1. „Czwarty”


Ostatni dzień września w Lipsku, wbrew prognozom, okazał się niezwykle ciepły i pogodny.
Promienie letniego jeszcze słońca padały na ulokowany w tym pięknym mieście tor testowy firmy Porsche, rozświetlając linię pit-stop’u, hangary, garaże i potężne zabudowania, ze słynnym budynkiem Centrum Klienta na czele.
Produkcja Panamery i Cayenne szła pełną parą. Po wykupieniu Volkswagen Auto Group przez nieznanego inwestora, Porsche zostało ponownie oddzielone od VAG.
I wyszło to na dobre legendarnej marce.
Nie to jest jednak tematem tej opowieści.

Na twarzy Franka, 40-letniego Ace Test Driver’a w Firmie, pojawił się dziwny, nieodgadniony grymas.
Gęsta siatka zmarszczek sprawiała, że dla trójki młodych, raptem dziewiętnastoletnich Kandydatów na nowych Kierowców Testowych Porsche, intencje Franka, pierwsze wrażenie, jakie na nim wywierali, były nieodgadnione.
Niemiec przeciągnął dłonią po kilkudniowym zaroście, po czym uśmiechnął się.
Zdecydowanie nie był to uśmiech, który zaliczyć by można do kategorii „miłych”.
- Niespełna 20 lat – odezwał się w końcu. Głos miał twardy, mocny. Budzący respekt –Bywają takie chwile, gdy chciałbym być w waszym wieku. Gdyby się tak głębiej zastanowić… - tu Frank zrobił krótką pauzę - … to jest właśnie jedna z tych chwil. Mam przyjemność powitać was, Kandydaci, na terenach fabryki Porsche w Lipsku. Jak jednak zapewne się domyślacie, nam nie o fabrykę tu chodzi, lecz o to. – przeciągnął sportowym butem po nawierzchni toru – I o to…
Niedbałym ruchem ręki wskazał za siebie, na ustawione w równym rzędzie samochody.
Samochody, które każdego fana motoryzacji przyprawiały o szybsze bicie serca.
Białe jak śnieg, wyczynowe 911 (997) GT3 RS.
Klasyczne, granatowe 911 (964) Turbo.
Muskularne 911 (996) GT2, błyszczące srebrnym metalikiem.
Czarna 911 (993) Carrera 4S, ostatni z chłodzonych powietrzem „wiatraków”.
Zwinny, nowoczesny, żółciutki Cayman S.
Trzy pary oczu zaczęły błyszczeć.
- Zostaliście wybrani, gdyż ktoś uznał was za godnych tego zajęcia, za odpowiednich Kandydatów na Kierowcę Testowego Porsche – kontynuował Frank, zadowolony z efektu, jaki dawała jego przemowa – I ja wierzę, że tak jest. Przynajmniej w jednym przypadku jestem tego osobiście pewien – tu spojrzał na średniej postury i wzrostu chłopaka o płowych włosach. - Niemniej jednak, Firma ma wakat tylko dla dwóch spośród was…
Między młodymi mężczyznami dał się słyszeć lekki jęk zawodu.
I dała wyczuć rodząca się niechęć.
Pragnienie rywalizacji.
Czyli to, na czym tak Frankowi zależało.
- … tak więc, będziecie musieli dowieść swojej wartości. Dwóch z was zostanie regularnymi Kierowcami Testowymi, Test Driver’ami, jak zwykło się tą posadę określać. A potem… kto wie. – uśmiechnął się paskudnie Frank – Jeśli zasłużycie, po latach pracy, czeka na was tytuł i zajęcie Senior Test Drivera… co do dalszych awansów zaś…
Budująca napięcie przerwa.
Uśmiech.
Paskudny, cyniczny uśmiech.
Frank stuknął palcem w przypięty do jego koszuli identyfikator.
Oprócz danych osobowych, zdjęcia i innych informacji, widniał tam jego tytuł.
Ace Test Driver.
- Co do tego tytułu, moi drodzy Kandydaci – mruknął Frank, mrużąc oczy – Dopóki żyję, dopóki moje oczy widzą zakręty, a nogi czują pedały gazu, sprzęgła i hamulca… nie liczcie, że którykolwiek z was mi go odbierze. Chyba że ty, Franz… w ciebie nie wątpię. - spojrzał ponownie na chłopaka o płowych włosach. - Ale na pewno nie w tym dziesięcioleciu…
Zapadła cisza. Chłopak nie speszył się.
Faworyzowanie już od pierwszych minut nie przeszkadzało mu.
Wręcz przeciwnie.
Dla tej roboty, zrobił by wszystko.
- OK., panie Frank – odezwał się śniady, postawny brunet – Wiemy już, że to dla nas idealna praca. I że nie będzie lekko. Może po prostu pozwoli nam pan wziąć jedno z tych stojących za panem cudeniek w obroty, i pokazać, co potrafimy? – spojrzał z ukosa na stojącego obok niego rówieśnika o płowych włosach - Kolegi Franza nie znam, a chętnie przekonam się w praktyce, czy rzeczywiście jest… ehm… bardziej godny tej roboty niż ja albo ten tu oto kolega. – wskazał na trzeciego z Kandydatów, milczącego do tej pory wysokiego, jasnego blondyna o intensywnie niebieskich oczach.
- Spokojnie, spokojnie, chłopcze. – machnął ręką Frank – Ja nikogo nie faworyzuję. Franza po prostu znam, to chłopak z Lipska, jego postępy mogłem obserwować od maleńkości… zresztą, ja sam zgłosiłem jego osobę do Stypendium Porsche, które czyni z was naszych „Junior Test Driverów”, Kandydatów na prawdziwych Test Driver’ów. Do waszej wiadomości, jestem „łowcą talentów” w Firmie. Tylko tyle, jeżeli koniecznie musisz wiedzieć. – uciął dyskusję, nie ukrywając poirytowania. Zaraz potem jednak kontynuował, tonem znacznie cieplejszym i bardziej przyjaznym – Nie wątpię jednak, że i wy jesteście niezwykle uzdolnionymi kierowcami… - zajrzał w trzymane w ręku akta - …cóż, gdyby tak nie było, nie dostrzegli by was ani organizatorzy Porsche Carrera Cup Scandinavia… prawda, Kristoferze? – spojrzał wymownie na niebieskookiego blondyna, który uśmiechnął się lekko - … ani oficjele włoskiego oddziału Porsche, którzy mieli przyjemność oglądać twoje popisy w Alfa GTV Cup, Giovanni. – zwrócił się do śniadego przystojniaka, czym momentalnie przywrócił mu dobry humor.
- Nie było tematu, panie Frank – odparł Giovanni – Już ogarniam temat. Tak czy inaczej… kiedy będziemy mogli wskoczyć za kółko, i nakręcić tu kilka okrążeń?
- Czekamy na jeszcze jednego „księcia”, który ma nas niebawem „zaszczycić” swoją obecnością – odparł z przekąsem i ironią w głosie Frank – Kandydatów, moi drodzy, jest bowiem czterech. Jak tylko owy czwarty raczy tu przybyć, będziecie mogli pokazać, na co was stać. A nie wątpię, że waszą trójkę stać na wiele. – uśmiechnął się. – Na razie… może opowiecie co nieco o sobie? W tym gronie będziecie pracować, konkurować i szkolić się przez najbliższy rok… a w kościach czuję, że i dwa… – dodał z nieodgadnionym uśmiechem. - … tak więc warto by tu wykształcić coś w stylu… ehm… „rodzinnej atmosfery”.
Kandydaci momentalnie wyczuli w tonie Franka, że nie zależy mu na rodzinnej atmosferze.
Że jest to chyba ostatnia rzecz, jaką chce widzieć wśród Kandydatów.
Zaczęli jednak swe opowieści.
Skrajnie różne.
Skrajnie podobne…

