"Wyścig na krawędzi"

O ile Zapora Tresna za dnia była elementarnym punktem wycieczek wszystkich turystów, przyjezdnych i szkolnych wycieczek, tak po zmroku było tu pusto i niepokojąco spokojnie. Woda w jeziorze falowała ze stoicką lekkością, tłumiąc wszystkie dźwięki dookoła i uspokajając bezsennych mieszkańców, którzy jako jedyni nie balują w sobotnią noc.
Parking przy Zaporze, o dziwo, stał zapełniony.
Przy barierkach stały zaparkowane BMW, stare Mercedesy, stare Ople. Kalejdoskop modeli, z których zdecydowana większość, o ile nie wszystkie, były "gruzami". Naprzeciw nich usadowili się kierowcy japońskich kosiarek, potocznie nazywanych Hondami Civic. Małe, lekkie i zrywne samochodziki stanowiły początek przygody z motoryzacją dla wielu młodych miłośników wrażeń czterech kółek. Niefortunny stereotyp Civica jednak sprawił, że nikt nie bierze na poważnie większości ich kierowców. Z tymi nie było inaczej. Było gorzej. Powszechnie modny na świecie "stance" wprawiał kierowców Niemieckich marek w śmiech politowania. Kolorowe światełka, tablice rejestracyjne w nietypowych miejscach, rury wydechowe wielkości pięści. Z dala od nich stały dwa Civici w wersji sedan, których kierowcy jako jedyni wyglądali dojrzale, a ich samochody niewiele się różniły od tych, które wyjechały z salonu. Gdzieś tam, bliżej ulicy, usadowiła się mała Mazda 323.
A oprócz nich osoby, które nawet nie są warte wymieniania. Stanowią szarą grupę ludzi, chcących po prostu kłopotów. Wśród nich stała jednak mała perełka, skryta pod płaszczem ciemności, z dala od latarni oświetlających parking. Porsche 944.
Kierowcy opierali się o swoje samochody, dyskutując i wymieniając się doświadczeniami, śmiejąc się i wytykając palcami. Kierowca Opla Omegi bardzo nie-polubił się z właścicielem klasę wyższego Mercedesa, który mimo wszystko był zjadany przez rdzę od jednej dekady. Przykładów można wymieniać wiele, wszystkie były jednak podobne. Tomek wraz z Radziem szedł między samochodami, po cichu oglądając i przypatrując się śmiesznym dodatkom do Hond, oraz niepozornym hot-hatchom różnych marek.
-Co o tym myślisz? – Wskazał Radziu na Seata Ibizę.
-Za słabe.
-Jak to? Masz tylko Mazdę.
-Tylko Mazdę. Nie pojadę z byle pierdołowatym dupowozem dla każdego szaraczka. Jeżeli mam przegrać, to z kimś.
-A to?
-Impreza? – Odparł, przyglądając się ze zdziwieniem. – Kombi?
-Ma tablice z małopolski.
-Ciekawe. W Internecie się wydaje większa.

