"SENNość"

Ten niedzielny poranek rozpoczął dźwięk pisku małych opon, które zblokowane przez niedoświadczonego kierowcę, wyprowadziły błękitnego sedana ze złotymi felgami i wielkim spoilerem poza asfalt, posyłając go prosto w prowizoryczną barierkę ze zużytych opon. Zaledwie trzyletnie wtedy, małe dziecko, zostało porwane przez swojego zażenowanego ojca i umieszczone w kubełkowym siedzeniu pasażera w Alfie Romeo 156 GTA, kiedy wbrew jego oczekiwaniom, ojciec wpadł na tor i zdublował stawkę, nawet zbytnio się nie rozgrzewając. Rok później ten sam chłopiec zasiadł za kierownicą domowego gokarta, zbudowanego z prymitywnej ramy, silnika kosiarki o mocy jednego konia mechanicznego, małego, kubełkowego fotelika i owiewki, żeby móc siać kurz na polnych drogach wokół posesji swojego dziadka. Kolejny rok później robił to w starym, brązowym Fiacie 126p, zmieniając biegi bez używania sprzęgła, które i tak przestało istnieć. Dwa lata później, na siódme urodziny otrzymał profesjonalnego karta, w którym zaczął odnosić pierwsze sukcesy. Minęły dwa lata, kiedy ze zwykłego karta zdołał przesiąść się do superkarta, który z doświadczonym zawodnikiem z łatwością mógł pogonić Ferrari 360 Modena na nieco bardziej krętym torze. Nie minęło więcej, niż kolejne dwa lata, kiedy znalazł się w Niemieckiej Formule 3, żeby okazjonalnie pokazywać się we Włoskiej Formule 2000. Już wtedy wyróżniał się z tłumu swoimi wielkimi oczami, które odziedziczył po dawnych przodkach. Już wtedy potrafił bez większych problemów opanować Hondę S2000, którą w prezencie na urodziny, mógł pojeździć po zamkniętym placu do nauki jazdy. Swoje największe zwycięstwo, pierwsze miejsce na torze w Estoril świętował, jeżdżąc na jednym kole starą Yamahą, którą później został zmuszony dojeżdżać do szkoły. Jeden wyścig później wszystko się odwróciło o sto osiemdziesiąt stopni. Jeden wypadek stał się pretekstem do pewnych komplikacji w jego rodzinie, które sprawiły, że musiał porzucić coś, co wychodziło mu aż za dobrze. Wszystko przycichło, wszyscy o nim zapomnieli, kiedy na jego miejscu pojawił się ktoś równie dobry. Ktoś równie szybki i podatny na zaciętą rywalizację. Uspokoił się, otarł łzy rozpaczy i przyjął do wiadomości, że tylko jeden z jego rodziców podzielał tę pasję. Kierowcy rajdowi i wyścigowi to jednak inna rasa. Minęły lata, poznał nowych znajomych. Znalazł się w nowym, dużo mniej skomplikowanym i toksycznym towarzystwie, które nie chciało go zjeść od samego spojrzenia jego wielkich oczu. Życie stało się na swój sposób prostsze, a on starał się zapomnieć o tym, co zostało mu odebrane. Poradzić sobie z traumą i iść dalej, w międzyczasie zakochując się kilka razy bez wzajemności i wykradając samochód rodziców, żeby dać upór swoim emocjom i wewnętrznym rządzą. Momentalnie urósł do stu osiemdziesięciu centymetrów, przeszedł z pięcioma osobami do szkoły średniej i zdał prawo jazdy.

Motocykl wtoczył się na parking przy uzdrowisku i zgasł. Skóra kombinezonu trzasnęła, kiedy jeździec postawił krok na asfalcie i powoli zsiadł ze swojego rumaka. Zdjął kask i zaczepił go o kierownicę, swojego już nie tak nowego ścigacza. Zielony i fioletowy kontrastowały ze sobą w zabawny sposób, lecz takie, niecodzienne połączenia były jego zdaniem najlepsze. Przynajmniej ktoś się wyróżniał z tłumu. Przeczesał swoje włosy i pomasował po okrągłych policzkach, które zdrętwiały od zimna, wpadającego pod kask. Nawet się nie spocił.
Mężczyzna, który mierzył mu czas, stał obok swojego niebieskiego Jaguara X-Type, z wielkim, sześciocylindrowym dieslem twin-turbo pod maską. Był dużo starszy, w okolicach pięćdziesiątki, ale nadal w dobrym zdrowiu. Niższy, ale i tęższy. Spojrzał na swojego podopiecznego spod czapki z daszkiem i pokiwał dłonią. - Nieźle, ale jak chcesz się zbliżyć do ojca, to musisz się postarać bardziej.
-Do ojca nie zbliżę się na motocyklu. To była tylko rozgrzewka. - Spojrzeli obaj na samochód, który stał na przyczepce, przykryty wyprasowaną plandeką.
-Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? Minęło kilka lat, od...
-Nie zapomnę o tym, jeżeli w końcu nie spróbuję. To, że ojciec zginął, nie znaczy, że nie mogę pobić rekordu, który został ustanowiony, przez pańskiego kolegę...
-Nie wiem, czy to jest w ogóle wykonalne.
-Oczywiście, że jest. Potrzeba tylko troszkę motywacji. - Szarpnął za materiał i ściągnął plandekę z samochodu. Światło wstającego słońca odbiło się od wypolerowanej, srebrnej karoserii jak od lustra. - Dwudziestoletni samochód, a nadal jest w stanie stawić czoła współczesnym konstrukcjom. A po moich modyfikacjach? Współczynnik mocy do masy jest zabójczy.
-Ten samochód jest zabójczy. Radziłbym Ci, żebyś stonował go trochę...