- Jestem Franz – stwierdził z dumą w głosie chłopak o płowych włosach – O czym już zresztą pewnie wiecie. Pana Franka miałem przyjemność poznać wcześniej, znacznie wcześniej od was… ba, co ja mówię – rzucił z szerokim uśmieszkiem na ustach – Ten tor, ta Firma jest dla mnie praktycznie jak rodzina. Jestem rodowitym Niemcem, stąd, z Lipska… - wyrzekł z dumą, akcentując słowa „Niemiec” i „Lipsk” - … wychowywał mnie ojciec, z zawodu profesjonalny kierowca wyścigowy… swego czasu regularnie punktował w DTM’ach. Ścigam się… odkąd pamiętam. Wpierw karting, jako 6-latek. Treningi pod okiem ojca, potem pierwsze zawody… pierwsze puchary. Pierwsze mistrzostwa. Jak się pewnie domyślacie, zostawiłem konkurencję w pobitym polu. – stwierdził, dumny - Znalazłem sponsorów, dostałem się do Formuły BMW. 1600 centymetrów sześciennych pojemności, wycie kręconego na wysokich obrotach silnika… już wtedy, mając 14 lat wiedziałem, że jestem stworzony do tego sportu. Po trzech kolejnych latach, w czasie których udało mi się zająć drugie miejsce w klasyfikacji generalnej mistrzostw kraju, dzięki kontraktowi z Valvoline zasiadłem za sterami Formuły 2000. Stamtąd było już o krok do Formuły 3, a potem… sami wiecie – mruknął, zadowolony – Formuła 1. Ale…
- Ale po roku, który spędził w kokpicie Formuły 2000, ja byłem już pewien, że Firma szuka takiego człowieka, jak Franz – przerwał mu Frank. Giovanni i Kristofer mogli by przysiąc, że mężczyzna jest zwyczajnie dumny ze swojego krajana – Obserwowałem jego karierę od czasu pierwszego zwycięstwa w kartingowych mistrzostwach. Nie traktujcie tego personalnie… on jest naprawdę dobry. Idealny Kandydat. Idealny Junior Test Driver. Wierzę, że mnie… nas nie zawiedziesz, Franz.
- I ja w to wierzę, panie Frank. – wyszczerzył zęby średniego wzrostu i budowy chłopak o płowych włosach. W jego brązowych oczach pełno było pewności siebie.
- Pewności, która powinna cechować Test Drivera – pomyślał Frank.

- Kristofer – odezwał się, z początku nieśmiało, wysoki, jasny blondyn o nordyckiej urodzie – Szwed z Mantorp. – pociągnął dalej, już znacznie odważniej. – Nie będzie to chyba zaskoczeniem i pysznieniem się, jeżeli stwierdzę, że od dziecka jestem związany ze sportami motorowymi. Ja… ja to po prostu kocham. Bakcyla, jak Franz, zawdzięczam tacie… jest jednym z zarządców toru wyścigowego Mantorp Park… pierwszy raz jechałem po tym cudownym torze, kręcąc kierownicą z kolan ojca, w wieku lat pięciu… mając siedem poświęcałem każdą wolna chwilę na treningi w go-kartach, a w wieku lat dziesięciu… - uśmiechnął się do wspomnień – …Tata pomógł mi kupić i przygotować bolid do Superkartów, serii przy Swedish Touring Car Championship. Tam los dał trochę zwycięstw… ponoć byłem w tym dobry, bo rok temu, gdy na kilka dni przed eliminacją STCC na Mantrop Park okazało się, że jeden z kierowców z naszego rodzimego teamu złamał nogę… no, to mi dano szansę wystartowania w wyścigu. Wspaniałe, niezapomniane przeżycie…
- Dojechałeś do mety? – zapytał Franz, przechodząc na „ty”. Kristofer przysiągł by, że wyczuwa w jego tonie sarkazm.
- Dojechałem – odparł bez emocji – Byłem piąty.
Franz zamilknął. Frank uśmiechnął się.
Nie był to ładny uśmiech.
- To właśnie wtedy zauważyli mnie organizatorzy Porsche Carrera Cup Scandinavia, również serii wyścigowej przy STCC… i to oni wytypowali mnie na Kandydata na Test Drivera. To dzięki ich protekcji jestem tutaj… i jest mi z tego powodu niezwykle miło.
- A więc karty i jeden raz za kierownicą wozu klasy Touring Car – odezwał się niespodziewanie Franz – Za pozwoleniem, Kristofer… tylko tyle?
W spokojnych do tej pory, błękitnych oczach Szweda zapłonął na krótki moment płomień.
Zaraz jednak opanował się. Znał swoją wartość.
- Na swoim rodzimym gruncie uwielbiałem wyścigi na lodzie, Franz – odparł – I kochałem dłubać w swoim Subaru Impreza, do tych wyścigów przygotowanym. Wiem, że to, co nas tutaj czeka, to głównie tor – spojrzał prosto w oczy swego niemieckiego rówieśnika i współkandydata – Ale myślę, że to nie pójdzie na marne. I że doświadczenia inne od formułek o idealnej trakcji, niskiej masie i znakomitym prowadzeniu również się przydadzą.
Trzeci z Kandydatów, Giovanni, uśmiechnął się pod nosem. Podobała mu się riposta Szweda.
Franz przez chwilę siłował się z nim wzrokiem. Liczył, że da radę go sprowokować do dalszej polemiki.
Błękitne oczy Szweda nie wyrażały jednak już nic poza pewnością siebie i opanowaniem.
Odpuścił więc.
Przynajmniej na razie.

