„Giuliet”


- Czarny Skyline. Piekielnie szybki, firmowe, seryjne 993 nie miało podejścia, zresztą... kierowca miał chyba jaja ze stali. Nie ukrywam, Kris, moja włoska duma ucierpiała. - Giovanni, oparty o firmowe 911, zaciągnął się czerwonym Marlboro. - Co więcej, ten GT-R był na polskich blachach. Czujesz to? Pokonany przez jakiegoś polaczynę... skąd oni w ogóle mają takie JDM'y?
- Może to nasz kumpel, Mat – zauważył nieśmiało Szwed – Mimo wszystko, niewielu jest pewnie szybkich kierowców z Polski w okolicy...
- Mateusz?! - Giovanni zakrztusił się dymem – Nie żartuj. To fajtłapa... w każdym razie, nie pewno nie gość, który byłby w stanie jeździć tak diabelnie szybko i ryzykownie. Oprócz jednego zwycięstwa, i to przypadkowego, bo dupek Franz nie opanował auta... no, w każdym razie on zawsze jest ostatni. Jeździ bardzo ostrożnie i zachowawczo, przez to przegrał wczoraj na torze... a ten Sky wyprzedził TIR'a na pełnym bucie, w cudnym stylu... przerywanym driftem... pierwszy raz widziałem coś takiego.
- Za surowo go oceniasz, 'Vani. On wykręca czasy sekundę gorsze od nas... on nie umie się przełamać, wyczuć stylu jazdy tylnosilnikowcem... ty jeździłeś wcześniej Porsche, prawda?
- Ta. Gdy ojciec dowiedział się, że mam być kandydatem, pożyczył od kumpla 911, prawie dwa miesiące katowałem je na torze.
- Mój tata spełnił z tej okazji swoje marzenie, i używaną Carrerę 993 kupił. Trochę czasu z nią spędziłem… Franz jest Niemcem, dla nich Porsche to świętość narodowa. A Mat, w przeciwieństwie do nas, nie jeździł pewnie za wiele „jedenastkami”, zresztą... jeśli mam być szczery... i nasz styl, jak na „najlepszych z najlepszych”, jest co najwyżej żałosny...
- Bo się za bardzo nakręcamy, Kris. Chcą na nas wymóc rywalizację, i to im wychodzi...
- Wychodzi – przyznał Kristofer – Zamiast myśleć o jeździe, myślimy o tym, jak się nawzajem pognębić i ośmieszyć i nie ukrywam, nie podoba mi się to. Co jeszcze do Mateusza... on już pierwszego dnia, gdy mieliśmy pokonać Korkociąg, zrobił to driftem... tego Skyline'a naprawdę mógł prowadzić on...
- To na pewno nie on... - zaczął Włoch, ale przerwał mu pomruk rzędowej, turbodoładowanej „szóstki”.
- Oh, fuck – jęknął, i zaczął opętańczo machać w kierunku czarnego Nissana Skyline generacji R32, który wjeżdżał właśnie na firmowy parking pod Centrum Porsche. GT-R zwolnił, i leniwie zaparkował obok dwóch firmowych 911'tek generacji 993.
Drzwi auta otwarły się z mocnym „kliknięciem” i oczom Kandydatów ukazał się średniego wzrostu i raczej szczupłej budowy brunet.
- Cześć, Mat – uśmiechnął się nieśmiało Kristofer.
- Cześć, chłopaki – Mateusz lekko skłonił się pozostałym Kandydatom – Całkiem ładny mamy dziś dzie...
- To ty objechałeś wczoraj firmową Carrerę 2 na Autobahnie? - walnął bez ogródek Giovanni.
Mat zamyślił się, najwidoczniej zastanawiając nad odpowiedzią, lecz w końcu nieśmiało przytaknął.
Włoch zapowietrzył się i zmarszczył czoło w zdumieniu.
- Carrera 2 generacji 993 ma raptem 285 koni – stwierdził Mat, wzruszając ramionami – U mnie seryjnie jest 320 koni... ustawienia EBC dają mi 410, a nawet 490... silnik zdecydowanie seryjny nie jest... taki... - zawahał się – nazwijmy to, w cudzysłowie, „pojedynek” nic nie oznacza. Przy tej różnicy mocy umiejętności nie miały żadnego...
- Oznacza, Mateusz – przerwał mu Włoch – Oznacza tyle, że zmieniłem o tobie zdanie. Ktoś, kto jeździ w takim stylu i potrafi robić tak niesamowite uniki... ten przerywany drift, eh... nie możesz być takim frajerem, jak utrzymują szkopy.
Mateusz westchnął, powstrzymując się od komentarza. Giovanni kontynuował:
- … w każdym razie, musimy się koniecznie gdzieś razem wybrać. Jak to już z Kristoferem stwierdziliśmy, próbują nas naszczuć na siebie... nie damy się. Rywalizacja rywalizacją, ale... co powiecie na wypad do klubu na małe bezalkoholowe? Warto by się trochę poznać...
- Jestem za – uśmiechnął się Szwed.
- No – rzekł jowialnie Giovanni – Wezmę jakieś znajome Włoszki z roku... wiecie, za kierowcą testowym panny sznurem...
- Tym bardziej jestem za – Kris wyszczerzył zęby w szelmowskim uśmiechu – A ty, Mat?
Mateusz milczał dłuższą chwilę.
Obraz stalowobłękitnych oczu i burzy kruczoczarnych włosów nie dawał mu spokoju.
Nakazywał wierność.
Skazywał na samotność.
- Nie mam nic przeciwko – odpowiedział.

- No, chłopcy – rzucił pogardliwie Frank, ciągnąc kredą po asfalcie toru testowego – Dzisiaj znowu zrobimy sobie małe zawody. Zakręt, na którym stoimy, to Curve di Lesmo z Monzy, jak sami widzicie długi nawrót w prawo. Gdzieś pośrodku jest ostre odbicie w lewo, krótka prosta i ostre w prawo. „Bus Stop” ze Spa. Zaraz po powrocie na di Lesmo wyznaczyłem metę, tam czujnik będzie rejestrował koniec pomiaru czasu. Wasze zadanie jest proste – zmierzył ich wzrokiem – przejechać ten odcinek w jak najkrótszym czasie. Jakieś pytania?
Nie było pytań. Zadanie faktycznie było proste.
W teorii.

