„Elizabeth”


Rozstawione w równych odstępach na prostej startowej pachołki były czytelnym sygnałem zbliżającej się próby. Zgromadzeni na torze Porsche w Lipsku czterej kandydaci spoglądali to na pomarańczowe, stożkowate słupki, to na bordową, tylnonapędową 911 (993) Carrera 2.
- Drugi dzień naszej pracy w firmie – mruknął Kristofer, tak, że tylko Mat mógł go usłyszeć – I druga próba. Rywalizacja, jak mniemam.
Mateusz wzruszył tylko ramionami.
Spodziewał się kolejnego upokorzenia. Pachołki nie wywołały w nim więc zbyt wielkich uczuć.
- Zanim rozdysponuję zadania, urządzimy sobie małą próbę sprawnościową – stwierdził z paskudnym uśmieszkiem Frank – Żeby was zmotywować… w zależności od uzyskanego czasu przejazdu, dostaniecie lepsze zajęcie. Próba jest, wydaje mi się, nawet za prosta… slalom, nawrót wokół tamtego pachołka – wskazał na ostatni z pomarańczowych słupków, oddalony nieco od reszty – I powtórzenie slalomu. Auto do zadania to Carrera 993. Utrącenie pachołka oznacza pięć karnych sekund. Pytania?
Nie było pytań. Kandydaci milczeli.
- No – uśmiechnął się szeroko Frank – W takim razie… Giovanni. Ty zaczynasz…
Włoch mruknął coś pod nosem, ale raźnym krokiem ruszył w kierunku bordowego Porsche.

Flaga z furkotem powędrowała w dół, a Giovanni sprawnie puścił sprzęgło. Carrera zawyła, i z dźwiękiem chłodzonego powietrzem boksera wyrwała do przodu.
- Jak na motocyklu – uśmiechnął się Włoch, przecinając pomiędzy pierwszymi dwoma pachołkami, i mijając je na centymetry – Ciasno, szybko…
Prędkościomierz przekroczył osiemdziesiątkę.
But w podłodze.
Podsterowność przybiera na sile.
Spojrzał przed siebie, kręcąc kierownicą w prawo.
- Jeszcze dwa pachołki – pomyślał, błyskawicznie odbijając w lewo. Choć zacieśnił jak tylko mógł, to i tak minął się ze słupkiem o włos – Jeszcze jeden… nie mogę przyhamować, bo skończę jak ten Polak, wyspinuje mnie w momencie. Nie mogę odjąć gazu, bo da to efekt odwrotny do zamierzonego. Na motocyklu potrafiłem robić takie rzeczy…
Szarpnął kierownicą w prawo, opony zapiszczały leciutko, ale Porsche posłusznie pomknęło po nadawanej linii, ledwie omijając ostatni z pachołków.
… i samochodem też potrafię. – stwierdził z satysfakcją, prostując tor jazdy po zakończeniu pierwszej partii slalomu.
Odległy o około 60 metrów pachołek, oznaczający miejsce wykonania nawrotu o 180 stopni, pokonać należało od prawej strony.
Zbliżył się do niego na dwadzieścia metrów, dobijając blisko setki na prędkościomierzu, po czym wdusił hamulec, i sięgnął dłonią do dźwigni hamulca ręcznego.
Hamujące na wyprostowanych kołach 911 zachowało idealną sterowność. Przy 40km/h Giovanni pociągnął za dźwignię i skręcił gwałtownie kierownicą w lewo, na co wóz zareagował natychmiastową utratą trakcji na tylnych kołach.
Porsche, zgodnie z jego przewidywaniem, zaczęło się obracać wokół pachołka.
Zwolnił dźwignię ręcznego, wprawnym ruchem zredukował bieg do dwójki, wyczekał, aż wóz znalazł się przodem do kierunku, z którego nadjechał, po czym założył kontrę i stopniowo dodał gazu.
Tylnonapędowa Carrera posłusznie przerwała poślizg, i wystrzeliła w kierunku slalomu.
- Jeszcze raz to samo – stwierdził, czując, że większość wyzwania jest już za nim – Z gazem w desce, ciasno, jak na motocyklu…
Przez pierwsze pachołki przeszedł na centymetry, tnąc pomiędzy nimi. Zaraz potem odbił mocno w prawo, by zmieścić się pomiędzy kolejnymi słupkami. Carrera posłusznie pomknęła w prawo, a zaraz potem, potraktowana gwałtownym szarpnięciem kierownicą, w lewo.
Tutaj jednak, szczęście opuściło Włocha.
Leciutkie uciekanie tyłu. Praktycznie niewyczuwalne.
Giovanni skręcił mocniej. Odrobinę za późno.
Mknąca ciasno między pachołkami Carrera zahaczyła jeden ze słupków fragmentem tylnego zderzaka.
Leciuteńko.
Wystarczająco, by go przewrócić.
- Putana! – warknął Włoch, mieszcząc się między kolejnymi pachołkami – Na motocyklu slalomy robiłem właśnie tak, ciasno, maksymalnie po prostej… cholerne przyzwyczajenia. Pieprzone uciekanie tyłu!
Dokończył slalom, przezornie już do końca robiąc to znacznie szerzej, przeciął linię pomiaru czasu, i szybko zatrzymał wóz.