- Zwą mnie Giovanni – rzucił z włoskim akcentem ostatni z Kandydatów, dobrze zbudowany brunet o śniadej cerze – Jestem Włochem, z Rzymu. Jak i wy mam ojca z „branży”, startuje w Superstars Series… widlaste ósemki to jest to. – uśmiechnął się szelmowsko – Od młodości mogłem trenować jazdę sportową, miałem dostęp do okolicznego toru Vallelunga… ale… - ponownie, na jego twarzy zawitał szeroki uśmiech, eksponujący białe zęby - … ale zawsze wolałem motocykle. Wprost kocham MotoGP… No, ale tatko wkręcił mnie w serię wyścigową Alfy GTV… a tam łapnąłem motoryzacyjnego bakcyla. I ponoć tam dostrzegli mnie ludzie z Porsche, jak powiedział pan Frank…
- A gdzie jeszcze mogli cię dostrzec? – zapytał Franz.
- Na autostradzie – wyszczerzył się Giovanni – Jestem znanym „łamaczem przepisów” na okalających Rzym ekspresówkach. Kocham nocne wyścigi, szybką, agresywną jazdę. Poza tym, kocham jeszcze piękne kobiety, dobre jedzenie i półsłodkie wina. I imprezy, na których można mieć to wszystko w ilościach hurtowych.
- Alfa Romeo GTV… to przednionapędówka, prawda? – zapytał uprzejmie Kristofer.
- Taa… - odparł Giovanni – Ale, nie bój nic, prywatnie zapieprzam F355…
- Ferrari?! – odezwał się Franz. W jego głosie pobrzmiewało święte oburzenie.
- Tak – odparł twardo Giovanni – Ferrari. Lubię szybką jazdę i auta z duszą. I nie jestem fanbojem… jak coponiektórzy. Przeszkadza ci to?
Niższy o głowę Franz zacisnął na moment pięści.
- Nie – odparł po chwili – Nie przeszkadza.
Giovanni chciał kontynuować dyskusję. Uważający się za co najmniej dziedzica Firmy Porsche młody Niemiec, mimo że znał go raptem od kilkunastu minut, już wybitnie zaczynał działać mu na nerwy.
W tym jednak momencie, uszu ich dobiegł pomruk widlastej ósemki, ucinając wszelkie polemiki…

Czarna Panamera Turbo S dostojnie zajechała na pas pit-stop’ów, po czym zaparkowała idealnie równolegle do pozostałych postawionych tu Porsche.
Silnik pracował jeszcze kilka chwil, po czym zamilknął.
Drzwi kierowcy sportowej limuzyny otwarły się, i stanął w nich…
- Walter Rohrl! – szepnął z uznaniem Kristofer, kłaniając się legendzie rajdowych tras i wyścigowych torów w jednej osobie.
Osobie nieomal 70-letniego, wysokiego, chudego starszego pana.
Pozostali Kandydaci, prawie jednocześnie, postąpili dokładnie tak samo.
Gdyby spojrzeli w tym momencie na twarz Franka, dostrzegli by na niej grymas wściekłości.
Identyfikator Rohrla pobłyskiwał w słońcu, eksponując czerwone litery, składające się na nazwę stanowiska.
„Chef Test Driver”.
- Szef raczył przyjechać. – mruknął Frank.
Była to jedyna zgryźliwość, na jaką mógł sobie pozwolić.
W tym samym momencie, w Panamerze rozwarły się drzwi pasażera, a na betonie ciągnącym się wzdłuż garaży stanął młody chłopak, równy wiekiem Kandydatom.
Zdecydowanie nie należał do najwyższych, i choć był całkiem nieźle zbudowany, nie można go też było zaliczyć do kategorii „szerokich”. Ciemne włosy targały mu lekkie podmuchy wiatru, zaś całkiem ładną twarz, w której błyszczały piękne, zielone oczy, szpeciła szrama ciągnąca przez prawy policzek.
- Oto i ostatni uczestnik naszego „castingu” – stwierdził z ironią Frank.
Chłopak ukłonił się Ace Test Driverowi i pozostałym Kandydatom, po czym zamarł, stojąc pomiędzy nimi a Rohrlem.
- Kogóż nam tu przywiozłeś, Walterze? – zapytał słodko Frank – Któż jest twoim Kandydatem?
- To młodzieniec z Polski – stwierdził spokojnie, pewnie Walter Rohrl – W jego umiejętnościach widzę predyspozycje, by być odpowiednim Kandydatem na Test Drivera Porsche.
- A w jakich to seriach wyścigowych… - zadał kolejne pytanie Frank, teraz już głosem zimnym jak lód - … startował owy zdolniś, że dostrzegłeś jego umiejętności?
Młody chłopak spuścił wzrok, i poczerwieniał nieco.
- To najsłynniejszy kierowca touge w Polsce, Franku. – odparł bez emocji Rohrl.
Ace Test Driver uśmiechnął się nieładnie, i z sarkazmem rzucił:
- A co to jest touge?
Ciemnowłosy przybysz otwierał już usta, aby coś powiedzieć, ale legendarny rajdowiec ubiegł go:
- Nawet, jeśli nie wiesz, co to za sport, Frank, to jego umiejętności same się obronią.
- Taak – mruknął Frank – Z całą pewnością… jak masz na imię, chłopcze? – zwrócił się do bruneta.
Chłopak uniósł wzrok, i spojrzał mu prosto w oczy.
Nie spodziewał się w nich sympatii.
I nie znalazł jej.
- Nazywam się Mateusz….



- Skoro jesteście już w komplecie, nasi drodzy Kandydaci, mogę wam powiedzieć, co was czeka. – odezwał się Frank po dłuższej chwili milczenia - A czeka was dwuletni test. Wykonywać będziecie normalne zadania w Firmie… jako „normalne” mam tu oczywiście na myśli „takie, jak inni Test Driverzy”, bycie Kierowcą Testowym Porsche jest bowiem pracą jedyną w swoim rodzaju. Poza tym, brać będziecie udział w testach, próbach sprawnościowych i szkoleniach, których celem będzie wybranie spośród was dwóch najlepszych. Jeden z waszej czwórki odpadnie… bądź zrezygnuje… - stwierdził z satysfakcją - … po pierwszym roku. Drugi – po drugim.
- Tych dwóch nie musi się jednak martwić – odezwał się Rohrl, ku niezadowoleniu Franka - Firma gwarantuje wam, że kawalerki, które wam wynajmujemy, oraz miejsce na Uniwersytecie w Lipsku, na wybranym przez was kierunku, będą wasze do końca edukacji. Na koszt firmy. To Stypendium Porsche, a Porsche… Firma dba o swoich ludzi. – uśmiechnął się.
Ciepło.
- Tak. – mruknął Frank – Dba. Nawet o beztalencia. Tak czy inaczej, witamy was „na pokładzie”. A jako że uważam, że należy kuć żelazo, póki gorące… czas na pierwszą próbę umiejętności. Musicie wiedzieć, że nasz tor to jedyna w swoim rodzaju kombinacja dziesięciu najsłynniejszych zakrętów z torów wyścigowych na całym świecie. Jednym z nich jest Corkscrew, Korkociąg, słynny wiraż z Laguna Seca w Kalifornii. Waszym zadaniem będzie pokonać go… w jak najszybszym czasie. Ktoś tu chyba chciał dowodzić własnych umiejętności… – spojrzał po kolei na Mateusza, Giovanniego i Kristofera - … więc właśnie nadarza się po temu idealna okazja. Do dzieła, chłopcy…

