„Zawieszenie niewiary”

Odbił na środkowy pas, idąc w ślad za białym M3. BMW przyśpieszało z całą mocą swojego 420-konnego V8, ale Skyline utrzymywał się za nim bez najmniejszych problemów.
Kierowca E92 pociągnął za łopatkę, a półautomatyczna skrzynia w mgnieniu oka wrzuciła szósty bieg. Wóz niestrudzenie parł przed siebie, wskazówka prędkościomierza minęła 250km/h, a ścigant w BMW poczuł, jak jego t-shirt przykleja się do skórzanej tapicerki.
Słyszał plotki o czarnym GT-R, polującym na okalających Lipsk autostradach, szukał go od kilku dni, ale nie spodziewał się, że będzie…
Skyline przeskoczył na skrajny, najszybszy pas i w mgnieniu oka zrównał z M3.
… tak piekielnie szybki.
Mateusz kątem oka sprawdził wskazania zegarów. Ciśnienie oleju w normie, temperatura… w porządku, doładowanie… jak na program na 410 koni… w normie. Ognia.
Autostradowe pojedynki boleśnie uświadamiały mu brak szóstego biegu, ale i bez niego R32 radziło sobie nadspodziewanie dobrze. Wystarczająco, by na te kilka minut móc oderwać się od całego otaczającego go dramatu.
Wyleźć z wybijającego gównem szamba, w którym się na własne życzenie znalazł.

- Postawię sprawę jasno – zaczął Dieter Bülow, szef oddziału Porsche w Lipsku – To, co się stało… ostatnie wydarzenia były dla nas, dla całego Porsche AG, wizerunkową katastrofą. Od miesiąca jesteśmy pod ostrzałem mediów, nie tylko branżowych, a dział PR zażądał mojej głowy. Cudem uniknęliśmy policyjnego dochodzenia i wejścia prokuratora do oddziału. Morale ekipy, zwłaszcza w dziale rozwoju, padły na pysk. Mówiąc krótko… z mojego punktu widzenia, należało was wykopać od razu, w trybie natychmiastowym, i dać władzom na żer. Dla takich jak wy nie ma miejsca w Firmie.
Zrobił krótką przerwę, by nabrać powietrza przed dalszą częścią tyrady. Frank chrząknął nerwowo, Franz miał wzrok utkwiony w podłodze, Mateusz błądził spojrzeniem po oknach i prospektach na ścianach gabinetu. Walter utkwił stalowoszare spojrzenie w przełożonym, jako jedyny nie okazując żadnych emocji,  
- Jednakże… - pociągnął Dieter, nie kryjąc irytacji w głosie – Nie jestem, niestety, osobą decyzyjną w tej sprawie. Program rekrutacyjny uznaję więc za zakończony i z żalem witam was jako nowych Junior Test Driverów Centrum Porsche w Lipsku.
Odpowiedziała mu cisza. Powodów do radości nie było.
- I jak, zadowoleni jesteście z siebie, wy skąpani we krwi, nieodpowiedzialni kretyni?
Mateusz milczał.
- A ty, organizatorze tego spierdolonego festiwalu szczucia nas na siebie nawzajem?
Zapadła głucha cisza. Szef Centrum zaniemówił.
- Oto efekt polityki tej przeklętej firmy. – mówił dalej Franz. Głos miał twardy, pewny - Szczujni, faworyzowania, ciągłej konkurencji i trzymania w niepewności do samego końca. Wszyscy tu obecni są winni tego, co się stało. Dziwisz się, że chcieliśmy to rozstrzygnąć pojedynkiem we własnym gronie, Dieter? To wy nas tego nauczyliście.
- Kierowca testowy powinien charakteryzować się stalowymi nerwami. – odparł protekcjonalnie Frank – W ten sposób pracowaliśmy nad waszą odpornością na stres i…
- Pierdol się, Frank. – przerwał mu Franz. Ace Test Driver zaniemówił. – Wszyscy wiemy, jak było. Z góry wyznaczyłeś mnie na tego, który wygra ten przeklęty konkurs. A z nakręcania rywalizacji miałeś kurewną satysfakcje.
W krótkiej chwili ciszy, która zapadła, Walter Röhrl przyznał sam przed sobą, że zawiódł. Już na ‘Ringu czuł, że współzawodnictwo zamieniło się w walkę, dlaczego więc nie powstrzymał tego szaleństwa? Bał się? Kogo…? Tego, kto zlecił cały ten program? Nonsens.
Młody Franz miał racje. Wszyscy mieli krew na rękach.

Uchodził już BMW o pół długości auta, a Skyline nie przestawał przyśpieszać. Czarna Godzilla niestrudzenie parła do przodu, przekraczając barierę 270 kilometrów na godzinę. Auto było nerwowe, zdecydowanie brakowało mu siły docisku i szerszych opon, w tych aspektach E92 musiało mieć nad nim przewagę, ale…
Ale i tak wygra. Mimo wszystko, była to po prostu kwestia odwagi, tej, którą znajdowało się zawsze niebezpiecznie blisko czystej głupoty.
Na horyzoncie zamajaczyły sylwetki dwóch ciężarówek, a przy tej prędkości, dzieliło go od nich maksymalnie kilkanaście sekund. Prawy i środkowy pas zajęte, na lewym…
Dostawczak, rozpoczynający dopiero manewr wyprzedzania.
Ciasno.

Kierowca M3 dojrzał zator i rozpromienił się. Los był dla niego łaskawy, konieczność hamowania i ponownego nabrania prędkości dawała mu nową szansę na pokonanie tej cholernej japońskiej zmory. Od parkingu powszechnie uznawanego za metę lipskich pojedynków autostradowych dzieliły ich może ze dwa kilometry. Za mało na ponowne osiągnięcie maksymalnej prędkości. A przyśpieszenie, zwłaszcza z półautomatyczną skrzynią, miał lepsze.
Przeskoczył na najszybszy pas, sądząc, że Nissan zaraz zrobi to samo.
Mylił się.