- 20,572 – powiedział z uśmiechem Frank, gdy tylko Giovanni wysiadł z auta – Dobry czas, naprawdę niezły… ale przekoszenie pachołka to coś niedopuszczalnego, nie wśród profesjonalistów, którymi ponoć chcecie zostać… czas ostateczny, po doliczeniu kary… 25,572.
Włoch zmielił w ustach przekleństwo, spoglądając na uśmiechającego się 40-letniego Niemca.
Ten wredny sukinsyn ma paskudny uśmiech, pomyślał.
- Następny, proszę… może pan Kristofer? – rozległo się z ust Franka…

Carrera zamieliła kołami na krótki moment, po czym rozpoczęła błyskawiczne rozpędzanie.
Szwed wprawnym ruchem wrzucił drugi bieg, po czym natarł na slalom pod sporym kątem.
- Idzie znacznie szerzej od Giovanniego – zdał sobie sprawę Mat, obserwując pokonującą drugi pachołek Carrerę – Prędkość jest podobna, o ile nawet nie wyższa, ale przecież…
… przecież w ten sposób, wykonując tak gwałtowne odbicia, szybko zerwie trakcję.
Mateusz nie mylił się.
Carrera zarzuciła nagle tyłem, wóz poddał się działającym na niego siłom.
Kristofer przełamał zaskoczenie, i wprawną kontrą opanował auto, mieszcząc się pomiędzy pachołkami.
- Nie mogę jechać tak szeroko, jadąc jednocześnie tak szybko gripem – zdał sobie sprawę, idąc pomiędzy kolejnymi słupkami, również, z musu, półpoślizgiem – Wychodzi na to, że…
Następne gwałtowne odbicie, aby zmieścić się między pachołkami, gaz w podłodze, tył ucieka, kontra, aby opanować…
Półpoślizg.
Kontrolowany półpoślizg.
- To jedyna metoda – powiedział sam do siebie, pokonując w ten sposób ostatnie pachołki – Nie da się… a przynajmniej ja nie potrafię pojechać tak szybko, jednocześnie nie ryzykując utrącenia słupka, jadąc inaczej, niż półpoślizgami.
Wyprostował po ostatnim odbiciu, znalazł się po prawej stronie do pachołka oznaczającego miejsce wykonania nawrotu.
- Wiem, że grip jest najszybszą z metod, ale…
Ale nie umiem go tu zastosować. Jeżeli puścił bym gaz, dopadła by mnie na slalomie podsterowność. To jeszcze gorsze.
Przyhamował, zaciągnął ręczny, wykonał nawrót wokół słupka, w trakcie którego zredukował do dwójki, i katapultował się z powrotem na slalom.
Tutaj pojechał tak, jak uznał za stosowne.
Jak za poprzednim razem, szerokimi łukami i gwałtownymi odbiciami, opanowując uciekanie tyłu.
Półpoślizgami.
Nie utrącił w ten sposób żadnego słupka.
Nie miał pomysłu, jak zrobić to inaczej, lepiej, prowadząc tylnonapędowe, tylnosilnikowe 911.
W swoim Subaru, u siebie, w Szwecji, o żadnym uciekaniu tyłu, nadsterowności nie było by mowy. Wóz poradził by sobie. Czteronapęd i niski środek ciężkości zrobiły by swoje.
Tutaj jednak, przeciął linię mety ze świadomością, że…
Że zrobił to najlepiej, jak potrafił.
- 22,377 – obwieścił mu wynik Frank, gdy wysiadł z samochodu – Ale z racji faktu, że przejazd był czysty… cóż, gratuluję. Prowadzisz w tym naszym małym konkursie… czy uda ci się to zmienić, Mateuszu? – zapytał głosem nieodgadnionym Ace Test Driver.
- Nie wiem, panie Frank – odparł Mat – Postaram się.
- Tu nie chodzi o starania – rzucił nagle Franz, przez nikogo nie pytany o zdanie – Tylko o talent, nasz drogi Polaczku.
Mateusz zmarszczył brwi.
Najchętniej wybił by zęby temu sukinsynowi. To nie wymagało żadnego talentu.
- Tu chodzi o doświadczenie. – stwierdził jednak tylko.
- I o talent. – powiedział twardo, sarkastycznie Frank – Ale mimo tego… pokaż, na co cię stać. Twoja kolej.
Komentarze tej dwójki Niemców odniosły skutek odwrotny do zamierzonego.
- A żebyście wiedzieli – pomyślał, ruszając w kierunku bordowego Porsche – Że pokażę, sukinsyny…

Skupienie.
Wbity pierwszy bieg, lewa noga na sprzęgle, prawa centymetr nad gazem.
Gotowość.
Pamiętam naukę Rohrla.
Tym razem, nie dam się zmasakrować.
Tylko tym.
Nie nadaję się do tej roboty. Jestem słabszy od nich, nie mam takich zdolności, lecz…
… dziś muszę dać z siebie wszystko. Dziś mam szansę!
Choć to bez znaczenia.
Flaga w dół.
Sprzęgło łagodnie, acz szybko wędruje do góry.
Wóz wyrywa do przodu, opony cichuteńko piszczą.
Carrera rozpędza się błyskawicznie, przyśpieszenie wgniata w sportowy fotel.
Od prawej do lewej, z butem w podłodze, gripem, bez utraty przyczepności.
Szeroko, dość szeroko, ale nie tak szeroko, jak Kristofer.
