie do kieszeni spodni. On miał długie do szyi, kasztanowe włosy, które majestatycznie powiewały na wietrze. Nikodem był krócej ostrzyżony, lecz jego grzywka powędrowała za wiatrem, niczym w starym westernie.
- Znowu się widzimy. - rzucił Marcin, podchodząc bliżej.
- Co Cię tu sprowadza?
- Mogę zapytać o to samo?
- No... ja tu mieszkam.
Marcin spojrzał na Hondę i na Radosława, który teraz swoją mimiką twarzy przypominał Jasia Fasolę.
- Taak.. pasujecie do siebie, kochasie.
- Słuchaj... - Nikodem postąpił o krok.
Marcin oparł się o maskę swojego samochodu.
- ... jeżeli chodzi o tego gościa z Forda, twojego kumpla...
- Mhm?
- To nie mam zamiaru się z nim ścigać.
- Co?! - Radosława zamurowało.
- Tu nie chodzi o to, że nie szanuję jego osoby. Po prostu ten ostatni wieczorny wypad był niejako zadośćuczynieniem za mojego przyjaciela, którego nie powstrzymałem przed głupotą. Nie chcę, żeby doszło do kolejnej tragedii, więc mam zamiar trzymać się od tego z daleka.
- Ale mimo to jeździsz co ranek swoją Toyotą. Ba, udało Ci się nawet wyprzedzić Konrada, świetnego kierowcę torowego.
- Wydaje mi się, że w tym przypadku zmęczenie nie pozwoliło mu na utrzymanie swojego miejsca. Poza tym... mam dziwne potrzeby.
- Hmm...
- Czasami po prostu muszę poczuć prędkość, żeby w ogóle zasnąć. To wszystko.
- Więc nie boisz się, że kogoś nad rankiem spotkasz i potrącisz?
- Kiedy się nie ścigam, mam czas na reakcję. Kiedy się ścigam, skupiam się na zwycięstwie i jadę bez względu na wszystko.
- Mówisz tak... jakbyś to już robił.
- Bo robiłem. - skrzywił się.
- Przestałeś bo...?
- To chyba nie dla mnie.
- Chyba? A mimo to szybko jeździsz i regularnie odwiedzasz Drogę 781. Wiem, bo widziałem Cię już dwa razy. Raz, kiedy ścigaliśmy motocyklistów. I drugi gdy stałem na miejscu wypadku tej Mazdy.
- Skąd Ty...