"Słodkie słówka"

Sygnał przedostał się przez modem do światłowodu. Potem już tylko do najbliższego nadajnika, błyskawiczne
sprawdzenie danych, zaaplikowanie informacji, linijek kodu, złożonego z nieskończonych kombinacji liter, liczb
i innych znaków. Sygnał trafia do centrali, zostaje zaakceptowany i zapisany w bazie danych. Nadano mu
pełnoprawne dane i wygląd, po czym wysłano sygnał zwrotny. Najbliższy nadajnik, światłowód, modem,
komputer.
Pod koniec lipca, kilka dni po drugiej nocy wyścigów, Mysterious Ways założyło stronę „Cruis’n PL”. Marcin
skopiował tekst z WordPada i wkleił w puste pole na stronie, po czym kliknął enter. „Opublikowano!”
wyskoczyło radosne powiadomienie.
Odsunął się od biurka, rozciągnął, nastawił palce i odprężył, cytując swoje słowa w głowie.

"W koalicji z wieloma grupami, zrzeszeniami i osobistościami motoryzacyjnymi z całego Podbeskidzia i
różnych fragmentów Polski, została założona strona „Cruis’n PL”. Naszym celem jest stałe informowanie na
temat wydarzeń motoryzacyjnych na terenie Podbeskidzia i okolic, z wyraźnym wypunktowaniem dat,
wyników pojedynków, podaniem garaży i teamów biorących udział. Dokładne informacje na temat nadchodzących wydarzeń podajemy tylko przez
prywatną korespondencję.
Obecna lista startowa na zaplanowaną noc wyścigów w przyszłym tygodniu:
-Team Autogun z Kocierzy
-Liga Białego Krzyża 2 z Salmopolu
-Mysterious Ways z Przełęczy Kubalonka
-NJBB z Bielska-Białej
-MAW Team z Górskiej
-Very Good Racing Garage – S1/Salmopol
Poniżej zamieszczamy skrót ostatniego pojedynku…"

Mężczyzna, który czytał ten wpis, miał może dwadzieścia lat. Uśmiechnął się niezbyt przyjaźnie, kiedy w jego
żyłach zaczęło krążyć podniecenie. Serce zabiło szybciej, czytając ostatnie słowa. „Ridge Chaser – Mistrz z
silnikiem na środku”.
Domyślał się, kto może nim być. Opis samochodu, stylu jazdy, techniki, wszystko się mniej więcej zgadzało.
Zmieniły się tylko czasy i ludzie.
Zgasił światło w swoim i tak już skąpanym w mroku pokoju, zszedł ze schodów na parter. Przeszedł przez
metalowe drzwi, czując powiew zimnego powietrza na twarzy i wstąpił na betonową posadzkę.
Pod plandeką czekało na niego istne dzieło sztuki. Kwintesencja prostej, jednocześnie wyrafinowanej i
piekielnie skutecznej inżynierii.
Nawet nie zauważył, kiedy w dłoni trzymał już kluczyki. Ciało zostało obsypane ciarkami, które z sekundy na
sekundę nasilały się coraz bardziej. Kątem oka zauważył rękawice wyścigowe i fioletowy kask. Kask? –
Myślał. – Kask mi się nie przyda… nie dzisiaj, nie jutro.
To inne wyścigi.

Ciszę przerwało wycie, trzaskanie i jazgoczecie, które przecięło wstęgę drzew wzdłuż i wszerz. Pisk rozerwał
bębenki słuchowe, tnąc harmonię i spokój lasu na pół, niczym rozgrzany do czerwoności nóż. Precyzyjne
narzędzie mordu poszatkowało ład i porządek, rozrzucając szczątki w wir niekontrolowanego chaosu i
agonalnych wręcz błagań o litość, kiedy szczęk metalu obudził do życia pierwotne instynkty. Iskry się
posypały, rozrzucając zimny napalm we wszystkie strony. Światło odbiło się od oczu jelenia, który wtargnął
na drogę w nieodpowiednim miejscu i czasie. Hamulec, kontra w lewo i uderzenie w przeciwnika. Biała
Lancia Delta Integrale zderzyła się z nowym kotem w mieście, niebieskim Jaguarem F-Type. Tylko cud
uratował ich obu przed nieuchronnym spotkaniem z matką naturą… cud lub zwykłe szczęście. Błyskawiczna,
wręcz gwałtowna redukcja biegów w Delcie, potężne, pierwotne ognie z wydechu i gaz z powrotem w
podłodze wystrzeliły czteronapędowego potwora do przodu. Jaguar był samochodem nowszym o trzydzieści
lat, robiąc wszystko szybciej i sprawniej, niczym wyszkolony przez lata karateka, w przeciwieństwie do
weterana boksu. Tsach! – Turbina Delty zassała kolejną dawkę powietrza.