To dawało mu pewność, że nie nadsterowność przez rozchybotanie tyłu mu grozi, lecz…
Do prawej, celując przez środek, oczekując oznak podsterowności.
Nic. Jeszcze nic.
Pomiędzy kolejnymi pachołkami, na pełnym gazie…
… jest.
Poczuł, jak przód auta wymyka mu się spod kontroli, i prze na wprost, pomimo skręconych kół.
Podsterowność.
Po dniu wczorajszym, był na to gotowy.
Lekko, leciuteńko musnął pedał hamulca. Wystarczyło.
Tył 911 zaczął uciekać, stając się w przewidywalny sposób nadsterowny, i tym samym oddając mu pełną kontrolę nad przodem auta.
Pedał gazu odrobinę mocniej. Kontra kierownicą, symboliczna.
Porsche, ponownie posłuszne, przeszło kolejną partię słupków, utrzymując tempo i nadawaną linię.
Zupełnie tak, jak by podsterowność i nadsterowność się go nie imały. Gripem.
Ostatnie odbicie w prawo, muśnięcie hamulca, lekko gaz, mała kontra…
Pierwsza seria slalomu za nim.
Nawrót.
Chłodzony powietrzem silnik, z charczącym, opętańczym bulgotem pchał wóz w kierunku niedalekiego pachołka.
Tutaj, postanowił zadziałać czymś, co wyczuł podświadomie.
Będąc o metry od słupka przydusił na moment hamulec, po czym zredukował do jedynki.
I skręcił koła w lewo.
Silnik zawył wściekle, wóz stracił przyczepność na tylnej osi, atakowanej teraz przez nadmiar mocy.
Dzięki temu jednak szybko, ciasnym poślizgiem pokonał nawrót wokół pachołka.
Na wyjściu, widząc drugą część slalomu, Mateusz zmienił bieg na dwójkę i leciutko popuścił sprzęgło, na co Carrera zareagowała łagodnym, acz stanowczym rozpędzaniem.
Powrót gripem przez slalom nie nastręczył trudności.
Jechał ostrożnie. Nie zahaczył żadnego słupka.
Zaś dzięki radom Rohrla jechał… szybko.
I już przecinając linię pomiaru czasu czuł, że poszło mu…
Naprawdę nieźle.
Otworzył drzwi, z zadowoleniem spojrzał na nietęgie miny Giovanniego i Franza.
Na przyjacielski uśmiech Kristofera.
I nieudolnie skrywaną złość i zaskoczenie Franka.
- 20,255 – mruknął ten ostatni – Prowadzisz, przynajmniej na razie… pokaż im, jak to się robi, Franz.
Młodemu Niemcowi nie trzeba było dwa razy powtarzać.

- Świetny popis – stwierdził bez fałszu Kristofer, podczas gdy Carrera stała już gotowa do startu – Nie dałeś temu RR wymknąć się spod twojej komendy, ba… przemknąłeś całość tak szybkim gripem, że nawet ciasna jazda Giovanniego została w tyle… przyznaję bez bicia, ja sobie nie dałem rady, a uważałem się za znawcę gripu.. moje najszczersze uznanie, Mateuszu, naprawdę nie wiem, czemu tak wczoraj w siebie nie wierzyłeś…
- Bo to przypadek, Kris – odparł Mat – Zwyczajny przyp…
Porsche zamieliło tylnymi kołami, wóz, zerwawszy przyczepność, buksował przez chwilę w miejscu.
- Nie umie kontrolować gazu?! – zdziwił się Kristofer, obserwując ruszające wreszcie „z kopyta” 911.
Wtedy, Mateusz zrozumiał.
- On nawykł do 4WD! – stwierdził – Do kontroli trakcji, których ta 993 nie posiada…
Kristofer przytaknął, potwierdzając jego obserwacje.
- Idzie bardzo szeroko – dodał, obserwując bordowy wóz - Szerzej nawet, niż ja, ale… dzięki temu może mieć cały czas gaz w podłodze…
- Ciekawe tylko – dodał Mat, obserwując, jak Porsche wynosi poza pachołki – Co zrobi, gdy nie będzie się już w stanie zmieścić… jak w tej sytuacji…
Odpowiedź nadeszła.
Wóz zanurkował nagle na wyprostowanych kołach, najwidoczniej po gwałtownym wduszeniu hamulca. Dociążona przednia oś odzyskała pełnię trakcji, a auto…
… a auto bez problemu przeszło między kolejnymi pachołkami.
I błyskawicznie odzyskało prędkość.
- To N/A – zauważył Szwed – Mógł sobie pozwolić na taki manewr… tutaj nie musi obawiać się utraty ciśnienia w turbo po takim manewrze…
Porsche skończyło pierwszą część slalomu, i znalazło się na prosto do nawrotu.
- Jak do tej pory, najlepszy czas. – rzucił Frank, głośno.
Tak, aby usłyszeli.
- Widać, że ma nad nami przewagę znajomości wozu. – mruknął Mat, czując, że prowadzenie w konkurencji straci równie szybko, jak je zyskał.
- Ano – przytaknął smętnie Kris – Ma… ale to nie wszystko, Mateuszu. Nie poddamy się tylko dlatego, że jakiś Niemiec częściej siedział za kierownicą Porsche…

- Nawrót też pojadę szeroko – pomyślał Franz – Po co mam tracić prędkość, skoro miejsca jest tutaj aż nadmiar? Nic mnie nie ogranicza…
Odbił mocno w prawo, po czym, na wysokości pachołka, gwałtownie, do oporu w lewo.