- Wynocha! – uniesiony głos Dietera przebijał się przez drzwi jego gabinetu – Wypierdalać, i żebym was więcej na oczy nie widział!
Franz wyszedł pierwszy, bez zawahania, z twarzą nie wyrażającą żadnych emocji. Na progu uniósł w górę środkowy palec, chwilę później niknąc za drzwiami. Głos Dietera zawibrował i jeszcze bardziej przybrał na sile, zamieniając w ryk.
Mateusz stał jak wryty, próbując zrozumieć to, co stało się w ciągu ostatniej minuty. Gdy wreszcie dotarło do niego, że to już koniec, strumień nienawiści szefa oddziału kierował się już bezpośrednio w jego kierunku.
- A ty czego tu jeszcze stoisz, bezczelny skurwysynu?! Za upokorzenie mnie i mojej córki, przy wszystkich akcjonariuszach, w tak wulgarny sposób, powinienem cię był…
Skinął głową i bez słowa wyszedł, nie oglądając za siebie. Ten etap życia właśnie się zamknął, opinii dzianego palanta o tym, czy i jak upokorzył jego córeczkę nie mógł mieć głębiej w dupie.
Franz okazał się mieć więcej odwagi i honoru niż on sam, a marzenie o pracy tutaj wzięli diabli. Ale po tym wszystkim, co się stało, czy miało ono jakiekolwiek znaczenie?

Czekał na światła hamowania Nissana do ostatniej chwili, do momentu, gdy od blokujących wszystkie trzy pasy ciężarówek i busa dzieliło ich mniej niż sto metrów. Wtedy zwątpił.
Kierowca M3 wcisnął hamulec do podłogi, pewien, że ma do czynienia z obłąkanym samobójcą.
Jak zostało już wspomniane, mylił się.

W tej jednej chwili, gdy opony walczyły o całą trakcję, jaką zapewnić im mógł beton autostrady, a ich pisk przenikał do kabiny i wwiercał się w świadomość, zadał sobie pytanie: po co?
Odbojniki naczep rosły w oczach, auto szło ślizgiem, licznik wskazywał przeszło dwie setki.
Po co?
Znowu szukam odpowiedzi. Los, przeznaczenie, fatum… czymkolwiek to jest, jeśli jest, nie oszczędziło Kristofera. Nie mogłem zrobić niczego. Niczego.
Lewą stronę od uderzenia dzieliło już ledwie kilkanaście metrów, przód auta wskazywał w kierunku pobocza.
Czego tutaj szukam?
Szarpiąc kierownicą w lewo założył błyskawiczną kontrę, kopnął w hamulec. Wóz posłuchał, mknąc teraz w kierunku naczepy prawą przednią ćwiartką.
Wyczekał na moment. Zdał na instynkt.
Dojrzał światło pasa awaryjnego, auto wciąż mknęło w kierunku barierki.
Gaz, stopniowo, do oporu.
Reszta należała do technologii. ATTESA nie zawiodła.
Odzyskał przyczepność, musnął barierę tylnym zderzakiem i wystrzelił przed siebie, wyprzedzając TIR’a pasem awaryjnym.
Kierowca BMW pozostał na najszybszym pasie, tkwiąc za furgonetką, w graniczącym z pewnością przekonaniu, że widział zjawę.
Coś, co nie miało miejsca.

- Panie Bülow, ja naprawdę…
- Zamknij się, Frank. Ty też na jakiś czas zniknij mi z oczu. Masz kilka miesięcy niewykorzystanego urlopu… dobrze radzę, najwyższy czas z niego skorzystać.
- Panie dyrektorze… robiłem wszystko, żeby ten program…
- Frank! Spierdalaj! Czy tak trudno jest zrozumieć proste polecenie służbowe?!
Ace Test Driver z nerwów zadławił się własną śliną. Gdy w końcu złapał oddech, oczy przełożonego były nadal tak samo nieustępliwe.
To nie był żart, ani nawet słowa rzucone w gniewie. To była ostatnia szansa.
Gdy drzwi zamknęły się, Dieter spojrzał na ostatnią pozostającą w pokoju postać.

Zjechał na autostradowy parking i zatrzymał tuż obok zadaszonej ławki.
Wysiadł z auta, nabrał w płuca rześkiego, nocnego powietrza. Silnik miarowo pracował na niskich obrotach, od maski biło ciepło.
Czego szukam?
Od strony autostrady dochodził szum sunących ciężarówek. Lipsk płonął setkami świateł podobnych jemu bezsennych.
Po co mi to? Otarłem o śmierć w imię…? Dowodu na to, że jestem nietykalny? Nie jestem.
Spóźniony o ułamek sekundy manewr, kilka kropel oleju na drodze, odrobinę mniej przyczepne opony. Granica życia i śmierci.
Kristoferowi zabrakło szczęścia. Nie mogłem zrobić niczego.
Zgadzając się na pojedynek, na rozstrzygnięcie tej całej gówno wartej rywalizacji na drodze, wydałem wyrok. I od tego momentu, nie mogłem już zrobić niczego.
Nie cofnę czasu. Nie zmienię tego co się stało, żadną ofiarą.
Czego szukam?
Spokoju sumienia.