Wyznaczona do „czasówki” Carrera 2 generacji 964 bulgotała miarowo i spokojnie, jak przystało na niemal klasyczne już Porsche. Giovanni cofnął nieco fotel i zapiął szelkowe pasy, po czym uniósł kciuk w kierunku stojącego po prawej od auta Franka.
Ten pokazał mu trzy palce jednej ręki, w drugiej trzymając stoper.
Obroty do góry.
Dwa palce.
Wzmagający się bulgot, przechodzący powoli w ryk.
Jeden.
Wbicie pierwszego biegu.
Dłoń Franka powędrowała w dół, Carrera wystrzeliła przed siebie.
Pomiar czasu ruszył.
Wóz błyskawicznie nabierał prędkości, mknąc w prawo po Curve di Lesmo. Widząc już Bus Stop, Giovanni wyprostował, celując maską we „wjazd”. Chwilę później, zgodnie z jego planem, koła po lewej stronie przecięły po „tarce”.
Wdusił hamulec do oporu. Klasyczne 964, pozbawione większości elektronicznych wspomagaczy, zaczęło płynąć wprost na trawnik na zablokowanych kołach.
Podciął wóz hamulcem ręcznym, i głębokim, efektownym poślizgiem przemknął przez cały Bus Stop. Na wyjściu założył kontrę, przeniósł środek ciężkości, i linię mety przeciął półpoślizgiem.
Zaraz potem 911 zawróciło, i wróciło na start.
Frank spojrzał na stoper i wykrzywił usta w cynicznym uśmiechu.
- Żałosne – zwrócił się do wysiadającego z auta Giovanniego.

Dłoń Franka w dół, leciutki uślizg tylnych opon, 964 katapultująca się z bulgotem chłodzonego powietrzem boksera.
Kristofer dokręcił silnik pod czerwone pole, po czym lekko, acz stanowczo nacisnął pedał hamulca, wytracając prędkość przed wjazdem. Puścił hamulec, odbił gwałtownie w lewo, wchodząc ciasno w zakręt. Wóz posłuchał polecenia. Kristofer leciutko dodał gazu, po czym błyskawicznie, osiągając środek „Przystanku”, odbił mocno w prawo, wykonując „kołyskę”. Kontrolując półpoślizg Kris skorygował kierownicą, celując maską w wyjście z zakrętu, i dodał gazu. Auto szarpnęło, ale posłusznie wyszło z Bus Stop nieznacznym poślizgiem, po czym przecięło linię mety.
- Nieźle – mruknął Frank, gdy Szwed wrócił na linię startu – A przynajmniej nie tragicznie. Niecałą sekundę lepiej od Giovanniego.
- Teraz ja – pomyślał Mat.

964 zamieliło kołami, i wystrzeliło w kierunku „Bus Stop” po raz trzeci tego dnia.
- Nie mogę schrzanić, nie tym razem – myślał Mateusz, mknąc blisko wewnętrznej Curve di Lesmo.
Lekko wyprostował zakręt, mierząc we wjazd w Bus Stop, po czym wdusił hamulec.
Nie powstrzymał się jednak od odruchowego skręcenia kół lekko w prawo, by zmieścić się na wejściu na wewnętrznej „Przystanku”.

Frank zmarszczył gniewnie brew, widząc, jak 911 zaczyna uślizgiwać tyłem. Czyżby ten polaczyna wyczuł technikę…?
Widząc jednak, co wydarzyło się chwilę potem, mógł tylko roześmiać się szyderczo.
To był, zdaje się, tylko przypadek.

Czując uciekający w lewo tył, Mat znów zadziałał odruchowo. Puścił hamulec i momentalnie dodał gazu, chcąc wyrwać wóz z poślizgu.
W teorii, choć tego nie wiedział, zadziałał prawidłowo.
W praktyce, w tym przypadku, popełnił błąd. Zrobił to za wcześnie.
Auto momentalnie wyszło z poślizgu po linii prostej, tnąc wewnętrzną część zakrętu, i przeciągając bokiem i tylnym kołem po leżącej tam oponie.
Porsche podbiło i wóz stanął na dwóch lewych, zewnętrznych kołach.

- Oh, fuck. – zaklął Giovanni. Kandydaci wstrzymali oddechy.

- O kur*a. – zaklął Mateusz.
Leciusieńko, najlżej, jak tylko potrafił, odbił kierownicą w lewo.
Rozpędzony wóz posłusznie wrócił wszystkimi kołami na ziemię, i zaczął kręcić „bączka”…

- Teraz to już musi być koniec – rzucił Franz – Tego nie wyratuje…

 Czując, że 911 rotuje, Mateusz wyczekał na moment, gdy maska znalazła się na wprost wyjścia z „Bus Stop”.
- Skoro da się tak w GT-R’ze – pomyślał, ściskając kierownicę – To tutaj MUSI się też udać…
Wbrew wszystkim prawom motoryzacyjnej fizyki.
Wyjście przed maską.
Kontra, gaz stopniowo, stanowczo do oporu.
Auto posłusznie przestało rotować, wróciło pod kontrolę Mata, wyszło z zakrętu i chwilę potem przecięło linię mety.

- Ja pier**le – jęknął Mateusz, hamując. Powoli zawrócił, i kilka chwil później znalazł się na linii startu.
Wysiadł na lekko chwiejnych nogach i spojrzał na zgromadzonych tam Kandydatów i Franka.
Mógł by przysiąc, że widział podziw w oczach Kristofera i Giovanniego.
Frank spojrzał na stoper, po czym odruchowo na Mata.
Znowu na stoper.
- Dyskwalifikacja – stwierdził zimno.