Wtedy po drugiej stronie rzeki rozległ się krzyk wysoko kręconych silników, zbliżających się bardzo szybko. Wszyscy zaczęli odwracać głowy, kiedy na zaporę wjechała kolejno czerwona RX-8, Ford Cougar z kompresorem, Galant VR4, Lexus IS300, Civic Type-R. Na widok ostatniego ludzie zaczęli się śmiać, gdyż nie wiedzieli, że to oryginalny Type-R.
-Oho, jadą. – Rzucił jeden z kierowców BMW.
Samochody kierowców z Istebny wtoczyły się na parking z wielką gracją, dając znak, że właśnie pojawiła się elita nad elity. Takie wrażenie przynajmniej dawali, a jeżeli to była ich taktyka na wroga, to cholernie skuteczna. Samochody błyszczały wśród zakurzonych i porysowanych Merców, Beemek i Hond.
-Czekaj czekaj.. – Powiedział Tomek, kompletnie niewzruszony. – Czy tam nie stoi Porsche 944?
-Jebać to, patrz. – Radzio odwrócił dłońmi jego głowę.
Prosto w oczy Tomka mrugnęły ledowe światła czerwonej Mazdy RX-8. Marcin, kierowca RX-8 ostatni raz przekroczył czerwone pole i dał silnikowi Wankla ostygnąć. Postawił nogę na zewnątrz i wzrokiem zmierzył wszystkich zgromadzonych.
-RENESIS. - Jęknął Tomek.
Marcin trzasnął drzwiami i postukał w nowe opony, które aż pachniały fabryczną gumą i prosiły się o długą przejażdżkę. Jego wzrok przeszył wszystkie samochody na parkingu.
-Heh.. – Mruknął.
Konrad, kierowca Forda Cougara wzdychał z politowania, spodziewając się zobaczyć coś godnego wyzwania. Przeliczył się, widząc nadzwyczaj nieciekawe grono.
Wtedy parking oświetliły stare światła samochodu, który bardzo ostro zatrzymał się przy wszystkich zgromadzonych. Tomek obejrzał się i zobaczył zaśniedziałe, zardzewiałe i brudne Porsche 944, którego reflektory dumnie stały na baczność. Jego kierowca wysiadł. Bardzo średniego wzrostu o kasztanowych włosach, stanął przy wszystkich i wskazał palcem na zgromadzonych wokół Mazdy kierowców.
-Kto z was chce się dzisiaj ścigać? – Zapytał.
-Ja! – Krzyknął Tomek.
Radosław złapał go za rękę i pociągnął ze sobą. – Co Ty robisz? Widzisz, czym on jeździ? Nie masz szans swoim wózkiem na zakupy.
-Nie pękaj. Facet ma rzęcha. Mogę wygrać łatwiej niż z Hondą.
Nawet nikt nie zauważył, kiedy na parking wtoczyło się zabawne Subaru Justy i zaparkowało na uboczu. Przez tłum przeciskał się Nikodem, który najwyraźniej zmienił zdanie.
Tomek podszedł do kierowcy Porsche, który podał mu rękę. Uścisnęli sobie dłonie, stojąc w światłach reflektorów złowrogiego 944.
-Bartosz.
-Tomek. – Odparł.
-Na drodze siedemset osiemdziesiąt jeden, prawda?
-Wszystko jedno.
Bartosz pokiwał głową. – Czym jedziesz?
-Mazdą 323 BF 1.6GT.
W tłumie zdało się usłyszeć stłumiony śmiech.
-323.. No cóż, ktoś inny może zechce?
-Prędzej się ten twój rdzowóz rozpadnie, niż ja przegram.
-Hm? – Zacisnął pięść. – Taki pewny siebie jesteś, kurwiu?
-Boisz się, że przegrasz?
-Niczego się nie boję.
Nikodem wypatrzył Radosława, który łapał się za głowę i przeklinał po cichu.
-Ej.. – Trzasnął go w ramię.
-Co.. – Obejrzał się i zobaczył znajomą twarz. – A co Ty tu robisz?
-Nie mogłem spać, to pomyślałem, że jednak się przejadę.
-Tomek się chce ścigać.
-Przecież wiem.. – Spojrzał odruchowo na Porsche. – Z tym?
-No.
-Wygląda beznadziejnie.. Ale brzmi dziwnie.
-Jak to?
-Brzmi lepiej, niż wygląda, ale nadal inaczej..
...

