„Burza i szał”

 

Skórzane, sportowe buty miękko stąpały po czarnej posadzce Centrum Porsche w Lipsku.
Korytarz rozświetlało wiosenne słońce, wdzierające się przez ogromne okna. Wczesne popołudnie tego kwietniowego dnia było wyjątkowo urokliwe.
Szedł w kierunku biur zarządu. Myślami był jednak zupełnie gdzie indziej.

Leżała tuż obok niego, wsparta na ramionach, całkiem naga, hipnotyzując orzechowym spojrzeniem. Uśmiechała się łagodnie, ton miała spokojny, ciepły. Ale aksamit jej głosu drgał.
- Musimy porozmawiać.
Dwa słowa, które zawsze burzą ustalony porządek. I nigdy nie oznaczają zmiany na lepsze.

- Dyrektor zaraz pana przyjmie.
Usiadł w szerokim fotelu. Na szklanym stoliku leżał najnowszy egzemplarz „Porsche Times”, przerzucił kilka stron, nie znajdując jednak w magazynie niczego wartego uwagi.
Młoda, atrakcyjna sekretarka przyglądała mu się z zainteresowaniem.
Mimo wszystko, kierowcy testowi nie trafiali często w te rejony Centrum.

- Roczny staż naukowy w Nowym Jorku. Wczoraj dostałam propozycję, Pfizer ma umowę z Uniwersytetem…
Przytulił ją. Czuł gorąc jej ciała. A ona trzęsła się z zimna.
-Cudownie, wspaniała nowina, Kocico! Nad czym się tu w ogóle zastanawiać… poza tym, to tylko rok...?
- To nie takie proste, Mateuszu.

Sekretarka poprawiła bluzkę na ramionach i przeciągnęła dłonią po włosach, puszczając mu ukradkowe spojrzenie. Zaczął się zastanawiać, czy legendy o sekretarkach sypiających ze swoimi przełożonymi mają w sobie cień prawdy. Jeśli tak – Dieter miał całkiem niezły gust.

- Ostatnie pół roku było cudowne. Dałeś mi ciepło, zabrałeś samotność, czuję się… czuję się kochana, Mat. Jestem szczęśliwa… z tobą i dzięki tobie. I dlatego mam dylemat.
- Kariera w wielkim mieście czy niedawno poznany obcojęzyczny facet z niebezpiecznym hobby. – uśmiechnął się.
- Nie – odparła – Kariera w wielkim mieście czy cudowny, czuły i rozpalający moje zmysły mężczyzna, do którego… do którego nie sądziłam, że aż tak się przywiążę.


Kobieta przy biurku odebrała telefon.
- Dyrektor pana oczekuje.
Wstał, skłonił się jej lekko i ruszył w kierunku ciężkich, mahoniowych drzwi.
Kątem oka widział, jak sekretarka wiedzie za nim rozmarzonym wzrokiem.
Ciekawe, jak firmowy kombinezon działał na kobiety.

- Nasze „to tylko seks” wymknęło się spod kontroli, Bellissima. I mnie brakowało będzie twojego ciepła, twojej wyrozumiałości i… i tej zwyczajnej, rozkosznej obecności. Tego, jak odrywasz mnie od przyziemności, od wszelkich problemów. Nie lubię Wielkich Słów. Wielkie Słowa skomplikowały by tylko to wszystko. A ty musisz jechać.
Przytaknęła.
- Tego właśnie się boję, Mateuszu. Tak mówi logika. Ale serce mówi mi, że za rok…
Wiedział, co mówiło jej serce.
We własnym czuł dokładnie to samo.


W gabinecie nie było przygotowanego drugiego krzesła, najbliższe stało przy ścianie.
Dyrektor Dieter nie planował dłuższej przemowy.
- To ty, Mateuszu… witaj.

- Nie oczekuje, że wrócisz do mnie, Giulio.
Zwiesiła głowę. Trafienie w punkt.
Pocałował ją. Podtrzymała pocałunek, objęła, przycisnęła mocno do ciała. Jej dotyk palił.
- Nie oczekuje, że będziesz czekał.


- Czym dzisiaj się zajmujecie? – zapytał Dieter. Wyczuł w głosie Dyrektora, że odpowiedź zbytnio go nie interesuje.
Ot, small talk. Pytanie grzecznościowe.
- Dostrajamy nowego Caymana GT4. Klaus nie jest do końca zadowolony z pracy zawieszenia w warunkach torowych…
- Oh, znakomicie… chyba obędą się bez ciebie, prawda?

- Po prostu… to nie miało tak boleć, Mateuszu. Powinnam ci zakomunikować, że niebawem wyjeżdżam, ty powinieneś udać, że się cieszysz. Tę część odegraliśmy znakomicie. Potem powinno być pół godziny namiętności. I miesiąc bycia ze sobą, jak do tej pory, dopóki nie wyjadę. Romantyczna kolacja, czerwona róża, ostatnia wspólna noc, niezapomniana i bezwstydna. Podróż na lotnisko. Pocałunek w hali odlotów. I rozstanie, po którym żadne z nas nie liczyło by, że jeszcze kiedyś… może…
- Ale jednak tam, gdzieś głęboko, liczymy na to. I boimy tego rozstania. Schrzaniliśmy część z nieprzywiązywaniem się.
Przytaknęła.
- Problem w tym, że ja nie żałuję, że się przywiązałam, Mat. I to nie daje mi spokoju.
- Problem w tym, że ja też nie żałuję.


- Twoje ostatnie dokonania… przejdę może od razu do rzeczy…
Przełknął ślinę. Kumulacja?