Był wściekły sam na siebie, wściekły tym rodzajem wściekłości, który leży tuż obok ostatecznego załamania. Tym razem mógł by przysiąc, że wszystko zrobił zgodnie z planem. Dohamowanie na wejściu po linii prostej i wyjście po puszczeniu hamulca powinno dać radę w tej tylnonapędówce. Dawało radę jeszcze za czasów Sierry. Lekkie, odruchowe skręcenie kół zgodnie z kierunkiem zakrętu nie powinno wywołać aż tak gwałtownej reakcji auta…?
Winny tej różnicy był silnik z tyłu? Wyższa niż w Sierrze masa?
Nie wiedział. Wiedział tylko i coraz jaśniej rozumiał, że nie nadawał się do roli Kierowcy Testowego Porsche. Po prostu tego… nie ogarniał.
Nie rozumiał.
Najlepszym wyjściem będzie chyba wycofanie się po półroczu.
 
Carrera wystartowała po raz czwarty, z nieznacznym tylko uślizgiem kół. Franz jechał zachowawczo, hamując przed wjazdem na „Bus Stop” i dając pełny gaz dopiero na krótkiej prostej pomiędzy wejściem a wyjściem z zakrętu, by znów przyhamować przed wyjazdem. Slow in, fast out.
Przyśpieszał i hamował stanowczo, wóz nawet na moment nie stracił przyczepności.
- Dobry jest – pomyślał Mateusz, gdy Frank zakończył pomiar czasu, a 911 wracało już na linię startu – Pewny siebie, opanowany, precyzyjny... doskonała jazda gripem.
Wynik Franza poszedł mu jednak w sukurs.
- Nieźle – mruknął Frank, wyraźnie rozczarowany – Przy czym „nieźle” oznacza zbyt kiepsko jak na przyszłego Kierowcę Testowego. Jesteś słabszy od Kristofera.
Franz wysiadł z auta, i zmielił w ustach przekleństwo.
- Półpoślizgi Kristofera są bardziej skuteczne, niż dobrze wykonany grip szkopa – myślał Mat – Jak w końcu należy jeździć tymi autami…?

- OK. Nasz mały test wyłonił szczęśliwców, którzy będą dziś wozić futbolowe mamy i facetów z kryzysem wieku średniego po naszym firmowym betonie – zwrócił się do Kandydatów Frank –Część klientów, którzy odbierają dziś osobiście nowe Cayenne, zażyczyła sobie szkolenia z zakresu jazdy sportowej. Franz, Kristofer… wbijecie się w służbowe uniformy i pokręcicie z nimi kilka kółek na torze. A wy… - Frank spojrzał na Mata i Giovanniego, po czym rzucił w ich kierunku kluczykami, które Włoch zręcznym ruchem dłoni złapał - … Klaus potrzebuje kilku części, których nie mamy w magazynie… czeka was wycieczka po Saksonii. Może z obsługą ślamazarnego turbodiesla pójdzie wam lepiej, niż z dziewięćsetjedenastką na teście.
Giovanni zaklął cicho po włosku.

Firmowy warsztat pełen był mechaników. W centralnym punkcie, na podnośniku stała srebrna 911’tka generacji 997. Wydech auta wydawał się dziwnie niedopasowany, wystając nieco za daleko z tylnego zderzaka, zaś koła wychodziły minimalnie poza obrys nadkoli.
- Dzień dobry, panie Klaus – odezwał się Mateusz do szefa warsztatu.
- To się okaże. – odburknął mechanik – Jeśli uda się wam spiąć tyłki i zdążyć z częściami do 16, to ten muł może jutro zacząć testy, a dzień będzie dobry. Bo to wam zapewne Frank kazał się do mnie zgłosić?
- Tak, proszę pana. – przytaknął Giovanni.
- Tu jest lista. Lekko licząc 800 kilometrów, głównie autostrady, na wasze szczęście…
- Gdzie znajdziemy busa? – zapytał Mat.
- Gdzie znajdziecie co?
- Firmowego dostawczaka. – Mateusz uniósł do góry kluczyki z logo Mercedesa.
- … wy przegraliście te dzisiejsze zawody, jak sądzę?
Przytaknęli, z kwaśnymi minami.
Klaus dyskretnie rozejrzał się po hali. Mechanicy zajęci byli pracą.
- Weźcie to – wręczył im dyskretnie inny kluczyk – Nie popieram karania kandydatów. Zwłaszcza poprzez przymus jazdy dostawczakiem.
Mat uśmiechnął się szeroko.
- Auto stoi przed halą. Miejsca w bagażniku jest pod dostatkiem. A teraz do roboty, chłopaki. Liczę na was!

Przed halą stał tylko jeden samochód nadający się do transportu części. Na twarzy Giovanniego również pojawił się szeroki uśmiech.
Pilot odblokował auto. Kluczyk pasował.
- Niech żyje rock&roll! – Giovanni zatrzasnął drzwi i wymościł się w fotelu kierowcy.
- Zmieniamy się w połowie trasy. – przytaknął Mat.
Potężna widlasta ósemka ryknęła basowo, a zwaliste Cayenne Turbo katapultowało się w stronę bramy wyjazdowej…