-Zasady są takie. Z uwagi na to, że mało jest bezpiecznych miejsc do wyprzedzania, wyścig odbędzie się w stylu Straight Up. – Mówił Marcin. – Na samym początku droga jest podzielona pasem ruchu, dopiero na rozwidleniu w górę wzgórza robi się niebezpiecznie. W tym przypadku startujecie w jednej linii. Jedziecie maksymalnie pięćdziesiąt do pierwszego zakrętu, po którym zaczynacie prawdziwy wyścig. Osoba, która wyjdzie na prowadzenie to leader, a ta, która została z tyłu to chaser. Chaser musi utrzymać odpowiednią odległość jednego samochodu do końca wyścigu, jeżeli chce wygrać. Leader natomiast musi go zgubić. Jeżeli którykolwiek się obróci, rozbije, zatrze silnik lub zatrzyma, to automatycznie druga osoba wygrywa. Jeżeli Chaser wyprzedzi Leadera, Chaser wygrywa.
-A nie możemy tak zrobić, że kiedy ktoś się wyprzedzi, to można kontynuować pojedynek? Jak w normalnych wyścigach, tylko z punktu A do B. – Zapytał Tomek.
-Może po paru pojedynkach, jeżeli przywykniecie do drogi. Tu naprawdę nie ma żartów.
Samochody stały na poboczu. Kolejno Ford, Porsche, BMW, Subaru, Mazda i reszta towarzystwa. Łącznie nieco ponad dziesięciu uczestników, chcących się pojedynkować w tę kwietniową noc.
Radosław montował kamerkę go-pro na desce rozdzielczej Mazdy. Kiedy już to zrobił, zamontował kolejną na lewym błotniku i tylnym zderzaku. Nikodem tylko się przyglądał.
-Wrzucicie to do Internetu?
-No a jak?
-A chcesz, żeby powtórzyła się historia Bogusia z M3?
-To był Frog z M3.
-Jeden chuj. Tomek jest świadom swoich umiejętności, że się zgodził nagrywać?
-To jego pomysł.
-No pięknie..
...

Po przejeździe próbnym samochody ustawiły się na prowizorycznej linii, namalowanej białym sprayem. Start był w okolicach lokalnej podstawówki w Kocierzu. Porsche stanęło po lewej, Mazda po prawej. Na środku stanął Konrad, trzymający w górze latarkę.
-Kiedy zaświecę, ruszacie. – Powiedział ze stoickim spokojem.
Nikodem zwrócił na coś uwagę, kiedy Bartosz wkręcił Porsche na obroty.
-Świst.. – Mruknął.
Konrad podniósł latarkę w prawej dłoni. Powoli zaczął robić trzy kroki w tył.
Jeden krok, jedna sekunda.
Przednionapędowa 323 zrywał się do startu, jakby był małym pieskiem. Porsche wyglądało tak, jakby miało się stoczyć w dół.
Tomek wrzucił bieg.
Latarka się zaświeciła.
-START!

Wszyscy byli świadkami najmniej emocjonującego startu w historii wyścigów, kiedykolwiek.
Samochody jechały równo obok siebie pod górę, kiedy pierwszy zakręt w prawo był przez mostek. Im bliżej byli, tym napięcie narastało. Kto lepiej przyśpieszy? Reflektory Mazdy oświetliły już barierki po wewnętrznej stronie. Stopę miał napiętą tak, jakby wszystkie ścięgna miały się zaraz zerwać. Dziesięć metrów, pięć metrów..
Wjechali na most.
Natychmiastowo wcisnął pedał do końca. Wrzucił trzeci bieg i obserwował, jak Porsche trzyma się jego drzwi.. Jeszcze.
Bartosz stopniowo dociskał gaz, pozwalając, by turbina HKS spełniła swoją robotę i wcisnęła go w fotel. W okolicach czterech tysięcy obrotów Porsche lekko zerwało trakcję, gwałtownie przyspieszając i wyskakując przed Mazdę.

-Wyścig się zaczął! Porsche prowadzi! – Usłyszał Marcin w krótkofalówce.
-Porsche? – Rozległ się szmer wśród kierowców.
-A to ciekawe.. – Powiedział do Konrada.
-Dlaczego?
Marcin obserwował zakręt, nasłuchując oddalających się samochodów.
-Słyszysz?
Konrad wsłuchał się w dziwny rytm.
-Turbina?
-Tak. Nie zwróciliśmy na to uwagi..
-To pozamiatane. – Odparł. – Ta 323 nie ma szans.
-Nie byłbym taki pewien.

Nikodem się mocno niepokoił. Nie mógł ustać w miejscu, chodząc dookoła swojego samochodu.
-Tej, Nik. Uspokój się, bo zaczniesz zostawiać brązowy ślad. - Powiedział Radosław, opierający się o maskę małego Subaru,
-Mam dziwne przeczucia.
-Co zaś?
-To Porsche od początku wydaje mi się nieswoje. Albo to jego kierowca.. Eh. Kto utrzymuje samochód w perfekcyjnym stanie mechanicznym, ale kompletnie nie dba o wygląd zewnętrzny?
-Tomek się przeliczył, pewnie trafił na sleepera.
-Zawsze był lekkim naiwniakiem. – Spojrzał w niebo, wypatrując gwiazd pomiędzy chmurami.