<SFX: Joe Satriani: Summer Song>
W niezwykłym, jednocześnie agonalnym i idealnie zaplanowanym pędem nadanym przez turbosprężarkę,
powietrze wpadło do cylindra. Potem już było tylko ciekawiej, kiedy zrobiło się ciasno i gorąco. Plątanina
poskręcanej miedzi i finezyjnie powyginanego aluminium w idealnym zgraniu ze sobą wytworzyła potężny,
błękitny ogień, który niczym lew, popchnął tłok, który niczym lew w pułapce, znalazł się w dolnej części
cylindra. Kłusownik, zwany zaworem wydechowym wykonał rozkaz swojego przełożonego. – Otwierać! –
Polecenie wykonane bezbłędnie. Błękitny, fantastyczny ogień był już historią, kiedy musiał ustąpić swojemu
następcy. Spaliny przedostały się do wydechu, z którego wystrzeliły ogniem, niczym komety, wchodzące w
atmosferę. Delta wypadła z pagórka, zaraz za nią Jaguar, lądując na czterech kołach i jadąc jeszcze szybciej,
jeszcze odważniej, dalej! Jag przesunął się na lewo, starając się wykorzystać przewagę technologiczną.
Samochody zrównały się, pędząc prostą w downhillu. Ich kierowcy spojrzeli na siebie, kiedy świat wokół
samochodów zwolnił na milisekundy. Za kierownicą Delty spoczywała twarz Nikodema, uśmiechającego się
w kącikach ust. Kierowca Jaguara, który wyglądał jak Radosław, również uśmiechnął się w podobny sposób.
Nikodem zaklaskał, zbliżając się do zakrętu odrobinę za szybko – Jazda!
Delta wpadła w zakręt w prawo bokiem, dzięki napędowi na wszystkie koła ślizgając się jak po szynach.
Jaguar powtórzył manewr Lancii, idąc blisko wewnętrznej krawędzi jezdni. Samochody wypadły z zakrętu w
kłębach dymu spalonej gumy i w jazgocie ich silników. Nagły zakręt w lewo, ta sama reakcja! Pędzili w dół
Salmopolu z niesamowitą, fantastyczną wręcz prędkością, co jakiś czas ocierając się o barierki… lecz to była
mała ofiara za to, o co walczyli. Minęli nadjeżdżającego z naprzeciwka starego Forda Focusa, prawie
urywając mu lusterko kierowcy. Następujące po sobie trzy zakręty pokonali w tandemie, stukając się swoimi
karoseriami i przepychając na zewnętrzne strony zakrętów. Słońce zaczęło przebijać się do wnętrz
samochodów, nieco ich oślepiając. Idąc znów łeb w łeb, dwa konie zetknęły się ze sobą, paląc w wyniku
kontaktu swoje opony. Wtedy za zakrętem pojawił się kolejny samochód, purpurowy GT-R33… jak gdyby
nigdy nic…
… Ale oni nie mogli już wyhamować.
Delta odbiła się od Jaguara i spotkała się z gorzką, zimną barierką, która z kolei posłała ją na drugą stronę
drogi, po drodze napotykając się na Jaguara.

-Skurwysynie! – Krzyknął Nikodem, rzucając padem w Radosława. – Nie gram z tobą więcej!
Radosław się roześmiał, spodziewając się takiej sytuacji. Salmopol był kolejną górską drogą, którą sobie obaj
wyimaginowali. Grali kolejny raz w Forze Horizon 3, pojedynkując się na dwóch konsolach. – Ale
to nie moja wina!
-Tyś mnie zaczął spychać na drugą stronę!
-Bo mnie blokowałeś!
-Chuja prawda! To Ty mnie taranowałeś od początku!