- Następnym razem bierzemy taksówkę – stwierdził z odrazą w głosie Giovanni, odstawiając ciężki kufel na stół.
Kristofer przytaknął. Mateuszowi bezalkoholowy pszeniczniak nawet smakował, ale przez grzeczność również wyraził dezaprobatę dla niemęskiej podróbki piwa.
- Kris, to prawda, że brałeś udział w wyścigach na lodzie? – zwrócił się do Szweda.
Kristofer upił łyk z kufla, i odparł:
- Prawda. Nietypowy sport choć, nie ukrywam, szalenie wciągający. W Skandynawii warunki są idealne, tak więc wielu moich pobratymców się w to bawiło. Może to przez to hobby za często wprowadzam wóz w poślizg…
- Dzisiaj ta jazda w poślizgu zdecydowanie ci się opłaciła – zauważył Giovanni – Zamiotłeś temat i szkopów. Gdybyś widział minę Franka, gdy kończył pomiar…
- Wydaje mi się, że Franz jechał lepiej – stwierdził skromnie Kristofer – Może po prostu trochę za wolno…
- Albo tak powinno się tam jeździć – skontrował Włoch – Trzeba będzie zapytać Rohrla na jutrzejszym szkoleniu. Pełny grip, w jakim lubuje się Franz, to nie musi być najbardziej optymalna technika jazdy tylnosilnikowym Porsche…
- Ty też nie miałeś za wiele do czynienia z produktami Firmy, prawda? – zwrócił się do Giovanniego Mat.
- Nie – przytaknął Giovanni – Mnie do aplikowania na Test Drivera namówił mój stary, zresztą to on wynajął mi 911 do ćwiczeń, gdy zostałem kandydatem. Ojciec startuje w Superstars, trochę garnków zdobył, i jego syn oczywiście musi iść w jego ślady, co nie? Mnie zawsze bardziej ciągnęło do jednośladów, mieszkałem nieopodal Vallelungi… coroczna runda MotoGP na torze to było święto. No ale za dzieciaka papa wkręcił mnie w Alfa GTV Cup, wypożyczył auto, sprawdziłem się… potem znalazł sponsora, pomógł kupić GTV’kę… zacząłem zbierać garnki i jakoś to poszło. Ponoć tam mnie przyuważyli goście z Porsche Italia, którzy promowali moją kandydaturę. No, ale legalne zawody nie dają takiej adrenaliny, jeśli wiecie, o czym mówię – uśmiechnął się szelmowsko.
- … nie wiemy? – stwierdził szczerze Kristofer.
- Nocne wyścigi autostradowe. Nie ma nic bardziej podniecającego, niż ryk V8 z Maranello i lawirowanie między autami na obwodnicy Rzymu. No, OK… może seks jest bardziej podniecający.
- Nigdy nie próbowałem… - zaczął Kris - … nielegalnych wyścigów, oczywiście… - sprostował zaraz, wyraźnie się rumieniąc.
- Gorąco polecam – rzucił Giovanni, wyraźnie rozbawiony – Zwłaszcza, że tutaj, w Germanii, na autobanie, nie ma nawet ograniczeń prędkości. Żyć… nie umierać. Co nie, Mat? Wczoraj mnie objechałeś… zakładam, że wyścigi autostradowe to dla ciebie nie pierwszyzna? Sądząc po twoim modzonym Sky’u…
Mateusz nerwowo zabębnił palcami w stół.
- Tam, skąd pochodzę, na autostradach ściga się wielu – odparł – Ale… nie robiłem tego… często.

Czarne GTO, wbite w naczepę.
Gdy tam dotarli, akcja ratunkowa, jeśli tak ją można nazwać, już trwała. Nie dopuścili ich zbyt blisko.
Był tam z Nią.
Zawiózł. Był. Odwiózł do domu.
Nie mówił wiele. Prawie nic.
Nie wiedział, co ma mówić.
Wyjechał kilka dni później.

- A jak zostałeś Kandydatem?
- Wyścigi górskie. Trochę jeździłem. Ponoć nieźle. Choć to nic w porównaniu do waszych osiągnięć.
- W jakiej serii? – zapytał grzecznie Kristofer – Słyszałem o zawodach na waszym terenie, mistrzostwa odbywają się chyba też na terenie Czech…?
Mat uśmiechnął się bezradnie. Jego życiorys motorsportowy był doprawdy… pożałowania godny.
- Powiedzmy że ścigałem się… amatorsko.
- Czekaj – ożywił się Giovanni – Czarny Skyline R32… Polska… to nie może być przypadek. To ty jesteś na filmie, gdzie na grubość lakieru unikasz czołówki z TIR’em na górskiej drodze, pełnym ogniem wyprzedzając Suprę? Głośny filmik sprzed kilku miesięcy… jest ich zresztą trochę z różnych wyścigów touge nocą, amatorsko kręcone… ale zawsze uważałem, i nie tylko ja, bo głośne to filmy na portalach… że kierowca Sky’a ma naprawdę duże jaja.
„Głośne filmy na portalach”. Mat czytał te komentarze. Ilość osób, które twierdziły, że ma jaja i talent była spora. Ilość komentarzy życzących mu bolesnej śmierci, gdy jakiś redaktor Onetu podchwycił temat „jeźdźców śmierci, szerzących terror na publicznych drogach”, i użył tego nagrania jako przykładu, była nawet większa.
- To ja – potwierdził.
- Moje uznanie, stary. Najszczersze. Wyścigi górskie to wyższy poziom motoryzacyjnego popierdolenia. – przepił do niego Włoch.
- Zazdroszczę wam chłopaki – stwierdził Kristofer – Ja jakoś… nigdy nie miałem odwagi do street racingu.
- Tym lepiej dla ciebie, Kris – uśmiechnął się Mateusz – I wierz mi… trzymaj się od tego nałogu z daleka. To ja zazdroszczę wam udziału w zawodach z prawdziwego zdarzenia… STCC… GTV Cup… street racing jest frajerstwem. Na swoje nędzne usprawiedliwienie dodam tylko, że przełęcze były zabezpieczane… zazwyczaj się to sprawdzało…
- Krew nie woda – zaprotestował Giovanni – A benzyna w żyłach zobowiązuje. Weź kiedyś 911’tkę i przemknij przez okoliczną autostradę, całkiem sporo tutaj mocnych aut i kierowców chętnych na mały pojedynek. Zobaczysz, jaka to adrenalina – zwrócił się do Szweda - Ja bez tego nie wyobrażam sobie życia.
- Nie mam przekonania do łamania prawa. – zaoponował Kristofer – Chociaż… - zawahał się - … skoro tutaj i tak nie ma limitów prędkości… może kiedyś…
- Zmieniając temat… - Giovanni łyknął z kufla, skrzywił się - … pewnie to trochę bezczelne pytanie, ale kontekst jest ważny. Macie kogoś?
Mateusz zamieszał w kuflu. Kristofer lekko rozdziawił usta, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Żeby nie było… pytam bo donny, które dzisiaj poznacie, nie mają.
Kristofer nadal milczał. Mat mógłby przysiąc, że widzi rumieniec na jego twarzy.
- Chyba się nie obraziliście, nie?
- Absolutnie – uśmiechnął się Mateusz – Zastanawiam się tylko, na ile czarujący jest mój angielski. Mowy cezarów bowiem, żałuję, nie znam, zaś mówienie o typach napędu, charakterystyce silnika i podsterowności to nie to samo, co gładkie słówka i komplementy.
- No to za moment sam się przekonasz – odparł Giovanni, spoglądając w kierunku drzwi wejściowych – Właśnie przyszły.
Mat siedział plecami do wejścia, i postanowił odczekać chwilę z okazywaniem zainteresowania.
Kris nieco szerzej rozdziawił usta. Widok był więc zapewne niepośledni.
- Buonasera, mi amore – Włoch w momencie nabrał ogłady i klasy – Witajcie, piękne panie.
Kristofer i Mateusz powstali nieomal jednocześnie, jak jeden mąż, stając przed dziewczynami nieomal na baczność.
Widok, zaiste, daleki był od pośledniego.
- Lucio, pozwól, że wam przedstawię moich kompanów. Do pań usług Kandydaci na kierowców testowych Porsche – Włoch ewidentnie wczuł się w rolę herolda – Waleczny wiking, Kristofer, ze Szwecji, oraz dzielny polski huzar, Mateusz.
Skłonili się lekko. Stanowczo staroświecko. Ewidentnie wczuli się w rolę.
- Cni panowie – na ustach Lucii pojawił się uroczy, zadziorny uśmiech – Swój czas i atencję chcą wam poświęcić dzisiejszego wieczora damy z dalekiej Italii. Panna Isabella ze słonecznej Toskanii – śliczna, drobna, wielkooka blondynka dygnęła leciutko, uśmiechając się promiennie – A także panna Giulietta, kwiat Lombardii.
Wspaniałe, miedzianozłote włosy, spięte w kok czerwoną różą. Posągowe kształty, opięte nieśmiertelną „małą czarną” z brawurowym dekoltem. Żadnej biżuterii, prócz oczu. Migdałowych, intensywnie orzechowych, oprawionych zalotnym, kocim makijażem.
Oczu, w których był ten sam błysk, który już kiedyś widział.
Błysk zaproszenia do rozgrywki.
Całkiem zgrabne nogi. Minimalnie za duża słabość do czekolady. Lewe ramię odrobinę niżej od prawego.
Podobieństwo imion nieprzypadkowe.
Bliska fizycznego ideału. Daleka jednak od swej imienniczki.