Porsche oddaliło się już na trzy długości zwykłego samochodu, pokonując lekkie zakręty, kolejno w lewo i prawo. Droga była jeszcze szeroka, chociaż biały pas na środku już zniknął. Świst turbo tłumił dźwięk ciężko pracującego czterocylindrowca, Bartosz jednak się tym nie przejmował. Wrzucił czwórkę i zaatakował apex zakrętu. Porszak lekko ugiął się na resorach, ukazując zaniedbane przez właściciela zawieszenie. Tomek nabrał lekkiej pewności. Pojechał ciaśniejszą linią, atakując kołem pobocze i wychodząc bez utraty szybkości. Prostka kolejną, na której Porsche odeszło od Mazdy o następne dziesięć metrów.
-Hayai. - Wyszeptał Tomek, co po japońsku znaczyło "Szybki jest".
Kolejny zakręt wprowadzał na most, który był jako tako początkiem górskiego odcinka. Nieco ostrzejszy i ciaśniejszy niż wszystkie wcześniej. Bartosz przyhamował, zredukował bieg i wszedł w zakręt, w połowie stawiając samochód bokiem.
-Ooooo jebany! – Rzucił jeden z gapiów.
Porsche ledwo się wyprostowało, z trudem łapiąc trakcje. Ten sam manewr powtórzył na następnym zakręcie. Zaraz za nim pojawiła się Mazda, której mała masa i świetne zawieszenie utrzymywało go na drodze bez problemu. Tomek czuł się tak, jakby jeździł gokartem.
-Co jest z tym Porszakiem? Wygląda, jakby się źle prowadził. – Powiedział jeden z gapiów.
Zakręt C-6 to praktycznie lekki łuk, który jest wprowadzeniem do C-7. Po C-7 zaczynał się odcinek, na którym ledwo mieściły się dwa samochody. To właśnie tu było rozwidlenie dróg. Ta w górę prowadziła do Andrychowa, ta w dół do doliny, gdzie kończyła się ślepą uliczką.
Bartosz jednak radził sobie z nadsterownym 944, opanowując przestarzałe Turbo.
Samochody pomknęły w ciemność.

...