Opony jęknęły cicho, ale wóz posłusznie zaczął wykonywać szeroki, szybki nawrót.
- Wygram – pomyślał – Nie pozwolę zwyciężyć jakiemuś przybłędzie z Polski…
Wóz zaczął powoli tracić obroty, wskazówka nieznacznie wędrowała w dół od czerwonego pola.
Prędkość w nawrocie, do tej pory wręcz niesamowita, wgniatająca go w prawy bok kubełkowego fotela – maleć.
Zadziałał odruchowo.
Przycisnął twarde sprzęgło, sięgnął do manetki, zredukował bieg do dwójki.
I wtedy nastąpiło coś, czego się nie spodziewał.
Gwałtowny, nieprzewidywalny poślizg tylnej osi.
- Fuck?! – ryknął, zakładając kontrę i dodając gazu, by wyjść półpoślizgiem.
Nerwowo.
Za nerwowo, jak na tylnonapędowca.
Stanowczo za nerwowo, jak na tylnosilnikowca.
Carrera wykonała obrót wokół własnej osi, potem drugi i trzeci.
Następnie, stanęła w tumanach dymu z opon.
I to był już koniec zawodów…

- Moje gratulacje! – uśmiechnął się Kris – Wygląda na to, że nasz niemiecki kolega naprawdę nie radzi sobie z tylnołapami bez nowoczesnej elektroniki… co nie zmienia jednak faktu, że dzisiaj po prostu mi zaimponowałeś, Mateuszu.
- I mnie. – odezwał się niespodziewanie Giovanni, lekko skłaniając głowę.
- Cisza! – warknął Frank. Franz, w niemej wściekłości na samego siebie, stał kilka metrów od nich, nieopodal samochodu – Zgodnie z zapowiedzią, rozdzielę teraz zadania na dzień dzisiejszy, nie życzę sobie, aby mi przeszkadzano… - spojrzał prosto w oczy Mateusza. Z irytacją. Mat odpowiedział mu paskudnym uśmiechem. – Kristofer… byłeś drugi. Pójdziesz zaraz do firmowego warsztatu, pomożesz Klausowi przy dostrajaniu nowego Boxtera. Potrzebny jest mu Kierowca Testowy, który będzie kręcił okrążenia na naszym torze, zresztą… Klaus wszystko ci wyjaśni. Franz… i Giovanni – spojrzał na Niemca i Włocha – Weźmiecie formowego vana, pojedziecie do Augsburga, po potrzebne Klausowi do specjalnej edycji Caymana części. Ty zaś… - wskazał palcem na Mata – Pojedziesz pod Uniwersytet… odbierzesz stamtąd córkę pana Dietera, szefa naszego Centrum Porsche w Lipsku.
Mat mógłby przysiąc, że widzi w oczach Ace Test Drivera paskudny błysk.
- Nie muszę chyba wyjaśniać – dodał – Że masz pokazać się od najlepszej strony… o ile takową posiadasz. Co do samochodu… bierz, co chcesz. I do czego, ma się rozumieć, masz dostęp.
Mat uśmiechnął się, najwredniej, jak potrafił.
A potrafił.



- Samochód, powiadasz? – podrapał się w głowę Klaus – Żeby odebrać pannę z Uniwersytetu? Trudne pytania mi zadajesz, chłopcze… za mojej młodości panny nie zwracały uwagi na markę czy tym bardziej model auta… sam fakt jego posiadania był ewenementem.
Mateusz uśmiechnął się. Pomimo mrukliwości, główny mechanik Firmy był naprawdę fajnym człowiekiem.
- W każdym razie, ja bym chyba wziął jakiegoś klasyka – dodał po chwili Klaus – Skoro to słynna córka Dietera…
- Słynna?
Mechanik obejrzał się za siebie, rzucił okiem po hangarze. Pracownicy byli daleko, zajęci swoimi zadaniami.
- To wredne babsko, chłopcze – stwierdził – Dlatego weź Carrerę Targa.
- Której generacji? I dlaczego Targa?
- Generacja nie ma znaczenia, bierz wedle upodobania i gustu… a dlaczego Targa? – Klaus uśmiechnął się szelmowsko – Przyjedziesz Coupe, dostaniesz ochrzan, że to nie Cabrio. Weźmiesz Cabrio… usłyszysz, że zniszczy się jej fryzura, i wolała by Coupe. Dlatego Targa. Pośrednio.
- Nie będzie się miała do czego przyczepić, tak? – zapytał Mateusz.
- Chłopcze, to kobieta. One zawsze znajdą powód, żeby się przyczepić.

Dostojny, basowy charkot czarnego Porsche 911, generacji 964, rozbrzmiewał na wielkim, przyuniwersyteckim parkingu, ciągnąc się za klasycznym wozem z początku lat dziewięćdziesiątych. Przysadzista Carrera 4 ciągnęła wzdłuż zabudowań, niewątpliwie wzbudzając zainteresowanie.
Mateusz poprawił na nosie okulary przeciwsłoneczne, przesunął dłonią po smaganych wiatrem włosach.
Auto posiadało przednią szybę, posiadało również szybę tylną.
W porównaniu do Coupe, nie posiadało tylko jednego.
Środka dachu.