-To ten Skyline, mówię Ci!
-A spierdalaj! – Nikodem wstał z podłogi i kopnął go w tyłek. - Ustawione jak zwykle.
-Tak, tak, kupujesz mi piwo.
-Chciałbyś.
W kieszeni zawibrował telefon. Nikodem ochoczo go wyjął.
-Diana. – Przeczytał. Nikodem nie zdążył odpowiedzieć. Spojrzał na zdjęcie kontaktu, na uśmiechniętą dziewczynę w okularach
kujonkach, na… być może jego dziewczynę. Trzy nieodebrane połączenia w ciągu ostatnich czterech dni. - Kompletnie o niej zapomniałem... Goddamn. - Skwitował po angielsku. Spojrzał jeszcze raz na jej zdjęcie.
Poczuł dziwną satysfakcję w sercu.
-Radosław! – Krzyknął ktoś w głębi domu. Nie minął moment, a ten wybiegł już z pokoju na klatkę schodową.
-Tak?!
-Jadę do pracy. Nie wariuj! – Odparł stanowczym tonem jego ojciec, po czym wyszedł z domu.
-… Okej. – Odpowiedział jakby sam do siebie.
Nikodem przestał czuć satysfakcję, kiedy rzeczywistość znowu dała o sobie znać. Przygnębiony Radosław
wycofał się ze schodów, omijając go i jakby niechętnie gestykulując dłonią. – Nie pytaj.
-Co się dzieje?
-Ehh… - Oparł się dłonią o ścianę, żeby za chwilę się odwrócić. – Nawet nie wiesz, ile dni nie widziałem jego
twarzy z bliska. Cały czas jeździ do pracy i wraca późno… i nawet się mną nie interesuje. Nie zainteresował
się nawet Hondą, kiedy ją kupiłem! Czasami mam wrażenie, że w ogóle nie żyje w tym domu… matka to
samo. Zależy jej tylko na dobrej nauce. Wkurwia się, kiedy wracam późno do domu, albo kiedy jestem lekko pijany.
Nikodem poklepał go po plecach… bo co mógł innego zrobić? Radosław był jego najlepszym kumplem.
Mimo że jego sytuacja rodzinna była kompletnym przeciwieństwem tego, co w swoim domu przeżył Nikodem,
to doskonale go rozumiał.
Obaj byli jakby wyobcowani. Mniej lub bardziej.
-Nie umiem sobie z tym radzić czasami. Człowieku, gdyby nie te samochody, to już dawno bym zwariował. Czuje się jak w rodzinie zastępczej... chociaż jak może się czuć taka osoba?
-Nie myśl tak, dobrze wiesz, że ciężko pracują, żebyś w ogóle mógł godnie żyć.
-Chciałbym, żeby chociaż raz zobaczyli, czy w ogóle żyję...
-Żyjesz. Prędzej czy później będą musieli się zatrzymać i zdać sobie sprawę, że dorosłeś.
-My dalej mamy mentalność gówniarzy.
-Osiemnastka... to dziwny wiek.
-Taa... zdecydowanie.
-Jest wpół do jedenastej. Jeżeli zdążymy, to znajdziemy jeszcze zestaw śniadaniowy w Maku. Kupimy sobie
po kawie i pogadamy o pierdołach, nie?
-Ej… przecież Kacper sobie podobno samochód kupił! – Nagle zmienił temat, brzmiąc jak małe dziecko.

 


Pogoda była, lekko mówiąc, prażąca. Chodnik zalewały fale kolejnego, bezlitosnego ciepła, które sklejało skórę z ubraniami, gumę z asfaltem, wodę z powietrzem. Jednak dla tej dwójki atmosfera była dość zimna. Można powiedzieć, że niezwykle lodowata.
-Ale… co masz na myśli przez to, że jest nie tak? – Kacper zwrócił się do Klaudii, swojej dziewczyny. Stali w cieniu starych kamienic na południu Bielska, wyjaśniając sobie kilka rzeczy w drodze do pracy.
-Po prostu, czuję… czuję się źle.
-Źle?! Przez co…?
-Przez Ciebie, idioto! Jak możesz mówić, że nie wiesz, o co mi chodzi?!
Kacpra wmurowało. Stanął w miejscu, czując, że napięcie niebezpiecznie szybko wzrasta. – Ale co masz na myśli?