Oczy Waltera Röhrla nie zdradzały absolutnie żadnych emocji. Szef Centrum miał do tego człowieka szacunek niemal absolutny. Wiedział też, że gdyby w jakikolwiek sposób Firma została zmuszona do wyboru pomiędzy nim a Walterem, to mógł by pakować swoje rzeczy nim zdążył by wypowiedzieć słowo „rentowność”.
- Panie Röhrl, proszę wybaczyć mi ten brak profesjonalizmu. Jak sam pan dobrze wie, sytuacja, w jakiej znalazł się nasz oddział, nie jest godna pozazdroszczenia.
- Zdaję sobie z tego sprawę, panie dyrektorze. – odparł spokojnie Chief Test Driver.
- Zapewne rozumie też pan, dlaczego muszę prosić o porozumienie z inwestorem w kwestii zamknięcia programu. W obecnej sytuacji dalsze działanie…
- Rozumiem, panie dyrektorze. - przerwał mu Röhrl - Przekażę mu pańską sugestię.
Dieter już teraz znał odpowiedź.

Automat wypluł z siebie dużego snickersa, a chwilę później do otworu wylotowego poleciała za nim puszka coli. Nie jadł niczego od śniadania, a od czasu zadymy z Dieterem w Centrum nie umiał zebrać myśli, miotając się bez celu po autostradzie. Nie znalazł spokoju, ale teraz chociaż zaczynał odzyskiwać trzeźwość umysłu.
Posiłkując się koszmarem dietetyka na obskurnym parkingu zaczął analizować głębokość dupy, w jakiej się znalazł. Umowy z Porsche, dotyczącej jego stypendium i całego programu, nigdy nie przeczytał. Firma w teorii gwarantowała czesne i mieszkanie do końca studiów, ale skoro sam szef Porsche w Lipsku wykopał go w trybie natychmiastowym… to być może jego kawalerka już teraz miała zmienione zamki.
Na samych studiach radził sobie przeciętnie. Ogarnął pierwszy semestr, drugi też raczej powinien zaliczyć, choć w ostatnich tygodniach ani razu nie pojawił się na zajęciach. Fory, jakie dostawał od kadry za fakt bycia „tym od Porsche” cholernie w takich sytuacjach pomagały. Czy po tym, gdy wyleciał, w ogóle dopuszczą go do egzaminów? Diabli wiedzą.  
Jego telefon zawibrował. Kogo licho niosło o tej porze…?
„Mówiłam, że bezczelność cię zgubi”.
Licho niosło licho. Znaczniej bardziej urokliwe i z seksownym, niemieckim akcentem, ale wciąż licho.
„Przeceniasz moje możliwości. Lub swój wpływ.”.
Pociągnął łyk i utkwił wzrok w odległych światłach miasta. Ta noc stawała się dziwniejsza z każdą minutą. Skąd miała jego numer? Bez znaczenia. Pozostawało zawiesić niewiarę i dać się nieść tej oderwanej od rzeczywistości nocy.
„Nie jestem aż tak egocentryczna, wiem, co się dziś stało. Skoro do szewskiej pasji mojego ojca doprowadził kandydat, to znam tylko jedną zdolną do tego osobę”.
Nie pisała dla możliwości napawania się faktem, że wyleciał. Był dla niej pyłkiem, małym kamyczkiem, o który ledwie kilka razy musnęła nogą. Po co więc…?
„Muszę cię rozczarować, Elizabeth. To nie ja, przynajmniej nie bezpośrednio. Franza poznałaś na spotkaniu z inwestorami, to on jest dzieckiem tego… sukcesu.”.
Nadal nie do końca rozumiał to, co zrobił Franz. Doprowadził do wyrzucenia ich z projektu, zgadza się, ale… cóż, nie sądził, że ma tyle honoru i odwagi.
Że to właśnie on powie to, co powiedzieć należało. A jemu tej odwagi zabraknie.
Źle go oceniłem.
„Szkoda. Ojciec sam przyznał, że wina leży w dużej mierze po ich stronie. Mało kto jest go w stanie złamać. Już myślałam, że dałeś kolejny powód, by zmienić osąd o tobie.”.
Dieter się łamał. Wybuchem tuszował fakt, że sam sobie z sytuacją nie radzi… coś w tym było, ale na ile zmieniało jego sytuację? I przede wszystkim… czy ona właśnie…?
Zawieszenie niewiary, Mateuszu. Tej nocy niewiele już mogło być zaskoczeniem.
„W ogólnym rozrachunku Twój ojciec ma rację. Gdybyśmy nie zrobili tego, co zrobiliśmy, do niczego by nie doszło. Dlaczego to zrobiliśmy… to osobna historia”.
Odpowiedź przyszła wyjątkowo szybko.
„Nie cofniesz czasu, a Twój żal do samego siebie nie wróci życia. Zrobiłeś wszystko co mogłeś. Czasami, po prostu, możemy zrobić tylko tyle”.
Zrobiłem wszystko co mogłem. Czy na pewno?
Z oparzeń wylizał się w mgnieniu oka, poza bliznami i skórą ręki wyglądającą jak z horroru klasy B był w pełni sprawny. Mógł zrobić więcej. Powinien zrobić więcej.
Tyle że…
Świadomość ta tkwiła w nim od momentu, gdy tracił przytomność, padając na beton lipskiej autostrady. Budził się w szpitalu doskonale zdając sobie sprawę dlaczego nie dał rady dotrzeć do płonącego Porsche, ten jeszcze jeden, ostatni, desperacki raz.
Parking rozbrzmiał dźwiękiem wolnossącego, sześciocylindrowego boksera, a czarne 911 GT3 zmaterializowało znikąd, jakby przywołane myślą. Ta noc, jak zostało już wspomniane, dawno oderwała się od rzeczywistości.
