„Bez granic”

Czarne Porsche powoli pięło się krętą, górską drogą w kierunku szczytu. Kierowca, młody, płowowłosy chłopak, śledził wzrokiem pobocze, stan nawierzchni i profil kolejnych zakrętów. Ilość wgnieceń i rys na energochłonnych barierkach oddzielających drogę od porośniętego gęstym lasem nasypu, ślady palonej gumy na asfalcie… nielegalne wyścigi faktycznie musiały tu być chlebem powszednim.
Dogonił pnący się mozolnie pod górę biało-niebieski autobus i niemal zdjął nogę z gazu, sunąc za dyszącym ciężko wielorybim turbodieslem.
Przyklejone do tylnej szyby dzieciaki robiły mu fotki telefonami komórkowymi i machały rękami jak opętane. Kultowe Porsche wrażenie robiło zawsze, niezależnie od kraju i miejscowości.
Z tyłu dobiegł ryk turbodoładowanej, rzędowej szóstki, a całe środkowe lusterko zajął srebrny, sportowy samochód z charakterystycznymi, wysuwanymi reflektorami. Przez kilkanaście sekund Franz obserwował, jak kierowca Supry dojeżdża na centymetry do jego zderzaka, miga drogowymi światłami, mruga lewym kierunkowskazem i pogania klaksonem. Rozważał pokazanie w kierunku tylnej szyby międzynarodowego gestu „odczep się”, ale odpuścił. W końcu Toyota ryknęła przeciągle i katapultowała na przeciwległy pas jezdni, na czołówkę z osobowym Audi.
- Dummkopf! – syknął, wciskając hamulec w podłogę. Potężne hamulce torowego Porsche zatrzymały je niemal w miejscu. Przeciągły klakson Audi przeciął powietrze, podczas gdy srebrna Supra na centymetry wcisnęła się między 911 a autobus.
Nie nacisnął klaksonu, nie uniósł środkowego palca. Rozpoznał ten samochód.
- Świat jest mały. – pomyślał, patrząc jak Toyota powtarza idiotyczny manewr, wyprzedzając autobus na ślepym zakręcie w lewo.

Zajazd utrzymany był w neogóralskim stylu, łącząc współczesny dach i okna ze ścianami z drewnianych bali. Zaparkował wóz na parkingu i wysiadł, rozprostowując umęczony podróżą kręgosłup, a czarne Porsche momentalnie otoczyła chmara dzieci.
- Trzysta na liczniku! – niemal zadławił się jeden z chłopców, przyciskając nos do bocznej szyby. – Ile pan nim najszybciej jechał?
- Ich spreche kein Polnisch. – odparł, wyciągając podróżną torbę z bagażnika pod maską.
- Eeeee, to szwab! – krzyknął dzieciak, a grupa rozpierzchła się w popłochu.

- Pańskie nazwisko…?
- Voigt. Franz Voigt. – odparł, domyślając się treści pytania.
- Ah, sorry. Do you speak English?
- Sure.
Dziewczyna, musiał to przyznać, była bardzo atrakcyjna. Odgarnęła spływający jej na oczy kosmyk kruczoczarnych włosów i kontynuowała stukanie w klawiaturę.
- Room 3. – powiedziała po chwili, podsuwając mu do podpisania regulamin – If you need anything, just call reception, internal number 1. I’m here to help.
Zwalczył przedziwną ochotę na flirt, tak dla niego nietypową. W błękitnych oczach kobiety, która nie mogła być przecież starsza od niego, było coś, co…
Coś z wielkiego smutku.
Coś, z czym nie chciał mieć do czynienia.

Pokój był raczej niewielki, urządzony w quasi-góralskim stylu, ale na te kilka dni niczego więcej nie potrzebował. Gorący prysznic rozluźnił mięśnie, napięte sześciogodzinną jazdą w torowym 911.
Łóżko było przyjemnie wygodne. Prawda była jednak taka, że po tym, co wydarzyło się w piątek… tyradzie Dietera, utracie pracy, Franku, Walterze… pojedynku na autostradzie z Wilkiem… nocnej jeździe z Lipska… zasnął by nawet na jeżu. Potrzebował odpoczynku.
Był sobotni poranek. Miał dwie noce na opanowanie tej drogi do perfekcji.
U tego przeciwnika, na jego własnym terenie, nie mógł liczyć na żadną taryfę ulgową.

Budzik w telefonie zadzwonił punkt szesnasta. Z łóżka wstał bez ociągania, obmył twarz i ubrał świeże ciuchy. Miejsce wielkiego zmęczenia zajął wielki głód.
Kierując się do części restauracyjnej, minął zmierzającą w kierunku recepcji parę.
Srebro podeszłych wiekiem włosów dziwnie nie współgrało z niesionym w nosidełku maluchem.
Nie było to jednak jego zmartwienie.

Nim zapadł zmrok, zdążył pokonać całą przełęcz kilkadziesiąt razy. Stan nawierzchni był raczej zadowalający, czego nie można było powiedzieć o poobijanych, a w wielu miejscach chałupniczo połatanych barierach energochłonnych. Tutejszym „rajdowcom” udało się także dość solidnie nagumować asfalt, tysiące przejazdów i ostrych hamowań sprawiły, że nawierzchnia była na zakrętach wyjątkowo przyczepna. Choć nadal w wielu miejscach zdradliwa.
Starał się nie łamać przepisów, raczej badał trasę i szukał optymalnej linii niż sprawdzał limity. Do nocy ruch był dość spory, a ilość miejsc, w których można było na tej górskiej drodze wyprzedzić nawet wolno jadący pojazd – prawie zerowa.
Po zapadnięciu zmroku zaś, pojawili się ściganci.

- Przejazdu nie ma, szwabie. – usłyszał od nachylającego się do kabiny młodziaka w czapce z szerokim, płaskim daszkiem. Z całego stwierdzenia zrozumiał tylko pogardliwe określenie jego narodowości, ale blokujące drogę „pachołki” były dostatecznie czytelnym sygnałem, że nie miał jak wrócić na szczyt.
- When can I get back uphill? – zapytał.
- Race. – padła odpowiedź – Not kurwa now, later, za chwile, nazisto pierdolony.
Zmielił w ustach przekleństwo. Cóż, przynajmniej do kwestii zabezpieczania trasy podczas tych nielegalnych pojedynków podchodzili dość poważnie.
Stukając opuszkami palców w kierownicę obserwował zbliżające się ze szczytu, prześwitujące przez drzewa rozbłyski świateł. Przez miarowy pomruk sześciocylindrowego boksera przebijał się coraz głośniejszy ryk silników i okrzyki tłumu. W końcu, gdy jazgot niemal rozrywał już bębenki, auta pojawiły się na nawrocie malującym jakieś sto metrów przed nim. Znajoma srebrna Supra zamiotła tyłem w głębokim poślizgu, blokując wychodzące po wewnętrznej fioletowe Subaru. Toyota wystrzeliła przed siebie na ostatniej prostej, a kilka sekund później było już po wszystkim.
- Koniec pojedynku! – huknął w krótkofalówkę ciul w czapce – Robert wygrywa, Supra przed WRX’em klubu 85!
Nie zrozumiał niczego, ale wychwycone imię wystarczyło, by potwierdzić to, czego się domyślał. Zawracający przed jego maską wóz faktycznie należał do niegdysiejszego arcyrywala Mateusza.
- Go! – machnął mu ręką posiadacz głupiej czapki i krótkofalówki – Go, go, go, szkopie!
Stłumił w sobie chęć pokazania mu środkowego palca. Dobrze wiedział, co znaczyło „nazista” czy „szkop”. Zwada z autochtonami była jednak ostatnim, czego potrzebował.
Wrzucił pierwszy bieg, popuścił sprzęgło i ruszył w ślad za oddalającym się Subaru.

- Jak mogłeś to tak zjebać! – warknął postawny blondyn, gdy tylko kierowca Imprezy otworzył drzwi – To miała być nasza inauguracja, wejście z pierdolnięciem, rozkładając lokalnego wymiatacza na łopatki… kurwa, Zbyszek, przecież ten cały Robert robi tyły odkąd dostał łomot od GT-R’a! Jak…
- Gdy wylosował przód to już wiedziałem, że będą kredki. – odparł Zbyszek z WRX’a – Sukinsyn zna tę trasę, a blokuje jak zawodowiec…
- To my mieliśmy być zawodowcami, Zbigniew! Kurwa! Do diabła z tymi dwoma patolami z zakładu, ale drugiej szansy na zrobienie dobrego pierwszego wrażenia jako klub mieć nie będziemy!
Gość z Subaru błądził spojrzeniem nad jego ramieniem, unikając kontaktu wzrokowego. Nagle uśmiechnął się szeroko.
Czarne Porsche zaparkowało na uboczu, ale już zbierał się wokół niego wianuszek gapiów.
- Będziemy mieć, Krzysiek. Będziemy.