-Jezu, Jezu… Nie rozumiesz, że ja potrzebuje wrażeń?! Nie mogę cały czas żyć o kwiatkach, czekoladzie i romantyczności… chyba oszalałeś!
-Chyba nie masz się już do czego przyczepić, kobieto.
-Nudzisz mi się, czy to takie trudne do zrozumienia? Łazisz za mną cały czas, czuję przez Ciebie taką monotonię, że mam odruch wymiotny przed wychodzeniem z domu… a i tak do mnie przychodzisz! Czy Ty… czy Ty nie możesz być nieprzystępny chociaż raz?
-Troszczę się o Ciebie, to jest dla Ciebie złe? Mam Cię traktować jak zwykłą sukę?! Mamy być jak Seba i Karyna?
-Chce wolności, chce wrażeń i emocji! Ty mi niczego takiego nie dostarczasz, jedynie słodkie słówka i foszki, które według Ciebie, są pociągające. Wcale już nie zwracam na to uwagi, jedynie udaję… udawałam. – Podciągnęła torebkę na ramieniu i wstrzymała oddech. – To koniec, Kacprze.
-Zamierzasz mnie ot, tak zostawić? Jak starą szmatę? A co z prezentami… z tym wszystkim, co planowaliśmy, o czym marzyliśmy…?
-Dziecko jesteś. Nie możesz wszystkiego traktować poważnie.
Kacper wskutek braku oddechu oparł się o latarnię, tracąc władzę w kończynach. Kolory świata się ze sobą zlały. Jej długie nogi, wyeksponowane przez obcisłe legginsy uda, flanelowa koszula, okrągła twarz i włosy spięte w kok nagle straciły swój urok. Już nie były jego. Stał przed osobą, która w ułamkach sekund zaczęła go nienawidzić. Cały bagaż emocjonalny został na niego wylany niczym kubeł zimnej wody.
Nie takiego ochłodzenia się spodziewał w dzień tak gorący, jak ten.
Klaudia przestąpiła z nogi na nogę, trzymając prawą rękę na biodrze. Podniosła brew z lekkim politowaniem, wzdychając od samego widoku Kacpra. – Wybacz. – Dodała obojętnie. – Mam nadzieję, że szybko sobie kogoś znajdziesz. – Po czym zrobiła dwa kroki w tył i się odwróciła. Przyśpieszyła kroku i zniknęła za budynkiem.
A Kacper nadal stał oparty o latarnię.
Wtedy przyszedł sms. Normalnie, wszyscy do niego piszą na Messengerze, lub dzwonią. SMS-y dostaje tylko od nieznajomych lub kiedy dojdzie jakaś paczka.
Jakaś paczka? – Myślał. Nagle oprzytomniał. Świat znów stał się kolorowy, wręcz jaskrawy. - To nie paczka, to cała laweta!

-Huuuuh…? – Zdziwił się Nikodem razem z Radosławem.
<SFX: Masahiro Andoh: Like The Wind>
-No i co powiecie? – Pytał wyraźnie podekscytowany Kacper, poprawiając czapkę z daszkiem. – Fajny, nie?
-Co… - Zaciął się Nikodem. - … Ty tak poważnie? To Polonez!
-Co to za kolor?! – Dodał Radosław.
-Poprzedni właściciel nawet dorzucił mi puszkę, na wszelki wypadek! Sam go na to pomalował!
-Jezu, wygląda jak żółtko! – Śmiał się Nikodem.
Faktycznie, Polonez był cały pokryty jaskrawo żółtą farbą. W paru miejscach przenikał stary, ciemno-zielony lakier, przywodząc na myśl tylko fuszerkę.
-Pokaż tę puszkę. – Zwrócił się do Kacpra Radosław. Ten w podskokach przebiegł na tył samochodu, żeby z bagażnika wyjąć metalowy cylinder wielkości dwulitrowej butelki, który rzucił Radosławowi.
-Ile za niego dałeś? – Pytał dalej Nikodem.
-Za tego Caro… jakieś dwa i pół tysiąca. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Wiesz, że to ma silnik 1.4 16v?! Ten z Rovera?! Ma ponad sto koni! – Wydawać by się mogło, że zaraz zrobi salto w tył. – Jest piękny… jest cudowny! Słynny K-Series, którego w mocniejszych wersjach montowali nawet w pierwszych Lotusach Elise!