-Wiem, co robię. - Odparł zdenerwowanie.
W tle rozległ się pisk opon.
-Znowu jedzie. - Zaśmiał się mechanik.
-Nie mam czasu. Idę zdjąć samochód.
Po kilku chwilach, przez zakręt w dole przeleciało coś czerwonego i jednocześnie małego, przerażając piskiem opon i wykorzystując całą szerokość drogi, balansując na krawędzi utrzymania kontroli, po czym pomknęło dalej. Jakby to była rutyna.
-Pełny, kontrolowany drift na czterech kołach. - Myślał mechanik. - Taki drift w samochodzie z lat osiemdziesiątych, znanym ze swojej gwałtownej nadsterowności. - Spojrzał na swojego praktykanta, który odpinał pasy przy kołach, żeby zaraz wsiąść do środka i powoli zjechać z przyczepki. - Coś was łączy... już ten gdzieś styl widziałem.
Światła srebrnego Lotusa Elise się zapaliły, kiedy silnik zagrał za pierwszym razem.

Minęły dwa dni. Kilka kilometrów wcześniej srebrny Lotus przemknął przez szczyt zakrętu z niebywałą prędkością, przecząc przeciążeniom, które chciały go wynieść jak najdalej w pole. Wyjechał na prostą i jego kierowca podrapał się po zaroście, zastanawiając się nad tym, czy aby wszystko idzie w dobrym kierunku, jeżeli jest w stanie się teraz drapać. Tak powinno być? Tak łatwo? To ta legendarna droga, na której ustanowiono niesławny rekord, o którym mówił jego pracodawca?
Kierowca rajdowy?
Z jakiegoś śmiesznego zbiegu okoliczności, im głębiej wchodził w ten świat, tym więcej znajomych twarzy spotykał. Zastanawiał się tylko nad tym, czy spotka tę jedną, konkretną.
Nie minęła chwila, a za nim pojawiła się para żółtych, kwadratowych świateł, która zbliżała się bardzo szybko.

Nikodem znów nie mógł spać. Dręczony myślami, starał się zasnąć do trzeciej nad ranem. Kiedy tylko usłyszał śpiew ptaków za oknem i pierwsze objawy świtu, pokrywającego niebo w granatowych kolorach. Nie mógł dłużej tak wytrzymać, więc zrobił to, co robił zawsze. Znalazł kluczyki w tym samym schowku, w którym zawsze je chował. Ubrał najprostsze rzeczy, jakie miał. Poklepał się po policzkach, przeczesał za długie włosy palcami i wszedł do garażu. Reszta była już historią.
Przejażdżka jak każda inna. Z tą różnicą, że o innej porze, niż wszyscy. Z każdym dniem miał wrażenie, że jest coraz bliżej czegoś, co pozwoli mu zamknąć pewien wątek. Złapał za drążek i agresywnie zredukował do trójki, przemykając przez szczyt zakrętu z niebywałą prędkością, przecząc przeciążeniom. Zauważył przed sobą parę okrągłych, czerwonych świateł, do których szybko się zbliżał.
-Znowu lokalni. – Pomyślał. Wrzucił kierunkowskaz w lewo i przygotował się do szybkiego wyprzedzenia.

-Kierunek? Chyba mnie nie doceniłeś. – Kierowca Lotusa zredukował do trójki i gwałtownie przyśpieszył, wymykając się z objęć Toyoty.
-Co za… - Nikodem nie dokończył, kiedy rozpoznał samochód. – Ja go już gdzieś widziałem.
I widział. Przypomniała mu się noc na Salmopolu, kiedy pokonał R34. Ten sam Lotus wyprzedził go w drodze na parking, po czym zniknął w czeluściach nocy. – Normalnie się w to nie bawię… ale jest ranek, jedziemy po mojej przełęczy… - Chwila przerwy poprzedziła gwałtownie wciśnięcie gazu.

-Ale żeś pobalował… - Nastolatek zdjął swoją czapkę z daszkiem i rzucił w kąt, ubolewając nad sytuacją.
-Nie wiedziałem, że tutaj aż tak łatwo można zdjąć oponę z felgi, w tych rynsztokach. – Odparł poirytowanym głosem, łagodnie muskając dłonią błotnik swojej Mazdy MX-3.
-Dobra. Wezmę trójkąt i go postawię trochę dalej, żeby nikt w nas nie uderzył.
-Okej.

Zza zakrętu, łeb w łeb wypadły oba samochody, które były już w ferworze walki. Nikodem z sekundy na sekundę zaczynał się dziwić, jakim sposobem kierowca, którego widzi pierwszy raz na tej drodze, jest w stanie tak mimowolnie, instynktownie dobierać linię do zakrętów. Jechał praktycznie idealnie, nie pozwalając mu na atak. Z jego ust dobiegał tylko cichy szept i paniczne wzdychanie, kiedy przeciwnik był o krok dalej, o krok szybciej decydując się na ruch, który Nikodem miał właśnie wykonać. Z tyłu głowy rozpętała się burza, która przywiodła mu na myśl rzeczy, o których w ogóle nie wiedział.
Albo, o których nie pamiętał.
Agresywność jego jazdy doprowadziła do tego, że Toyota, nad którą zawsze panował, ślizgała się zdecydowanie za często… ale za to w jakim stylu. Wskazówka praktycznie cały czas oscylowała w granicy stu na godzinę, zwłaszcza w szybkich łukach. Opóźnianie hamowania też nic nie dawało. Lotus zwyczajnie był z przodu. Nie fizycznie, ale mentalnie, jego kierowca był kilometry dalej.
I wtedy otworzyła się furtka. Nikodem natychmiast wyskoczył na lewo, żeby zająć pozycję do wyprzedzania.