Siedzieli naprzeciw siebie. W głosie Kristofera słychać było, że jest wyraźnie onieśmielony. Angielski Szweda w zabawny sposób zawodził.
Pannę Isabellę zresztą również.
Pierwsze onieśmielenie odeszło wkrótce w niepamięć. Jak się okazało, wszystkie trzy panny znalazły się w mieście poprzez program wymian studenckich Erasmus, i były studentkami pierwszego roku farmacji na lipskim uniwersytecie.
Giovanni i Lucia znali się jeszcze „przed Lipskiem”, z Rzymu, z którego i ona pochodziła. Wspólne studia na obczyźnie zbliżyły ich do siebie i od kilku miesięcy tworzyli udany, żywiołowy związek. Dla Mata sporym zaskoczeniem było, że Giovanni w ramach programu fundowanego przez Porsche wybrał kierunek tak trudny (i nie pasujący do wyluzowanego Włocha) jak farmacja. Stereotypy, jak zwykle, potrafiły zwodzić.
- Jak to jest studiować medyczny kierunek w języku Goethego? – zapytał uprzejmie Mateusz – Nie ukrywam, że dla mnie brzmi to jak rozgrywanie studiów na najwyższym poziomie trudności.
- Och, bez przesady – odparła Lucia – Wykładowcy są niezwykle wyrozumiali. Jesteśmy w grupie erasmusowej, znakomita większość zajęć odbywa się po angielsku. A ta sierotka – wskazała kształtnym podbródkiem na swojego chłopaka – Ma dodatkowe fory w związku z waszą pracą. Na uczelni, w praktyce, nie bywa.
- Oj tam – obruszył się Giovanni – Jestem na prawie wszystkich zaliczeniach! Uczę się w domu.
- Tak, skarbie. Z moich notatek. – odparła słodkim głosem Lucia.
- Pytanie raczej powinno brzmieć, jak to jest być kierowcą testowym – uśmiechnęła się Giulietta – Głośno o was na Uni, panowie.
- Jesteśmy tylko czterema facetami, którzy udają, że potrafią szybko jeździć. – stwierdził dość niepewnie Kristofer.
Giulietta spojrzała Mateuszowi w oczy. Przytaknął.
Uśmiechnęła się szerzej, pokazując białe, lśniące zęby.
- Przyznali wam stypendia za udawanie? – zapytała łagodnie, z uśmiechem Isabella.
- Absolutnie. Jesteśmy najlepsi z najlepszych, Kris jest po prostu bardzo skromnym facetem. – odparł z pewnością w głosie Giovanni.
Kris poczerwieniał. Lucia zachichotała.
- Mi amore, grają dziś tu wyjątkowo dobrze – partnerka Włocha podniosła się z miejsca – Dotrzymasz mi towarzystwa… na parkiecie?
Mat mógł by przysiąc, że Lucia mrugnęła do Giovanniego porozumiewawczo. Ten natychmiast wstał, i podał dziewczynie dłoń.
- Zostawiamy was samych… – zwróciła się do nich na odchodnym Lucia -  … Mat, Giulietta szła tutaj z niezdrową ochotą zapoznania się z facetem, o którym tak głośno ostatnio w naszym akademiku. Myślę, że jej nie zawiedziesz?
Mateusz mimowolnie zerknął na włoską piękność. Ta spoglądała mu w oczy bez cienia wstydu, z figlarnym uśmiechem na seksownych, czerwonych ustach.
Giovanni roześmiał się nieco rubasznie, po czym ujmując dłoń swojej partnerki ruszył w kierunku parkietu. Lucia poruszała się na obcasach z niezwykłą gracją. Miękkie, zmysłowe ruchy bioder zdradzały, że parkiet był jej żywiołem.
Przeniósł wzrok na Giuliettę, lecz nim zdążył się odezwać, usłyszał wciąż niepewny głos Kristofera:
- Panno Isabello… jak ty zapatrujesz się na taniec?
Mój boże, pomyślał Mat, ten gość jest bardziej nieśmiały niż ja kiedykolwiek byłem…
Isabella wyraźnie ożyła, uśmiechając się ślicznie do Szweda.
- Czerpię z niego nieprzyzwoitą przyjemność. – odparła dźwięcznie.
- Czy niestosownym…
- Stosownym. – odparła za koleżankę Giulietta.
Kris zmieszał się, ale szybko odzyskał rezon.
- Nie jestem wybitnym kierowcą – stwierdził, wstając – Ani wybitnym tancerzem. Zimna północ nie sprzyja temu talentowi tak, jak słoneczne południe, niemniej jednak… - skłonił się dwornie i wyciągnął dłoń, którą niebieskooka Isabella ujęła.
Mat spoglądał, jak postawny blondyn niknie wraz ze swą jasnowłosą towarzyszką na roztańczonym parkiecie, i czuł, że Kris zdobędzie tę dziewczynę. Zżerała go ciekawość, ile w nieśmiałości Szweda było autentyczności, a ile wyuczonej pozy.
Nie było to jednak w tym momencie najważniejszym pytaniem.
- Zostaliśmy sami – stwierdził rozsiadając się w fotelu – Zapewne nie zmienimy tego faktu wędrówką na parkiet?
- Zgadłeś, Mateuszu – Giulietta, podobnie jak Lucia, bez zawahania przeszła na „ty”, i wpatrywała mu się prosto w oczy. Nawet on miał problem utrzymać kontakt wzrokowy – Przynajmniej nie od razu… jak Lu bezczelnie wspomniała, pewien facet budzi moją niezdrową fascynację. – pogładziła swoje miedzianozłote włosy, bawiąc się wplecioną w nie różą. Ten gest, na spółkę z jej angielskim zabarwionym włoskim akcentem, był niebezpiecznie podniecający – Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że to ty jesteś tym facetem. Wybacz… a raczej… przywyknij do mojej bezpośredniości.
- Czym zawdzięczać mam sobie tę atencję?
Mógł by przysiąc, że na kształtnych policzkach Włoszki pojawił się ledwie dostrzegalny rumieniec.
- Nim dotrzemy do tej kwestii… jak silnym magnesem dla mojej płci jest twoja pasja?
- Informatyka? Niezbyt silnym. Okolice zera w dziesięciostopniowej skali.
Dziewczyna wyszczerzyła zęby. Śnieżnobiałe. Farmaceutka z całą pewnością umiała o nie dbać.
- Jak źle będziesz o mnie myślał, gdy powiem, że do spotkania z tobą skłoniły mnie opowieści pewnych baranów o „tym pieprzonym polaku”? – słowo „fucking”, wypowiedziane z włoskim zaśpiewem, brzmiało nieomal jak komplement – Mieszkam pokój w pokój z fascynatami panzerwaffe spod znaku srebrnej gwiazdy. Ktoś utarł im nosa na autostradzie, z czym pogodzić się nie mogą. Ten ktoś zapewnił nam więc mnóstwo frajdy. Jako że nie słyszałam o wielu twoich rodakach na Uni, zaś ty jesteś na Stypendium Porsche… nie wierzę w przypadki. Mam rację?
- Nigdy bym nie pomyślał, że wciśnięcie gazu na prostej drodze zapewni mi atencję i towarzystwo pięknej kobiety – odparł Mat – Jeśli mogę zapytać… to naprawdę ci… brakuje mi słowa, z braku lepszego… „imponuje”?
Tym razem był już pewien, Giulietta zarumieniła się. Bezpośredni komplement ewidentnie ją zaskoczył, przyłapanie na „blacharstwie” – zawstydziło.
- Tak, wiem, co myślisz – odparła jednak z pewnością siebie w głosie, wciąż patrząc mu w oczy. Oczy zaś miała naprawdę wyjątkowe – To blacharstwo. Nie kryję się z tym.
- Ani śmiem tak myśleć…
- Śmiej. Cenię facetów, którzy są dobrzy… za kierownicą. Znakomitego kierowcę tworzą, wymieszane w odpowiednich proporcjach: opanowanie, brawura, skłonność do ryzyka, pewność siebie i delikatność. – zrobiła krótką pauzę – A to są, musisz przyznać, cechy składające się na wartościowego mężczyznę niezależnie od jego zainteresowań.
- Znam wielu świetnych kierowców, którzy są dupkami w życiu prywatnym. Chyba że bycie arschloch was, kobiety, faktycznie kręci. Nie rozpracowałem tego jeszcze w moim krótkim życiu.
- Kręci. Do pewnego stopnia. Choć do wywołania magnetyzmu nie jest wymagane.
- Lucky me. Co jeszcze owy magnetyzm wywołuje?