Po przebudzeniu w szpitalu wyparł z głowy świadomość tego, co się stało, gdy ostatni raz ruszył po Kristofera. Wyparł, bo nie był w stanie osądzić tego zdarzenia.
Decyzji podjętej za niego. Wbrew niemu.
Decyzji słusznej, choć serce krzyczało inaczej.
Czarne 996 zatrzymało się miejsce parkingowe dalej, drzwi otwarły, a z auta wysiadł dwudziestolatek o płowych włosach. Spojrzał na Mateusza, powitanie ograniczając do skinienia głową.
- Franz – powiedział Mat – Nie podziękowałem ci jeszcze za uratowanie życia. I nie przekląłem za odebranie szansy na ocalenie go Kristoferowi.
Wyraz twarzy Niemca nie zmienił się, nadal wyrażając perfekcyjną obojętność.
- Nie dziękuj, Mat. Być może było by nam obu łatwiej, gdybym pozwolił ci tam się zabić.
- Był byś wtedy jedynym uczestnikiem pozostającym w tym konkursie skurwienia. Aż się dziwię, że nie skorzystałeś z okazji.
Momentalnie zaczął żałować tego, co powiedział.
- Złamaliście mi kręgosłup moralny tym jednym, przeklętym, ulicznym wyścigiem, ale mordercy ze mnie nie zrobisz. Nie, Mateuszu. To ty byłeś źródłem zła w tym projekcie.
- Sam go sobie złamałeś, nie stawiając prawie żadnego oporu wobec tego pomysłu, Franz. Chętnie natomiast dowiem się, czemu to byłem uosobieniem całego zła jakie nas spotkało.
- Naprawdę, nie domyśliłeś się przez ten rok? – głos Niemca uniósł się nieco, we wzburzeniu – Ani razu nie poczułeś, że nie pasujesz do tego świata? Mierzyłeś się z kierowcą Superkartów i STCC, zawodnikami Alfa GTV Cup i Formuły 2000. Z zawodowcami, którzy osiągnęli jakieś sukcesy w świecie profesjonalnych wyścigów. Ty… uliczny ścigant. Nie przymierzając, drogowy przestępca. Samouk z zapadłej wsi, który bez swojego potężnego protegowanego, legendarnego Waltera Röhrla, był by nikim.
- Franz… czy ciebie po prostu nie uwiera fakt, że ktoś taki jak ja, samouk z zapadłej wsi, wielokrotnie dał radę skopać tyłek tobie, złotemu dziecku toru wyścigowego?
Niemiec zmielił w ustach przekleństwo. Mateusz pociągnął dalej:
- Widzę, że uwiera. Powiem ci, jak było naprawdę, Franz. Byłem protegowanym Waltera, nie zaprzeczę. Tak jak ty byłeś pupilem Franka. Chyba też zdążyłeś już dojść do tego, jaka dwójka miała pozostać w programie.
Franz nie odpowiedział, ale skinął lekko głową.
- Podziwiam cię za to, co powiedziałeś rano, w gabinecie Dietera. To prawda, zostaliśmy napuszczeni na siebie w brutalnej, stronniczej rywalizacji o realizację marzenia. Popełniliśmy koszmarny błąd, rozstrzygając ją na ulicy. Błąd tragiczny w skutkach. Ale to był nasz błąd i nasza fatalna decyzja. Decyzja, za którą w równym stopniu jesteś współodpowiedzialny.
- Zapewne masz rację, Mateuszu. Na własne życzenie stałem się tym, czego tak nienawidzę w tobie: ulicznym skurwielem. W rok z dobrze rokującego kierowcy wyścigowego, łapiącego pracę marzeń jako testowy w Porsche, stoczyłem do poziomu drogowego przestępcy z kartoteką wiążącą ze śmiertelnym wypadkiem. Odebrałem sobie niewinność. Ale wciąż to ciebie uważam za główną tego przyczynę.
Mat uśmiechnął się paskudnie, czując już, gdzie zmierza ta rozmowa.
I tej jednej, przeklętej, niezwykłej nocy, kierunek ten cholernie mu odpowiadał.
- I dlatego wróciłeś na autostradę: bo szukasz spokoju ducha. – stwierdził – A, choć bardzo starasz się wmówić sobie, że jest inaczej, to ten jeden nielegalny wyścig, jakkolwiek zakończony tragicznie, zdążył cię uzależnić. Usprawiedliwiasz, naiwnie, że rewanż da ci upragniony spokój. Zarzekasz, że to drugi i ostatni raz. To tak nie działa i nie zadziała, Franz. Ale chętnie ponownie skopię ci dupę.
Franz nie odpowiedział. Ale przytaknął.
- Stąd do węzła z drogą L169 mamy jakieś piętnaście kilometrów, tam zawrócimy w kierunku miasta. Wygrywa pierwszy na zjeździe Leipzig Mitte. Ruszamy na trzeci sygnał klaksonu.
- Zgoda.
Mateusz sięgnął po telefon i wysłał odpowiedź na ostatnią wiadomość, odpowiedź tak bezczelną i nieodpowiednią jak tylko przyszła mu do głowy. Taką, jakiej żałuje się natychmiast, taką, której żałuje się długo i z moralnym kacem. Jak zostało już jednak wielokrotnie wspomniane, ta noc dawno zerwała wszelkie więzy z rzeczywistością.
Popełniał wielki błąd kolejny raz ruszając na autostradę, w kolejny, bezsensowny pojedynek.
Jeden błąd w tę czy we w tę naprawdę nie miał już większego znaczenia.
- Graj, muzyko. – mruknął, wsiadając do samochodu.