- To trudny zakręt – stwierdził Walter Rohrl, znany niegdyś Mateuszowi jako „Mistrz”, biorąc go na stronę – Wymaga niesamowitego skupienia, wprawy i opanowania. Nie chcę cię martwić, ale Frank specjalnie rzuca was na głęboką wodę… - spojrzał z niechęcią w oczach na swego rodaka i podwładnego, szykującego właśnie czarne Porsche - … chce sprawdzić, jak jesteście dobrzy, a raczej udowodnić, że większość z was… dobra nie jest. Na obiektywizm z jego strony nie ma co liczyć. Tak czy inaczej, pamiętaj, że jesteś na straconej pozycji… pozostali Kandydaci mieli już sporo do czynienia z jazdą na torze, zaś ten płowowłosy Niemiec – Rohrl wskazał głową na Franza – Jeździ po tym torze od dziecka. Autem, które będzie służyło do próby, jest 911 Carrera 4S, generacja 993. To całkiem miłe w prowadzeniu Porsche, napęd na cztery koła rekompensuje brak nowoczesnej elektroniki wspomagającej. Mimo tego jednak, jazda Porsche 911, RR, różni się nieco od jazdy innymi autami… nie miałeś z 911 do czynienia, więc… uważaj na siebie, Mateuszu. Odpuść. Nie walcz o czas za wszelką cenę. – ostatnie stwierdzenie Mistrza było prośbą, nie radą.
- Postaram się, panie Rohrl – odpowiedział Mat – Ale jednocześnie nie mogę odpuścić…
- Czasem, Mateuszu… - odparł legendarny kierowca - … czasem należy odpuścić.

- Macie dwie próby – stwierdził Frank, gdy wysiedli z firmowego vana, i stanęli na wyznaczonej już linii startu. Kilku techników kończyło właśnie rozkładać aparaturę pomiarową – 911 Carrera 4S do waszej dyspozycji. Liczy się czas, sposób pokonania przez was tego zakrętu, przynajmniej na razie, mnie nie interesuje. Jak rozdysponujecie te próby, też nie. Pokażcie po prostu, na co was stać… zaczyna nasz drogi Włoch, Giovanni.
Śniady brunet uśmiechnął się lekko, i żwawym krokiem ruszył do stojącej tuż obok Carrery.
Chwilę później drzwi trzasnęły, a względną ciszę toru przerwał niesamowity, bulgoczący charkot chłodzonego powietrzem, umieszczonego z tyłu 3,6 litrowego silnika…

Carrera wyrwała gwałtownie do przodu ułamek sekundy po tym, jak rozstawiony przez techników sygnalizator wskazał zielone światło.
Charczące wycie przybierało na sile, podczas gdy czarny pocisk wspinał się na prowadzące ku Korkociągowi wzniesienie. Auto nabierało prędkości błyskawicznie i liniowo, jak gdyby chciało udowodnić Walterowi Rohrlowi, że określenie „miły” nigdy nie będzie pasować do Porsche. W końcu, gdy dźwięk silnika zaczynał już miażdżyć bębenki uszne, Giovanni wcisnął sprzęgło, i wprawnym ruchem dłoni wbił dwójkę. Spojrzał przed siebie, i oszacował odległość. Widział ten zakręt na relacjach z wyścigów na torze Laguna Seca, spotkał się też z nim chyba w jakiejś gierce, ale „w realu” pokonywać miał go po raz pierwszy w życiu.
- Spokojnie, Vanni – powiedział sam do siebie – To dopiero pierwsza próba. Zrobimy to… spokojnie. Za pierwszym razem, schowamy włoską dumę do kieszeni, czadu damy w drugiej…
„Korkociąg”, zwany przez amerykanów „Corkscrew”, był sekwencją dwóch następujących po sobie, znajdujących się na wzniesieniu zakrętów. Atakowało się go po kilkudziesięciometrowym podjeździe, wpierw odbijając praktycznie pod kątem 90 stopni w lewo, by zaraz potem, po raptem kilku metrach, przejść w opadający stromo w dół średni wiraż w prawo.
Cała sztuka polegała więc, jak zwykle, na obraniu odpowiedniej linii.
W przeciwieństwie jednak do innych zakrętów na innych torach, Korkociąg potrafił karać nieostrożnych bądź nieutalentowanych kierowców na mnóstwo sposobów. Począwszy od wyniesienia na zewnętrzną, jeżeli poszło się w pierwszym odbiciu zbyt szeroko, lub utraciło kontrolę nad podsterownością, co kończyło się lądowaniem w kopnym piachu, a niejednokrotnie spadkiem z idącego w dół nasypu (jeśli piach nie wyhamował impetu wozu), poprzez podbicie na „tarkach” na wewnętrznej „dziewięćdziesiątki”, jeśli pierwszy zakręt próbowało się zbyt szybko i ostro ściąć, co do efektu z pierwszej sytuacji dodawało jeszcze niekontrolowany przelot nad nawierzchnią toru, na „niewstrzeleniu się” w optymalną linię w drugim, idącym w dół wirażu skończywszy. Efektem ostatniej możliwości „spartaczenia” Korkociągu był efektowny, nieprzewidywalny i niemożliwy do opanowania „bączek”, i znacznie już mniej efektowne lądowanie w kopnym piachu na zewnętrznej wirażu.
Drugi z zakrętów na „Korkociągu”, owy wiraż, był bowiem bardzo niecodzienny.
Idący mocno w dół średni łuk w prawo miał bowiem „wyżłobioną” prawą swą część, nachyloną ku wewnętrznej. Na oryginale tego zakrętu, w Ameryce, przez lata wyścigów samochody jeszcze mocniej wyżłobiły tą optymalną linię, która dzięki swemu nachyleniu pozwalała kierowcom pokonywać wiraż jak po szynach – siły działające na wóz, dzięki takiemu ukształtowaniu nawierzchni na tej linii, wręcz dociskały go do podłoża.
Jeżeli jednak nieostrożny kierowca nie obrał właściwej linii, a także nie „poszedł” zewnętrzną, równo opadającą w dół częścią, czekała go bardzo niemiła niespodzianka. Jeżeli jedne z kół znalazły się na równej, drugie zaś na nachylonej części, wóz nieodmiennie czekała gwałtowna utrata przyczepności, spin, i – jeżeli kierowca miał szczęście – lądowanie w kopnym piachu na zewnętrznej.
Pechowcy, których nie wyhamował piach, gięli blachy na barierach, bądź też uderzali z impetem w innych uczestników wyścigu, powodując masowe, widowiskowe – lecz wielokrotnie tragiczne – kraksy.
Architekt toru w Lipsku nie zapomniał o tej właściwości drugiej części Korkociągu.
A Giovanni słusznie się tego domyślił.
Włoch dotarł do szczytu wzniesienia z blisko setką na liczniku. Momentalnie zaczął hamowanie pulsacyjne, mając na uwadze brak ABS’u, wytracając znaczną część prędkości, wycelował przodem auta przez środek „dziewięćdziesiątki” w lewo, prosto w miejsce, gdzie znajdowała się idealna linia na drugim wirażu, po czym na półgazie zaczął pokonywać odbicie w lewo.
I w tym momencie poczuł, jak podsterowność zaczyna znosić 911 ku zewnętrznej.
Ostrożność okazała się słuszna.
Dodał jeszcze odrobinę gazu, co przywróciło mu względną kontrolę nad autem, dziękując losowi, że prowadzi czteronapędówkę, po czym już zgodnie z planem ściął pierwszy z zakrętów, zostawiając sobie od tarek na jego wewnętrznej sporą, bezpieczną odległość. Gdy tylko znalazł się na „zejściu” w dół, na łuku w prawo, dodał jeszcze trochę gazu, a Porsche posłusznie, lekko tylko zamiatając tyłem pomknęło po optymalnej linii, nachylone elegancko ku wewnętrznej.
- Całkiem ładnie sobie poradził. – stwierdził ciepło Rohrl, widząc, jak czarne 911 przecina linię mety – Nawet bardzo, jak na pierwszy raz.
- Nie przesadzał bym z zachwytami, Walter – mruknął zimno Frank, obserwując zawracający wóz – Wykręcił raptem 16,145 sekundy. Nasi najlepsi robią „Korkociąg” w niecałe 13.
- Nasi najlepsi mają po 50 lat i 30 lat doświadczenia, Franku. – odpowiedział spokojnie Mistrz.