Już wiedział, dlaczego się otworzyła.
Jakiś nastolatek kładł trójkąt na drodze. Lotus gwałtownie zahamował. Toyota zmieściła się między nim a nastolatkiem na centymetry. Poczuł, jak tył powoli mu ucieka. Szybka korekta spoconych dłoni, uniknięcie stojącej przy barierce Mazdy. Zaciągnął ręczny i obrócił swój samochód o sto osiemdziesiąt stopni, zatrzymując się przodem do Lotusa.
Dym z opon opadł, ujawniając w świetle wzajemnych lamp reflektorów metaliczne srebro i super czerwień, dokładnie tak, jak nazywały się odcienie tych lakierów w katalogach producentów. Nikodem i nieznany kierowca wysiedli. Ten pierwszy był zdruzgotany, ten drugi… zafascynowany.
-Cześć. – Rzucił mu Lotusiarz. – Dawno się nie widzieliśmy.
-Jak to, dawno?
-Nie poznajesz mnie?
-Ni… - Zamyślił się. – „Pan Patyczkowaty” – Zacytował.
-Dużo minęło, od naszych czasów na motocyklach…
-To Ty wtedy… to z tobą się ścigałem? – Nie poznał go.
-Żeby tylko wtedy.
-Wybacz… ale niespecjalnie pamiętam.
Lotusiarz podniósł brew. Schował dłonie do kieszeni i podszedł do Nikodema. Był tylko troszkę niższy od niego. Miał okrągłą twarz o ciemnej karnacji i włosy, które układały się w loczkach. – Wszystko w porządku? – Zapytał troskliwie, ale z lekką pogardą.
-Pamiętam ten wypadek.
-Ledwo Cię wtedy pozbierali…
-Ledwo? Przecież sam się podniosłem.
Lotusiarz się zastanowił.
-Nigdy więcej Cię nie widziałem. – Ciągnął Nikodem.
Ten się odwrócił, doskonale znając powód jego zniknięcia. Przypomniał sobie wypadek, całe zło świata, jakie na niego mimowolnie spadło. Fatum, które ciążyło nad jego szczęściem, tylko czekając, żeby zapukać do drzwi. Spuścił głowę w milczeniu i pogodził się z faktem, że życie obrało inne tory. Chwilę zajęła mu realizacja, że nie tylko jego życie było pełne ostrych zakrętów. – Jeszcze się spotkamy. – Odparł.
-Nie jestem pewien, co masz na myśli. – Odwrócił głowę w bok. – Nie igraj sobie ze mną. Nie w ten sposób.
-A w jaki? – Przeciągnął.
-W taki, żebym nie musiał Cię rozpamiętywać przez kilka tygodni. – Pomyślał o całym zespole Vendetta, o facecie z Porsche 944, o Tomku.
-Nieźle sobie radzisz. Obserwuję Cię od dłuższego czasu.
Nic nie odpowiedział.
-Wiesz… czasami nie śpię po nocach, bo coś za mną chodzi.
Milczał.
-No nic. – Wręczył mu jeszcze mały liścik. – Otwórz go, kiedy się wyśpisz, bo z tym chyba dalej masz problemy. – Postał tak jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił się, wsiadł do swojego samochodu i pozostawił Nikodema w zapachu rury wydechowej.
On tymczasem odwrócił liścik, żeby przeczytać dedykację.
-„Hill-Climb’n’Down-hill – Miejsce startowe” – Rozdziawił wzrok. – Co do diabła?

Zadowolony klient wyjechał swoim Velosterem Turbo z warsztatu. Kacper odetchnął z wielką ulgą, nie mogąc sobie poradzić z ECU koreańskiego hot-hatcha. Przeczesał drobnymi, nieco pulchnymi palcami prawej dłoni swoje krótkie włosy, z lekkim irokezem na czubku. Już sobie wyobraził moment, kiedy usiądzie na dachu z butelką zimnego Heinekena i będzie czytać wieści z ostatniego wyścigu. Za chwilę miał zamknąć stanowisko i oddać je koledze z drugiej zmiany, lecz wtedy, za jego plecami ktoś wjechał na ubitą drogę, wjeżdżając na plac od strony złomowiska. Niespełna kilka sekund później przy drzwiach garażowych zatrzymał się Civic Type-R FN2. Widniała jeszcze na nim ogromna naklejka w kolorze błękitnego nieba, z kremowym napisem „Mysterious Ways – Since 2011”.
-Przepraszam bardzo, ale już kończę! – Krzyknął.
Civic ryknął w odpowiedzi i zamilkł, kiedy kierowca wyłączył silnik. Kacper westchnął i podszedł naprzeciw przyciemnionej szybie. – Kończę zmianę. Musi Pan poczekać. – Rozłożył ręce.
Zza kierownicy wysiadł Radosław.
-O żesz… Ty w mordę kopany… - Zamarł.
Radosław poprawił swoje włosy na Pompadura i delikatnie zamknął drzwi, z cichym kliknięciem.
-Skąd masz samochód Mysterious Ways?!
Radosław wyjął z tylnej kieszeni swoich dżinsów złożoną kopertę z listem. – Nie doczytałem.
-Co to znaczy, że nie doczytałeś?
-Pewna kobieta podarowała mi swój samochód… raczej kazała się go pozbyć, a pieniądze przeznaczyć na naprawę Preludy.
-Ale… przecież to Type-R! Nikt nie oddaje Type-R ot, tak!
-Też mnie to dziwi. To tylko pokazało, jak bardzo chciała zmienić swoje życie. Zresztą… na brak pieniędzy chyba nie może narzekać.
-O co chodzi w ogóle?