Złapała się na tym, że mimowolnie zerka na ekran komórki. Przerzuciła kartkę, próbując skupić na fabule. Bezskutecznie.
- Co się ze mną dzieje, do diabła?!
On jest nikim. Widziałam go ledwie kilka razy w życiu, nieokrzesany drań z ogromnym tupetem, wybujałym ego i paskudnym akcentem. Typ faceta, który siląc się na dobre maniery, zamienia je w parodię. Niski, niezbyt przystojny, i tańczy jak…
… tańczy, cholera, jak szatan w ludzkiej skórze. – przyznała sama przed sobą.
Co mnie do niego ciągnie? Czym utkwił w pamięci już przy pierwszym spotkaniu?
Może i uratował mi życie, może potrafił rozpalić emocje, ale to nie było to. Nie tylko, nie przede wszystkim. To było…
Odłożyła książkę, przymknęła oczy i rozciągnęła w fotelu. Dochodziła pierwsza w nocy, czas najwyższy…
… to coś w spojrzeniu. Ten lęk i rezygnacja. Pewność siebie i determinacja.
Ta sama zagubiona dusza.
Telefon zawibrował.
 - Bezczelny drań. – syknęła, spoglądając na ekran.

Już na pasie rozbiegowym stwierdził, że 380-konne, tylnonapędowe GT3 nie da się tak łatwo zgubić. Porsche bez problemu trzymało się jego tylnego zderzaka. Ponad czterysta koni i napęd na cztery koła Skyline’a nie były gwarancją zwycięstwa.
Przeskoczył na skrajny prawy pas i zapiął trzeci bieg, Niemiec podążył za nim.
Pojedynek o nic trwał.

Nie spodziewał się zwycięstwa bez walki, i nie zanosiło się na nie. Zgodnie z jego ustaleniami, GT-R Mateusza był daleki od serii.
Czytał o tym samochodzie, zadanie domowe odrobił perfekcyjnie. Fascynujące, ile ludzie udostępniają w Internecie. Do pięciuset koni, zmodyfikowana elektronika pozwalająca na łatwe wychodzenie z poślizgów, wzmocnione hamulce. Plotka głosiła, że z kierownicą po kontynentalnej stronie wyjechał z fabryki, ale w tę wersję akurat mało kto wierzył. Tak czy siak, od strony osiągów miał do czynienia z godnym przeciwnikiem.
Idąc w ślad za Nissanem na najszybszy pas i mijając powoli sunącego TIRa, zmielił w ustach przekleństwo. Nisko upadł. Był zagorzałym przeciwnikiem wyścigów ulicznych, „ścigantami” z całego serca gardził. Jego miejsce, podobnie jak każdego profesjonalisty, było na torze. Narażanie siebie i Bogu ducha winnych uczestników ruchu na śmierć i kalectwo, nawet na pozbawionych limitów autostradach, było tak bardzo odległe od tego, co uważał za słuszne…
A mimo tego zgodził się na tamten brzemienny w skutki pojedynek. Bezdenną głupotę, której skutki będą go prześladować do końca życia.
Płynnym ruchem pomknął na najwolniejszy pas, kopiując manewr Skyline’a, wyprzedzając osobówki okupujące środkowy i lewy. Usłyszał tylko kanonadę klaksonów, w lusterkach rozbłysnęły drogowe światła.
Niczego się nie nauczył? Co więcej… powtarzał własny błąd.
Przeskoczył na środkowy pas, ruszając do ataku.
A może… szukał odpowiedzi.
Rewanżu, który przywróci mu nadszarpniętą wiarę we własne umiejętności.

- Nie tak szybko, Franz. – mruknął Mateusz, kątem lewego oka widząc jak czarne 911 powoli zrównuje się z jego Sky’em.
Zgodnie z przewidywaniem, Porsche znacząco zwolniło. Opory powietrza robiły swoje.
Sześciocylindrowe silniki ryczały kręcone pod czerwone pola, liczniki wskazywały ponad 280 kilometrów na godzinę. Nissan podskakiwał nerwowo na najmniejszym nawet wyboju, to nie były prędkości, do których Godzilla była stworzona. GT3 zdawało się za to przeć przed siebie niczym czołg podczas Blitzkriegu, ale fakt pozostawał faktem: nie było się w stanie wysforować przed GT-R’a.
Doszli do impasu.

Na pasie wyłączającym wciąż był pierwszy, z Porsche przyklejonym do tylnego zderzaka. Przy niemal zerowym natężeniu ruchu i podobnych osiągach… jeśli gdzieś można było rozstrzygnąć ten pojedynek – to tutaj.
Ślimak nie był długi, co skutkowało ostrym profilem łuku. Co więcej, przeciwległy pas wjazdowy nie był od niego niczym oddzielony, więc…
… świat należał do odważnych, prawda?
Wcisnął hamulec i nos Nissana zanurkował, błyskawicznie wytracając prędkość z blisko trzech setek do stu czterdziestu. Pas wyłączający był za wąski, żeby wyprzedzić, Porsche musiało grać według jego planu. Nie miał jednak zamiaru z tego faktu korzystać.
Zredukował do trójki i kopnął w hamulec, jednocześnie skręcając kierownicą. Skyline wszedł w kontrolowany poślizg, sunąc całą szerokością pasa.
- Co ty na to, chłopcze z Formuły 2000? – mruknął, kątem oka obserwując przeciwległy pas.

- Amatorszczyzna. – pomyślał Franz, widząc ślizgającego się GT-R’a. Dodał gazu, a GT3 zbliżyło się do boku Nissana na pół metra. – Wiejska technika, godna co najwyżej ulicznego pajaca.