Niebieskooki Szwed kiwnął z uznaniem głową przed wysiadającym z kokpitu 911’stki Giovannim, po czym zajął miejsce w sportowym fotelu Sparco, i zapiął szelkowe pasy.
- Pierwsza próba – usłyszał jeszcze głos Franka - Ruszaj na zielonym.
Kristofer przytaknął, dając znać, że słyszał polecenie, po czym podkręcił lekko obroty.
Silnik zacharczał rasowo, czysto i równo. Pomimo ogromu różnic pomiędzy bokserami w tym Porsche a w jego Subaru, wychwycił uchem kilka podobnych taktów.
- Pierwszy przejazd – szepnął cicho – Nie znam toru, poświęcę go na obadanie nawierzchni i zakrętu. Ostrożność przede wszystkim…
Na sygnalizatorze rozbłysło pomarańczowe światełko.
Blondyn dodał gazu, sytuując wskazówkę obrotomierza w pół drogi do czerwonego pola.
Zielone.
Błyskawicznym ruchem dłoni wrzucił pierwszy bieg, i puścił pedał sprzęgła, dodając równomiernie gazu. Czteronapędowe Porsche katapultowało się na wzniesienie, szybko nabierając prędkości.
- Sześćdziesiąt metrów – mierzył odległość Kristofer – Pięćdziesiąt…
Wdusił niezwykle twarde sprzęgło, i wbił dwójkę.
Czterdzieści metrów.
Lekkim ruchem kierownicy zbliżył się maksymalnie do prawej krawędzi toru, po czym natychmiast wyprostował koła.
Trzydzieści.
Prędkościomierz zbliżał się ku pierwszej setce.
- Tu nie ma ABS’u – zdał sobie sprawę Szwed – Muszę hamować pulsacyjnie…
I tak zrobił.
Silne, stanowcze szarpnięcia auta oznajmiły kres przyśpieszania.
Dwadzieścia metrów.
Siedemdziesiąt kilometrów na godzinę.
Dziesięć metrów.
Kristofer puścił hamulec, i dopiero w tym momencie skręcił kierownicą ostro w lewo, celując w tarkę na wewnętrznej.
Nie dotykał nawet gazu, a mimo tego poczuł, jak cały samochód znosi w prawo, wprost w kopny piach.
Odruchowo, niewiele myśląc dodał gazu stopniowo do oporu, ufając w możliwości napędu na cztery koła.
Nie zawiódł się.
Porsche prawie natychmiast odzyskało trakcję, minęło tarkę o metr, po czym pomknęło w dół, po łuku w prawo.
Tu jednak, szczęście opuściło Kristofera.
Chwila nieuwagi, niedostateczne zacieśnienie do wewnętrznej sprawiło, że tylne lewe koło na krótki moment zostało podbite przez różnicę wysokości pomiędzy „żlebem” na zjeździe, a równą, lewą częścią zakrętu.
911 momentalnie wpadło w poślizg, i zaczęło stawiać się bokiem.
- Jeez… - jęknął Szwed, czując rotację samochodu, ale trzeźwo założył głęboką kontrę, i dodał stopniowo gazu.
Miłość do wyścigów na lodzie nie poszła na marne.
Porsche posłusznie poszło bokiem przez resztę zakrętu, niestabilnie i nie do końca kontrolowane, ale mimo tego dotarło do linii mety, gdzie Kristofer wyrównał tor jazdy, i przywrócił pełnię trakcji.
- Brawurowo. – uśmiechnął się Walter Rohrl – Wybrnął z tej całkiem niedobrej sytuacji…
- W którą sam się wpakował – rzucił zimno Frank, spoglądając na wyświetlacz systemu pomiaru czasu – 17,307 sekundy. Tragedia. – spojrzał na stojącego tuż obok Mateusza, obserwującego powracające Porsche – No, ale teraz twoja kolej… nasz drogi Polaku.
Mat mógłby przysiąc, że w słodkim tonie Franka pobrzmiewa sarkazm.
Tona sarkazmu.