Franz nie czuł się komfortowo. GT3 słusznie budziło zainteresowanie, ale napierający tłum autochtonów, bełkoczący coś w obcym języku, był daleko mniej przyjazny do spotkanych rano dzieciaków.
- Wyjebana gablota, koleś!
- Czego tu szukasz, szwabie?!
- Daj mu spokój, może to znajomy Mistrza? Skąd by wiedział o nocnych zlotach?
- Mistrza nie było od ponad roku i już raczej nie wróci, ziom. Ponoć sprzedał dom i wyprowadził się z Istebnej na amen.
- Może ten z Porsche przyjechał pobić jego czasy? Stary Mistrz dalej dzierży rekord w downhill do Wisły…
- Zróbcie przejście – Zbigniew i Krzysztof torowali sobie drogę do Porsche – Sorry, mamy propozycje…
Płowowłosy właściciel Porsche spojrzał na nich spode łba, wyraźnie zaskoczony.
- Excuse me? – zapytał.
- Do you want to show how that beauty drives? – rzucił Zbyszek – Or you just stand here, posing in front of a daddy’s car?
Tłum zaszumiał i zafalował. Przynajmniej ta jego część, która znała podstawy angielskiego.
Franz potarł brodę, w krótkim zawahaniu. Spodziewał się wyzwania, i taki był jego plan na ten wieczór. Nie był tylko pewien, z kim miał do czynienia. Gość miał czarną czapkę z daszkiem, przyozdobioną białym numerem 85. Czyżby…
- Do you want me to race you? – zapytał.
- Yes – odpalił Zbyszek – Five houndred Euro that you can’t beat me in downhill.
- What car do you drive?
Zbigniew uśmiechnął się. Przynęta połknięta, ryba na haczyku.
- GD Impreza WRX.
- The one that raced with silver Supra?
- Yes.
Franz uśmiechnął się. Wszystko układało się lepiej, niż planował.
- A boxer showdown, then. OK, let’s do this.

Od kilku miesięcy touge na Serpentynach rządziła nowa moda: wyścigi w trybie „nagłej śmierci”. Miast bok w bok, ściganci startowali jeden za drugim, wyprzedzenie oznaczało natychmiastową przegraną startującego z przodu, ale utrzymanie się do linii mety – porażkę ścigającego. Taki format był dość popularny w ojczyźnie touge, Japonii, z tą tylko różnicą, że niewyprzedzenie oznaczało nie koniec pojedynku, a ledwie zamianę ról. Fakt ten organizatorzy istebniańskich pojedynków zdawali się przeoczyć, skazując „ścigających” na nierówną walkę ze znajdującym się w dość komfortowej sytuacji „ściganym”.
- O kolejności startu zadecyduje rzut monetą. Orzeł dla Imprezy, reszka dla Porsche.
Franz spoglądał na faceta mającego dać sygnał do rozpoczęcia pojedynku i nie rozumiał ani słowa.
- Weź mu to przetłumacz. – zwrócił się sygnałowy do Zbigniewa.
- Marshall will throw a coin. If the… uhm… bird shows, I go first, you must… ten, no, overtake. If the… druga kurwa strona wypadnie you go first, I overtake, OK?
- OK. – odparł Franz. Nie miał pewności, czy nie jest oszukiwany… z drugiej strony, to, jako który startuje, nie powinno mieć większego znaczenia.
- Powiedz mu jeszcze, że jeśli ten, co startuje pierwszy, zostanie wyprzedzony, to natychmiast przegrywa.
- Race rule is instant death – spróbował przetłumaczyć Zbyszek – If the car starting second overtakes the first, he wins. If not, he lost.
- OK, get it. – potwierdził Franz.
- No i zajebiście. – mruknął sygnałowy – Uwaga, rzucam!
Dwuzłotówka wystrzeliła w górę, a ułamek sekundy później rzucający przygniótł ją do dłoni.
- Orzeł. – obwieścił, ukazując monetę – Subaru z przodu.
Kierowca WRX’a zachował kamienną twarz, ale w duchu odetchnął z ulgą. Jak do tej pory, wszystko szło po jego myśli. Jeśli tylko szwab nie okaże się kolejnym Mistrzem…
Franz również nie okazał emocji.
W sumie to nawet ich nie poczuł.

Dwa boksery pracowały miarowo na wolnych obrotach, pieszcząc uszy zgoła różnymi melodiami. Turbodoładowana czterocylindrówka w stojącej z przodu fioletowej Imprezie WRX zadziornie bulgotała, dźwiękiem tak ukochanym przez fanów motoryzacji na całym świecie. Wolnossąca szóstka 911 GT3 była znacznie bardziej dystyngowana, jej śpiew był raczej basowym charkotem, momentalnie uświadamiającym słuchaczom, że mają do czynienia z egzotyką.
- Start do Mety, puszczamy kolejną parę, WRX zespołu 85 kontra Porsche GT3 jakiegoś szkopa. Trasa czysta?
- Tu Meta. Poza poprzednią parą, Saxo i 106, na górę nikt nie jechał. – odpowiedział głos z krótkofalówki.
- OK, ci już wrócili. Będziemy startować, bez odbioru. – odparł sygnałowy, po czym zwrócił się do Zbigniewa i Franza - Kierowcy gotowi?! Ready?!
Skinęli głowami.
- Zaczynam odliczanie! Trzy! Ten, no... three!
Kierowca Imprezy podkręcił obroty, a subarowy bulgot poniósł się po parkingach na szczycie Serpentyn.
- Two!
Franz wrzucił pierwszy bieg. Lewa pięta dociskała hamulec…
- One!
Oba silniki zagrały unisono, kręcone do optymalnego startu.
- START!!
Ręce sygnałowego w dół, palce prawej stopy na gazie, stopniowo, by nie zerwać przyczepności…
Czteronapędowa Impreza nie miała tego problemu, wszystkimi czterema kołami katapultując się w kierunku pierwszego zakrętu downhillu na Serpentynach, ostrego odbicia w lewo.
Porsche wystartowało nienagannie, niemal bez uślizgu. Fizyki jednak oszukać nie mogło.
GT3 miało przeszło sto koni więcej, WRX – napęd na obie osie.
Na rozstrzygnięcie przed pierwszym zakrętem i tak nikt nie liczył.

Ryk silnika Porsche rozdzierał noc, wóz błyskawicznie odrabiał stratę do Subaru. Po długim, choć łagodnym łuku w prawo następowało około stu metrów prostej, zakończonej średnio-ostrym wirażem w lewo. Po nim może z kilkadziesiąt metrów prostej i druga część „S”, nieco łagodniejszy łuk w prawo. Wszystko mknąc w dół, mając las z nasypem po prawej, a po lewej, dla odmiany, las z przepaścią.
Wcisnął hamulec, wytracając prędkość, dodał gazu dociążając tył i pomknął od zewnętrznej do wewnętrznej, w ślad za Imprezą, przecinając apeks zakrętu. Do rywala zbliżył się na pół metra, GT3 miażdżyło WRX’a już samą tylko mocą, ale…
W łuk w prawo, drugą część „S”, weszli od zewnętrznej, bez hamowania. Od następnego zakrętu, jak pamiętał z popołudniowego rozpoznania: ślepego, choć zaskakującego łagodnego w prawo, dzieliło ich w porywach sto metrów.
WRX był wolniejszy, ale nie o tyle wolniejszy, by wyprzedzić go na tak krótkiej prostej.
Światła hamowania Subaru nawet nie błysnęły, łagodny w prawo pokonali z przeszło 120’tką na licznikach. Otwierająca się przed nimi prosta również miała nie więcej niż sto metrów, pośrodku łamała się nieco w lewo, i wiodła do kolejnego ślepego zakrętu, tym razem w lewo.
Zderzaka fioletowej Imprezy trzymał się na metr, mknąc za nią po zewnętrznym do zakrętu, prawym pasie, wypatrując błysku świateł stopu. Nie liczył na nie, te kilka godzin wystarczyło mu by opanować trasę na tyle, żeby wiedzieć…
Światła rozbłysnęły czerwienią, nieledwie o kilka metrów przed ślepym w lewo.
Momentalnie odbił na lewy pas, nie zdejmując nogi z gazu.
Nawet on wiedział, że i ten łuk można pokonać bez hamowania.
Na wyjściu znalazł się na wysokości tylnego błotnika Subaru, a jego oczom ukazała przeszło stumetrowa prosta. Na jej końcu majaczył kolejny ślepy zakręt, niknący w prawo.
Wszystko mogło i powinno rozstrzygnąć się już na tej prostej.
Wrzucił trzeci bieg i dodał gazu, dochodząc już do tylnych drzwi WRX’a…

- Kurwa! – jęknął Zbyszek, widząc w lewym lusterku zrównujące się z nim Porsche.
Głupi błąd, chwila słabości, niepowstrzymany odruch lęku przed pójściem w tym prostym przecież zakręcie z butem w podłodze… miał tak przegrać marzenia o zbudowaniu dominującego na Śląsku zespołu, na samym starcie…?
W życiu!
Szybkim ruchem dłoni zakręcił pokrętłem kontrolera ciśnienia turbosprężarki, ustawiając je niemal na maksa, daleko ponad bezpieczną wartość.
Wszystko albo nic!!

- Hm. – mruknął Franz z dezaprobatą.
Nos jego 911 przestał zrównywać się z przednim zderzakiem Imprezy, Subaru zdecydowanie przyśpieszyło.
Miast wyprzedzić rywala jeszcze przed ślepym w prawo, kończąc ten pojedynek, natarli na zakręt bok w bok, GT3 na zewnętrznej, Porsche na wewnętrznej.
I bok w bok z tego zakrętu wyszli, wprost na odcinek „zakręcików”.
Wyścig trwał dalej.