Nie było większych powodów, dla których Tomek chciał się ścigać. Po prostu pragnął zawładnąć nad swoimi emocjami i spróbować czegoś zupełnie nowego. Czegoś całkowicie innego niż downhill na rowerze górskim. Wyścigi były bowiem jego nowym spektrum zainteresowania, które go zafascynowało prawie natychmiast. Widząc, jak Porsche z zabawną niezgrabnością wspina się w górę drogi, docisnął pedał do maksimum i zmienił bieg, wytracając trochę prędkości, ale zachowując stały pęd.
Bartosz wiedział, że prędzej czy później nastąpi decydujący moment. Już nie patrząc na deskę rozdzielczą, widział, jak wskazówka ciśnienia turbiny mocno się wacha, pracując nieregularnie. Zacisnął język, koncentrując wzrok na drodze.
Tomek podążał za słabymi, czerwonymi światłami. Przypomniały mu się wszystkie noce, przegrane przy Gran Turismo, oraz pojedynki z Nikodemem na każdym możliwym torze. Nagle sobie przypomniał, że to rzeczywistość, a on jedzie w prawdziwym wyścigu.
-Naprzód! – Krzyknął.
Tylne światła Porsche zaczęły się zbliżać albo to 323 przyśpieszyła.
-Cholerka. – Jęknął kierowca 944. – Pod górę może być ciężko.. I raczej będzie.
Samochody pokonały kilkanaście zakrętów, trzymając jakby stałą odległość. Porsche imponowało zaskakująco regularnym, aczkolwiek powolnym driftingiem, podczas gdy 323 robiło, co mogło, by nadążyć. Czterocylindrowy SOHC, podrasowany przez poprzedniego właściciela z osiemdziesięciu dziewięciu do równych stu koni mechanicznych, które pędziły na przednich kołach, masa małej myszki i wściekle pracujące cylindry sprawiały, że nawet turbo HKS niewiele pomagało, o ile pomagało w ogóle.
-Okej.. – Tomek rozluźnił nieco spocone dłonie, chcąc wykonywać jak najmniej gwałtowne ruchy. – Już wiem, z czym to się je. Za chwilę będzie dłuższa prosta i uskok na niej. Jeżeli nie odpuścisz gazu, to stracisz trakcję.. A nie odpuścisz. Potem już jazda w dół, na której nie dasz rady się utrzymać.
-Ta Mazda może co najwyżej rywalizować z Audi w turbodieslu. – Rzucił Bartosz. – Jadę samochodem wyprodukowanym przez najlepszych specjalistów w czasach, kiedy nie było patyczkowania się w kwestii rywalizacji. – Zmienił bieg, zarzucił tyłem, wykonując Skandynawskie szarpnięcie na zakręcie w lewo.
-Co?! – Krzyknął Tomek.
Porsche jakimś cudem nie straciło trakcji, kołysząc się na resorach i kręcąc na czerwonych obrotach. Poszło, ale z lekkim trudem. 323 wszedła niczym wyścigówka, od zewnętrznej krawędzi do wewnętrznej, chwytając za szczyt zakrętu i poskramiając pobocze. Koła lekko podskoczyły, kiedy wjechały na asfalt, prowadząc samochód z powrotem na zewnętrzną krawędź. Dystans się nie zmienił. Na poboczu widniał znak "Droga kręta – 7, 5 km". 323 przeskoczyła z trójki na czwórkę, kiedy poziom drogi się nieco wyrównał.
Kolejny zakręt w prawo. Oba samochody zredukowały, Porsche powtórzyło manewr. 323 jednak skręciła dużo ostrzej, układając się w ciaśniejszy zakręt i znajdując się na prawym boku 944. Znowu złapał pobocze i wyjechał na nim, wysuwając się na wysokość błotnika Porsche.
-Cholera.. Że też nie mam dłuższego samochodu. – Jęknął Tomek.
-Skandynawskie szarpnięcie nie działa na takich ciasnotach jak to. – Stwierdził. – Teraz tylko kilka gładkich zakrętów, prosta i kolejny, ciasny.. Chyba. Boże, już nie wiem. Jak w ogóle takie małe gówno może utrzymać się za.. - I wtedy zdał sobie sprawę ze wszystkiego. Jego wzrok nieuchronnie powędrował na zegary. Ciśnienie turbiny było bliskie śmierci. Wskazówka falowała nisko na lewej stronie. Teraz miał dużo mniej mocy. Stracił co najmniej czterdzieści koni.
Porsche z gracją słonia odzyskało trakcję i zaczęło szarżę naprzód, starając się zostawić rywala w tyle. 323 jednak została po prawej stronie.
-No odsuń się, przecież tu nie ma miejsca na dwa samochody! – Krzyknął, widząc, jak droga robi się węższa.
Porsche w końcu złapało pobocze, nie mogąc znaleźć miejsca na drodze. Bartosz skręcił lekko w prawo, próbując zepchnąć Mazdę. Samochody zetknęły się.
-Ku.. rwa. – Tomek wcisnął hamulec, cudem nie blokując kół i utrzymując się na drodze. Wtedy też właśnie, rozległ się ostatni strzał z wydechu Porsche. Wskazówka ciśnienia turbiny spadła do zera.
-Nie, nie teraz.
Bartosz znowu miał niedoładowany silnik. Samochód stracił już nawet do sześćdziesięciu koni, co w tym przypadku stanowiło ogromne zagrożenie. Tomek usiadł na zderzaku, naciskając na Bartosza. Samochody przemknęły przez gładkie zakręty, które nie posiadały nawet prostych barierek i wyjechały na krótką prostą, na samym szczycie wzgórza.
-Porsche zwolniło? Bawi się ze mną?
-Sukinsyn nie wyprzedza.. -Byli w połowie prostej, samochody lekko podskoczyły na hopie. Opony Porsche zaczęły się kręcić w miejscu. Samochód stracił trakcję w krytycznym momencie. – Ni..
323 wyskoczyła na prawą stronę, biorąc wewnętrzną linię. Porsche wyprostowało się z trudem, tyłem uderzając w zderzak 323. Straciło prędkość.
323 była już zrównana z lusterkiem, kiedy reflektory obu samochodów oświetliły znaki ostrzegające przed zakrętem. Tomek nie dawał za wygraną, był już praktycznie przy przednim zderzaku, kiedy do zakrętu zostało trzydzieści metrów. Na liczniku sto trzydzieści a 944 przyśpieszało dużo gorzej.
-Tak.. Tak! Dalej!
Nastąpił kulminacyjny moment, na kilka zakrętów przed granicą województw. Mazda wysunęła czubek kwadratowej karoserii przed kanciaste 944. Tomek nacisnął pedał hamulca lewą nogą w odpowiednim momencie, delikatnie układając samochód do łuku w prawo.
-Przegrałem z wózkiem na zakupy.. Nie! – Bartosz przekręcił przycisk na desce rozdzielczej, włączając długie światła.
Porsche wjechało w tylne koło Mazdy. Tomek obejrzał się natychmiastowo w prawo, widząc, jak upiorne reflektory zdzierają lakier jego samochodu. Światło kompletnie go oślepiło. Zmrużonymi oczyma obserwował blask wypełniający wnętrze. Mazdę obróciło o sto osiemdziesiąt stopni. Nic nie dała nagła kontra i hamulec w podłodze. Świat zwolnił, a on poczuł się, jakby unosił się nad nim. Pech chciał, że barierka w tym miejscu była pognieciona po ostatnim wypadku. Samochód zwolnił do siedemdziesięciu, pokonując przeszkodę praktycznie bez problemu. Przednie reflektory ostatecznie mrugnęły w dal, jakby były przerażone. Tylny zderzak zostaje zniszczony, podobnie jak światła stopu, które rozbijają się w drobny mak. Koła zatrzymują się na pierwszych dwóch drzewach, podczas gdy cały tył spotkał się z dumnie stojącą sosną. Samochód efektem uderzenia obrócił się w powietrzu, spadając w zboczę. Ostatecznie zamknął oczy, chwytając się pasa bezpieczeństwa.
Bartosz obserwował w lusterku, jak wózek na zakupy pożera ciemność i gęsto zarośnięte drzewami pobocze.
W okolicy było słychać huk, okropny trzask gniecionej stali, tłuczonego szkła i umierającego silnika.. Oraz Porsche, które oddalało się coraz bardziej.