Zajął miejsce w kabinie 911 (993) Carrery 4S, a sportowy, kubełkowy fotel natychmiast ciasno go objął. Zapięcie szelkowych pasów sprawiło, że poczuł się częścią samochodu.
Czuł wszelkie wibracje i drgania, odczuwał każdym zmysłem pracę chłodzonego powietrzem boksera.
Silnik pracował równo, charkliwie, głośno.
- Więc tak czuje się Porsche – pomyślał, wbijając pierwszy bieg, na widok pomarańczowego światła na sygnalizatorze.
Twarde sprzęgło, twardsze nawet niż nieseryjne Exedy w jego Skylinie, wymagało nie lada krzepy, a zaciągnięty w tej chwili ręczny zwrócony był lekko w jego kierunku.
Objął dźwignię dłonią, gotowy do działania.
„Jazda Porsche 911, RR, różni się nieco od jazdy innymi autami…”, dźwięczały mu w głowie słowa Mistrza.
Czy naprawdę 911’tka jest aż tak trudna w prowadzeniu?
To czteronapędówka. Rozkład masy nie może być aż tak tragiczny, zaś ciężar jest chyba porównywalny do mojego Sky’a…
… pokażę im, na co mnie stać. Zamknę mordę temu pieprzonemu szkopowi.
Zielone!
Jego czas reakcji, wyćwiczony na przełęczy, mógł być mierzony w milisekundach.
Natychmiast podkręcił obroty prawą stopą, podczas gdy lewa puszczała sprzęgło.
Równo z nimi szła prawa ręka, opuszczająca dźwignię ręcznego.
Przyrost mocy, szybkość przyśpieszania była…
… nie aż tak zachwycająca, jak w jego BNR32.
- Sky reagował znacznie bardziej stanowczo, tam kop przyśpieszenia, moment obrotowy, generowany przez dwie turbosprężarki był niesamowity w porównaniu do tego – pomyślał Mat, czując, jak ryk za jego plecami wzmaga się – Ta Carrera to N/A… - ze zdziwieniem spojrzał na prędkościomierz, który wskazywał już blisko setkę.
Czyżby jednak nie docenił tego Porsche?
Spojrzał przed siebie, oszacował odległość do pierwszego zakrętu, 90’stopniowego w lewo.
- Trzydzieści metrów – pomyślał – Znam „Korkociąg” z Gran Turismo. Zostanę na środkowej linii do zakrętu, dwadzieścia metrów przed puszczę gaz, zacznę skręcać odpowiednio wcześniej, żeby móc to zrobić lekko i płynnie, jednocześnie będę leciusieńko dohamowywał, pulsacyjnie, tu nie ma ABS’u… gdy tylko pokonam pierwszy wiraż, będę już idealnie ustawiony do zejścia w dół, w prawo… nic trudnego. Konfiguracja nieco jak na Salmopolu…
Puścił gaz, i momentalnie poczuł, jak część ciężaru auta wraca do przodu, pomimo podjazdu.
Nadal jednak miał wrażenie, jakby przednie koła były stanowczo zbyt niedociążone.
Zaczął skręcać kierownicą, czując, że to odpowiedni moment, i że minie się z wewnętrzną tarką po idealnej linii. Jego prawa noga musnęła hamulec, gdyż poczuł, jak znosi go lekka podsterowność, wynikająca chyba z nadmiernej prędkości w zakręcie…
I wtedy, stało się coś dziwnego.
Opony jęknęły przeciągle, a ledwie co wyczuwalna podsterowność zamieniła się w utratę kontroli nad tyłem auta, który przejął dowództwo nad 911. Carrera zaczęła się szybko obracać, na co Mat odruchowo wdusił hamulec i skręcił kołami w prawo, przeciwnie do kierunku obracania się czarnego Porsche.
Miast jednak, jak to było w jego czteronapędowym Skylinie, wyrównać i ustawić się przodem do następnego łuku, wóz tylko przestał się obracać, i poszedł bokiem przez środek 90’siątki, na zablokowanych kołach, by po chwili zacząć opadać wraz z łukiem w prawo.
- Kuuuurrr****aaaa! – jęknął Mat, czując, że przednie koła znajdują się na równym betonie na zewnętrznej zakrętu, tylne kilkanaście centymetrów niżej, na wewnętrznej, cała zaś Carrera pokonuje go prawie że bokiem do właściwego kierunku jazdy, w tumanach dymu, podskakując niebezpiecznie na najmniejszej nierówności.
Ponownie, zadziałał odruchowo.
Tym razem, był to znacznie sensowniejszy odruch.
Założył kontrę w prawo, ustawiając koła we właściwym kierunku, po czym dodał gazu, modląc się w duchu, żeby wóz okazał się mu posłuszny.
Został wysłuchany.
Gdy tylko różnica wysokości pomiędzy wewnętrzną a zewnętrzna zakrętu zaczęła się niwelować, poczuł, że przednia oś wyciąga go powoli z poślizgu.
Docisnął gaz do oporu, a Porsche zamiotło rozchybotanym tyłem, przechodząc na krótki moment w poślizg z przodem zwróconym (dla odmiany) do wewnętrznej kończącego się zakrętu, co jednak opanował kolejną kontrą, i przeciął linię mety.
- Ooo kur*a. – wydusił z siebie, hamując – To nie jest samo… to nie jest czteronapędówka – poprawił się – To nie ma nic wspólnego ze Sky’em. Bliżej temu do Sierry, do FR, jeżeli chodzi o poślizgi, choć… - wspomniał sobie gwałtowną reakcję i momentalne, nieokiełznane uciekanie tyłu, gdy tylko musnął hamulec w zakręcie - … choć rozchwianie i nieobliczalność, przechodzenie z podsterowności do nadsterowności… niee, to nie jest normalne.
Zawrócił, widząc przerażone miny techników na linii mety, i ruszył w kierunku początku próby, przekazać auto następnemu z Kandydatów.
Jedno było całkiem udane w prowadzeniu tylnosilnikowca, zdał sobie nagle sprawę.
Pomimo beznadziei sytuacji, i zupełnie nieracjonalnego, odruchowego wduszenia hamulca, udało się przekształcić znoszenie bokiem i rotację w niekontrolowany, ale jednak poślizg, lot bokiem. I mimo tego, że przód wozu znajdował się na schodzącym w dół łuku kilkanaście centymetrów wyżej, niż sunący po linii żlebu tył, a więc całe auto mogło podbić i dachować w każdej chwili… udało mu się utrzymać w poślizgu do końca zakrętu, a potem nie tak trudno opanować wóz.
Podjeżdżając łukiem na „Korkociągu”, zwrócił uwagę na jego ukształtowanie. Wewnętrzna zakrętu, jak w „Gran Turismo”, była nachylonym ku środkowi żlebem, który – jeżeli dobrze się w niego wstrzelić – mógł utrzymać mknący nim wóz, i pozwolić na błyskawiczne przyśpieszanie. Wymagało to jednak praktyki, i znacznie większej znajomości toru i auta. Każdy błąd, wymknięcie się któregoś z kół poza żleb, oznaczał pewną katastrofę.
Zewnętrzna jednak, całkiem szeroki, kilkumetrowy pas zakrętu, była idealnie gładka, i równo schodziła w dół.
Spokojnie mógł się tu zmieścić, idąc kontrolowanym driftem.
- Skoro Carrera poradziła sobie w tym łuku, idąc niekontrolowanym, prawie pełnym bokiem, mając tył w żlebie, a przód na równym fragmencie – pomyślał, zwalniając na szczycie „dziewięćdziesiątki”, i widząc już linię startu – To tym bardziej poradzi sobie, idąc kontrolowanym bokiem, pod znacznie mniejszym kątem, całkowicie płasko, po równym fragmencie…
Zatrzymał się, i postarał nie okazać wściekłości, gdy zobaczył rozbawione, kpiące spojrzenie Franka, a także tego młodego Niemca i Włocha.
- Może kontrolowany drift jest całkiem niezłą techniką w tylnosilnikowym, czteronapędowym Porsche – pomyślał, wysiadając z auta – Silnik z tyłu pozwala na kontrolowany poślizg, nawet pomimo tego, że ta 911 jest czterołapem… zaś napęd na cztery koła może mnie bez problemu wyciągnąć z tego poślizgu, gdy tylko dodam gazu! – doznał nagłego olśnienia.
A czym różniło się to od mojej techniki „driftu przerywanego”?!
- 18,968 sekundy – uśmiechnął się szeroko Frank – W tych twoich wyścigach górskich też jeździ się bokiem auta, na zablokowanych kołach? Mało to efektywne, musisz chyba przyznać…
Mateusz nie odpowiedział.
Wiedział już, jak pojedzie w drugiej próbie.
I jak zamknie mordę temu sukinsynowi.