- Tym razem ty mi powiedz, ja podzieliłam się moją tajemną, głęboko skrywaną wiedzą – uśmiechnęła się przewrotnie – Wracamy tym samym do początku naszej rozmowy… jak przyciągał do siebie kobiety Test Driver Mateusz, nim został Test Driverem? Zapewne wiąże się to z drugą interesującą mnie kwestią… co robił owy Mateusz, by Test Driverem zostać? – Giulietta upiła łyk ze swojego kufla. Jako jedyna z dziewcząt zamówiła piwo. Ciemne.
- Pierwsze pytanie optymistycznie zakłada dwie kwestie – odparł – Pierwsza: że bycie prostym Kandydatem na Test Drivera przyciąga kobiety. Skoro dałyście się wyciągnąć na spotkanie z trzema kolesiami, którym w żyłach płynie benzyna, to może faktycznie coś w tym jest. Druga: że Mateusz, o którym mówimy, przyciągał do siebie kobiety. Przechodząc płynnie do pytania numer dwa… ścigałem się. Nie do końca legalnie. Na pewno nie profesjonalnie.
- Wyścigi uliczne? – nuta dezaprobaty w jej głosie. Lub fascynacji.
- Z żalem muszę się przyznać, że tak. Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że droga była z obu stron zabezpieczana.
- Wyścigi na ćwierć mili? – rozczarowanie i niedowierzanie w głosie.
- Wyścigi górskie.
- Przepraszam… - zmieszała się nieco - … nie sądziłam, że…
- Dostrzegł mnie tam jeden z Kierowców Testowych Porsche. Ponoć rokowałem nadzieje. Również, jak ty, uważam, że bycie nielegalnym ścigantem nie wygląda dobrze w CV.
- … nie sądziłam, że jesteś aż tak odważny. Lub szalony. Kolejny raz, wybacz bezpośredniość.
Tym razem to on się zmieszał.
Zamieszał kuflem, upił łyk. Nie wiedział, czy wygrywa ten pojedynek.
- Dosyć o mnie, czuję się jak Narcyz. Jak piękność z dalekiej Italii znalazła się na tej surowej, niemieckiej ziemi?
- Hm… ujmijmy to tak… Erasmus pozwala mi choć po części żyć tak, jak kocham, pomimo dość… wymagających studiów, i perspektywy raczej… nudnego, jak na twoje standardy, życia w branży medycznej.
- A jakie życie kochasz, Giulietto?
Oblizała wargę koniuszkiem języka. Mógł by przysiąc, że zrobiła to specjalnie.
Co nie zmieniało faktu, że efekt osiągała.
- Kocham życie niestosowne. Jestem hedonistką. Wiem, że los dał mi w życiu wiele, i nie wstydzę się z tego korzystać. Uwielbiam dobrze zjeść i wypić. Nienawidzę cierpieć. Unikam problemów. Nie angażuję w związki, choć cenię bliskość i fizyczność. Czy już cię do siebie zniechęciłam?
- Jeśli taki był twój zamiar, to niezbyt ci wyszło. – odparł – Kontynuuj… proszę.
- Fascynują mnie moje studia i, wbrew pozorom, kręci przyszły zawód. Z drugiej strony… lubię zastrzyk adrenaliny i ekstremalne doznania. Najchętniej zaś, w wolnym czasie, oddaję się muzyce i tańcu. Wtedy naprawdę czuję, że żyję. Wielu mężczyzn nazwało by mnie egoistyczną suką, względnie niewyżytą, rozpieszczoną dziewczynką. Kilku nawet to zrobiło. Jeszcze raz… wybacz bezpośredniość. Budzisz zaufanie, a ja mówię wtedy ciut za dużo. – tym razem rumieniec na jej policzkach był wyraźny.
- Nie uważam bezpośredniości za wadę. Co do pozostałych cech i twoich życiowych namiętności… - uniósł się z miejsca i podał jej dłoń - … tylko tańcu mogę w tym momencie uczynić zadość. Z nieskrywaną zresztą przyjemnością. I fascynacją. Choć bez talentu.
Kolejny raz uśmiechnęła się do niego tym rodzajem uśmiechu, który budził w sercu niepokojące drżenie, i ujęła jego dłoń. Poczuł falę gorąca.
Nie rozumiał tego. Wydawało mu się, że już dawno z tego wyrósł.
Ruszyli w stronę parkietu. Piosenka właśnie dobiegała końca. Czuł przyjemne mrowienie w dłoni, zmysły atakował jej kwiecisty perfum. Chyba zbyt długo był sam.
Muzyka płynnie przeszła w następny kawałek, całkowicie go zaskakując. Znał ten charakterystyczny riff, ale nie spodziewał się go w klubie, nawet jeśli klub ten miał „rock” w nazwie.
„Layla”, klasyczna wersja z czasów Derek & the Dominos.
Z całą pewnością wyzwanie taneczne. Parkiet zaczął pustoszeć.
- Spodziewałeś się Pierwszej Gitary Świata w tym klubie? – usłyszał pytanie Giulietty.
Wprowadził ją delikatnie w obrót, tren czarnej sukienki zamiótł powietrze, po czym lekko przyciągnął ją do siebie i objął w (kształtnej) talii, tworząc taneczną ramę. Nie spodziewała się tego.
- Nie. Ale cieszy mnie twoja znajomość klasyki i opinia o Claptonie.
Dwa kroki do przodu, jeden w lewo, wspólny obrót. Miała niezwykle miękkie, zmysłowe ruchy, z łatwością dawała się prowadzić.
Zawinięcie, kilka kroków do tyłu, prowadząc partnerkę przed sobą, dłońmi przytrzymując ją w pasie.
Ujęcie za lewą rękę, obrót, delikatne pociągnięcie do siebie. Wróciła wprost w jego ramiona, kołysząc biodrami.
Objęcie w talii, rama, dwa kroki do przodu, jeden w prawo. Pozwolił jej wprowadzić się w obrót, dziękując sobie w duchu, że nic nie pił tego wieczoru. W tańcu jego błędnik był wyjątkowo słaby.
Na wyjściu ujęcie za rękę, przejście dwóch kroków bok w bok, wspólny obrót, powrót do ramy.
Uśmiechnęła się do niego. Na parkiecie pozostało zaledwie kilka par, „Layla” stanowczo współczesnemu tańcu nie sprzyjała.
Odpowiedział uśmiechem, przesunął dłonie z ramy na jej talię, przyciągnął nieco bliżej siebie.
Zapach kwiecistych perfum, dwa kroki do przodu, jeden w prawo, obrót, przytrzymanie przez plecy, spojrzenie prosto w oczy.
Szelmowskie, figlarne błyski w oczach. Włoski temperament?
Na parkiecie trzy pary.
Mieli szczęście. Wersja grana w klubie ograniczała się do partii wokalnej.
Obrót, zwolnienie uchwytu w prawej dłoni. „Rozwinięcie” partnerki siłą odśrodkową, delikatny gest lewego ramienia.
Powrót w jego objęcia, w „zwijającym” obrocie, brzmienie ostatnich taktów, zetknięcie ciał.
Jej twarz tuż przy jego twarzy. Ukłon.
Gorąc jej ciała, falowanie piersi w rytm pogłębionego oddechu. I zapach perfum, powoli niebezpiecznie uzależniający.
- Jeśli u was, w Polsce, to nazywa się brakiem talentu – wymruczała – To, proszę, zapoznaj mnie z tymi utalentowanymi.
Uśmiechnął się, może odrobinę zbyt cynicznie.
Znów oblizała wargę. Przestał wątpić, że robiła to mimowolnie, było to zdecydowanie zbyt seksowne zagranie.
- Tańcząc z dziewczyną, o której wciąż myślisz… – stwierdziła niespodziewanie - … tą, która zapewne została w Polsce, na utrapienie dla ciebie… z nią również nie pozwalałeś sobie na wyzwolenie na parkiecie? Zaangażowanie? Erotyzm?
Milczał. Zaskoczyła go.
Nie docenił jej.
- Zastanawia mnie po prostu… – przylgnęła do niego jeszcze mocniej, podczas gdy z głośników zaczęło atakować kolejne klasyczne, rockowe intro - …jak bliska musi ci być kobieta, byś uwolnił z siebie te emocje, które w tobie tkwią. A są to niegrzeczne emocje, Mat. Wybacz bezpośredniość.
“It's early morning
The sun comes out…”
Scorpionsi. Znamienne.
Dotknęła jego spoczywającej na jej talii dłoni, i przesunęła ją niżej.
- Nie wiesz, o co prosisz.
„… my cat is purring
And scratches my skin”
- Wiem, Mateuszu.
Pierwszy obrót, drugi, palce zaciskają się na delikatnym materiale sukienki. Jędrna skóra, wyczuwalna pod opuszkami. Przyciągnięcie do siebie, zetknięcie ciał.
Gorąc oddechu.
- O to właśnie proszę – śliczny, nieprzyzwoity uśmiech – Pokaż, na co cię stać.
„… so what is wrong
With another sin…?”
Pokazał.