-Ale twoje Caro to nie Elise, tylko… Szerszeń. – Śmiał się Nikodem. – Na dodatek wygląda jak taksówka ze Zmienników, co to za kolor? Yellow Bahama? Safari Yellow? W ogóle mi tu nie pasują te zderzaki. – Przykucnął z tyłu, oglądając karoserię z innej perspektywy. – To nie jest Caro plus… albo jest.
-To jest plus, tylko ma części zamontowane z minusa, bo są ładniejsze. Wszystkie zderzaki, progi, klamki, bo te w plusie można o kant dupy rozbić. – Poklepał się po potylicy z zadowolenia. – Musiałem się pomęczyć z tablicą rejestracyjną z tyłu, ale już ładnie siedzi. Dużo elementów przejściowych tu jest. Mało tego, poprzedni właściciel dłubał coś pod maską…
-I? – Kontynuował Nik.
-Zamontował tutaj śmiesznie małą, ale sprawną turbinę z takim śmiesznym urządzeniem, które na chwilę może spowodować overboost, nadwyżkę mocy.
-Istny składak. – Uśmiechnął się.
-Ej… - Kacper poklepał go po ramieniu. – Ten facet powiedział Ci, skąd ten lakier wziął?
-No, ponoć to z palety Hondy… może tobie się przyda! – Zaczął się śmiać.
-Wątpię…
-Co, nie pasi?
-Nie… widzisz kod lakieru?
Nikodem nachylił się nad nimi.
-No… Y-49, co z nim?
Kacper spojrzał na niego z politowaniem. Przeniósł wzrok na Nikodema, który też nie wiedział, o co chodzi. Stłumił w sobie śmiech i odłożył cylinder na maskę samochodu. – A słyszeliście przekleństwie Y-49? Ponoć każda Honda, zwłaszcza każdy CRX, który był tym lakierem pomalowany, bardzo źle skończyła, bo farba została przeklęta w procesie produkcji. Co ciekawe… CRX-y z tym lakierem faktycznie często się rozbijały. – Wypowiedział to ze zbyt wymuszoną powagą, jakby oczekiwał uznania od swoich kolegów.
Nikodem i Kacper po kilku sekundach równocześnie parsknęli śmiechem, żeby zaraz roześmiać się na dobre.
-Śmiejcie się, sukinsyny. Jeszcze zobaczycie, że miałem rację.
-Nie ze mną za kierownicą. – Rzucił Kacper, ocierając gorzkie łzy. – Ja jestem niedzielnym kierowcą.
-I dlatego dzisiaj Nikodem zrobi Ci lekcję z jazdy niebezpiecznej, prawda?
-Co? – Zdziwił się. – Zrobię? Znowu planowaliście coś za moimi plecami?
-Oj no… daj spokój. Weźmiesz Dianę, a ja moją nową koleżankę… no i Kacpra dziewczynę.
Wtedy Kacpra uderzyła smutna rzeczywistość. Polonez w kolorze Yellow Bahama już nie poprawiał mu humoru tak, jak robił to pięć sekund wcześniej. Znowu zdał sobie sprawę, że od paru godzin był sam, tylko przez to, że nie lubił jeździć. Przeszedł między Nikodemem i Kacprem. Oparł się o maskę swojego samochodu i spuścił głowę w dół. – Ehh…
-Kacpi… co jest? – Nikodem próbował się czegoś dowiedzieć.
-Klaudia woli facetów z lepszymi samochodami. – Wyszeptał.
Cisza.
Radosław nerwowo spojrzał na ich obu. Wiedział, że się porozumiewają myślami.
-Blacharą się przejmujecie…?!
-Jeszcze będzie tego żałować. – Pocieszał go Nik.
-Tobie łatwo mówić, bo już kogoś masz…
-… Już kogoś mam? Cholera jasna! Miałem do niej jechać!
Nawet nie zdążyli na niego spojrzeć, a już siedział w Toyocie i zapinał pasy.
-A my… co teraz robimy? – Pytał dalej Radosław.
-No ja mam jeszcze robotę u dziadka. Wiesz, to wszystko jest jego, razem z tym szrotem za budynkiem.