- Trasę znasz – rzucił do kokpitu Frank – Powodzenia, Franz…
Drzwi czarnej Carrery zamknęły się, a płowowłosy młody Niemiec został w aucie sam, objęty sportowym fotelem, i przypięty doń szelkowymi pasami. Charkot silnika typu bokser atakował uszy, drażniąc bębenki.
Na sygnalizatorze rozbłysło pomarańczowe światło.
- Czas skopać kilka dup. – mruknął Franz, podkręcając obroty.
Zielone!
Wbił jedynkę i dodał gazu, a Carrera wyrwała do przodu. Wzniesienie nie robiło na niej większego wrażenia, niedoładowany wóz przyśpieszał praktycznie liniowo.
Zmienił bieg na dwójkę, i zjechał do zewnętrznej.
- Bułka z masłem. – pomyślał, oceniając odległość od 90’siątki w lewo na dwadzieścia metrów – Rutyna… robię to od lat…
Zaczął pulsować hamulcem, wytracając prędkość ze stu do siedemdziesięciu na godzinę, po czym puścił pedał, i trzymając lekko nogę na gazie natarł na zakręt.
Porsche, posłuszne poleceniu, z ledwie wyczuwalną podsterownością przemknęło tuż obok tarki na wewnętrznej pierwszego z zakrętów. Franz momentalnie wycelował przodem auta w „zejście” po żlebie w drugim z zakrętów, i na krótką chwilę przycisnął hamulec, wytracając nadmiar prędkości. Zaraz potem jednak wjechał w żleb, skręcił koła pod odpowiednim, wyuczonym latami praktyki kątem, i dodał gazu stopniowo do oporu.
Carrera pomknęła w dół jak po szynach, i chwilę później przecięła linię mety.
- No – mruknął z zadowoleniem Frank, spoglądając na wyświetlacz – 15,227. Tak to się powinno robić, chłopcy – spojrzał wymownie na Giovanniego, Kristofera i Mateusza – Postarajcie się w drugiej rundzie…

Giovanni siedział w fotelu Sparco, i w napięciu stukał palcami w kierownicę Carrery.
Drugie, ostatnie podejście.
Musiał przebić czas tego Franza.
Był Włochem. Duma była dla niego niezwykle ważna.
Zielone światło rozbłysło na sygnalizatorze, a Giovanni popuścił twarde, ciężkie sprzęgło i wyrwał do przodu, błyskawicznie nabierając prędkości.
- Tym razem wiem już, na ile mogę opóźnić hamowanie – myślał, schodząc do zewnętrznej, i obserwując zbliżający się w zastraszającym tempie słupek, jego punkt odniesienia do rozpoczęcia hamowania – Nie popełnię drugi raz tego samego błędu, tym razem pójdę między zakrętami bez gazu… skoro wtedy jego dodanie spowodowało podsterowność, to musi być jedyna opcja…
Wdusił hamulec, i pulsując nim wytracił nadmiar prędkości. Przeciążenie pchnęło jego ciało do przodu, a Giovanni dziękował w duchu osobie, która zainstalowała w Carrerze szelkowe pasy. Puścił pedał hamulca, i nawet nie dotykając nogą gazu odbił kierownicą ostro w lewo, dokładnie tak, jak za poprzednim razem, celując przez środek „dziewięćdziesiątki”…
Efekt zaskoczył go.
Całkowicie.
Potężna podsterowność pociągnęła Porsche ku zewnętrznej, prosto w kierunku piachu i nasypu.
- Puttanaaaa!!! – zakłął Giovanni, zakładając kontrę, i dając gaz do oporu.
To jednak nie wystarczyło. Ciągnąca wóz ku zewnętrznej siła była zbyt wielka.
Giovanni wybrał więc ostateczną opcję.
Wdusił hamulec, a Carrera, po dwóch obrotach, zatrzymała się w tumanach dymu na poboczu.
- Kulo. – podsumował Giovanni, po czym powoli ruszył w kierunku mety. – Co ja zrobiłem nie tak?!
- W gruncie rzeczy – pomyślał po chwili, zawracając – To dopiero pierwszy test. Potrzebuję wprawy. Te cholerne, tylnosilnikowe Porsche wymagają widać zupełnie innego podejścia…