Gdy opuszczali klub kilka godzin później, Lipsk spowijała ciemna, chłodna noc.
Cisza parkingu stanowiła niezwykłą odmianę od pulsującego muzyką budynku.
Miarowy stukot obcasów włoszki, kwieciste perfumy wdzierające się w świadomość.
Zdjął marynarkę, i okrył jej nagie ramiona.
- Gentleman – uśmiechnęła się – Lub wyćwiczony gest?
- Nie miałem okazji ćwiczyć tego gestu… zbyt często.
Ciemnoniebieska, przysadzista 911’tka stała tam, gdzie ją zostawił. W otoczeniu współczesnych kompaktów, klasyczna już generacja 964 wyglądała niedzisiejszo, choć wciąż dziarsko. Stojąca nieopodal czerwona 993 Carrera którą wziął Kristofer nie miała w jego oczach tyle uroku i swoistej prostoty formy. Srebrny Boxster Giovanniego był zaś… pospolity. Na należącym do klubu parkingu widział co najmniej jeszcze jednego takiego.
On zaś cenił klasykę.
Otworzył i uchylił przed nią drzwi pasażera.
- Kolejny wyćwiczony gest? – zapytała, moszcząc się w jasnym, skórzanym kubełkowym fotelu.
Sukienka podwinęła się, odsłaniając kawałek uda i jeszcze mocniej podkreślając kształty jej nóg. Błogosławił w duchu inżynierów Porsche za stworzenie tak niskiego samochodu.
- Nie. Martwię się o lakier. – pozwolił sobie na sarkazm.
Roześmiała się uroczo.
Zajął miejsce w fotelu kierowcy. Kątem oka dojrzał, że w przeciwieństwie do panny Elizabeth, Giulietty nie trzeba było prosić o zapinanie pasów. Materiałowy pas opinał się na jej wciąż wilgotnych po tańcu piersiach w sposób wręcz perwersyjny.
Zboczenie zawodowe, inaczej wytłumaczyć się przed sobą nie umiał. To lub po prostu zboczenie ogólne.
Albo słabość. Do kobiet.
Lub do niej?
- Dokąd? – zapytał.
- Jedź. Poprowadzę cię.
Lewą dłonią przekręcił kluczyk, a sześciocylindrowy, chłodzony powietrzem motor zaczął grać z oddali miarową, równą, szorstką i nieco brutalną w brzmieniu melodię.