- 911 ósmej generacji, słynne 964 – mruknął, gładząc kierownicę – Carrera 4 Targa. Jazda bez fragmentu dachu rzeczywiście potrafi sprawiać przyjemność…
Klaus dokładnie opisał mu miejsce, gdzie powinien czekać na dziewczynę. Parking dla gości specjalnych, najbliższe wejściu na Uniwerek miejsca parkingowe.
Trafił bez pudła.
Wrzucił prawy kierunkowskaz, dostojnie zajął jedno z kilku wolnych miejsc, po czym zgasił silnik i wysiadł z auta.
Firmowy ubiór, „uniform” Porsche Junior Test Drivera, na który składały się biało-szary t-shirt z logo marki, i eleganckie choć wygodne spodnie „pod kolor”, budził żywe zainteresowanie studentów.
Żeby być szczerym, pomyślał Mat, to w oczach studentów widział tylko zazdrość i zawiść.
Żywe zainteresowanie wykazywała zaś płeć piękna.
Teoretycznie piękna.
Opuścił wzrok, taktownie unikając powłóczystego spojrzenia przechodzącej dziewczyny.
Po kobietach, których towarzystwa doświadczał w Kraju, taka taktowność była jedynym, co mógł wobec tutejszych Niemiek zrobić.
- Zaiste, paskudna sprawa – pomyślał, wkładając do ust tabletkę Leworfanolu, i kolejny już raz udając, że nie widzi zalotnego spojrzenia przechodzącej panny – Córka szefa, jak na typową Niemkę przystało, będzie brzydka jak noc owa listopadowa. Uznania jej nie zdobędę, bo prawić fałszywych komplementów nie mam zamiaru…
Jego myśli umilkły.
Poczuł tylko pulsowanie krwi w skroniach, podczas gdy do auta zbliżała się istota przecudnej urody.
W moim wieku, ocenił trzeźwo, studentka pierwszego roku. To musi być ona.
Nie była wysoka, oj nie. Ale… pod względem aparycji, fizyczności, była…
… nie błądź, Mateuszu. Postawiona przy Julii, postawiona przy Alicji…
Wolał nie myśleć o tym. Nie zgrzeszyć wobec swoich wspomnień.
Stukanie wysokich obcasów wgryza się w świadomość, rzeczywistość odchodzi w dal, dal, i nie, nie jest to zasługa przeciwbólowego narkotyku.
Nie, Mateuszu, Leworfanol nie ma takiej siły.
Nic nie ma. Tylko piękno, bezdyskusyjne piękno.
I miłość. Ale to nie była miłość.
Stukot, stukot stukot. W uszach, w myślach, w sercu.
Jedyny dźwięk, który dociera teraz do świadomości to właśnie ten stukot, równy, lekki…
Mimowolnie spojrzał na jej stopy.
Czarne szpilki eksponowały idealne łydki.
Naprawdę… idealne.
Jego wzrok powędrował w górę, po wąskiej, prostej sukience do kolan, sukience koloru bladej akwamaryny.
Oceniał wzrokiem estety.
Proporcje ciała klasycznie idealne. Wąska talia, aż prosząca się o objęcie, zupełnie jak u…
Nie. To przeszłość. Nie ma „zupełnie jak…”. Sukienka spoczywała na talii, którą obejmować by mógł – i chciał – niezależnie od przeszłości.
Niezależnie nawet od tego, kim i jaka była jej właścicielka.
Atawizm, Mat. Czysty atawizm, wynikający z czystego pożądania.
Biust nieduży, choć pełny. Określenie „łabędzie piersi” było w jej przypadku całkowicie właściwe, bez dwóch zdań, bez chwili zastanowienia. Lekki oddech, lekki krok, sukienka opina się delikatnie, klasycznie. Gdyby był kimkolwiek innym, gdyby był jakimkolwiek innym facetem gapił by się pewnie na te piersi spojrzeniem zaślepionym, zamglonym, zapominając o wszystkim…
Był jednak sobą.
To, co jego interesowało najbardziej, to, co mogło sprawić, że zapomni, że odejdzie w inny świat tu i teraz, było wyżej.
Wysmukła szyja.
Uniesiona broda, która w połączeniu z idealnie wyprostowaną sylwetką nadawała jej postaci obraz władczej, pewnej siebie, nieprzewidywalnej, nieodgadnionej…
… bogini.
Długie, kasztanowe fale włosów rozwiewał jej wiatr, nieposłuszne kosmyki opadały na twarz, przysłaniając…
… i było po nim. Na tą jedną, krótką chwilę, na te ułamki sekund był martwy dla świata, był martwy dla każdej poprzedniej i każdej następnej kobiety.
Przez te ułamki sekund tonął, chciał i pragnął tonąć w tych przenikliwych, modrych oczach, chciał, by te błyski w nich spalały go, by nie istniało nic prócz tych błękitnych tafli…
Przez ułamki sekund.
To słabość.
Jedna z moich słabości.
Była piękna, niewysłowienie piękna.
Ale czy ma to w mojej sytuacji jakiekolwiek znaczenie?
Ukłonił się lekko, uchylił drzwi do Carrery.
Stanęła, przymrużyła oczy, taksując go spojrzeniem.
Jej twarz nie wyrażała żadnego uczucia.
Żadnego.
Żadnego pozytywnego.
Modre tafle ścinał lód… irytacji?
Wyższości.
Użyczył jej swojej dłoni, by pomóc zająć miejsce w kabinie 911.