Zielone!
Kristofer zwolnił pedał sprzęgła, a 911 Carrera katapultowała się na wzniesienie, mknąc w kierunku Korkociągu.
Szybko, choć łagodnie zszedł do zewnętrznej, układając już w myślach plan pokonania zakrętu.
- Tym razem, nie dam się ponieść emocjom – myślał Kris – Zwolnię do 60’siątki, pokonam pierwszy zakręt na półgazie, po czym wytracę jeszcze prędkość, i w żlebie pojadę tak, żeby nie powtórzyło się to, co za poprzednim razem… nie potrzebuję najlepszego czasu.
Nie tym razem.
Silnik bokser o pojemności 3,6 litra charczał wściekle, „Korkociąg” był już na wyciągnięcie ręki.
Wcisnął hamulec, pulsując nim dopóty, dopóki prędkościomierz nie wskazał wartości 60 kilometrów na godzinę.
Przeciążenie ciągnęło go ku przedniej szybie, wycie silnika darło bębenki w uszach…
Odbicie w lewo, na półgazie, celując w tarkę na wewnętrznej…
Lekka podsterowność, wyczuwalna, choć do opanowania…
Wycelowanie we wjazd do żlebu, leciutka korekta, wyprostowanie kół, dohamowanie…
Leciusieńki poślizg. Pomijalny.
Wjechał w żleb, momentalnie poczuł, że tym razem wóz „siedzi” w nim idealnie.
Uśmiechnął się.
I dodał gazu.
Carrera poszła jak po sznurku, i bez najmniejszych problemów przecięła linię mety.
- 15,988 – uśmiechnął się promiennie Walter Rohrl, patrząc na wyświetlający się czas przejazdu – Naprawdę ładnie…
- Nie najlepiej. – sarknął Frank – Ale tak, ładnie, Rohrl, ładnie…

- Powodzenia – rzucił do kabiny Mistrz – Powtarzam, nie za wszelką cenę…
Nie słyszał już głosu człowieka, który „załatwił” mu tą posadę.
Słyszał tylko charkot, bulgot 3,6 litrowego silnika.
Czuł lekkie wibracje na kierownicy.
Widział sygnalizator.
Plan był… prosty?
Ściąć 90’siątkę, pójść driftem w dół łuku w prawo, dodać gazu na wyjściu, przerywając poślizg, przeciąć linię mety.
Banał.
Na sygnalizatorze rozbłysła zieleń światła.
Zwolnił ręczny i puścił sprzęgło, a Carrera poszła pod górę równo, liniowo przyśpieszając.
Nie zmieniał środkowej linii, na której się znajdował, obserwował tylko zbliżającą się „dziewięćdziesiątkę”…
I tarkę na wewnętrznej.
Trzydzieści metrów.
Pełne skupienie.
Dwadzieścia.
Zaciśnięcie rąk na kierownicy.
Dziesięć.
Już!
Wdusił na krótki moment hamulec, pasy opięły mu się mocno na ciele, ale koła pozostały niezablokowane.
Dokładnie według planu.
Odbił w lewo, Carrera posłusznie przecięła kołami z lewej strony po tarce.
- „Dziewięćdziesiątka” za mną. – pomyślał – Pokażę wam, sukinsyny…
Tor zaczął opadać, zaczynał się drugi z zakrętów „Korkociągu”.
Dohamował, czując, że w łuk w prawo wchodzi nieco za szybko, puścił pedał, skręcił kołami i puścił gaz na krótki moment...
Inicjacja driftu jak w Skylinie.
Jak w Sierrze.
Usłyszał pisk opon.
Poczuł, jak cały wóz znosi w kierunku odległej o metr zewnętrznej.
W kierunku wielkiej łachy piachu.
- Faaaak! – jęknął, dodając lekko gazu, chcąc w ten sposób wyprowadzić wóz z poślizgu…
Bezskutecznie.
Czemu…
… czemu to, co działało w każdym innym aucie, RWD czy 4WD…
… nie miało tutaj żadnego zastosowania?
Nie znalazł odpowiedzi na te pytania.
Poczuł, jak Porsche z całym impetem wpada bokiem w piasek.
Usłyszał koszmarny zgrzyt, odgłos łamanego, giętego metalu.
Cały wóz podrzuciło, tylko szelkowe pasy uchroniły go od rozbicia głowy o podsufitkę lub deskę rozdzielczą.
Piach zasypał przednią szybę.
A potem…
… potem zapadła cisza.

- Z racji kasacji wozu – Frank uśmiechnął się paskudnie, patrząc na Mateusza – W sposób, nie ukrywam, całkiem zaskakujący… chyba bowiem nikomu wcześniej nie udało się wyrwać koła z osi… ostatni przejazd, Franza, nie odbędzie się. To tyle na dzisiaj, drodzy Kandydaci…
Mateusz mógł by przysiąc, że na twarzach swoich nowych znajomych widzi zażenowanie.
I uśmiechy.
Uśmiechy politowania.
- … większość z was, rokuje nadzieje. – zakończył Frank.
Mateusz nie odwzajemnił wymownego spojrzenia.
- Chodź, Mateuszu – usłyszał cichy, spokojny głos Mistrza – Odwiozę cię…

Firmowe mieszkanie Porsche, położone w cichej, spokojnej dzielnicy Lipska, było – jak na nowe lokum studenta – przepastne, eleganckie i wspaniale wyposażone.
Nie dbał o to.
Wszedł, rzucił torbę w kierunku sypialni, stanął w korytarzu.
Westchnął.
- Chcę zrezygnować, panie Rohrl.
Był widać pyszny.
To, że pokonał kilka osób w Istebnej, w nielegalnych wyścigach na górskiej drodze, nie oznaczało wcale, że…
… to nic nie oznaczało.
- Nie – usłyszał spokojny, choć twardy głos Waltera Rohrla.
Głos nie znoszący sprzeciwu.
- Dostałeś dzisiaj wycisk – pociągnął Mistrz – Nie ukrywam, że dostaniesz go jeszcze wielokrotnie. Ale to nie oznacza, że powinieneś zrezygnować, Mateuszu. Nigdy… przenigdy nie powinno się odpuszczać. Dawać za wygraną. Dlaczego nie odpuściłeś w Istebnej, gdy silnik twojej Sierry wyzionął ducha, a ty o włos rozminąłeś się ze zwycięstwem, które miało ci dać… nie, nie szczęście, choć… satysfakcję? Dlaczego nie odpuściłeś, gdy nieomal zginąłeś w wypadku, gdy twoja lewa ręka nie była zdolna do podstawowych ruchów, o sportowej jeździe nie wspominając? Dlaczego nie odpuściłeś, gdy po pokonaniu Roberta…
Wspomnienie.
Przelotne.
Usunął je z myśli, zakasował, zarzucił… innymi.
- Wystarczy, panie Rohrl – przerwał Mistrzowi. Niegrzecznie. Z całą pewnością, niegrzecznie – Nie poddam się. Jeszcze nie. Nie dziś. Ale… zobaczy pan, że…
Nie dokończył.
Mistrz uśmiechnął się, odwrócił na pięcie w kierunku wyjścia, i rzucił na odchodnym:
- Do zobaczenia jutro, Mateuszu. Przyjedź po zajęciach. Pokażę ci coś…
I zniknął.
Mateusz zamknął drzwi na zamek, postąpił kilka kroków, i rzucił się na łóżko.
- Zobaczy pan – powiedział w ciemności, sam do siebie – Że jestem czwartym. Tym, który…
Który jest tu z przypadku.