Dzielnica akademicka o tej godzinie spała już głębokim, wionącym alkoholem, tak charakterystycznym dla studentów snem.
Zatrzymał wóz przed jednym z akademików, zgasił silnik i wprawnymi ruchami wyswobodził się z pasa i fotela, by po krótkiej chwili znaleźć się przy jej drzwiach, podając dłoń.
- Jak wiele jeszcze w tobie tych wyćwiczonych gestów? – uśmiechnęła się filuternie, przytrzymała jego dłoni i wysiadła z auta.
- Liczę, że sama to odkryjesz.
Odpowiedziała jeszcze szerszym uśmiechem. Uśmiech miała absolutnie piękny.
Ruszyli w kierunku drzwi wejściowych. Ujęła go pod ramię. Znów poczuł gorąc jej ciała, tak nieznośnie obezwładniający.
Tracił kontrolę?
- Odkryję – odparła, zatrzymując się przed schodami wiodącymi do wejścia i patrząc mu prosto w oczy.
Była blisko. Cholernie za blisko.
- Dziękuję za… - zaczął.
- To oklepana formułka. Wiem, za co. Nazwijmy to wszystkim. Ja też dziękuję ci za to wszystko, Mat.
Jej migdałowe, brązowe oczy przebijały go. Zaczynały panować. Zaczynał topnieć.
- Buona notte, Giulietto.
Wpiła mu się w usta i omiotła wargi językiem, zostawiając na nich ślad czerwonej szminki.
Serce chyba mu eksplodowało.
- Giulia. Tak zdrabnia się moje imię.

Mów mi Giulio, Mateuszu.