Bez słowa wsiadła do auta, całkowicie ignorując jego taktownie wyciągniętą rękę.
Nie przejął się.
Podświadomie spodziewał takiego przyjęcia.
Lekkim ruchem zamknął drzwi pasażerki, przeszedł za autem, i zajął miejsce za kierownicą, ani na moment nie zmieniając obojętnego wyrazu twarzy.
Zamknął drzwi, zapiął pasy. Milczał.
- Poprzedni szofer został zwolniony nawet nie dlatego, że paradował w ciuszkach Porsche miast liberii – usłyszał głos piękny, melodyjny, choć zimny jak lód – Tylko za bycie fajtłapą z Polski, która primo nie potrafi jeździć, a secundo nie potrafi się odpowiednio prezentować. – tutaj modra bogini zrobiła krótką przerwę. Mat milczał. – Jako że widzę po rysach twarzy, że nie jesteś Niemcem, tylko kimś ze wschodu… a sądząc po bliźnie na twarzy, w nie jednej bójce i rozboju brałeś udział, daj Bóg, żeby się nie okazało, że jesteś Rosjaninem… lepiej miej się na baczności. To, czy nie utracisz tej pracy, zależy tylko i wyłącznie ode mnie. A ja jestem wybredna, wiedz o tym.
Spojrzał na nią, z ukosa, unikając kontaktu wzrokowego.
Nawet się nie poruszył. Położył ręce na kierownicy, nabrał w płuca powietrza, chłonąc jednocześnie zapach jej perfum.
Lekkie, kwiatowe.
Ujmujące.
Uzależniające.
Minęła minuta, w całkowitym milczeniu. Widział, że się niecierpliwi.
Czekał. I milczał.
W końcu, dziewczyna nie wytrzymała.
- Jeżeli w tym momencie nie odpalisz tego przeklętego silnika – stwierdziła twardo, władczo – Jeżeli w tej chwili nie odwieziesz mnie do domu, za co ci płacą, darmozjadzie, to możesz od razu iść na dworzec, i kupić bilet do domu. O ile takowy posiadasz.
Uśmiechnął się paskudnie.
- Pasy bezpieczeństwa – odparł obojętnie, od niechcenia, bez emocji – To tym kawałkom materiału zawdzięczam, że jedyną pamiątką po runięciu w przepaść i zawinięciu się na drzewie jest właśnie ta, wspomniana przez ciebie, blizna na twarzy. I uzależnienie od środków uśmierzających ból, ale to tak na marginesie. Stąd też mam do nich zaufanie. Chętnie pojechał bym do domu, o pani, do mojej ojczyzny, Polski, krainy rozbójników-fajtłap, którzy zresztą, jak raczyłaś zauważyć, nie potrafią się prezentować. – ostatnie szpile wbijał wręcz z sadystyczną przyjemnością, właściwą absolwentowi elitarnego „Osucha” – Ale moim zadaniem na dziś, jak na rozbójnika przystało, jest odwieźć do domu ciebie. Bezpiecznie. Więcej się nie spotkamy, ale mimo tego nie mam zamiaru ryzykować, że taką piękność spotka to samo, co niegdyś mnie.
Przesunął dłonią po linii blizny, mimowolnie, wraz z powracającym wspomnieniem.
Nadal była wyczuwalna.
Panna zapowietrzyła się, na krótką chwilę zabrakło jej słów.
- Nie pozwalaj sobie na kokieterię – wycedziła w końcu przez zęby – Nie pozwalaj sobie na niezdarne komplementy, bo tego nienawidzę…
Spojrzał jej prosto w oczy.
Przez ułamek sekundy na powrót zamarł, utonął. Przez ułamek sekundy stwierdził, że są przecudne, tak niesamowicie przenikliwe, że widzi w nich coś, co słowa próbują zafałszować. Przez ułamek sekundy twierdził i czuł, że prawdziwy szmaragd nie dorównywał pięknem tym dwóm wielkim, żywym szmaragdom.
Potem jednak, zaraz potem wróciła obojętność.
Stonowanie.
- Nie komplementuję, gdy nie odczuwam takiej potrzeby – stwierdził bez emocji – Tym bardziej nie uciekam się do komplementów, gdy chcę zrobić dobre wrażenie. Mówię wprost to, co uważam, i nie kryję się z tym. Los obdarzył cię pięknem, nieznajoma. Tylko tyle, aż tyle. Nie ma w tym raczej twojej zasługi.
Zobaczył błysk w jej oku.
Nie był to jednak błysk nienawiści, był to inny błysk.
Inny. Niezrozumiały.
Utrzymywała z nim kontakt wzrokowy, nie opuściła oczu.
Była w nich próba dominacji. Była złość. Była wyższość.
Próba spojrzeń. Próba sił.
W końcu, patrząc wciąż w jego spokojne, zielone oczy, sięgnęła dłonią i zapięła pas.
Kątem oka dojrzał, jak ten opiął się jej na piersiach.
Widok był niezwykle intrygujący. Nie miał jednak szans, gdy patrzeć mógł w jej oczy.
Napawać się. Tonąć.
Uśmiechnął się do niej, wkładając w to cały wysiłek.
Uśmiechnął pięknie, ciepło.
Bez wzajemności.
Nie liczył nawet na takową.
Odpalił mocny, chłodzony powietrzem silnik, po czym płynnie wyjechał z uczelnianego parkingu.
