„Bezpowrót”

Przebudzenie było niczym cios nożem.
Ból przenikał aż do kości, pulsował, nie pozwalał skupić myśli.
Znał to uczucie. Na swój sposób nawet się na nie uodpornił.
Spojrzał na podwieszoną na wysięgniku rękę i syknął ze wstrętem. Znowu lewa.
Czy po tym wszystkim, co się stało, miało to większe znaczenie? Nie. Wyliże się. Zawsze się wylizywał.
Do pokoju wkroczył lekarz. Nie był rozmowny, nawet jak na Niemca. Rozległe oparzenia drugiego stopnia kończyny górnej lewej, lżejsze kończyny dolnej lewej i lewego boku. Dużo szczęścia, gruby materiał marynarki i rękawiczki samochodowe. Kilkudniowa hospitalizacja, kilkutygodniowe gojenie, silne środki przeciwbólowe. Jak na to, co się wydarzyło – był cały.
Chciał zadać pytanie, na które znał odpowiedź. Nie znalazł w sobie dość siły.
- O widzenie z panem prosił pan Röhrl, Walter.
- Proszę go wpuścić, ja…
- … ale na mocy niemieckiego prawa, do czasu przesłuchania, jest to niestety niemożliwe.

- Wiedziałem, że jeszcze się spotkamy, panie Wilk.
Heinrich Krüger wbijał w niego stalowoszare spojrzenie znad oprawek okularów. Długopis w jego dłoni tańczył po notesie, wspartym na szpitalnej szafce. Gliniarz ubrany był po cywilnemu i tylko wiszący na szyi identyfikator Kripo zdradzał, że ma się do czynienia z kimś, z kim lepiej nie zadzierać.
Mateusz milczał. Policyjna gra wstępna, w sytuacji w jakiej się znalazł, nie mogła go mniej obchodzić.
- Trzysta kilometrów na godzinę, dwa rozbite samochody, jedna ofiara śmiertelna, stan zwłok nie pozwoliłby nawet na identyfikacje…

Wyciemnienie. Jak uderzenie łomem w potylice, spodziewane i przeczuwane, nieuniknione i w pełni zawinione. Ale i tak kurewsko bolesne.

- … wszystko to na publicznej autostradzie. Porsche naprawdę nisko upadło, skoro ucieka się do zatrudniania tak nieodpowiedzialnych i bezmyślnych szczyli jak wy. Chyba że wywołanie skandalu było działaniem na czyjeś zlecenie…?
Milczał. Nie czuł się na siłach do rozmowy o tym, co zaszło… jak dawno…?
- Tkwisz w gównie po uszy, chłopcze, więc dobrze radze… zacznij bulgotać. – gliniarz uniósł nieco głos - Rozlaliście ogromne szambo i wierz mi… to, co spotkało twojego byłego rywala, obecnie odrobinę szkliwa i kilka kości, mogło być najprostszym wyjściem z tego bagna.
- Ty skurwysynu! – z Mateusza wydobył się ryk – Ty faszystowska, jebana gnido! Jak śmiesz… jak w ogóle możesz tak o nim…
- Uwiera sumienie? – przerwał mu spokojnie Krüger. – Boli, że wyeliminowaliście kumpla w tak brutalny sposób? To jak… inicjatywa była wasza, czy ktoś podsunął pomysł?
- Boli. – odpowiedział. W głosie miał spokój, znaleziony sam nie wiedział, gdzie. Drżący, bolesny, pełen rezygnacji spokój. – Boli, że Kristofer zginął w imię czegoś tak bezsensownego. Wiesz co boli bardziej, Krüger?  Że nie byłem mu w stanie pomóc. Że patrzyłem jak pali się żywcem, nie mogąc nijak wyciągnąć go z tego piekła. Że spotkało to akurat jego, choć był z nas najlepszy, nie tylko jako kierowca ale jako kolega i człowiek. Że los był tak kurewsko okrutny, że nie umiał odpuścić, ani on, ani Giovanni, że było tam to pierdolone zwężenie, że był tam ten jebany TIR. Że nie umiem cofnąć czasu. Chcesz kozła ofiarnego, Krüger? Jestem tutaj. Winny tym, że w ogóle zgodziłem się na takie rozstrzygnięcie tej pierdolonej, funta kłaków niewartej rywalizacji.
- Ciekawe – stwierdził po chwili milczenia policjant – To już drugie przyznanie się do winy w odstępie kilkunastu minut. Wielka szkoda, że ten trzeci wybrał prostszą drogę, przez sznur i klamkę.
Zamarł. W ciele czuł lód.
- … chyba że komuś naprawdę zależy, żeby i tym razem nie było świadków?
- Giovanni… on… przecież…
- Daj mi jeden argument, dla którego młody chłopak, w pełni sił witalnych, mógł targnąć się na własne życie. I zastanów, czy nie jesteś następny na liście masowego samobójcy.
- On czuł się winny. Tak jak my. Bardziej niż my. Ale… - zaczęło mu brakować tchu. - … ale… to nie była jego… to nie była jego wina. To było… to był wypadek, do ciężkiej cholery!
- Rozwiń.
- Spóźnili hamowanie. Odbił przed naczepą, zahaczył… zahaczył o Kristofera. To był wypadek, on by nigdy… żaden z nas by tego nie zrobił. - poczuł, że głos mu się łamie. Zamilkł.
- Szkoda, że sam mi tego nie powie. – stwierdził nadkomisarz – Tak między nami, chłopaka odratowano. Dziwnym trafem po kilku godzinach był już na oddziale zamkniętym w Mediolanie, a Interpol ukręcił łeb sprawie gdy tylko złożyliśmy pierwsze dokumenty. Chyba nie muszę dodawać, że to się nie zdarza?
- Ja… ja naprawdę nie wiem. Nie rozumiem…
- Nie wierzę ci. Ale widzisz Wilk… związano mi ręce. Jednego możesz być jednak pewien… kiedyś noga ci się powinie. Kiedyś wpadniesz jak śliwka w gówno, chłopcze, i nawet najpotężniejszy opiekun ci nie pomoże. Będę czekał na ten moment.
- Sądzisz, że ja mam jakikolwiek wpływ na to, co się dzieje!? – odwarknął - Zabiłem najlepszego… jedynego przyjaciela. Wszyscy to zrobiliśmy, zgodą na rozstrzygnięcie tej bezsensownej rywalizacji na ulicy. Słyszałeś krzyk człowieka płonącego żywcem? Ja słyszałem. I nie zapomnę go, Krüger. Myślisz, że chcę tej wolności?
Policjant nie odpowiedział. Zaczął coś intensywnie notować, robiąc kilka przerw, jakby w zawahaniu. W końcu zamknął notes, wstał i stwierdził:
- Wiem już wszystko, co chciałem wiedzieć. Znowu ci się upiekło, Wilk. Moja dobra rada… nie angażuj się w to, co dzieje się wokół tego szamba. Czujesz się winny, bardzo słusznie. Ale… a wierz mi, jestem ostatnim, z ust którego można usłyszeć te słowa… są siły, z którymi nie należy igrać, nawet w imię sprawiedliwości. Chcesz pokuty i przyjdzie czas twojej pokuty, chłopcze. Ale jeszcze nie teraz.