– Coś jest mocno nie tak... – Szepnął Nikodem pod nosem, spoglądając na swoje Subaru.
...

Nikodem nie czekał na koniec wyścigu. Wrócił po godzinie do domu, kiedy złapała go senność, nie wiedząc, jak skończyła Mazda jego przyjaciela, Tomka. Zaparkował Subaru w zaciszu pod garażem, przerzucając kluczami z ręki do ręki. Wtedy.. Jednak się zatrzymał. Stanął przed drzwiami wjazdowymi do garażu. Wiatr się nasilił, tańcząc wokół jego nóg. Moc spłynęła na niego szybciej niż grom z jasnego nieba. Księżyc był w pełni a noc jeszcze długa.
Wszedł do środka, by móc jeszcze raz zobaczyć ten samochód.
Stała tam, mała i niewinna istota. Cztery cylindry, szesnaście zaworów, osiem tysięcy obrotów na minutę. Masa.. Jaka masa? Waga piórkowa. Coś w tym było.. Coś, co sprawiało, że co dwie noce nie mógł zasnąć. Kluczyki były schowane w stosie zimowych opon przy ścianie. Znalazł je bez problemu.
Nie lubił tego. Bał się.. Ale jednocześnie nie potrafił sobie odmówić.
Wsiadł do środka, wciskając się w pół kubełkowy fotel kierowcy. Wsadził klucz do stacyjki i przestawił na ten jedyny napis.
"IGNITION"
Czterocylindrowy, szesnastozaworowy DOHC 4A-GE zbudził się do życia i zawył głośno. Wskazówka obrotomierza wkręciła się błyskawicznie do czerwonego pola, dobiegając do cudownych ośmiu tysięcy obrotów. Brama otwarta, ojciec ciężko śpi.
Wrzucił bieg.. I podniósł światła.
Czerwona Toyota MR-2 AW11.
Wszystko się miało dopiero zacząć.