-Tak sobie dorabiasz?
-I tak się uczę powoli wszystkiego. Jeden z pierwszych warsztatów w Bielsku, który specjalizował się w Japońskich samochodach, wiedziałeś o tym? Jak ktoś kupił starą Corollę w Pewexie, to mógł tu przyjechać i z nią zrobić.
-Stąd tutaj tyle gratów?
-Gratów? Poczekaj na tydzień roboczy, bo mamy masę zamówień z całkiem ciekawymi samochodami… a właśnie, nie szukacie jakiejś roboty?
-Pracujemy już w Stratosferze od prawie miesiąca… - Odparł z rozczarowaniem w głosie.
-Na pełny etat?
-No z tym bywa różnie, bo głównie jeździmy w weekendy, chyba że w tygodniu kogoś brakuje.
-No to trzeba było od razu!

Diana poprawiła swoje przetarte Superstary, które obcierały ją u pięt. Z poirytowania oraz z faktu, że była kilka metrów od furtki do swojego domu po prostu je zdjęła, przechodząc przez bramkę w samych skarpetkach. Przysięgła sobie, że o następne buty będzie dbać dużo bardziej, niż o swoje ukochane Adidasy. Przeklęła słowo ukochane, ponieważ i tak się jej już przestały podobać. Zamyślona zamknęła za sobą furtkę i przymknęła od słońca oczy, idąc na czuja do drzwi wejściowych. W tym momencie krzyknęła, podskakując na lewej nodze i wydzierając się na całe gardło.
-Cholerna róża! Mama! – Wykrzyczała, kiedy pod jej stopą znalazła się czerwona, dojrzała róża z naostrzonymi kolcami. Podniosła ją, chcąc ze złości złamać i wyrzucić, lecz po dłuższej chwili zmieniła zdanie. Przytknęła ją do swojego zgrabnego noska, delektując się intensywnym zapachem, jaki dawała. Wyobraziła sobie swoją mamę, która po pracy wkładała spodnie ogrodowe, słomiany kapelusz i flanelową koszulę, żeby w ciszy i spokoju uprawiać jedną ze swoich największych pasji, ogrodnictwo. Wybaczyła jej tę niespodziankę pod stopą… chociaż, była czemuś winna? Kto wchodzi boso na plac przed domem? Zaśmiała się ze swojej głupoty i postawiła kolejne dwa kroki.
Pod stopą znów znalazła się róża.
Tym razem ominęła kolczasty fragment, następując na kawałek łodygi. W Dianie zrodziły się podejrzenia, przecież mama nigdy nie rozsypywała róż, zwłaszcza w takim miejscu.
Po drodze do drzwi było jeszcze ich pięć, pod samymi drzwiami zdołała zauważyć coś dziwnego.
Szybko pozbierała pozostałe róże i podeszła do frontu domu, rozpoznając już dziwaczny kształt. Pełen bukiet róż z liścikiem w środku. Podniosła go, wyjmując złożoną, różową karteczkę papieru.
-Tęskniłaś? – Brzmiał na niej napis.
Diana przymknęła swoje usta, żeby powstrzymać niekontrolowany uśmiech. Wtedy zadzwonił jej telefon. Z głupoty rzuciła wszystkim i przeszukała swoją torebkę, wyjmując w końcu iPhona.
-Tak? – Odebrała.
-Mam nadzieję, że się nie pokaleczyłaś.
-To twoja sprawka, prawda? – Uśmiechnęła się szerzej.
-Nie wiem, może twojego chłopaka… jak mu było na imię?
-Daj spokój, nie mam żadnego chłopaka.
-To dziwne, że taka piękna dziewczyna błąka się bez towarzystwa po obcym mieście.
-Nic co ludzkie nie jest mi obce, frajerze.
-Wybaczysz mi ten czas, kiedy się nie odzywałem?
-Oj… no nie wiem, mój drogi. Tyle dni bez odzewu?
-Jest mi strasznie głupio z tego powodu. Nawet nie wiesz, co się działo…
-Musisz mi się wyspowiadać, kochany. Inaczej długo nie pogadamy…
-Tak? Co powiesz na przejażdżkę?
-Z tobą? Niedzielny kierowco?