Do końca ślimaka pozostało kilkadziesiąt metrów, widział już drogę i sunącą nią ciężarówkę. Była blisko, ale powinien zdążyć i wpasować się przed nią…
- Fuuuck! – syknął.
MX-5, która wyłoniła się z naprzeciwka, całkowicie go zaskoczyła. Profil łuku i betonowa bariera zupełnie zasłoniły tak niski samochód.
Tył Sky’a leciał po przeciwległym pasie, Mazda nie miała gdzie uciec. Klakson małego roadstera przeszył powietrze.
Kontra, gaz, więcej gazu…
Wyszedł z poślizgu i wyprostował auto w ostatnim momencie, tylny zderzak minął „cywila” o centymetry. Wytrącony z równowagi Nissan wahnął się w drugą stronę, przycierając zderzakiem o barierkę na wewnętrznej, by w końcu odzyskać pełnię trakcji.
W środkowym lusterku błysnęły mu drogowe światła 911.
- Skurwysyn. – mruknął Mateusz, cisnąc gaz do podłogi. – Nie tak szybko, Franz… tutaj to kończymy.
Połączenie ślimaka z drogą L169 nie miało pasa włączającego, jedynie skrzyżowanie i znak STOP. L169 była dość wąska, przy tej prędkości łatwo było przestrzelić i znaleźć się na przeciwległym pasie, ruch na którym ocenić można było dopiero po zatrzymaniu na STOPie. Ciężarówkę po lewej dzieliło od nich nie więcej niż dwadzieścia metrów.
Przerywanym driftem zdąży, nie wypadając na przeciwny pas. Szkop – bez szans. Nie gripem, nie z nawykami rodem z toru wyścigowego.
Zdjął nogę z gazu, skręcił kierownicą i momentalnie ponownie wcisnął pedał, wchodząc w kolejny poślizg. Kierowca TIRa w końcu ich dostrzegł, do kabiny przebił się potężny klakson ciężarówki.
- Hamuj, Franz. Koniec zabawy, nie zmieścisz się.
Porsche uparcie trzymało się jego zderzaka. Kabina ciężarowego Mercedesa rosła w oczach.
- Kurwa!
Wdusił gaz do oporu, zakładając kontrę i wychodząc na prostą przerywanym driftem, tuż przed ciężarówką. Momentalnie spojrzał w lusterko wsteczne, będąc pewnym, że ujrzy w nim rozbite Porsche.
Mylił się.
- Co do…
Ryk kręconego wysoko boksera doszedł go z lewej, z przeciwnego pasa.
- Jak…
Sunąca z naprzeciwka osobówka zaczęła hamować, noc rozdarł kolejny klakson.
Czarne Porsche minęło ją o włos, unikając zderzenia przeskokiem na właściwy pas jezdni.
Przed jego maskę.
Gdyby miał czas rozważył by, jak bardzo mylił się, uznając Franza za niezdolnego do podejmowania ryzyka. Ale czasu na to nie było.
Na drodze zaczął się już pas do skrętu w lewo, na ślimak prowadzący do autostrady w kierunku Lipska. Z naprzeciwka nadciągała kolejna ciężarówka. Role się odwróciły.
- Szlag. – stwierdził, oceniając odległość. Mógł nie zdążyć.
GT3 odbiło w lewo, celując prosto we wjazd na ślimak. Kierowca TIRa zapalił całą „elektrykę” i wdusił klakson. Był blisko. Za blisko.
Hamując i skręcając za ciężarówką de facto kończył ten pojedynek. Na autostradzie nie był w stanie odrobić straty, mieli jednakowo szybkie auta, a przy minimalnym natężeniu ruchu nie było szans na żaden zator. But w podłodze do samego Lipska.
To pojedynek o nic, do ciężkiej cholery. Nie ucierpi nic prócz mojej dumy.
Nawet Kris zginął za więcej. A i to, za co zginął, było niewarte funta kłaków.
Nie ma sensu.
Musnął hamulec, dociążając przednią oś, i odbił w kierunku wjazdu, w ślad za Porsche.
Może ten pojedynek, rywalizacja z Franzem, a nawet cała jego kariera ściganta nie miały sensu...
Klakson TIRa wibrował, światła wypalały oczy.
Ale, jak powiedział Giuliet…
Zderzak ciężarówki wypełnił całą prawą szybę.
Nie potrafił inaczej.

Franzowi zadrżała powieka, gdy mknąc ślimakiem w kierunku autostrady spojrzał we wsteczne lusterko.
Z dwojga możliwych zakończeń… wolał jednak takie.
Do ryku wolnossącego boksera dołączył syk dwóch turbosprężarek.
- Popierdolony świr. – warknął pod nosem.
- Tak jak i ja. – dodał po chwili.
Wpadł na autostradę, a czarny Skyline znów zrównał się z czarnym 911.
Pojedynek trwał dalej.
I pozostać miał nierozstrzygnięty.

Aż do zjazdu Leipzig Mitte, na wysokości centrum miasta, szli bok w bok.
Minęli kilka ciężarówek, kilkanaście osobówek, wyprzedzali każdym wolnym fragmentem autostrady i pasa awaryjnego. Żaden nie dał rady przerwać impasu.
Mateusz odbił na pas wyłączający i spojrzał na mknące obok Porsche. Franz również spoglądał w jego kierunku.
Spoglądał z pogardą. Ale i podziwem.
Skinął mu głową, a były już kolega z pracy i konkurent odwzajemnił gest.
Zaraz potem rozdzieliła ich barierka.
- Bywaj, Franz. – powiedział sam do siebie Mat – Obyś znalazł upragniony spokój sumienia, sukinsynu.
Zdjął nogę z gazu i wytracił prędkość, wjeżdżając na wiodącą do miasta trzypasmówkę.
Rutynowo rzucił okiem na wskazania zegarów.
- Kurwa. – mruknął.
Ciśnienie oleju było dziwnie niskie w stosunku do obrotów silnika.
Nie obciążając auta, na najsłabszym programie doładowania, dotarł do najbliższej stacji paliw, kilka kilometrów dalej, na opłotkach miasta.
Napełnił bak do pełna, zjadł pośledniego hot-doga, popił puszką coli. Dochodziła druga w nocy, ruch niemal już całkowicie zamarł, poza pracownikami stacji i kierowcą dostawczego Transita, spoglądającym z ciekawością na jego Skyline’a, miasto musiało spać snem sprawiedliwego.
Otwarł maskę i wyjął bagnet oleju. Poziom był poniżej połowy skali, ale mieścił się w normie. Dla świętego spokoju dolał dwie setki wożonego w bagażniku Motula.
Odpalił silnik, a RB26 zagadało czysto i bez fałszu. Ciśnienie na biegu jałowym nie budziło zastrzeżeń.
Zamknął maskę, wsiadł do auta i ruszył w kierunku domu. Wszystkie zegary wskazywały wartości w normie.
- To był długi dzień. – pomyślał – I cholernie intensywna noc.