Malutkie Mantorp, ledwie trzy tysiące mieszkańców, odwiedzała tego dnia przeszło setka przyjezdnych. Jedyny w okolicy kościół pękał w szwach.
Dzień był ciepły, słoneczny i bezwietrzny. Niebo nad miasteczkiem błękitne, kolorem znanym raczej ze skandynawskich pocztówek niż zwyczajnej codzienności.
Warunki idealne na ślub, nie na pogrzeb.

Dębowa trumna głucho uderzyła o gliniaste dno. Ciche zawodzenie wzmogło się, potęgowane ciszą cmentarza.
Na wieko padła garść ziemi, a zawodzenie przeszło w spazmy płaczu.
- … i w proch się obrócisz. – zakończył pastor i zamknął lekcjonarz.
Dół zaczęły wypełniać kolejne łopaty ziemi.
Odrobina szkliwa, trochę kości. Glina, aksamit i dębowe deski.
Niewiele.

Do rodziców Kristofera podchodził z gonitwą myśli. Nie wierzył, że da radę spojrzeć im w oczy. Choć chciał.
Pierwszy, w imieniu Firmy, przemówił Röhrl. Jak przystało na Niemca, Mistrz był oszczędny w słowach. Mówił o współczuciu, o bezradności w obliczu niezawinionej tragedii, o sytuacji która nie powinna mieć miejsca i o nieprzewidywalności losu. Franz powiedział o smutku i żalu do samego siebie za to, co się stało. Nie powiedział wiele, skłonił głowę i zamilkł, bezsilny wobec tragedii.
Mateusz zebrał wszystkie siły i spojrzał na rodziców Kristofera. Spoglądał w oczy dwojga przedwcześnie postarzałych ludzi.
Otworzył usta, chcąc ubrać w słowa jedną z tysiąca myśli, wypowiedzieć choć kilka zdań o tym, co czuje i jak bardzo wini siebie i los za to, co się stało.
Nie dał rady wydobyć głosu.
Mama Krisa objęła go i przytuliła. Ojciec uśmiechnął się do niego, ciepło choć blado. Szczerze.
- Wiem co czujesz, Mateuszu. Kristofer zawsze mówił o tobie jako o przyjacielu. – powiedział.
Pękł. Rozpadł się.
- Gdyby nie nasza przeklęta rywalizacja… gdybym nie przyklasnął pomysłowi, gdybym… - głos mu się załamał.
- Nie cofniemy czasu. Wiem, że narażając własne życie zrobiliście wszystko, co mogliście, gdy stało się to, co się stało. Ja też byłem kierowcą, chłopcze, znam ryzyko tego sportu. Kristofer również je znał. Wiedział, na co się pisze. Że czasem przychodzi zapłacić najwyższą cenę.
- To nie było tego warte. – odparł twardo.
- Gonił za marzeniem. Marzenia są… bezcenne. I nieśmiertelne.
Skłonił głowę i nie odpowiedział.
Pamiętał rozmowę w Grüne Hölle, wątpliwości Krisa. Pamiętał prawdziwe marzenie, drastycznie różne od tego, w które wierzył jego ojciec.
Przekonywał go wtedy do pozostania w programie. Wzniósł z nim toast za nieśmiertelność, bo czuł się nieśmiertelny.
Był głupcem.