- Na następnym skrzyżowaniu, skręć w lewo. – zaszprechała po niemiecku nawigacja, gdy tylko znalazł się na ulicy.
- Szofer, który nie zna miasta – usłyszał jej głos z sąsiedniego fotela – Możesz być więcej niż pewien, że jesteś zwolniony.
Uśmiechnął się paskudnie, i nie okazując po sobie żadnych emocji pojechał przez zatłoczony Lipsk w godzinach szczytu.
Pojechał spokojnie i delikatnie, praktycznie płynął klasyczną Targą z początku lat dziewięćdziesiątych, z jej twardym pedałem sprzęgła, oporną kierownicą i charczącym bokserem za plecami.
Pojechał szybko.
Nie krył się z faktem, że jest w tym dobry…

- Dojechałeś do celu. – zaszwargotała radośnie nawigacja.
Mateusz ogarnął wzrokiem elegancką, okazałą willę w starym, dobrym niemieckim stylu, kryjącą się za potężnym płotem z elektrycznie otwieraną bramą.
Milcząca od połowy drogi córka szefa odezwała się wreszcie, głosem nie pozostawiającym złudzeń, że nie zaskarbił sobie jej sympatii:
- Przez bramę. Podjazdem na górę.
Jakby na te słowa czarne żeliwo poczęło się rozwierać, tak że ciemna jak noc Carrera Targa po chwili sunęła już po wysypanym białymi kamyczkami podjeździe.
- Pod parkan, jeśli łaska.
Nieśpiesznie zajechał pod samą willę, delikatnie zatrzymał wóz, wbił bieg i zgasił silnik.
Charczący bulgot jednostki zamilkł, pozostawiając ich w kompletnej ciszy. Wysiadł, szybko znalazł się po jej stronie, uchylił drzwi i wyciągnął dłoń, by pomóc wyjść.
Zgodnie z przewidywaniem, zignorowała go.
Wprawnym ruchem wydobyła się z głębokiego, skórzanego fotela, stanęła tuż obok niego, po czym ruszyła w kierunku drzwi wejściowych.
- Jakie ona ma ruchy. – pomyślał, obserwując ją od tyłu – Figura, chód… nienaganne.
Cofam to, co powiedziałem o Niemkach. To bogini.
Oziębła, wyniosła i zła bogini.
Wstąpiła na parkan, trzy kroki do wejścia, dwa, jeden…
Zatrzymała się, nagle, zupełnie zaburzając harmonię ruchów.
Odwróciła przez ramię. Burza kasztanowych włosów przysłoniła jej twarz.
- Dziękuję – stwierdziła krótko. Skłonił lekko głowę.
- Żegnaj. – odparł, z leciutkim uśmiechem.
Ona zaś zniknęła za drzwiami, które zawarły się za nią z cichym kliknięciem.
On wsiadł do auta, odpalił sześciocylindrowego boksera, i ruszył w kierunku Firmy…

- Szef cię wzywa – stwierdził cynicznie Frank, gdy tylko Mat przekroczył progi budynku Kierowców Testowych Centrum Porsche – Nie wiem wprawdzie, co konkretnie spartaczyłeś, ale raczej możesz się już pakować, chłopcze… nie znam wielu Kandydatów, którzy byli by u Szefa w innych okolicznościach, niż warunkowe zwolnienie.
Nie odpowiedział Ace Test Driverowi.
- Przegiąłem – pomyślał tylko, kierując się ku głównemu budynkowi Centrum – Za ostro, Mat, za ostro, córkom szefa należy dać się lżyć i prowokować bez słowa sprzeciwu…
Mimo tego jednak…
… nie czuł do siebie żalu.
W końcu, i tak stracił by tą robotę. Wcześniej, później… co za różnica?
Widziałem boginię. To całkiem dobra rekompensata.

- Pan Mateusz, Kandydat. – sekretarka spojrzała na niego znad okularów - Pan Dieter pana wzywa…
Przekroczył próg przepastnego biura, urządzonego bez zbędnego przepychu, ze smakiem. Ze ścian spoglądały na niego zdjęcia założyciela marki, na fotografiach i grafikach widzieć mógł najsłynniejsze modele Porsche, od 356 aż po 911 GT1 i 959.
Na środku zaś, przy dużym, mahoniowym biurku, siedział postawny, lekko posiwiały już mężczyzna, niewątpliwie po 50’siątce. Nie uniósł wzroku znad papierów, które akurat przeglądał, gdy Mateusz wszedł.
Dopiero gdy chłopak zatrzymał się, i lekko ukłonił, szef Centrum Porsche w Lipsku poświęcił mu swą uwagę, i otaksował wzrokiem.
Mateusz momentalnie rozpoznał to spojrzenie.
Córka bez wątpienia wdała się w ojca.
Niebieskie oczy szefa Centrum były spokojne i przenikliwe, choć jednocześnie nieprzeniknione.
- Być może już mnie znasz, chłopcze – głos mężczyzny był, podobnie jak jego oczy, niezwykle spokojny, wyważony – Ale i tak pozwól, że się przedstawię. Nazywam się Dieter, i sprawuję funkcję szefa całego oddziału Firmy w Lipsku. Nim przejdę do meritum… czy domyślasz się, dlaczego cię tutaj wezwałem?
Domyślał się.
- Tak, proszę pana.