Radosław spędził następne pół godziny na streszczaniu historii z ostatniego tygodnia. W szczegółowy sposób opisał wyścig, który o dziwo wygrał, oraz wyścig, którego nie miał prawa wygrać.
-Jak Nikodem wyrobił w sobie te wszystkie umiejętności, żeby tak dobrze jeździć?
-On tego nie pamięta.
-Nie można zapomnieć lekcji, które uczyniły go... zajebistym.
-Nie zapomniał. Jeździ na intuicję. Po prostu miał wypadek.
-Dobra… nie zalewaj. Nigdy nic nam nie powiedział.
-Bo tylko ja i Tomek o tym wiemy. Wiesz już, dlaczego ta cała akcja z wyścigiem z Porsche 944 się na nim tak odbiła. Sam to przeżył.
-… Gówno prawda. – Zwątpił.
-Parę ładnych lat temu miał okazję startować w niemieckiej Formule 3. Krótko, ale szło mu nieźle. W swoim drugim wyścigu miał podium. Dwa wyścigi później ktoś go zepchnął z toru i wpadł w barierę z opon przy stu trzydziestu na godzinę. Kiedy go transportowali do helikoptera, to jeszcze coś kojarzył. Nawet chciał wrócić do padoku i kłócić się z sędziami, lecz chwilę później zemdlał. W szpitalu okazało się, że lewy wahacz pękł pod wpływem siły uderzenia i koło wystrzeliło prosto w jego głowę. Uszkodziło mu to jakiś tam płat w mózgu, przez co stracił pamięć na pół roku.
-Zalewasz? – Upuścił klucz, który odbił się od betonowej podłogi z głośnym jazgotem.
-Nie. Potem dopiero przypomniał sobie swoje dzieciństwo… w zasadzie te najbardziej kluczowe wydarzenia ze swojego życia. Takie, które odbiły największe echo na jego psychice. Od tamtej pory miewa problemy ze snem. Nie pomogły problemy z rodzicami. Nie zaśnie, dopóki nie poczuje tego samego, co w dniu wypadku. Rządzy prędkości. Ponoć pokiełbasiły mu się pewne fakty i sam wielu rzeczy nie rozumie… bądź pamięta, tylko inaczej.
-Skąd to wszystko wiesz?
-Zaobserwowałem to u niego… i połączyłem fakty.
Po wszystkim wyjął paczkę papierosów, mając chęć melancholijnego zaciągnięcia się.
-Hola… chyba nie zacząłeś palić?
-Znalazłem je w schowku. – Odparł niewinnie.
Kacper machnął ubrudzoną od oleju szmatką i przewrócił oczami. – Przynajmniej dobrze się to wszystko skończyło, dla obu stron.
-Jesteśmy za młodzi, żeby się pakować w poważne rzeczy, prawda? – Uśmiechnął się.
-Odezwał się ten, co zainwestował w gruzidło.
-Gruzidło?! – Wyskoczył.
-Ty lepiej mi powiedz, co z tym Civiciem zrobimy.
-No… dopóki nie będę mieć części do Preludy, to jestem skazany na hejt.
-Skąd masz tego Civica? – Odezwał się zdezorientowany głos za nimi.
Odwrócili się i ujrzeli Nikodema oraz jego Toyotę, na której dopiero osiadał kurz z gwałtownego parkowania.
-Jest i nasza gwiazda autostrady. – Kacper wskazał na niego kluczem francuskim. – Nagranie z tego całego pościgu robi się całkiem popularne na grupkach motoryzacyjnych.
-Jakie znowu nagranie?
-NJBB nagrywało cały wyścig. Nagrali też moment, w którym przeciskasz się pod naczepą TIR-a.
-Ojciec mnie zabije… - Złapał się za głowę. – Przecież to nawet do końca nie jest moje auto.
Radosław i Kacper ze zdziwienia spojrzeli na siebie. – Jak to?
-To wy nie wiecie? To auto mojego wujka, do jasnej cholery. Powinienem jeździć swoim Subaru.
-Nie, nie zabije. Prędzej ja to zrobię. – Wtrącił się Radosław.
-… Dlaczego?
-Zmieniłeś nazwę naszego teamu, bez naszej wiedzy.
-Zmieniłem?
-Shitbox Racing to chyba niezbyt poważna nazwa.
-Shitbox Racing? – Zaczął się śmiać. – No nie wiem, ale nie brzmi przynajmniej, jak grupka ludzi, którzy kopiują styl dalekiego wschodu.
-Nie mogłeś niczego lepszego wymyślić?
-Kiedy to nie ja.
Kacper, pogwizdując, zaczął się wycofywać.
-Ty kur… Zabawnie!
-Czy wszystko wraca do początku? Radosław znowu jest lekkomyślnym dzbanem, a Nikodem debilem? – Stwierdzał Kacper.
-Zaraz debil…
Tymczasem, parę metrów od wejścia do garażu, dwóch mężczyzn, siedząc w czarnym BMW E46, popularnej serii Trzeciej, obserwowało proceder, jaki zachodził w środku. Wkrótce potem po ich prawicy pojawiła się pomarańczowa Toyota GT86, której kierowca zgrabnie wysiadł ze swojego samochodu i zmierzył obu wzrokiem, gestykulując dłonią, żeby odjechali stąd najszybciej, jak to możliwe.