Silnik ryczał opętańczo, WRX rwał przed siebie z całą mocą rozkręconego turbo. Zbyszek podświadomie czuł, że bokser nie wytrzyma tego doładowania wiele dłużej. Porsche nie zbliżało się, ale też nie oddalało, cały czas trzymając jego drzwi. A on, nie mogąc się wysforować przed przeciwnika, nie mógł też przyjąć optymalnej linii do pokonania „zakręcików”, serii kilku niewielkich, lecz zdradliwych łuków lewy-prawy.
Porsche miało z całą pewnością lepsze opony, większe pokłady trakcji… jego kierowca mógł być w stanie utrzymać wóz na pasie w tej sekcji, idąc nieoptymalną linią. On – raczej nie.
Czy to był moment, żeby odpuścić…?
Niemal już podjął decyzję, godząc się z porażką.
Porsche zadecydowało za niego.

Franz przyhamował, chowając się za Subaru. Przy pierwszym przejeździe tą trasą nie zwrócił uwagi na tę kombinację łuków, ale po kilku spędzonych na niej godzinach zrozumiał, jak ważna jest na nich optymalna linia. Linia, którą Subaru teraz podążało.
Przeciął po apeksach, nie zdejmując nogi z gazu. Łuki stawały się coraz ostrzejsze, by w końcu zakończyć długim, ślepym w prawo.
Przyjmując nieoptymalną linię, nie był by w stanie pokonać tej sekcji bez hamowania, lub choćby zdjęcia nogi z gazu. Gdyby tak zrobił, i mimo wszystko utrzymał się na drodze…
Pomknęli w niezbyt ostrym ślepym w prawo, jeden za drugim, po wewnętrznej, pełnym ogniem.
Kilkudziesięciometrową prostą, malującą się przed nimi, wieńczył ślepy, zarośnięty drzewami zakręt w lewo.
Gdyby w sekcji tych małych zakrętów rozbujał auto, idąc nieoptymalną linią, nie był by w stanie pokonać ślepego w prawo linią optymalną. Nawet to zdawało się nie mieć znaczenia… aż do tego momentu.
Zaczął dohamowanie, jedno z pierwszych tak mocnych w tym wyścigu. W przeciwieństwie do poprzednich zakrętów, ślepy w lewo stanowił faktyczne wyzwanie.
Moment hamowania Subaru był niemal identyczny. Jego kierowca znał tę trasę dostatecznie dobrze.
Natarli na wiraż od zewnętrznej, starając utrzymać na środku jezdni. Opony obu aut piszczały opętańczo, źle wyprofilowany zakręt zdawał się nie mieć końca…
Te wyścigi wymagają jednak swego rodzaju umiejętności, przyznał sam przed sobą. Nieoptymalna linia w sekcji małych łuków wiodła do nieoptymalnej na łuku w prawo, to do złego wyjścia i niestabilności auta na krótkiej prostej… a wtedy nijak nie było szans utrzymać się na tym cholernym nawrocie. Jeden błąd i albo gwałtowne hamowanie… albo nasyp i owinięcie na drzewie na zewnętrznej.
Z nawrotu wypadli na kolejną krótką, może sześćdziesięciometrową prostą. Kończył ją następny ślepy, zasłaniany trawiastym nasypem zakręt w prawo. I ten miał już po dzisiejszym treningu wyryty w pamięci.
Przeszedł na zewnętrzną, na przeciwległy pas, a pół sekundy później Subaru przed nim zrobiło dokładnie to samo. Hamowanie, mocne, na granicy przyczepności, odbicie w prawo, na apeks. Nawrót był ostry, zacieśniający, nachylenie wyrzucało ku barierce na zewnętrznej. Paskudny. Ale i na nim nie popełnił błędu, ani on, ani przeciwnik.
Po kończącym nawrót łagodnym łuku czekała niedługa prosta. Kątem lewego oka dostrzegł prześwitującą przez drzewa, biegnącą kilka metrów niżej, drogę. Prosta przeszła płynnie w sekwencję ostrzejszego nieco łuku w lewo, kolejnej króciutkiej prostej, niewielkiego odbicia w prawo i…
Ten nawrót o 180 stopni, z przepaścią na zewnętrznej i czubkami drzew ledwie ponad niego wyrastającymi, musiał być najsłynniejszym zakrętem tej drogi. Parking na wewnętrznej, idealne miejsce dla gapiów, trudny technicznie, wyrzucający ku zewnętrznej nawrót…
Miejscowi wiraż ten zwali „Patelnią”, widział go na YouTube, w czasie zapoznania z trasą przećwiczył wielokrotnie. Nawet pomimo tego, nagłe rozwarcie się lasu i widok czarnego, nocnego nieba zaskakiwał, a przepaść i drzewa zaraz za barierką… mogły odebrać odwagę. Nie jemu jednak.
Dohamował na zewnętrznej, zbił bieg, skręcił mocno kierownicę i dał gazu. Tłum gapiów wiwatował, Porsche słuchało się rozkazów nienagannie, zacieśniając do wewnętrznej aż do samego wyjścia. Subaru nie miało tyle trakcji, idący podobną linią wóz zamiótł nieco zadem na wyjściu, ale…
Miejsca na atak i tak nie było.
Wypadli z nawrotu i w krótkim sprincie po prostej dotarli do zacieśniającego łuku w prawo, który przeszli nie zdejmując nawet stóp z pedału gazu. Od następnego wirażu dzieliło ich kilkadziesiąt metrów prostej, a rozpoczynał on sekwencję, którą już na samym początku zapoznania z trasą słusznie uznał za niezwykle zdradliwą.
Dohamował na prawym pasie, mknąca przed nim Impreza postąpiła dokładnie tak samo. Wiraż w lewo był ślepy, długi, dość ostry, zwłaszcza w początkowej partii, a od jego wyprostowania do kolejnego nawrotu, ciasnego, krótkiego w prawo, wiodło ledwie kilkanaście metrów prostej.
Mknąc w zakręcie czuł, że wciąż ma sporo trakcji na oponach, czego z całą pewnością nie można było powiedzieć o wynoszonym ku zewnętrznej Subaru. Wyszedł po optymalnej linii na lewy, zewnętrzny do nawrotu w prawo pas i został przez zjeżdżającego z prawego pasa WRX’a zmuszony do mocniejszego niż planował hamowania. Trzymając się przez cały zakręt jego tylnego zderzaka widział, o ile szybszy jest w tej partii.
Wyszli na kolejną króciutką prostą, przed nimi rysował się ślepy acz łagodny i szeroki łuk w lewo. Po nim może z sześćdziesiąt metrów prostej, ostatni zakręt, długi, kiepsko wyprofilowany nawrót w prawo… i meta.
Łuk pokonał z butem w podłodze. Subaru znów wyniosło…
… a na zewnętrznej do ostatniego nawrotu pojawiła się luka.
Wcisnął gaz do oporu i w momencie dopadł tylnych drzwi będącego teraz na prawym pasie WRX’a…

Zbigniew dostrzegł go kątem oka. Już wiedział, że przegrał.
Zakatował opony, turbo nie pompowało już tyle, ile powinno, je też zarżnął.
Wszystko na nic.

… zdjął nogę z gazu i dohamował.
Subaru wskoczyło przed niego na lewy, zewnętrzny do nawrotu pas i, znosząc w kierunku pobocza, pokonało ostatni zakręt.

- Koniec pojedynku! Zwycięstwo teamu 85, Impreza WRX górą nad Porsche! Niemiec miał szansę, ale nie odważył się zaatakować na ostatnim zakręcie!! – huczało z głośników na szczycie Serpentyn.
- Frajer. – sarknął Robert, wsparty na masce Supry.

Franz odliczył cztery banknoty o nominale stu euro, jedną pięćdziesiątkę, po czym zaczął grzebać w portfelu za brakującą drugą pięćdziesiątką.
- Why you backed off? You clearly was able to overtake on last turn. – nie wytrzymał w końcu Zbigniew.
- Wasn’t sure about traction. – odparł zdawkowo Franz, przeglądając portfel.
- You didn’t had any traction problems before that turn. – zauważył kierowca zespołu 85.
- Not mine traction. – Niemiec wręczył mu resztę zakładu w bilonie i banknotach pięcioeurowych. - Your traction.
Zbigniew spojrzał mu w oczy. Zrozumiał.
- Keep the rest. Anyway… thank you. You helped my team greatly with this race.
- You helped me too, mister 85. You too.

Gdy kilkadziesiąt minut później wrócił do zajazdu, na recepcji nie zastał urokliwej brunetki, która wydawała mu rano klucze. Nocną zmianę pełniła gadatliwa blondynka, która łamanym angielskim zaczęła wypytywać o rezultaty toczonych tej nocy pojedynków. Zbył ją kilkoma zdawkowymi odpowiedziami i umknął do pokoju. Nie przyjechał tutaj zawierać znajomości.
Owocowy jogurt zagryziony pszenną bułką zaspokoił głód, gorący prysznic przygotował do snu. Ustawił budzik na dziewiątą i padł na łóżko.
Zasnął szybko. Plan na następną noc był ryzykowny i niełatwy, ale nie miał w naturze bezsenności.