-Nie jestem aż taki zły chyba. – Zaśmiał się. – Myślę, że się zmieścisz. Mój samochód jest troszkę mały.
-Czy Ty uważasz, że jestem za… - Nie dokończyła.
-Nie, skąd! Ile ma pani wzrostu?
-Co… Co? – Zaczęła się śmiać.
Pod bramkę podjechała czerwona Toyota MR-2 ze zdjętym dachem.
-Ty tak poważnie? Teraz?! – Śmiała się jeszcze głośniej.
-Szkoda dnia na planowanie. – Nikodem się rozłączył.

Toyota mknęła przez Kocierz drogą, na której wydarzyło się więcej rzeczy, niż Nikodem mógł sobie w ogóle wyobrazić. Szyby były opuszczone, oszklony dach zdjęty, w radiu Richard Ashcroft śpiewał „Bitter Sweet Symphony”. On jedną ręką trzymał drążek zmiany biegów, drugą miał opartą o drzwi, lekko trzymając kierownicę. Ona miała swoje gładkie,
zgrabne stopy oparte na desce rozdzielczej, wplątując palce lewej dłoni w prawą dłoń Nikodema. Jechali powoli, ruch był zero jedynkowy, a świat nie miał końca.
Diana spojrzała na niego, kiedy wiatr postawił mu do góry jego już i tak bujne, ciemne włosy. Bezwładnie oparła swoją głowę na zagłówku, obserwując, jak ze swoim lekkim uśmiechem skupia się na drodze, na tle rozmazanego krajobrazu.
Mogłaby tak jechać całą drogę do Portugalii, może nawet i jeszcze dalej. Nie wie, czy by wytrzymała bez zbliżenia się do niego.
Zjechali aż do Żywca, zatrzymując się nad Wilczym Jarem. Widok na Jezioro Żywieckie i tylko ich dwoje.
Pół godziny później Diana leżała w jego ramionach, wystawiając swoje nogi za okno i leżąc na całej szerokości samochodu. Nikodem zsunął się w swoim fotelu na tyle, jak bardzo mógł. Nie przeszkadzał mu kanciasty element deski rozdzielczej, który wbijał się w jego kolano, ani boląca kostka od pedału gazu, pod którym była. Było mu i tak aż za dobrze.
-Mogę się o coś zapytać? – Zwróciła się do niego.
-Jeszcze się pytasz o pozwolenie? – Uśmiechnął się.
-Ale będziesz szczery, prawda?
-Chyba nie mam lepszego wyboru.
-Ścigasz się?
-Tak.
-To… to dobrze.
Nikodem spojrzał w jej oczy. Dawno nie widział tak czystych, tak wyrazistych oczu. Okulary dodawały jej uroku, ale bez nich… wyglądała jeszcze lepiej. Lepiej, niż sam się spodziewał.
-Nie chcę, żeby coś Ci się stało złego.
-Panuję nad wszystkim, zaufaj mi.
-Nie wyglądasz na kogoś, kto by miał władzę nad swoim życiem.
-Po prostu… próbowałem sobie wmówić, że potrafię nie czuć satysfakcji z tego wszystkiego.
-To znaczy?
-Ojciec miał kiedyś wypadek, potem ja miałem wypadek i to mnie wpędziło w traumę… Ale chyba już z tego wychodzę.
-Bałeś się jeździć, prawda?
-Bałem się.
Diana przyłożyła dłoń do jego policzka, delikatnie masując jego skórę.
-Długo się zastanawiałem, czy to samochody we mnie powodują takie dziwne, musujące uczucie w brzuchu, czy to… sama jazda. Wychodzi na to, że jazda. Cierpię na zaburzony rytm snu. Mój organizm w jakiś sposób magazynuje dość energii, żeby co dwie noce nie musieć spać. Po prostu nie dam rady, nie zasnę. Muszę jakoś się jej pozbyć. Granie
nie pomagało, ćwiczenia też… został tylko samochód.
-I od tego się zaczęło?
-Mniej więcej tak. Już dawno chciałem uciec, a kłótnie moich rodziców były idealną iskrą.
-Nikodem, mówię poważnie, nie zrób sobie krzywdy. Nie ważne z kim i gdzie, ale masz być cały.
-Przecież nie zamierzam się rozbić.