Nikodem zanurzył głowę w głąb parku miejskiego, pokrytego w spokojnych, przypominających wodę w akwarium promieniach światła. Szedł tak, jak mówiła mu intuicja. Już mniej oficjalnie, bez krawata, który przyprawiał go o duszności. Nigdy ich nie lubił i nigdy ich nie zakładał. Przyszedł w nim tylko na komers pod koniec gimnazjum, do tego czerwonym, chcąc się upodobnić do bohatera popularnych gier komputerowych. Ten był czarno-niebieski, w poprzeczne, ułożone pod kątem paski. Bardzo konserwatywny. Pasował do jasno-niebieskiej koszuli, która zdążyła przykleić się do jego ciała. Czym prędzej schował się na ścieżce w japońskim stylu, gdzie drzewa, według wizji dewelopera, zostały zasadzone zgodnie z japońskimi tradycjami, w odpowiednich kierunkach świata. Wszystko musiało być idealne, kamyk do kamyczka, kwiat do kwiatu. Wręcz mógł poczuć zapach tokijskiego kadzidła, unoszącego się na szarym dymku z pięknego, ceramicznego naczynia, ozdobionego w wyżłobionych wzorach kwiatów. Starania dewelopera doceniła też Diana, która czekała na ławeczce, siedząc na części pokrytej słońcem. Korzystała z niego, nadrabiając zaległości spod pochmurnego, Angielskiego nieba. Kiedy tylko zobaczyła zbliżającego się Nikodema, wstała na równe nogi i natychmiast do niego podeszła.
-Cześć, słodka. – Przywitał ją, angażując każdą, pozostałą przy życiu pozytywną komórkę.
-Cześć, kretynie. – Odparła, stając na palcach i przytulając go. Przez ułamek sekundy Nikodem mógł poczuć lekkie drgania na jej policzku. Wysiłek stania na palcach nie był aż tak duży, żeby mógł do tego doprowadzić. Był śpiący, zmęczony i podwójnie wrażliwy na bodźce, ale jeszcze nie był ogłupiony. Diana odsunęła się od niego i nie posłała mu ponętnego spojrzenia. Spuściła wzrok i wystawiła do niego rękę. Nikodem się zawahał, lecz w końcu poszli na spacer.
-Obciąłeś się. – Zauważyła. – Już nie wyglądasz jak gwiazda progresywnego rocka.
-To chyba zasługa mojego stroju. Nie wyglądam jak wymięty, nastoletni menel.
-Jakbyś wpuścił ją w spodnie, to byłbyś podobny do Nathana Drake’a. – Przytoczyła postać z serii gier Uncharted. – Grałam nią całe dnie i strasznie się utożsamiłam.
-Próbujesz mi schlebiać. Ja to widzę… albo i słyszę.
-Co mi więcej pozostało? – Jej głos znowu się zmienił. Jakby był zachrypnięty. W końcu porządnie pociągnęła nosem, jakby przez cały czas się od tego powstrzymywała, nie mogąc już przestać. W głowie Nikodema zapaliła się czerwona lampka. Było bardzo niedobrze. Jeszcze nie źle, ale niedobrze.
-Jakieś osiemdziesiąt lat życia. Z czego pewnie każdy rok rozciągnie się do granic możliwości.
Nie zareagowała na te słowa.
-Dowiedziałem się czegoś od Kacpra.
-Czego takiego?
-Tomek się zaczął wybudzać ze śpiączki.
Diana jakby podskoczyła, spoglądając na niego z rozszerzonymi oczyma. – Na… naprawdę? Po miesiącu? Rokowania nie były złe?
-Tak naprawdę jego stan cały czas był stabilny, ale i tak, nie najlepszy. Wszystko stopniowo się polepszało, aż w końcu ponoć się odezwał. Wydaje odgłosy, wypowiada pojedyncze słowa, rozpoznaje niektóre twarze… jest w szoku.
-Z pewnością…
-Chcieliśmy do niego jechać, ale osoby postronne mają zakaz zbliżania się, przynajmniej teraz. – Przycichł nieco. – Bardzo mnie to irytuje…
-To na pewno. Nie lubisz, kiedy ktoś Ci wchodzi w drogę. – Odparła, podłamanym głosem.
-Wszystko w porządku?
-Tak. – Skłamała.
Nikodem przystanął. Diana spojrzała na niego pustym wzrokiem.
-Co jak co, ale Ty nie potrafisz kłamać.
Diana zrozumiała, że właśnie wpadała we własne sidła. Przecież przed chwilą mu powiedziała, że nie lubi, kiedy coś staje mu na drodze. Teraz jej głupota była tą przeszkodą.
W punkt. Nigdy nie potrafiła. Zawsze tylko zbijała z tropu. Próby kłamstw kończyły się sromotną porażką. Wtedy, kiedy chciała wykraść się z domu w środku nocy, pod pretekstem poszukiwań zaginionego pieska przyjaciółki, kiedy tak naprawdę cała jej paczka czekała ulicę dalej, chcąc sobie urządzić nocny spacer. Dostało się jej, tak jak można tego oczekiwać od ojca, który pół życia spędził pod wykrzykującymi na niego gardłami, a drugie pół, krzycząc na innych. Jakby pod wpływem chwili, wzięła go za drugą rękę i stanęła naprzeciw, w końcu spoglądając mu w oczy. Nikodem spojrzał na nią pytająco.
-Ojciec znów się przenosi.

Chwilę później próbowała go powstrzymać z całych sił. Łapała go za ramię, kołnierz od koszuli, pasek od spodni. Krzyczała na niego, czego nigdy nie robiła. Nawet błagania przez łzy nie pomagały. Kazał jej wsiadać do samochodu i się uspokoić. Miała inny wybór? Determinacja Nikodema doprowadziła do tego, że był gotów na konfrontację z jej ojcem, żandarmem wojskowym. Widziała to w jego oczach, słyszała to w jego głosie. Przejechali szybko przez miasto, ominęli zakorkowane arterie i w zastraszająco szybkim tempie dojechali pod jej dom, wybudowany zaledwie kilka lat wcześniej. Nikodem zaparkował niechlujnie Toyotę, nie zamknął drzwi na klucz i obszedł samochód, żeby otworzyć je Dianie. Ta, jeszcze nawet w tym momencie miała nadzieję, że uda się jej go powstrzymać, lecz on, zaślepiony niesprawiedliwością losu, skierował się do furtki. Dalej był już tylko plac i drzwi frontowe. Diana zamarła.