Zjechał na podziemny parking, znalazł wolne miejsce, wyjął kluczyk ze stacyjki i wysiadł z auta. Turbo timer podtrzymał pracę silnika, podczas gdy on zmierzał już w kierunku windy. Czekając na przyjazd wsłuchał się w dźwięk rzędowej szóstki. Silnik pracował nienagannie, gry jednostki nie zakłócał żaden szmer. Czym, u cholery, było to chwilowe niskie ciśnienie…?
RB26DETT zgasło chwilę przed tym, gdy piknięcie obwieściło przybycie windy. Kilkanaście sekund później był już na żarzącym się jarzeniówką korytarzu na siódmym piętrze. Znalazł w kieszeni klucze, wsadził w zamek…
Był otwarty.
Nacisnął na klamkę, a drzwi ustąpiły.
- Cześć.
Ubrana była identycznie jak tego pamiętnego dnia, gdy uciekli z zasadzki w centrum, pozornie zwyczajnie. Czarna, krótka skórzana kurtka narzucona na prostą, białą bluzkę i jeansy.
- Dobry wieczór, Elizabeth.
Również swoje piękne, kasztanowe włosy miała upięte prosto, niemal niedbale. Poznał już jednak zbyt wiele kobiet, by nie wiedzieć, że to pozory. Delikatny makijaż, płaskie buty. Stała w drzwiach do kuchni, a on w głębi duszy był wdzięczny sam sobie za to, że jeden z jego wielu nerwicowych nawyków zmuszał go do pozostawiania w mieszkaniu względnego porządku ilekroć wychodził.
- Przed godziną zaproponowałeś mi dokończenie rozmowy przy kawie.
- Zaproponowałem. – przytaknął.
Zawieszenie niewiary, Mateuszu. Po prostu zaakceptuj to, co się dzieje.
Sens już dawno opuścił tę noc. Realizm magiczny.
- U siebie w mieszkaniu.
- Owszem.
- A propozycja, o obyczaje, ważna była tylko do dzisiejszego ranka.
Tekst jego SMSa wypowiedziany na głos boleśnie uwidaczniał sztubackość i brak klasy autora. Z ledwością powstrzymał wstydliwy rumieniec.
- Zgadza się. – odparł, tak bardzo „od niechcenia” jak tylko potrafił. Miała w sobie, w ruchach, w głosie, gestach coś, co sprawiało, że momentalnie traciło się śmiałość i pewność siebie. Znowu był licealistą, który najbliżej kobiety był na kursie towarzyskiego tańca.
- Blefowałeś. – stwierdziła chłodno, z nutą pogardy. Wręcz satysfakcji.
Szukał odpowiedzi, hardej, dość inteligentnej, takiej, która choć w drobnym stopniu ukryje fakt, że tak, cholera, w rzeczywistości było. Nie zdążył.
- Sprawdziłam. Nie masz kawy.

Po tym poszło szybko.

Gdy lądowali na szafce w przedpokoju zdążyła już zrzucić z niego firmową wiatrówkę, a on zrewanżować ściągnięciem z niej skórzanej kurteczki. Zapatrzył się na krótką chwilę na jej smukłą szyję, a chwilę tę wykorzystała na rozdarcie jego koszuli, rozsypując dookoła guziki.
- To jest służbowa, Porsche Design do ciężkiej…
- W naiwności wierzysz, że masz tam jeszcze po co wracać? – pociągnęła go ku sobie, a on wpił się w jej usta.
Całował w życiu kilka kobiet. Pamiętał delikatność Fumi, ciepło Alicji, namiętność Giulietty. Ale ten…
Był jak strzał w potylicę z Magnum, jak rozerwanie żył amfetaminą, jak…
Odepchnęła go, bezpardonowo, butem o pierś, zapierając o ścianę. Zaskoczony uderzył o ścianę naprzeciwko, co efekt tylko spotęgowało.
- Czy pozwoliłam ci na pocałunek, ty bezczelny…
- Nie sądzę. Ale i tak nie planowałem prosić o pozwolenie.
Wrócił i schwycił ją za bluzkę, czując jednocześnie jak próbuje rozpiąć mu pasek.
- Nie uznaje niszczenia ubrań, więc czy mogłabyś…
Wyszarpnęła pasek i jednym ruchem złożyła wpół.
- Czy naprawdę musisz potęgować drama… - zaczął, ale nie dokończył. Zdzieliła go przez plecy, z rozmachem.
- Takiego chuja – pomyślał, zamroczony bólem. Jebana grzeczna dziewczynka z dobrej, kurwa jej mać, rodziny.
Schwycił za dekolt bluzki i szarpnął, z całej siły. Materiał nie poddał się, ale przynajmniej znowu znalazł drogę do jej ust. Drugi pocałunek kopał równie mocno, tym razem dłuższą chwilę nie wyrywała się, pieszcząc językiem koniuszek jego. Wplótł dłoń w jej włosy, gładząc jak kota, delektując smakiem ust i zapachem perfum. Z idylli wyrwało go kolejne uderzenie paska, wymierzone w to samo miejsce, bolesne jak jasna cholera.
Złapał ją obiema dłońmi w talii, uniósł z szafki i pchnął w kierunku ściany. Nie uderzyła mocno, raczej wsparła, ale i tak czuł się z tym co zrobił co najmniej niekomfortowo.
- W końcu – mruknęła, oblizując wargę. Wiedział, że musiał to być wypraktykowany gest. Niemniej, diablo skuteczny – Bałam się, że myliłam co do twojego braku manier.
Rozwinęła pasek. Przestawało być zabawnie.
Zrobił krok w jej kierunku, a pas chlasnął go przez lewy bark, zawadzając o rękę i pierś.
Tym razem nie dał rady opanować syku i bolesnego grymasu. Poparzenia nadal były tkliwe, a blizny po Serpentynach nigdy do końca nie przestały boleć.
- Pan Nie-Rusza-Mnie-Zabijanie jednak coś czuje. – stwierdziła brzydko – Wyrzuty sumienia w SMSach mogłeś udać, ale to…
Wyprostował ramiona, a koszula zsunęła się z niego na ziemię, odsłaniając poorane bliznami bark i rękę.
- Verdammt!
- Panią Jara-Mnie-Zadawanie-Bólu coś jest jednak w stanie zaskoczyć? – bardziej stwierdził niż zapytał, lewą dłoń opierając obok jej głowy, i zbliżając twarz do jej twarzy. Spoglądała mu prosto w oczy, spojrzeniem tych niezwykłych, szmaragdowych oczu. Spojrzeniem nieodgadnionym.
Prawą dłonią wyjął jej z dłoni pasek i cisnął w kierunku kuchni.
Tym razem to ona wpiła mu się w usta i pociągnęła ku sobie. Zetknęli się ciałami, wśliznął prawą dłoń pod jej bluzkę, na nagie, wilgotne od potu plecy. Znalazł zapięcie stanika i rozpiął je wprawnym ruchem.
- Nie pozwoliłam ci…
- Zamknij się. Proszę.
Przesunął dłonie na jej niewielkie, kształtne piersi i zaczął je pieścić łagodnymi, nieprzystającymi do tego szaleństwa ruchami. Jęknęła cicho, wyprężyła jak struna.
- Nie prosiłam o…
- Ja prosiłem. – zamknął jej usta długim pocałunkiem, lewą dłonią sunąc w dół, po żebrach, brzuchu, pasie…
Rozwarła szeroko te niesamowite szmaragdy oczu. Wtedy już wiedział.
- Mat…
- Liz’.
Wygrał.