Na śniadanie zszedł krótko po dziewiątej. Recepcję obsługiwała nieznana mu do tej pory szatynka, zbyt zajęta smartfonem, by choćby zaszczycić go spojrzeniem. Śniadanie zjadł solidne, na niemiecką modłę, i zapił je dużym kubkiem czarnej kawy.
Powrót do pokoju, zimny prysznic – był gotów.
Przełęcz pokonał tego ranka kilkunastokrotnie, przyglądając się uważniej punktom hamowań i profilom zakrętów. Z Subaru poszło mu umiarkowanie, gdyby startował pierwszy – wygrał by bez problemu. Jako ścigający… nie był w stanie wyprowadzić ataku. Mateusz był przeciwnikiem daleko bardziej zdolnym niż gość z Imprezy, bez opracowanej strategii, bez znalezienia miejsc umożliwiających wyprzedzenie… nie miał najmniejszych szans.
Gdy koło dwunastej wskaźnik poziomu paliwa zaczął sugerować wizytę przy dystrybutorze, ruszył w kierunku Wisły. Samochód potrzebował przerwy. On również.

Kilkadziesiąt długości basenu pozwoliło mu oderwać myśli od górskiej drogi. Pływanie było jego ukochaną formą treningu, nic innego nie było go w stanie do tego stopnia wyciszyć, pozwolić skupić na "tu i teraz”. Sauna na rozluźnienie mięśni, zahartowanie w lodowatej wodzie. Tego potrzebował.
Obiad zjadł kierując się sugestią internetowego przewodnika. Pstrąg był, musiał to przyznać, cholernie dobry.
Zatankował pod korek najlepszej benzyny, jaką oferowała lokalna stacja, modląc się w duchu, żeby polskie 98 oktanów spełniało jakiekolwiek normy. Dochodziła szesnasta, godzina odpowiednia na jeszcze kilkanaście przejazdów, poprzedniej nocy ściganci pojawili się trochę przed dziesiątą. Zdąży jeszcze zjeść kolacje i przespać ze dwie godziny.
Plan na tę noc był ryzykowny i niełatwy, ale myśleć musiał już o wypoczynku przed następną. Nawet jeśli nie miała ona rozstrzygnąć niczego.

Gdy kilka godzin później parkował GT3 na górnym parkingu, zainteresowanie autem było już znacznie mniejsze. Kątem oka dojrzał kilka kierujących na niego wskazujących palców i wykrzywionych w szyderczym uśmiechu ust, wyłapał słowa takie jak „Subaru” i „Porsche”. Jego przegrana nie przeszła bez echa, pojedynek „zwyczajnego” WRX’a z „potężnym” 911 musiał być dla tubylców niczym walka Dawida z Goliatem. Jasnym było, że uchodził teraz za łatwy cel. Jeśli nie popychadło.
- Czego tu jeszcze szukasz, szkopie? – chłopak miał nie więcej niż 20 lat, poczerwieniałą twarz i rozbiegany wzrok – Mało ci wpierdolu z wczoraj? Ktoś ma ci jeszcze nakopać poza trasą…
- I’m sorry, I don’t understand. – odparł, choć kontekst wywnioskował z samego tonu i alkoholowej woni adwersarza.
- Co kurwa? Tu jest Polska, tu się mówi po…
- Odpuść, Przemo.
Ciemny szatyn podszedł otoczony wianuszkiem fanów, a jego słowa uciszyły agresywnego młodziana niemal natychmiast.
- Wybacz Rob, pałęta się taki po naszych przełęczach, przyjeżdża nieproszony…
- Wszystkich zdolnych kierowców witamy tutaj z otwartymi ramionami… co nie…?
- Sorry for that – dodał po chwili łamanym angielskim – I am Robert. The best driver here.
Franz od razu wiedział, z kim ma do czynienia. Robert był raczej niski i raczej szczupłej budowy, choć krótki rękaw koszulki i wystające spod niego muskuły sugerowały, że siłownia mogła być jego drugim, po wyścigach, hobby.
- Guy from black Skyline? – zapytał.
Skóra na twarzy Roberta naprężyła się, brwi pobiegły ku sobie, powieka zadrżała. Ktoś w tłumie zaśmiał nerwowo. Celne uderzenie.
- Silver Supra. – odparł, nieumiejętnie kryjąc irytację w głosie.
- Interesting. I swear, year ago I saw a video with black R32 GT-R winning with a silver Supra here. Hoped to challenge that Skyline.
Tłum zamruczał i zafalował, Robert poczerwieniał, zacisnął pięść, zmielił w ustach przekleństwo. Trafienie krytyczne.
- He is not here, no more. – odpalił właściciel Supry, unosząc głos – I am the best! But I don’t race with… z frajerami, kurwa!
Franz wzruszył ramionami.
- Doesn’t matter, I was only interested in that Skyline. If the leader is not here, that sparring with WRX will have to suffice.
- I am the leader, kurwa! Do you understand that, hitlerowska świnio?! I can kick your ass in race, but bet must be high. Inaczej don’t waste my time.
- What bet are we talking about? – ryba chwyciła przynętę, i to razem z haczykiem…
- Pinks. A car!
… linką i całą wędką. Tego się nie spodziewał. Na aż taką stawkę nie był gotowy.
Tłum zawył, zabuczał i zaszumiał.
Odwrotu już nie było…
… odwrót był, poprawił się w myślach Franz. Tylko że na tym etapie… cóż, w przypadku przegranej mógł zmienić swoją życiową sytuację z umiarkowanej w gównianą. Zwycięstwo nie zmieniało zaś praktycznie nic poza jego własnym samopoczuciem
Ale to o samopoczucie tu chodziło.
- Deal. Let’s race.

- Papiery – organizator wyciągnął do niego dłoń – Te, no… car papers. – zreflektował się.
Franz z pewnymi oporami wręczył mu dowód rejestracyjny GT3’ki. Gdyby tylko gość wczytał się w ich treść to szybko zauważył by, że auto zarejestrowane jest na Porsche Leipzig, a on nie ma do niego żadnych praw… ale najwidoczniej poza numerami tablic i „Porsche 911” w okolicach czegoś, co może oznaczać markę i model, facet niewiele z tego świstka zrozumiał. Robert dokumenty przekazał bez słowa sprzeciwu, najwidoczniej absolutnie pewny swego.
- OK, pozostaną u mnie do końca pojedynku. Mam nadzieje, że przegranego nie trzeba będzie zbyt… intensywnie przymuszać do złożenia podpisu na umowie sprzedaży. – stwierdził organizator. – Sale papers will be made after race. – dodał łamanym angielskim.
- Sure.
- You race like yesterday with Subaru. Second car passes, he wins, he does not passes, he looses. Coin decides who goes first. Bird… Supra goes first. Reszka… ten, no… not bird, Porsche goes first. OK?
Przytaknęli.
Organizator podrzucił monetę, szybkim ruchem przybił ją do dłoni i uniósł rękę, pokazując wynik.
- Scheiße.
Robert uśmiechnął się szeroko. Na monecie błyszczał srebrny orzeł.

Silnik GT3 pomrukiwał miarowo na wolnych obrotach, nie przenosząc do kabiny praktycznie żadnych wibracji. Dla odmiany z wydechu stojącej przed nim Supry strzelały płomienie niedopalonej we wkręcanym na obroty silniku mieszanki paliwowej.
- Dummkopf. – stwierdził krótko.
Sygnałowy ryknął „trzy”, unosząc do góry dłoń z trzema palcami. Po wczoraj znał już dość dobrze polskie odliczanie. Przy „dwa” szybko przekalkulował szanse na zwycięstwo. Przeciwnik był kretynem, pokonał go Mateusz, ale za to trasę znał jak własną kieszeń. Przede wszystkim zaś, był kretynem startującym z przodu, w dość szerokim, dobrym do blokowania samochodzie. Na „jeden” wrzucił bieg, podkręcił obroty palcami prawej stopy i wyciszył myśli.
Gdy na szczycie Serpentyn wybrzmiało wykrzyczane „START”, mocarny, wolnossący bokser katapultował czarne Porsche w pościg za srebrną Suprą.
Od tego momentu był już spokojny. Wiedział, że wynik może być tylko jeden.

Podwójnie doładowana rzędowa szóstka ryczała opętańczo, plując ogniem z przelotowego wydechu. Robert rzucił okiem w środkowe lusterko upewniając się, że szkop z Porsche nie próbuje zrobić niczego głupiego. Nie próbował, od prostej startowej, przez lekkie przełamanie w prawo 911 siedziało mu na ogonie, ale ewidentnie nie miało dość mocy i miejsca na atak.
Dohamował do pierwszego w „esce” nawrotu, ciasnego w lewo, i pozwolił rozmarzyć o tym, jakie możliwości da mu Porsche. Gdy tylko okazało się, że startuje z przodu wiedział, że nie ma szans, żeby przegrał. Ten patałach nie był w stanie nawet pokonać jełopów z 85… wystarczyło trochę blokowania, to tyle. I wózek jest jego.
Odbił kierownicą w lewo, a Toyota zaczęła zacieśniać ku wewnętrznej w lekkim poślizgu. Na krótkiej prostej między zakrętami zrobił kilka ruchów fajerą, wyprowadzając auto i momentalnie zaczynając drift w drugą stronę, po łuku w prawo. Gdy tylko znalazł się na prostej zerknął w lusterko…
- Kurwa!?
Wdusił gaz do podłogi, a przeszło czterysta koni targnęło tylną osią.
Porsche było tuż obok, na wysokości jego tylnej ćwiartki.