Słyszała jego podniosły i zbuntowany ton przez grube drzwi. Chciała wejść, lecz się bała. Bała się, że Nikodem zrobi coś głupiego, kiedy tylko ją zobaczy. Bała się ojca, który, mimo że ten chłopak uratował jej córkę, pozostanie wierny intuicji i każe mu spierdalać, jeżeli nie potrafi okazać szacunku wojskowemu. Minuty jednak mijały, a ton przycichał. W końcu zrobiło się niepokojąco głucho. Po części cieszyła się, że jeszcze nie otworzył drzwi jego głową. Po części jednak rozmowa mogła przejść na złe tory. Stała pod drzwiami i czekała. Lata, o których mówił Nikodem, zamieniły się na minuty, które przeciągały się do granic możliwości. Chciała tam wejść, nakrzyczeć na obu i się rozpłakać. Chciała, żeby po prostu wszyscy się pogodzili. Nie tylko ze sobą, ale i z losem, który jak zwykle płatał figle. Nieoczekiwanie, drzwi się otworzyły. Najpierw wyszedł jej ojciec, lekko zmieszany. Miał już wypuścić Nikodema, jednak w ostatniej chwili gestem dłoni kazał mu poczekać. Zamknął drzwi delikatnym ruchem ręki i objął Dianę swoim ramieniem.
-Trochę mam teraz lepszy pogląd na  całą sytuację.
Diana nie odpowiadała. Milczenie było dostateczną odpowiedzią, Brzmiało jak „wiem”.
-Kiedy sam byłem młody, moja matka mi powtarzała, że wojsko to zły pomysł. Nie będę widzieć rodziny przez większość miesięcy w roku. W końcu zacznę za nią tęsknić i nie skupię się dostatecznie na swoich obowiązkach. Po części miała trochę racji.
Diana nadal milczała. Z jej ust uchodziło tylko ciche szlochanie.
-Twoją mamę poznałem, kiedy wracałem z placówki w Niemczech. To zabawne, że wojskowy zakochał się w stewardessie, ale i po części piękne, nie uważasz?
-Tak, tato.
-Faktycznie. Wagę słów matki zrozumiałem dopiero wtedy. Nie tęsknisz do końca za kimś, kogo widywałeś codziennie, kiedy wstawałeś z łóżka. Tęsknisz dopiero za osobą, od której poczułeś chęci do życia. Za kimś, z kim możesz je spędzić. Starałem się do niej wracać jak najczęściej jak to tylko możliwe. W końcu zacząłem ją zabierać ze sobą. Ożeniliśmy się, wychowaliśmy wspaniałą córkę… Ten twój Nikodem mi uświadomił, że to właśnie ja powinienem się postawić na miejscu mojej matki.
-Co teraz zrobisz?
Nikodem nasłuchiwał zza drzwi ich rozmowy, lecz nie mógł nic usłyszeć. Oparł się o ścianę i po prostu czekał.

Weszli we dwoje do ogrodu, w którym panowała świątynia jej matki. Lata niespełnionych ambicji, przeglądania katalogów biur podróży i spędzania czasu w najróżniejszych zakątkach świata sprawiły, że musiała gdzieś dać upust swoim fantazjom o świecie idealnym. Ogród, który wyglądał jak wyjęty wprost z Tolkienowskiej powieści, stanowił oderwany od reszty w świat, w którym się zatracała. Coś, czym dla Nikodema były górskie drogi.
-Ojciec mi wszystko wyjaśnił. – Zawahała się. – Tata… mi wszystko wyjaśnił.
Nikodem oparł się o kwitnącą wiśnię, z której majestatycznie spadały różowe listki. Tworząc pod nimi majestatyczne kręgi.
-Będę większość czasu spędzać na Węgrzech, żeby nie stracić z nim kontaktu. Rodzina jednak… rodzina jest cholernie ważna. Unikanie jej, brak kontaktu, cokolwiek… jest przygnębiające.
Rozumiał, o co jej chodzi. Sam przecież stracił matkę.
-Matka z kolei… mama się pogodziła z tym, jak wygląda nasze życie. Kocha mnie i tatę. Kocha bardziej niż kiedykolwiek. Będzie nas odwiedzać, aż sami nie przyjedziemy do Polski na jakiś czas. – Spojrzała mu w oczy. – Chcę, żebyś wiedział, że nie będzie…
-Nie będzie… czego?
-Nie będzie tak źle. Nadal będziemy przecież utrzymywać kontakt… heh. – Zawahała się. Który to już raz. - Pewnie, kiedy przyjadę, pierwszą rzeczą, jaką zrobię, to pobiegnę do twojego domu w moich starych trampkach i wskoczę Ci w ramiona.
Nikodem się roześmiał, wyobrażając sobie tę scenę. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że to nie koniec jej wywodów.
-Ale jednak… związki na odległość są trudne. Oboje dobrze o tym wiemy.
-Chyba nawet wiem, co masz na myśli. Wiem, co chcesz mi powiedzieć.
-Jeżeli tylko nie damy rady… jeżeli znajdzie się ktoś lepszy… - Znowu umilkła.
Jemu też się nie śpieszyło do odpowiedzi.
Pod wpływem napięcia, jakie między nimi panowało, mocno się przytulili, osunęli po pniu drzewa na świeżo skoszony trawnik i spoczęli w chłodnym cieniu, z dala od falujących promieni światła.