Niemiec uśmiechnął się kącikami ust.
- Telefonowano do mnie z domu – stwierdził – Dowiedziałem się, że ten „nowy szofer” potraktował moją jedyną córkę niezwykle ozięble i obojętnie, ba… miał czelność rozkazywać jej w samochodzie i postawić na swoim. – Dieter urwał, i spojrzał na reakcję stojącego przed nim chłopaka.
Mateusz milczał.
Szef nie zdejmując z ust lekkiego uśmiechu spojrzał w leżącą na stole kartotekę.
- Mateusz – odczytał w myślach imię Kandydata – Dziewiętnaście lat, równolatek mojej córki… Polak.
Nie myliłem się.
- Mateuszu… - zwrócił się do niego po imieniu, niby od niechcenia – Nie ukrywam… bardzo mi się to podoba, że wreszcie ktoś pokazał mojej córeczce, że w samochodzie to kierowca ma decydujący głos. – rozejrzał się po biurze, jak by upewniając się, że nikt inny nie może go usłyszeć – I że tak naprawdę, to facet ma decydujący głos w ogóle, w każdej sytuacji.
Uśmiechnął się do Kandydata, szczerze, z rozbrajającą miną chłopaka o co najmniej 40 lat młodszego.
Mateusz odpowiedział mu uśmiechem. Wiedział już, dlaczego był spokojny, idąc na to spotkanie.
Nie czekało go zwolnienie.
Jeszcze nie.
- Nie myśl jednakże… - dodał po chwili Dieter - … że to jakoś wybitnie „winduje” twoją „kandydaturę” w oczach moich czy kogokolwiek innego. Musisz się zdecydowanie bardziej postarać, eleganckie i prawidłowe odwiezienie do domu mojej córki, i wygranie jednego slalomu to za mało, by zmazać hańbę urwania koła w Carrerze.
- Zdaję sobie z tego sprawę, proszę pana. Postaram się wywiązywać z zadań… co najmniej tak, jak dziś.
- Nie wątpię, chłopcze. Dlatego też na dzień dzisiejszy to wszystko, co mam ci do powiedzenia… a. Nie licz, że zostaniesz szoferem mojej córki… to była… ehm… wyjątkowa sytuacja, związana z faktem, że to urocze dziewczątko szybciej się ich pozbywa, niż ja nadążam zatrudniać. Do widzenia, Mateuszu.
Skłonił się grzecznie:
- Do widzenia, panie Dieter.

W drodze do kwatery Kierowców Testowych, pozwolił sobie na okazanie radości z ocalenia głowy, ba, zdobycia nutki sympatii u samego szefa Centrum.
Gwiżdżąc motyw z „Money for nothing”, przeszedł przez drzwi głównego budynku Firmy.
I wpadł prosto na Mistrza.
- Dzień dobry, panie Rohrl. – rzucił grzecznie.
Walter Rohrl uśmiechnął się szeroko, najwidoczniej zadowolony ze spotkania.
- Witaj, Mateuszu… jak widzę po twoim humorze, oczekiwania Franka co do twojego zwolnienia nie sprawdziły się?
- Nie, panie Rohrl… jak na razie, chyba zostaję w zespole.
- W takim razie, mogę ci chyba pogratulować dzisiejszych sukcesów – Mistrz obdarzył go pełnym zadowolenia spojrzeniem – Twój slalom był ponoć naprawdę niezły… robisz postępy.
- Gdyby nie pańskie wczorajsze nauki…
- Właśnie o to tutaj chodzi, Mateuszu. O naukę. Nikt nie rodzi się Najlepszym z Najlepszych… ale dość o tym, na naukę przyjdzie jeszcze czas. Powiedz mi, jak spodobała ci się córka pana Dietera, nasza droga Elizabeth?
Mat uśmiechnął się. Nie był to wybitnie ładny uśmiech.
- Nie interesują mnie raczej wyniosłe panny z Niemiec, panie Rohrl… piękna kobieta, fakt. Ale charakter paskudny.
Tym razem, uśmiechnął się Walter Rohrl. Tajemniczo.
- Nie oceniaj po pozorach, Mateuszu. Nie oceniaj po pozorach… - zerknął na zegarek, po czym dodał - Nie zatrzymuję cię dłużej, sam mam kilka spraw do załatwienia… premiera nowego Boxstera zbliża się wielkimi krokami, Klaus potrzebuje i mojej oceny zestrojenia, Rufus, szef produkcji, musi dostać gotowy zestaw zastawów do jutra po południu… trzymaj się, chłopcze.
- Do zobaczenia, panie Rohrl.
Mistrz wszedł do budynku, zrobił kilka kroków, po czym zatrzymał się, i obrócił przez lewe ramię.
- Ach… co do wyniosłej panny z Niemiec… Elizabeth to półkrwi Polka.
I ruszył dalej, jak gdyby nigdy nic, pozostawiając skołowanego Mateusza w drzwiach „Diamentu”, głównego budynku Centrum Porsche w Lipsku.
Stał tam dłuższą chwilę.
Szumiało mu w głowie, kotłowały się dziesiątki myśli.
Nad wszystkim tym zaś pobrzmiewał miarowy stukot.
Stukot wysokich obcasów.
Stukot i kasztanowa burza.
W zamyśleniu, odszedł w swoją stronę.
„Elizabeth”, kołatało mu się w myślach.
Elizabeth.
To piękne imię.