Diana myślała, że znowu odpowiedział sarkastycznie, ale w jego głosie brzmiała dziwna powaga. Zdała sobie sprawę, że jest bardzo zdeterminowany w tym, co robi.
-Dlaczego teraz akurat?
-W imię Tomka.
-I kiedy to skończysz?
-Kiedy poczuję, że coś osiągnąłem.
-A skończysz?
Przeniósł wzrok na błękitne niebo, na którym malowały się ogromne, finezyjne kłęby chmur, przez które przedostawało się słońce. -Wydaje mi się... że na świecie jeszcze sporo na mnie czeka.
Diana przesunęła dłonią po jego szyi, zatrzymując się na sercu. – Ja też Ci mam coś do powiedzenia.
Nikodem znów na nią spojrzał zastanawiającym wzrokiem.
-Mam chore serce. – Powiedziała prosto z mostu.
Przez chwilę panowała cisza, którą przerwało przełknięcie śliny u Nikodema.
-Nie jest to bardzo poważne, ale muszę codziennie brać lekarstwo z nitrogliceryną. To choroba Wieńcowa, mam ją od urodzenia.
-Mam Cię teraz znienawidzić? – Odparł.
-Uznałam, że powinieneś o tym wiedzieć… jest jeszcze coś.
-Tak?
Nagle wstała, opierając się o kierownicę, spoczywając teraz bardziej na jego kolanach. Była prawie prosto do niego.
Podniosła swoje dłonie i włożyła we włosy. Po chwili zdjęła perukę.
Nikodem wstrzymał oddech, rozdziawiając wzrok.
Diana rzuciła ją na siedzenie obok, rozpuszczając swoje naturalne blond włosy. Długie i kręcone.
-Mój ojciec umarł, kiedy miałam półtora roku. Matce pomógł człowiek, który dzisiaj jest Żandarmem Wojskowym. Przez prawie całe życie jeździłam po Europie, to z Polski do Niemiec, to do Węgier, znowu do Polski, do Anglii… znowu do Polski. Wszystko zależało od przydziału mojego ojczyma, a matka wręcz paranoicznie się bała, że znowu straci męża.
Perukę zaczęłam nosić w pierwszej klasie gimnazjum, kiedy gang ze szkoły średniej się na mnie uwziął, że byłam córką wojskowego psa. Ojczym zrobił istną burzę, kiedy próbowali mnie zgwałcić. Pamiętam tę ilość policji, która była pod naszym ówczesnym domem, chyba dziesięć radiowozów, z czego drugie tyle ich szukało po całej okolicy, miastach
obok i nawet dalej. Natychmiastowo zmienili mi szkołę, a, że czułam się źle, zaczęłam udawać inną osobę.
Serce Nikodema nieco przyśpieszyło, kiedy fakty powoli zaczęły docierać do jego głowy.
-Boję się, że ojciec… ojczym, znów dostanie przydział w innym miejscu… lecz obiecał, że nie opuścimy Polski. Chcę tu zostać, na Podbeskidziu.
-Masz tu rodzinę, wiem o tym…
-Nie tylko rodzinę, ale życie. Chce żyć jak normalny człowiek.
-… i mam Cię teraz znienawidzić?
Diana nie mogła się powstrzymać od łez, które pojawiły się w jej oczach szybciej, niż uśmiech spełnienia na twarzy. Krople szybko pociekły po jej policzkach, razem ze stopniowym szlochaniem, które robiło się coraz gwałtowniejsze. Nikodem szybko objął ją w swoich ramionach, przytulając jej ciało tak mocno, że jego koszulka zrobiła się wilgotna od łez. Ona odpowiedziała tym samym, nie chcąc go puszczać.

Spędzili razem resztę dnia, zapominając o pozostałych planach. Zjeździli okolice, zahaczając nawet o granicę ze Słowacją. Przegonili kilka samochodów po górach, zrobili wielkie zakupy, zjedli najwięcej słodyczy w ich życiu… byli po prostu razem. On, który wyzbył się swojego strachu. Ona, która znów żyła swoją dawną sobą, o blond kręconych włosach. Podróżowali, aż zapadł zmrok. Zatrzymali się na szczycie Żaru, zasypiając przy akompaniamencie Porcelain od Moby'ego, w małej, starej, czerwonej, dzielnej... Toyocie MR-2.