Franz z rozbawieniem obserwował, jak Supra walczy o trakcje. Pozerski, drifterski styl jazdy ponoć „najlepszego na przełęczy” budził jedynie zażenowanie. Nim Toyota złapała przyczepność i przestała tracić przewagę, dotarł zderzakiem na wysokość jej drzwi. Na łagodnym, ślepym w prawo wciąż był na zewnętrznym, optymalnym pasie, pokonywał go w cichej nadziei, że kretyn nie straci panowania nad swoim autem już teraz. Nie stracił. Następujący potem długi, dwukrotnie łamiący się łuk w lewo pozwolił mu wcisnąć gaz do podłogi, mknąc po wewnętrznej, korzystając z absolutnej przewagi trakcji 911’tki. Gdy łuk przeszedł w prostą, na końcu której majaczył ślepy, umiarkowany w prawo – początek technicznej sekcji niewielkich odbić – był znów na wysokości drzwi Toyoty.
A wtedy ta odleciała.

Ostatni raz używał nitro w pojedynku z tym skurwysynem, przeszło rok temu. Skończyło się stopionym tłokiem. Obiecał sobie więcej z podtlenku nie korzystać… ale nie miał wyjścia.
Toyota wyrwała do przodu i w okamgnieniu znalazła się przed Porsche.

„Zabawne” pomyślał Franz, obserwując światła hamowania Supry. Na dokładnie tej prostej przypuścił wczoraj atak na Imprezę,  a przeciwnik tak samo przyśpieszył, jakby zyskał w silniku kilkadziesiąt koni. Tym razem jednak nie liczył nawet na skuteczność ataku. Reakcja przeciwnika była dokładnie taka, jakiej oczekiwał.
Zakręt w prawo był ślepy, ale w gruncie rzeczy łagodny, poszedł w nim bez hamowania. Światła stopu Toyoty rozbłysnęły na krótką chwilę, jakby jej kierowca nie miał pewności, czy zmieści się w zakręcie. Supra uślizgnęła tyłem, z zakrętu wyszła szeroko, kończąc na zewnętrznej.
W sekcję kilku małych łuków, zwaną przez lokalnych ścigantów „zakręcikami”, wchodziła nieco rozchwiana, bez pełnej przyczepności.
A Franz cierpliwie czekał.

Na „zakręcikach” nie dał rady wstrzelić się w optymalną linię, trzymając gaz w podłodze zmuszony był do coraz gwałtowniejszych korekt kierownicą, ale wypełniające środkowe lusterko światła Porsche nie pozwalały na odjęcie gazu choćby na moment.
- Jebany gnoju! – ryknął, wypadając z ostatniego, ostrzejszego niż poprzednie prawego łuku na kilkudziesięciometrową prostą. Rozbujana Supra zamiotła tyłem w głębokim poślizgu.

Z ostatniego z łuków wyszedł po optymalnej linii, od zewnętrznego, lewego pasa na prawy, mając wyryte w pamięci doświadczenia z treningów i wczorajszego pojedynku.
Tę sekcję analizować trzeba było w całości: łuki, nieco ostrzejszy w prawo, niedługa prosta, długi, do dupy wyprofilowany nawrót w lewo. Wystarczył błąd na jednym etapie, jedna nieoptymalna linia… i wszystko trafiał szlag, utrzymanie się na nawrocie było niemożliwe.
Patrzył jak tył Supry ucieka na dohamowaniu.
Przyhamował, skręcił kierownicą, atakując ku apeksowi który był tam, gdzieś, w tym cholernie długim, ślepym nawrocie.
Supra zrobiła to na pozór identycznie.
Na pozór.

- Co do chuja… - jęknął Robert, czując jak opony tracą przyczepność.

Zła linia przez sekcje łuków, rozbujanie auta, w efekcie złe wyjście z odbicia w prawo, brak stabilności na prostej, dohamowanie i wejście w nawrót nieustabilizowanym autem, z uślizgiem kół, bez pełnej przyczepności, po niewłaściwej linii.
Suma z pozoru drobnych błędów.
„Te wyścigi faktycznie mają coś w sobie” pomyślał, obserwując znoszoną ku nasypie Toyotę.
Dodał gazu i prześlizgnął obok niej przez otwierającą się wewnętrzną. Opony torowego GT3 piszczały jak opętane, ale posłusznie wykonały zadanie.
- Mimo wszystko, patrząc na chłodno, wynik pojedynku był z góry wiadomy – pomyślał, spoglądając w prawe lusterko i hamując do zatrzymania.

Znoszona ku zewnętrznej Supra wpadła w końcu prawymi kołami w betonowy gulik odprowadzający wodę, podskoczyła i zaczęła rotacje, lecąc tylnymi kołami po nasypie. Przedni zderzak przytarł o asfalt, wóz wykonał „bączka”, w końcu zatrzymał się w poprzek jezdni.
I było po wszystkim.

- Supra wyprzedzona, wypadła z trasy! Porażka Roberta! – grzmiało w głośnikach na szczycie, „Patelni” i linii mety. Tłum słuchał w osłupieniu.

- Podpis.
- Niczego nie podpisze, kurwa wasza mać, nie oddam przecież gabloty jakiemuś naziście!!
- Robert… nikt nie będzie się ścigał z niesłownym oszustem. Nie podważaj ważności zakładów! Auto można odkupić, reputacji…
- Nie kurwa!
- Nie dopuścimy cię więcej do uczestnictwa. To twoja ostatnia szansa.
- Co wy możecie, kurwy! Czy wy zdajecie sobie sprawę, kim jestem? Jestem legendą tej trasy, obrońcą przed LBK, ja…
- Czasy się zmieniły, Rob. Nie pogarszaj sytuacji, nie rób z siebie jeszcze większego idioty. Podpis na umowie, proszę.

Poranne przebudzenie było z gatunku tych przepełnionych satysfakcją. Obmył twarz, ubrał się i zszedł do części restauracyjnej, po drodze stwierdzając, że dyżur na recepcji pełni znów kruczowłosa piękność. Napełnił kubek kawą i wyszedł na opromieniony słońcem parking.
Powietrze w oponach strony pasażera srebrnej Supry zdążyło przez noc zupełnie uciec, a pochylenie tylnego koła bez wątpienia wskazywało na skrzywiony wahacz. Wizyta na nasypie zostawiła też ślady na przednim zderzaku, ale auto było przecież tylko nieoczekiwaną nagrodą za zrealizowanie zupełnie bezsensownego celu.
Za plecami usłyszał chrząknięcie. Stróż wyciągał w jego kierunku ekran telefonu.
- Scheißkerl – mruknął Franz, oglądając nagranie. Po chwili jednak na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. - Danke schön, danke schön!
Dwadzieścia euro wręczone stróżowi, gdy w nocy parkował Suprę pod zajazdem, było cholernie dobrą inwestycją.

- Mister Voigt? – usłyszał, wracając ze śniadania.
Recepcjonistka była wyraźnie zmieszana.
- I saw you talking with caretaker, so you probably know already… uhm… someone tried to tow away your car. Thankfully caretaker startled them and they ran away…
- Yes, I saw the video.
- Two hours later there was another attempt, that person seemed to have the keys and tried to drive away, but... it seems he…  - zmieszała się jeszcze bardziej - …or she… wasn’t able to start the car.
- Yes. Seems so. Good for me, I suppose.
- We have the surveillance camera video, if you want to call the police…
- It won’t be necessary, thank you.
Odwrócił się od recepcyjnej lady i ruszył w kierunku swojego pokoju. Zamówiona o poranku laweta i tak miała być tu lada chwila.
- Uhm… mister Voigt…?
Spojrzał na recepcjonistkę.
- Sorry for that question, but… is it Robert’s car…?
- It was.
Wchodząc do pokoju i spoglądając na leżący w kącie akumulator nie mógł się powstrzymać od kpiącego uśmiechu.

W poniedziałkową noc frekwencja na Serpentynach była raczej niewielka. Sobotni pojedynek Roberta z pretendentami z zespołu 85, a następnie sromotna klęska niegdysiejszej legendy z nieznanym nikomu właścicielem Porsche w niedzielę – weekend był na przełęczy niezwykle intensywny. W tygodniu, z oczywistych względów, ścigantów zawsze było dużo mniej, kilkanaście wozów wobec weekendowych kilkudziesięciu. Nie planowano żadnych istotnych pojedynków, przyjazdu nie zapowiedział żaden znaczący klub ani zespół.
Franz z pewną ulgą przyjął fakt, że Roberta nie było tej nocy na przełęczy. Zdobyczna Supra od kilku godzin stała już w jego garażu w Lipsku, ale mimo tego wolał ograniczyć kontakt z jej byłym właścicielem – i jego ewentualnymi totumfackimi – do niezbędnego minimum.
Spojrzał na zegarek.  Czarna tarcza TAG Heuera wskazywała za dziesięć dwunastą. Ostatni akord, efektowny finał. Kilkanaście minut i wszystko będzie jasne.
Najważniejszy, najgłupszy wyścig o nic w jego dotychczasowym życiu.
- Koniec pojedynku! – zabrzmiało w przenośnych głośnikach – A4 wygrywa z E46, utrzymało pozycję!
- Zrozumiałem, Meta. – rzucił w krótkofalówkę jeden z organizatorów – Wracają tylko oni, czy puściliście też w naszym kierunku jakichś cywili?
- Jedzie jeszcze jeden, ale to nie cywil, brachu. Nie uwierzycie, kto wrócił. I czym.