-Złamane serce to złamana obietnica, a ja tego nie zrobię. – Wyszeptała.
Nikodem zrozumiał podwójne znaczenie jej słów.

Wrócił do siebie całkiem szybko, z różnych powodów. Najpoważniejszym był ten, że potrzebował chwili spokoju. Długiej chwili. Przyswoić sobie, że w każdej chwili może znów zostać samotnikiem. Pogodzić się z tym, przespać. Sen to jest to – Myślał. Miał z nim problemy od lat, jeszcze ani razu nie było tygodnia, w którym nie zaliczyłby dwóch lub trzech nieprzespanych nocy. Postanowił, że nie będzie się dusić w czterech ścianach. Mieli całkiem przyzwoity ogród, z ogromną ilością drzew. Chciał w takiej atmosferze pozostać, błogiej zieleni, śpiewających ptaków i delikatnego wiatru, który muskał liście nad jego głową. Po drugiej stronie działki, na której mieli postawiony dom, znajdował się wjazd dla TIR-ów z niewielkim placem, zdolnym pomieścić dwa, lub trzy samochody z przyczepami. Wjazd ten od lat był zarośnięty gęstymi chaszczami, które skutecznie pokryły niegdyś wyjeżdżony kawałek polnej drogi, poprzedzający betonowy plac i starą, popękaną ulicę za nim. Tym razem jednak wszystko zostało wykoszone, a brama wjazdowa znów była otwarta. Nieco zardzewiała, jak zauważył, ale nadal sprawna. Pod jego nieobecność ktoś musiał przyjechać i to wszystko posprzątać. Od razu pomyślał o ojcu, który na dniach miał wrócić do domu. Nie zdziwiłby się, gdyby zrobił to w ciężarówce. Razem ze swoim bratem, w drugiej. Przeszedł między żywopłotami i położył się na hamaku, żeby zapaść w letni sen. Śnił mu się stół, wokół którego gromadziły się wszystkie osoby, z jakimi miał dotychczas do czynienia. Najbliżej niego siedzieli przyjaciele. Dalej byli regularni przeciwnicy, członkowie innych zespołów. Na samym końcu siedziały osoby, które w jakiś sposób zawiniły, podpadając mu.
O dziwo, po jego prawicy, jedno krzesło było wolne. Nie chodziło o Tomka, bo on sam był po jego lewej.
Brakujący element, który szybko wprowadził zamieszanie w pozornie zachowanym porządku. Nikodem zaczął się pocić, kręcić głową, gwałtownie wierzgać rękoma. Ta pusta przestrzeń wprawiła go w niepokojący nastrój, jakby mózg o kimś pamiętał, lecz nie chciał, żeby Nikodem o tym wiedział. Brakujący element wielkiego, skomplikowanego mechanizmu, który mógł go wykoleić z torów, które już przecież prowadziły w dobrym kierunku. W tej samej chwili stół zniknął, a krzesło, na którym siedział, podobnie jak i to bez właściciela, zamieniły się w coś na wzór torped, w których było miejsce dla człowieka. Coś na wzór samochodu Formuły jeden, tylko bez kół i elementów zawieszenia. Obie torpedy pędziły prosto na ogromną ścianę, której nie sposób było uniknąć. Tylko sekundy dzieliły je od uderzenia, które z pewnością go zabije. W końcu zamachnął się tak mocno, że hamak nie mógł go już dłużej podtrzymywać, wywracając go na ziemię.
Tymczasem, kilka domów dalej, przy krawężniku stało czarne BMW E46, popularnej serii Trzy. Dwóch mężczyzn w środku zgodnie pokiwało głowami i powoli odjechało, przyglądając się jeszcze domostwu Nikodema.

-A Ty idziesz tutaj. – Włożył ostatnią teczkę do segregatora, w drzwiach swojego biurka. Odprężył się i rozciągnął ramiona, ziewając głośno. Minęło kilka dni, podczas których bardzo dobrze podsumował sobie swój ostatni czas.
-Możesz już zejść?! Kolacja wystygnie! – Odezwał się lekki, kobiecy głos na dole. Diana spędziła godzinę, na przygotowywaniu jedzenia dla obojga.
-Tak, idę! – Odparł. Wstał od biurka, czując zdrętwiały ból w swoich nogach. Nie był przyzwyczajony do tak długiego siedzenia, bez wykonywania żadnych innych czynności. – A wszystkie moje wspomnienia powoli układają się w całość… - Powiedział do siebie. Odwrócił się i spojrzał na górę szafy, gdzie leżał zakurzony kask Ayrtona Senny. – Nosiłem go, kiedy się ścigałem… podobno. – Podszedł do półki na książki, gdzie roiło się od literatury Jeremyego Clarksona, różnej maści kryminałów i książek o samochodach. Między nimi znalazł swój stary pamiętnik, w którym kompletował wszystkie swoje wspomnienia. Nienagannym ruchem wyjął go, nawet nie naruszając struktury reszty książek i otarł z kurzu twardą, grubą oprawkę. Pierwsze co się z niego wysunęło, to zdjęcie datowane na rok dwa tysiące dziewiąty. On, mając ledwo dziesięć, lub dziewięć lat, stał obok swojego Superkarta z wielkim pucharem w dłoniach i dumnym ojcem. Obok niego stał jego rówieśnik, w fioletowym kombinezonie, wyróżniającym się z tłumu. – Tata mówił, że to był mój przyjaciel. Wątpię w to… - Drugie zdjęcie było datowane na dwa tysiące piętnasty. On, Radosław, Tomek i Kacper, stojący przy swoich motocyklach i czekający na kogoś, kto miał dopiero przyjechać. Kogoś bardzo, wręcz niewyobrażalnie szybkiego. Zdjęcie robiła jego była dziewczyna… lub bardziej zauroczenie. – Hmph… słodkie. – Parsknął. Z końca pamiętnika wysunęło się malutkie zdjęcie, na którym można było zauważyć kawałek podniszczonej karoserii.