- Giuliet.
- Mat.
Stała na uboczu, ubrana w skromną czerń, miedziane włosy kryjąc pod ciemną chustą. Mimo prostoty stroju – piękno w stanie absolutnym.
Nie minęły nawet dwa miesiące, gdy żegnał ją na lotnisku, ale w obliczu tego wszystkiego… zdawało się to dekadą.
- W najgorszych snach nie przypuszczałem, że nasze następne spotkanie wypadnie w tak… tragicznych okolicznościach. – powiedział po chwili milczenia.
- Że będę podtrzymywać przyjaciółkę, mdlejącą nad trumną narzeczonego? – głos miała odległy i zimny – Że chłopak drugiej targnie się na własne życie, i skończy w szpitalu dla obłąkanych? Zaiste, też nie przypuszczałam.
Isabella i Kristofer, oni…?
Był w piekle.
- Tak, wiem… robiłeś co mogłeś. Ręka na temblaku, kilka nowych blizn, bohater bezsilny wobec losu. To nie twoja wina. Nie bezpośrednio. Ale ja… nie rozumiem, Mateuszu. Może po prostu nigdy nie rozumiałam.
Zabolało.
- Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? Przyszłaś poznać kolesia, który objechał na autostradzie jakichś frajerów. Mówiłaś wtedy, że do ścigantów ciągnie cię ich brawura, skłonność do ryzyka, pewność siebie. Jeśli naprawdę właśnie to sprawiło, że związałaś się… związałyście się z nami, to… popełniłyście błąd, Giulietto.
- Myślałam, że…
- Że jesteśmy nieśmiertelnymi herosami, igrającymi z losem dla sławy i zabawy? Wierzysz w romantyczny etos kierowcy wyścigowego, zapatrzona w Mossa, Hunta czy Fangio, tych wspaniałych mężczyzn w ich potężnych maszynach, podczas gdy ta pasja jest w ostatecznym rozrachunku właśnie tym: spotkaniem na cmentarzu.
Nie odpowiedziała. Ugodził celnie.
- Czy wy… czy ty… nie potrafisz inaczej, Mateuszu? – zapytała w końcu, ciszej i mniej pewnie – Nie podejmować tak wielkiego ryzyka? Zminimalizować je, odpuścić…
- Nie.
Cisza.
- Nie wiem już nic, Carissima. – pociągnął, patrząc jej w oczy - Nie wierzę już w przeznaczenie, predestynacje, nieuniknioność. To bajki dla szukających wymówek. Wierzę tylko w przewrotność losu. Ale mimo tego… nie potrafię inaczej. Inaczej niż na granicy własnych możliwości. Wybacz mi.
- Nie przepraszaj, Mat. Jesteśmy dorośli. To chyba i tak... nie miało szansy przetrwać. I ty… wybacz mi. To…
Skinął głową.
- Nie mam czego wybaczać. Taka jest kolej rzeczy. Powodzenia i… farewell, Bellissima.
Ruszył w kierunku bramy. Głos mu nie zadrżał, pomimo wielkiej wyrwy ziejącej gdzieś w środku.
- Tylko tyle? – usłyszał jej głos – Zasługuje na tylko tyle, Mateuszu?
Odwrócił się raz jeszcze. Oczy jej błyszczały.
Blefowała o bezpowrocie.
Żałował tego. Gdyby to nie był blef, bolało by znacznie mniej.
- Zasługujesz na wszystko – odparł, podchodząc blisko, bardzo blisko – I wszystko to, czego ja nie jestem ci w stanie dać.
- Miałam z tobą wszystko, czego potrzebowałam, Mat. – odparła miękko.
Serce biło mu jak oszalałe.
- Widzisz, Carissima… - zaczął, ze wszystkich sił starając się zachować spokój w głosie – Wychowałem się w Cieszynie, niewielkim choć pięknym mieście na południu Polski. Miasto miało średniowieczną dewizę, łacińską sentencje, i ta sentencja wryła mi się w pamięć. Amore et non dolore. Kochać i nie cierpieć.
Utkwiła w nim orzechowe, wilgotne spojrzenie.
- Tego właśnie nie mogę ci dać, najdroższa. Miłości bez cierpienia.
Po policzku spłynęła jej łza. Nie dał rady, poddał się uczuciu i wziął ją w ramiona. Nie uciekła, wtuliła w jego pierś, a on stracił resztki pewności. Ale musiał. Tak należało.
- A więcej cierpienia nie chcę ci już dawać.
Ucałował jej włosy, zatonął w zapachu, ten jeden, ostatni raz.
I odszedł, nie mając siły się odwrócić.