Niebieskie 911 Turbo generacji 997 zatrzymało się tuż obok czarnego GT3 996. Drzwi otwarły, a na szutrze parkingu stanął niewysoki, zielonooki brunet.
- Franz.
- Mat. Cieszę się, że w końcu dotarłeś.
- O czasie. Słyszałem, że tak czy siak nie próżnowałeś tutaj.
- Fakt. Nie próżnowałem.
- Znasz więc już trasę. Jako gość na tych terenach to ty wybierz, czy rozstrzygniemy to w uphill, czy downhill.
- Myślałem o tym, i jest tylko jeden sposób, by sprawdzić się w pełni. Wyścig w obie strony.
Mateusz uśmiechnął się krzywo.
- Podoba mi się twój tok rozumowania, Franz.

Dwa sześciocylindrowe boksery pracowały miarowo na wolnych obrotach, stojąc nieopodal linii startu.
- Zanim przejdziemy do konkretów: witaj w domu, Mat. Serpentynom brakowało jednego z jej największych asów. – przywitał go organizator.
Mat skinął głową. Wydarzenia, które były jego udziałem na przełęczach ledwie rok temu zdawały się mu tak odległą przeszłością, że nie znalazł nawet akuratnego komentarza.
- W kontekście twojego powrotu za kierownicą Porsche rozumiem chyba pojawienie się tu kilka dni temu twojego rywala… jak go zwą…?
- Franz. Nie zabawimy tutaj długo, więc oszczędzę przedstawiania biografii kolegi zza Odry.
- Rozumiem. Niemniej, w naszą lokalną wyścigową historię wpisał się już dość mocno, Robert…
- Tak, słyszałem.
W teorii nie był zaskoczony, Franz był diablo mocnym zawodnikiem. Mimo wszystko jednak… ogranie Roberta na jego własnym terenie, trasę znając od ledwie kilku dni…
To nie będzie łatwy pojedynek.
- Trochę się tutaj pozmieniało. Jest sporo nowych klubów i ekip, kilku kierowców chciało by się z tobą zmierzyć, no i mamy nowy format pojedynków. Będziecie się ścigać w trybie „nagłej śmierci”, jeśli startujący z tyłu…
- Świetnie. – mruknął Mat - Sęk w tym, że mnie to jebie. Pojedziemy odcinek do Wisły w obie strony, z nawrotką na mecie, w klasycznym formacie bok w bok. Dacie radę to ogarnąć?
Organizator splunął na asfalt i posłał mu nienawistne spojrzenie. „Nadęty kutafon” było najlżejszym z określeń, jakie cisnęły mu się na usta.
- Cieszę się. I z góry dziękuję za współpracę. – skwitował Mateusz.

- Gotowi? – zapytał sygnałowy – Ready?! – dodał po chwili, patrząc na Franza.
Skinęli głowami.
Stali bok w bok, przed maskami rozpościerała się im oświetlana reflektorami ciemność downhillu w kierunku Wisły. Boksery pracowały miarowo, tłum wył z podniecenia.
Mat zacisnął dłonie na kierownicy. Miał dziwne przeczucie.
- Trzy!
Więcej mocy, podwójne turbo, napęd na cztery koła. Przód miał niemal gwarantowany.
- Dwa!
Gazu dodali niemal jednocześnie, silniki zaśpiewały w tonie podobnym, choć różnym w szczególe.
- Jeden!
Mimo przewagi auta, znajomości drogi, techniki jazdy touge… czuł niepokój.
- START!!
Błękit i czerń karoserii rozpoczęły opętańczy taniec smug, katapultując się w dół Serpentyn w grze o wszystko i nic.

Wiedział, że w wyścigu do pierwszego zakrętu nie ma zbyt wielkiej szansy. Choć w start włożył całą wirtuozerię obsługi sprzęgła i gazu, z napędem na cztery koła wygrać nie był w stanie. Co więcej, Turbo Mateusza startowało z prawego pasa, zewnętrznego do pierwszego ostrzejszego zakrętu. Na przełamaniu zakręcającej nieco w prawo prostej niebieskie 911 miało nad nim pół długości przewagi. Choć chwilę później lżejsze GT3 zaczęło odrabiać stratę, to musiał pogodzić się z pozycją ścigającego.
Nie spodziewał się jednak innego rozstrzygnięcia. Zwolnił, schował za przeciwnikiem i po jego linii zaatakował pierwszy zakręt.
Nocne powietrze drżało od ryku silników. Walka trwała.

Wyszedł z pierwszego nawrotu i dodał gazu, idąc na lewy pas, zewnętrzną przed następującym w sekwencji ślepym, łagodnym w prawo. Tego, że weźmie przód, był przed startem niemal pewien, i nie mylił się. Dwie turbosprężarki i napęd na cztery buty, na to nie było kontry. Ale pomimo tak komfortowej sytuacji, prowadzenia na własnej przełęczy…
Zakręt pokonał bez zdejmowania nogi z gazu, zewnętrzna-wewnętrzna, wychodząc na stumetrową prostą i wciąż brutalnie przyśpieszając. Spojrzał w lusterko. Franz trzymał się może o metr od jego zderzaka, obierając niemal identyczne linie.
- Ten gość załatwił Roberta jeszcze przed Patelnią, startując jako ścigający… i w przeciwieństwie do mnie, spędził na tej drodze ostatnie kilka dni – przeszło mu przez myśl.
Ślepy w prawo na końcu prostej znów przeszedł z butem w podłodze. Turbo słuchało się jego poleceń absolutnie nienagannie.
Ale jego dłonie, mimowolnie, zaczęły się pocić.

Wiedział, że pojedynku na moc nie był w stanie wygrać. Sto metrów zakręcającej nieco w lewo prostej, potem ciut mocniejsze przełamanie, gdzie fioletowy WRX przyhamował – zarówno on jak i Mat szli tutaj pełnym ogniem. Na prostej po przełamaniu licznik przekroczył 160, wciąż pnąc się w górę. Ślepy w prawo, łagodny, pokonali od zewnętrznej do wewnętrznej, bez zdejmowania nogi z gazu, wpadając na sekcję niewielkich łuków.
W pojedynku na moc nie był w stanie wygrać. Ale jak już się nauczył, w pojedynku na górskiej drodze dwieście kilogramów mniej było ważniejsze, niż sto czterdzieści koni więcej.

Optymalną linię przez „zakręciki” znał na pamięć, setki pojedynków wyryły mu ją w pamięci mięśniowej. Przez sekcję przemknął w okamgnieniu, niemal ją wyprostowując. Kątem oka dojrzał, jak czarne 996 nie tylko nie odpuszcza, ale wręcz się zbliża.
Franzowi wystarczyły trzy dni, by znaleźć optymalną linię, której on szukał niegdyś długie tygodnie…

Pokonał ostatni z łuków, nieco ostrzejszy ślepy w prawo, wyszedł na krótką prostą i ocenił sytuację. Przed oczami miał zad niebieskiej 911, a przed nią niknący za drzewami nawrót w lewo.
Jeśli wszystko zadziała zgodnie z jego planem… jeśli wszystko, co zrobił do tej pory, odniesie skutek, w przedziwnym efekcie motyla…
Światła hamowania 997 Turbo rozbłysnęły czerwienią.
Ułamek sekundy za późno.

Jeszcze przed przełamaniem zacieśniającego nawrotu poczuł, że opony zaczynają tracić przyczepność.
- Fuck. – mruknął, dodając gazu.
Guma piszczała opętańczo, napęd walczył o przyczepność, „jedenastka” nieubłaganie znosiła w kierunku nasypu wszystkimi czterema kołami.
- Fuck fuck!
Dodał gazu do oporu, w ostatnim, desperackim odruchu, pomogło marginalnie.
Ale wystarczyło.

Obserwował walczącego o przyczepność Mateusza ze świadomością, że jego plan zadziałał. Niebieskie Porsche było o centymetry od wypadnięcia z zakrętu, gdyby ten był kilka metrów dłuższy Turbo dachowało by teraz na nasypie.
Króla tej przełęczy gubiły nerwy.
Wyszedł z zakrętu bez najmniejszych problemów, optymalną linią, błyskawicznie dochodząc sponiewieranego na nawrocie przeciwnika.
To był ten moment.

Rozbłysk w lewym lusterku.
- Fuck, fuck, fuck.
Czarne GT3 zrównało się z nim, blokując na wewnętrznym pasie, tuż przed nawrotem w prawo.
Musiał odpuścić, pozbawiony możliwości przyjęcia optymalnej linii nie był w stanie pokonać tego zakrętu…
Porsche zanurkowały w dohamowaniu niemal jednocześnie, na granicy przyczepności.
… było jedno rozwiązanie. Wolniejsze od optymalnej linii, ale z nim na wewnętrznej i Franz musiał pójść nieoptymalną, zewnętrzną. Mógł się jeszcze wyratować od utraty prowadzenia.
Wystarczyło zaryzykować.