Nikodem doskonale wiedział, co to jest.
-Ugh… nie. Nie teraz. – Zrezygnował z oglądania. Odłożył wszystko na swoje miejsce.
-Nikodem!
-Ah… holender! – Zbiegł ze schodów i wylądował w salonie, gdzie Diana kombinowała coś przy telewizorze.
-Możesz wziąć talerze z blatu?
-Tak… jasne… radzisz sobie?
Ekran telewizora rozświetlił się w czarno-granatowych kolorach, prezentując napis producenta japońskich konsol do gier.
-Co to za antyk?
-To? – Spojrzała na czarną, cienką obudowę. – To czarnulka.
-Ah… no tak. – Poklepał się po głowie w ironicznym stylu.
Wtedy sobie o czymś przypomniał, kiedy zaczęła grać melodia jednej ze starych gier z kolekcji Diany. Nikodem pośpiesznie wygrzebał ze swoich kieszeni pomięty liścik, który został mu wręczony dzień wcześniej.
-„Nocą, 25 Sierpnia rozpoczniemy ostatni etap naszego wyzwania, odbywającego się na Podbeskidzkich przełęczach. Wyścigi od rana do wieczora na przełęczy Kocierskiej, poprzedzane wyzwaniami typu Time Attack. Prosimy się o wstawienie w wymienionym wyżej dniu, wraz z numerem startowym, w zastępstwie za nieobecnego zawodnika.”. - Położył spokojnie list na blacie i głęboko odetchnął, rozciągając szyję. Spojrzał na swoje dłonie z lekkim niedowierzaniem, jakby właśnie coś zostało mu wręczone.
-Coś… coś czuję. – Zamrugał gwałtownie swoimi oczyma. – „Podpisano: Marcin Warisella, prezes stowarzyszenia „Mysterious Ways””. – Przeczytał. – Moment… cała ta akcja z Cruisi’n PL, to jedno wielkie poszukiwanie kierowców?! – Odepchnął się, czując dopływ adrenaliny w żyłach. – Wszystkie te wyścigi, wszystkie wyzwania… były testami? Ale… ale przecież to ten gościu z Lotusa mi to wręczył. On…
-„Dawno się nie widzieliśmy” „Wiesz… czasami nie śpię po nocach, bo coś za mną chodzi”
-Halo? – Pstryknęła mu palcami przed nosem. – Mieliśmy grać w Jak And Daxter… miałeś talerzyki przynieść, głupku.
-Jak And… co?
-Nie grałeś nigdy w te gry? – Zdziwiła się.
-No… grałem w gry, ale…
-Ojezus, chodź. – Pociągnęła go za rękę i wskoczyła na kanapę. On jakoś poradził sobie z talerzami i rozlatującymi się hamburgerami, które udało się Dianie przygotować. – Nie miałeś dzieciństwa, jeżeli w to nie grałeś.
-Dzieciństwo miałem! Przecież Gran Turismo to też gra.
-Gran Turismo? – Podniosła wzrok, rozbawiona. – Za szybko dorosłeś.
-A Ty niby nie?
-Mam Ci opowiedzieć tę historię, jak się zetknęłam z tą grą?
-Yeah… - Zamyślił się, kiedy faktycznie zaczęła o tym opowiadać, jak spędziła cały wieczór na urodzinach, siedząc przed starym telewizorem. Spojrzał na zdjęcie na ścianie, przedstawiające krętą, falującą drogę, wijącą się aż po samo dno doliny. Nawet nie zdjęcie, a idealnie namalowany farbami olejnymi obraz, wyjęty spod ręki mistrza.
-Halo? Słuchasz mnie?
-Ta… tak!
-Więc o czym mówiłam?
-Ugh… - Szukał szybkiego rozwiązania. – O… graniu w Anglii?
-Tak. – Podniosła ironicznie brwi. – Tak jakby.
-Ale nie gadaj, byłem blisko.
-Leciutko…
-Bardzo!
-Coś Cię gryzie.
-Nie… nie, skąd.
Diana oparła się ze zrezygnowania o poduszki. – Powinieneś jechać.
-Ale nie chcę. Nie jest mi to potrzebne. – Odpowiedział, łapczywie akcentując swoje słowa, jakby chciał zataić prawdę. – Osiągnąłem cel… stłukłem tyłki tym, którzy podnieśli dłonie na moich przyjaciół. End of Topic.
-Ale oboje wiemy, że to nie koniec.
-Dlaczego? Wszystko jest w porządku… jemy sobie… kotlety w bułce.
-Brakuje Ci tego.
Nikodem westchnął, faktycznie przyznając jej rację. – Po prostu… chciałem, żeby to… inaczej sobie to wyobrażałem. Mogę być kimś na kształt menadżera… Kacper i Radosław bardzo dobrze sobie radzą.
-Dobrze wiesz, że tak nie jest.
-Naprawili… jeden z nich już jeździ.
-Być może jest jeszcze dla Ciebie szansa. Tyle dróg na Ciebie czeka… tyle historii.
-I tyle nieodkrytych wspomnień… - Wyszeptał.
-Wiesz co? Przejedź się, chociaż… dobrze Ci to zrobi.
Spojrzał na talerze i na telewizor. - … A granie?
Objęła go w swoich ramionach. – Mamy dużo czasu… A czy Ty masz łaskotki?
-Nie… Ni… zostaw!