Leżące na ziemi poduszki były, mówiąc poetycko, w artystycznym nieładzie. Dotyk jej włosów i policzka na piersi: przyjemnie ciepły.
Gdyby palił, to był by właściwy moment.
- Nie pytasz, jak? – wymruczała.
- Nie pytam nawet, dlaczego. – odparł, gładząc ją po szyi.
- Wiesz, dlaczego. Uwiodłeś mnie. Uwodziłeś od pierwszego spotkania, uwodziłeś bezczelnie, ale jak widać… skutecznie. Budzisz we mnie odrazę i lęk, fascynację i pożądanie.  Kojarzysz z koszmarem i wybawieniem. Odbierasz zdrowy rozsądek i dajesz nadzieje, że okiełznam własne demony. Jesteś moim przekleństwem, Mateuszu. Ale też od dawien nikt nie sprawił, że czułam się tak… żywa. Wypuszczona ze złotej klatki. To… nieracjonalne. Ale… tym razem chcę być nieracjonalna.
Milczał.
- Jak pisałam, ojciec przyznał się dziś wieczorem do błędu – pociągnęła po chwili, nieco zmienionym tonem – Planuje przywrócić was do pracy w firmie. Będziesz mógł… zostać, więc może… - zmieszała się.
I wtedy otrzeźwiał. Zrozumiał.
Przytulił ją, pocałował w policzek i delikatnie zsunął z piersi, wstając.
- Mat…?
- Przepraszam, Elizabeth.

Wrzucił do bagażnika walizkę i plecak, a minutę później był już na ulicy. Nie oglądał za siebie, nie zastanawiał nad kierunkiem.
Gonitwa jego myśli była tak wielka, że zamieniła się w pustkę.
Jechał przed siebie.
Znów uciekał, znów czuł to samo dojmujące uczucie… klęski.
Jak rok temu, gdy uciekłem z Podbeskidzia, bo nie mogłem zrobić… absolutnie nic.
Rok ten zdawał się dekadą, wydarzyło się i zmieniło tak wiele, ale znów…
Jestem w punkcie wyjścia. Tyle tylko, że tym razem nie mam absolutnie żadnego celu. Żadnego kierunku.
Zadzwonił telefon.
- Mat.
- Franz.
- Myślałem o tym wszystkim – powiedział Niemiec – O naszej rywalizacji, o dzisiejszym pojedynku… jest jedno miejsce, gdzie zwycięstwo zwróci mi utracony spokój. Nie chodzi o Kristofera, z jego śmiercią nie pogodzę się nigdy, nie chodzi też o stracone marzenie o byciu Test Driverem w Firmie. Nie, Mat, to już minęło, i za to nie mogę i nie będę cię winić. Ale Północnej Pętli nie umiem zapomnieć.
- Jeżeli chcesz pojedynku na ‘Ringu…
- Nie, Mat. Nordschleife jest moim ukochanym torem, torem który, jak sądziłem, znałem jak własną kieszeń. Dlatego też chcę pokonać cię w miejscu, które jest tym samym dla ciebie.
Nie odpowiedział.
- Oglądałem nagrania, jest ich trochę w Internecie. Tym miejscem jest droga 941. Twoje rodzinne Serpentyny.
- Jeśli tego…
- To nie wszystko. Chcę wiedzieć, który z nas był lepszym Kandydatem, Mat.
- Jak i ja.
- Widzimy się za trzy dni, o północy z poniedziałku na wtorek, na górnym parkingu. Przyjedź Porsche z trzeciej grupy.
- Skąd…
- Klaus jest otwarty na negocjacje.
Milczał krótką chwilę.
- Wiem, że przyjedziesz.
- Widzimy się za trzy dni, Franz.
- Będę czekał.
Rozłączył się.
Nadal był w punkcie wyjścia.
Ale teraz miał chociaż cel.