- Co? – bąknął Franz.
Turbo Mateusza pochyliło się ku wewnętrznej zakrętu.
Prawe koła niebieskiego Porsche znalazły się w płytkim, betonowym rowie odprowadzającym wodę.
Zdjął nogę z hamulca, odbił w prawo, niemal tuląc do boku przeciwnika.
Nawrót był fatalnie wyprofilowany, zacieśniający, wyrzucający ku zewnętrznej.
Na wyjściu niebieskie 911 podskoczyło lekko, czarne minimalnie zamiotło tyłem. Wciąż szli zderzak w zderzak, bok w bok.
Sytuacja nie zmieniła się ani o jotę.
W sprincie do kolejnego zakrętu, krótkiego, dość ostrego łuku w lewo byli jednakowo szybcy. Dohamowanie, zakręt, gaz, krótka prosta, łagodny w prawo…
Przy tej prędkości, głębokiej czerni nocy i gwieździstym niebie, widok „Patelni”, stuosiemdziesięciostopniowego nawrotu w lewo, zawsze robił niesamowite wrażenie.
- Tutaj to rozstrzygniemy. – stwierdził Franz.
Nie mylił się.

Dłonie miał mokre od potu. Choć od początku wiedział, że pojedynek nie będzie łatwy, że Franz przygotuje się do niego cholernie dobrze, że jego znajomość trasy nie rozstrzygnie o rezultacie… nie spodziewał się tego.
„Patelnia” zawsze trochę go przerażała. To nagłe rozpostarcie się panoramy nieba i gór, gdy mknęło się przez gęsty las… te czubki drzew, ten nawrót…
To, że prawie straciłem tu życie.
Franz pokonał Roberta, zrobił to bez najmniejszych problemów. Czy tak samo miało być…
To nie czas na wątpliwości. Nie miejsce na zawahanie. Jestem mistrzem tej trasy.
Jesteś na wewnętrznej, Franz. Gutter-drivingu na pewno nie zdążyłeś opanować, nie zaryzykujesz tak jak ja w poprzednim nawrocie. Musisz odpuścić.
Czarne GT3 wciąż sunęło obok niego, blokując optymalną linię.
- Wypadniesz, jeśli nie zwolnisz!
Kilka metrów do zakrętu. Tłum na wewnętrznej wył, wiwatował, kłębił się.
- Nie zmieszczę się, nie pokonam „Patelni” zewnętrzną przy tej prędkości! Hamuj, do cholery!
Franz pozostał głuchy na jego zaklęcia.
Barierki rosły w oczach. Jeśli nie zwolni…
Wdusił hamulec praktycznie do oporu, pewien, że Franz zwariował.
Niemiec zrobił to ułamek sekundy później.
I wygrał.

Skręcił kierownicę do oporu w lewo i wdusił gaz, GT3 zamiotło tyłem, idąc w nawrocie głębokim poślizgiem.
W środkowym lusterku błysnęły mu światła niebieskiego 997, tnącego od zewnętrznej do wewnętrznej, w kierunku apeksu.
Czy pokonywał zakręt optymalną linią? Absolutnie nie.
Czy manewr był rzuceniem wszystkiego na jedną kartę? Zdecydowanie tak.
Ujrzał przed maską wyjście z nawrotu, dodał gazu, założył kontrę.
Czy atak był skuteczny?
Był skuteczny. A także absolutnie druzgocący.

- Tu „Patelnia”! GT3 wyprzedziło Turbo, powtarzam, GT3 wyprzedziło Turbo! Szkop wyprzedza, Mateusz traci prowadzenie! Co to był za manewr!!

Następne trzy zakręty zajęło mu otrząśnięcie się z tego, co stało się na „Patelni”. Czarny zad 996 GT3 strzelał w jego kierunku „marchewami” z wydechu, a on pokonywał kolejne łuki i nawroty machinalnie, samą tylko pamięcią mięśniową, nie oddalając ani też nie zbliżając do sunącego dwa metry przed nim przeciwnika.
Pokonał mnie na „Patelni”. Byłem na zewnętrznej, znam optymalną linię, znam tę drogę jak własną kieszeń, a mimo tego…
Przegrałem pojedynek na dohamowanie. Franz dał radę wyprowadzić manewr, który ja… nie uważałem nawet za wykonalny.
Gdybym nie zahamował… nie zmieścił bym się! Nie miałem jak ciąć, nie z nim na wewnętrznej…
To było nie do wybronienia, ja… tam nie ma innej linii, nie ma tyle miejsca, żeby…
Pomknął w długim, ślepym, średnio-ostrym łuku w lewo, zbierając myśli i wracając na ziemię.
Do linii mety pozostał jeden zakręt, ale pojedynek kończył się dopiero na szczycie.
Wciąż miał kilkanaście zakrętów na odwrócenie losu.

Dohamował do ostatniego nawrotu, stoosiemdziesiątki w prawo, i pomknął od zewnętrznej przez apeks do wewnętrznej, po optymalnej linii. Od czasu gdy wyprzedził go na chyba najbardziej znanym zakręcie tej trasy, Mateusz nawet nie próbował atakować. Plan działał.
Oszacował odległość od wyznaczanej flarami linii, wyczekał na moment i wcisnął pedał hamulca do podłogi. Gdy tylko przedni zderzak minął linię zaciągnął ręczny, podcinając tył i obracając wóz nieomal w miejscu…
- Woah. – bąknął.
Niebieskie Turbo minęło go o centymetry.
Tyłem.
Wbił pierwszy bieg, puścił sprzęgło i katapultował w górę przełęczy.
Walka trwała.

Od obrotu na linii mety dopadł Franza błyskawicznie. Już w pierwszym zakręcie, długim nawrocie o 180 stopni w lewo, kleił się do tylnego zderzaka GT3. Niższa masa czarnego Porsche nie miała tu już większego znaczenia.
Teraz liczyła się moc…
… i miejsce na atak.
Niemiec nawrót pokonał nienagannie, na prostej blokował środek, w następnym zakręcie, szybkim łuku w prawo, szedł od zewnętrznej do wewnętrznej, najszybszą linią.  
Zaklął cicho. Mógł być szybszy, ale jeśli przeciwnik nie popełni błędu, to miejsca na atak po prostu nie będzie. Coraz wyraźniej zaś zdawał sobie sprawę, że Niemiec tego błędu nie popełni.
Tym razem jednak, miał szczęście. Mylił się.

Gdy w następnej sekcji, „esce” składającej się z przedzielonych prostą dwóch długich, kiepsko wyprofilowanych nawrotów, tył czarnej 911 gwałtownie uślizgnął na łuku w lewo, zaskoczenie było całkowite – i dla niego, i dla Franza.
Niemiec zareagował błyskawicznie, szyba kontra i nienaganna praca nogi na gazie utrzymały w ryzach znoszony ku zewnętrznej wóz. „Błyskawicznie” oznaczało jednak w tym przypadku „za późno”.
Zareagował instynktownie, zacieśnił ku wewnętrznej, korzystając z całej trakcji, jaką mógł mu dać napęd na cztery koła. Niemal przytarł o barierkę, ale…

- Nein! – warknął Franz.

Niebieskie Porsche zrównało się z czarnym, wchodząc bok w bok w drugi z zakrętów, nawrót w prawo. Żaden z nich nie był na optymalnej linii, odzyskujące dopiero „ciąg” GT3 na wolniejszej wewnętrznej, rozchwiane gwałtownym odbiciem Turbo na źle wyprofilowanej zewnętrznej. Zakręt pokonali bok w bok, prawie stykając się lusterkami, i bok w bok z niego wyszli. Stumetrowa prosta nie rozstrzygnęła niczego, niebieski wóz wysunął się na prowadzenie o może pół metra, szybko utracone gdy będąc na wewnętrznej musiał odpuścić nieco przed długim, łagodnym łukiem w lewo. Na gutter-driving w uphill, w miejscu, w którym nigdy go nie ćwiczył, nie zdecydował się.
Po łuku w lewo była zaś Patelnia.

Choć jego sytuacja wydawała się trudna, Franz uśmiechnął się. Oto na tym sławetnym zakręcie w uphillu powtarzała się sytuacja z pojedynku w dół: Mateusz mógł sobie być na zewnętrznej, ale z nim tuż obok, na wewnętrznej, miejsca na atak nie miał.
Mógł odpuścić – lub runąć w przepaść.
Wystarczyło, jak przed chwilą, gdy zakręt atakowali w przeciwnym kierunku, opóźnić hamowanie.
Lęk Polaka, który stracił już wiarę w przewagę znajomości trasy, zrobi zaś resztę.

Liczył, że od momentu gdy dwa zakręty temu zrównał się z Franzem, przewaga w mocy turbodoładowanego Porsche pozwoli mu wysunąć się na prowadzenie. Było by to wyprzedzenie niezbyt eleganckie, na pewno nie chwalebne, ale w tym momencie nie dbał już o styl. Ku jego zaskoczeniu, nie dał rady wysforować się przed czarne GT3.
Znów miał przed oczami czubki drzew i rozgnieżdżone niebo Patelni, ryczący na wewnętrznej tłum, sunącego obok, blokującego optymalną linię przeciwnika i zewnętrzny pas, nie dający nadziei na utrzymanie się w zakręcie.
Franz nie odpuszczał. Niemiec wiedział doskonale, że Mat nie miał jak wyprowadzić ataku.
Muszę odpuścić. Przegrałem.

Przegrałem?

To moja przełęcz.
Skoro potrafiłem zwyciężyć w Zielonym Piekle…

- Czemu nie hamujesz, ty obłąkany polski szaleńcze?! Zabijemy się oboje!

Do przebicia się przez barierki pozostały ułamki sekund.
Próba nerwów.
Był na straconej pozycji.

Mimo tego, wygrał.

Nos czarnego GT3 minimalnie się obniżył. Jego kierowca zaczął hamowanie ułamek sekundy przed tym, jak prowadzący niebieskie Turbo kopnął w hamulec.
Role się odwróciły.

Kopnięcie w hamulec na skręconych w prawo kołach, zgodnie z linią zakrętu.
Tył momentalnie zarzucił, wóz zanurkował.
Barierkę minął o centymetry.
Przednia prawa opona musnęła zderzak GT3, gdy złożył się przed jego maską w półpoślizgu, frontem do wewnętrznej zakrętu.
Tłum zawył.

- Scheiße!
Niebieskie Turbo mknęło przed nim w poślizgu, blokując wewnętrzną.
Drift nie był szybszy, absolutnie, on sam musiał przyhamować by nie uderzyć w bok konkurenta…
Nie zmieniało to jednak prostego faktu: stracił prowadzenie.
Doskonale wiedział, że już go nie odzyska.

Z zakrętu wypadli jeden za drugim, grzmiąc bokserami, w pojedynku o wszystko i o nic.
Serpentyny dawno nie widziały takiego widowiska. Walczyli do samej linii mety, zaciekle atakując i odpierając ataki na każdym zakręcie.
Kolejność nie uległa zmianie.
Rozstrzygnęli pojedynek, który niczego nie zmienił.
Dla nich samych, pozostał nierozstrzygnięty.

Wiwatujące na szczycie tłumy nie obchodziły go wcale. Parokrotnie ryknął silnikiem, torując sobie drogę na górny parking przez kłębiące się ludzkie masy. Czarne GT3 sunęło za nim, witane głównie gwizdami i buczeniem.
- Banda wsiurów. – mruknął. Przeciwnik absolutnie nie zasłużył na gwizdy.
Dotarli do linii drzew, na sam skraj górnego parkingu, z dala od tłumu i zamieszania na mecie. Kilku fanów ruszyło w ich kierunku, ale gdy tylko dostrzegli jego zacięty wyraz twarzy błyskawicznie odwrócili się na piętach.
- A więc to koniec. – stwierdził Franz, wysiadając z samochodu.
Dłuższą chwilę myślał nad odpowiedzią. Wygrał, pokonał Franza i własną słabość. Ale mimo tego nie czuł się zwycięzcą. Czuł… zmęczenie. Niczego więcej.
- Do pewnego stopnia… być może. – odparł w końcu – Urządziłeś mi ciężką przeprawę, Franz. To był równy pojedynek, ja miałem mocniejszy samochód… rezultat…
- Rezultat wyłonił lepszego kierowcę w tych warunkach i w tym momencie. Nie musisz uprawiać ekwilibrystyki słownej w nagłym przypływie sympatii do rywala, Mat. Dziś byłeś lepszy. Na Nordschleife byłeś lepszy. W czasie kandydatury… byłeś lepszy. Uznaje ten fakt, nie rozpaczam nad nim. To koniec, ale etapu, nie kariery czy marzeń. To impuls do bardziej wytężonej pracy. Doświadczenie dające cholernie cenne, rozwijające wnioski. Aż tyle. Tylko tyle.
Niemiec zakończył wypowiedź, powiódł wzrokiem po koronach drzew, utkwił wzrok w nocnym niebie. Mat mógłby przysiąc, że po raz pierwszy widzi Franza… zadowolonego z siebie. Autentycznie… usatysfakcjonowanego.
W tej jednej chwili zdał sobie sprawę, że to nie on jest faktycznym zwycięzcą tego pojedynku.
Kandydatura, obłęd rywalizacji, śmierć Kristofera i na Franzie odcisnęły swoje piętno, w ostatecznym rozrachunku jednak… Niemiec zdawał się mieć cel. Chęć i motywację do dalszego działania, nawet jeśli cały program i marzenia o byciu testowym w Porsche szlag trafił.
On nie miał nic.
Satysfakcja ze zwycięstwa, dowiedzenia własnej wartości przed ostatnim pozostałym przy życiu i zmysłach ex-kontrkandydatem, była bowiem właśnie tym.
Niczym.
Z zadumy wyrwały ich snopy świateł eliptycznych reflektorów.
Białe 997 GT2 zaparkowało tuż obok, turbodoładowany bokser ucichł po krótkiej chwili.
Auto miało lipskie tablice, ale i bez tego wiedzieli doskonale, skąd przybyło.

- Dobry wieczór, panowie.
Taksujące ich spokojne, przenikliwe spojrzenie Waltera Röhrla było nieodgadnione. Czy Mistrz przyjechał tu osobiście, by ukarać ich za to, co zrobili? Wątpliwe. Czy pochwalał? Równie mało prawdopodobne. Bardziej wyrzuceni z programu być jednak nie mogli, wiec…
- Skąd pan…
- Klaus nie jest typem człowieka, który ukrywa półlegalne i absolutnie niezgodne z firmowym regulaminem działania. Poinformował mnie od razu. Lokalizacja… wszystkie auta mają nadajniki. Poza tym… widząc na mapie twój kierunek, Franz, od razu się domyśliłem. Nie pochwalam tego, co zrobiliście, ale był bym hipokrytą, gdybym was za to zganił.
Milczeli.
- W najczarniejszych wizjach, gdy wnioskowałem o otwarcie programu stypendialnego w Firmie nie przypuszczałem, że program ten będzie miał tak tragiczne konsekwencje. Śmierć Kristofera… także to, co spotkało Giovanniego… wstrząsnęło to nami dogłębnie. Miałeś rację, Franz… to też, w dużej mierze, nasza wina. Nawet Frank i Dieter, choć może wydawać się wam inaczej, uważają się za współodpowiedzialnych. W kontekście tego wszystkiego, co wydarzyło się przez ostatni miesiąc… myślę że rozumiem, dlaczego dzisiaj zrobiliście to, co zrobiliście. Odpowiedzi na jakie pytanie, tak… nierozważnie przez nas postawione szukaliście. To był wspaniały pojedynek, panowie, przyznaje. Obaj pokazaliście, że być może mój program przyniósł choć tyle… szlif talentu dwóch wybitnych młodych kierowców. O dwóch za mało. Ale nastał moment, w którym należy powiedzieć pas.
Utkwili w nim spojrzenia, czekając na to, co doskonale już wiedzieli. Program dobiegł końca, odegrali ostatni akord, przyszło oddać zabawki i wrócić do domów.
- Franz… chciałbym zaproponować ci pracę na stanowisku Junior Test Drivera w Porsche Leipzig.
Młody Niemiec zamarł, próbując zrozumieć to, co właśnie nastąpiło. W końcu wydukał z siebie jedynie:
- Dziękuję, panie Röhrl.
Mistrz uśmiechnął się łagodnie, po czym przeniósł spojrzenie na Mateusza.
- Mateuszu… dziękuję za ten rok, wszystkie testy, w których wziąłeś udział… mechanicy wypowiadali się o tobie w samych superlatywach. Wiem, że na pewno jeszcze o tobie usłyszymy. Twój udział w programie dobiegł końca.
Emocjonalny roller coaster. Kilka minut temu zaczął godzić się z tym, że to koniec. Kilka sekund temu uwierzył, że jednak… że mimo wszystko…
A teraz…
Poczuł ukłucie zazdrości. Potem, na krótką chwilę, gardło ścisnęła mu ochota na płacz. Ale był na to zbyt dojrzały.
- Dziękuję za tę szansę, panie Röhrl. Udział w programie… pomimo tego, do czego doprowadziliśmy… na pewno nie zapomnę tej nauki. Przepraszam, że zawiodłem pańskie oczekiwania.
- Nie zawiodłeś, Mateuszu. Przekroczyłeś je.
Walter Röhrl uśmiechnął się do niego, a Mat prawie uwierzył, że legenda rajdów mówi to szczerze.
- Czy… - zawahał się - … czy ktoś zajmie moje miejsce?
Mistrz uniósł wzrok, patrząc ponad jego ramieniem. Za sobą usłyszał cichy, dziwnie znajomy wizg kompresora.
- Tak. – odpowiedział po chwili Röhrl – Zgodnie z moim życzeniem. To drugi powód mojej wizyty tutaj.
Mateusz poczuł dochodzącą z kieszeni wibracje, do której sekundę później dołączył dźwięk dzwonka. Pierwsza w nocy, kogo niosło…
- Trzecim jest zasugerowanie ci, żebyś odebrał ten telefon.

Koniec serii.

Wciąż pamiętam moje sny i wizje
Marzenia, których nie umiałem ścigać
I nie doścignąłem, zbyt zajęty pościgiem samym w sobie
Czym one były, dlaczego szukałem akurat tu...?
W głowie pustka, ledwie kilka wyuczonych trików
Potrzeba czasu, by zrozumieć siebie