- Isabella również załapała się na ten staż. Odmówiła, jednak, bo ona i Kristofer… a ja… nie potrafię tak.
- A ja tego nie oczekuje. Wystarczy mi te pół godziny namiętności, ten ostatni pozostały nam miesiąc bycia. Ta kolacja, ta róża, ta noc. I ten pocałunek na lotnisku.
- A co potem, Mat? Gdy obudzimy się z tego uczucia, nagle, samotni w wielkich miastach na dwóch końcach świata?
Czytała mu w myślach. Problem polegał na tym, że nie znał odpowiedzi.
Poprawnej odpowiedzi bowiem nie było, prócz jednej.
- Nie liczę na nic, Giulietto. Que sera, sera.
- Que sera, sera, Mateuszu.
Co ma być, będzie.


- Sprawdziłeś się w roli szofera… powiem więcej, dałeś sobie radę z humorami mojej córki, a to się, niestety, rzadko komukolwiek udaje.
- Dziękuję, panie Dyrektorze.
- Nie wiem, czy to właściwa odpowiedź, chłopcze. Elizabeth nadal zdarza się mieć mi za złe, że cię nie zwolniłem. W każdym razie… mojemu szoferowi wypadła dziś nagła sprawa rodzinna, więc pilnie potrzebuje zastępcy. Liczę, że wywiążesz się z tego zadania?
- Oczywiście, panie Dyrektorze.
- Samochód stoi pod numerem 13. Otto będzie na ciebie czekał w mojej willi, mój syn Hans kończy lekcje o 15, czyli za – spojrzał na tarczę tytanowego zegarka – niecałą godzinę. Elizabeth powinna skończyć zajęcia w mniej-więcej tym samym czasie. Otto zna drogę do Gymnasiumu. Zawieziesz moje dzieci do domu, stamtąd weźmiesz taksówkę do Firmy.
Zapadła cisza.
- Masz jakieś pytania, Mateuszu?
- Tylko jedno, panie Dyrektorze. Kim jest Otto?
- Och – Dieter był wyraźnie zaskoczony – To nasz ochroniarz, chłopcze.

Pociągnął za klamkę i wspiął się na stopień, by po krótkiej chwili znaleźć w przepastnym kokpicie, wśród przesytu skóry i aluminium. Umieścił kluczyk w stacyjce i nacisnął przycisk, by zostać powitanym przez odległy, basowy pomruk niemal pięciolitrowego V8. Dotknął wielkiego ekranu nawigacji i wybrał opcję „dom”.
- 45 minut do celu. – urządzenie zaświergotało w języku Goethego.
- Fuck – odparł, przesuwając lewarek automatycznej skrzyni w pozycję „R”. Dodał gazu, a siedemset niutonometrów momentu obrotowego przez ten krótki moment spowolniło ruch obrotowy ziemi.
- Woah – stwierdził, zatrzymując wóz i przerzucając na „D”. – OK, bydle… trochę nam się pali… damy radę, wielorybie? – zapytał, wciskając gaz niemal do podłogi.
Pięciusietkonne, czarne Cayenne Turbo S katapultowało kulę ziemską do przodu.

- Jesteś u celu – zaszprechała nawigacja.
W aucie czuć było zapach klocków i rozgrzanych tarcz hamulcowych, ale ściął pięć minut z czasu przejazdu. Zastanawiał się tylko, jak Dieter zareaguje na sponsorowaną przez lipską policję sesję zdjęciową.

Drzwi pasażera rozwarły się gwałtownie i miejsce w kokpicie zajął barczysty, niemal łysy facet po trzydziestce. Na sam jego widok Mat przypomniał sobie wszystkie filmy i kawały o prywatnych ochroniarzach.
- Jesteś spóźniony. – stwierdził krótko mężczyzna. Jego niemiecki aż trzeszczał – Thomasschule na Hillerstrasse. Lekcje zaraz się kończą. Masz dziesięć minut.
Dotknął ekranu nawigacji i zaczął wprowadzać adres szkoły.
- Czemu nie jedziesz, do cholery?!
Nawigacja wytyczyła trasę. Dwadzieścia minut do celu.
- Bo nie zapiąłeś pasów.
- Stul dziób, chłoptasiu! – warknął ochroniarz.
- Jak sobie życzysz. – odparł, wciskając do oporu pedał odpowiedzialny za zmianę przyśpieszenia ziemskiego.

SUV zajechał pod Gymnasium w momencie, gdy z budynku szkoły zaczęli wybiegać pierwsi uczniowie. Bez skrupułów stanął na wyłączonym z ruchu fragmencie ulicy, naprzeciw wejścia i pod wielkim znakiem zakazu zatrzymywania. Od dobrych kilku przecznic był pewien, że klocki i tarcze hamulcowe w tym wielorybie wyprodukowała firma Fading.
- Jesteście glücklich, Herr Führer? – rzucił do ochroniarza.
Otto nie odpowiedział. Otworzył drzwi, wychylił się przez próg i zwymiotował wprost na drogę.

- Jesteś prawdziwym Junior Test Driverem, Mat? – Hans był ciut zblazowanym trzynastolatkiem z głosem niedotkniętym jeszcze mutacją, ale w ciągu tych kilku minut spędzonych z „gimbusem” Mateusz zdążył obdarzyć go odrobiną sympatii.
- Kandydatem – odparł – Dopiero się uczę.
Sunęli trzypasmową arterią przez samo centrum Lipska. Zaczynały się godziny szczytu, ruch gęstniał, czasu na dotarcie na Uniwersytet miał oczywiście za mało.
Wcisnął gaz do oporu, automatyczna skrzynia wykonała natychmiastowy kickdown, wrzucił kierunkowskaz i błyskawicznie zajął wolne miejsce na środkowym pasie, by chwilę później znaleźć przed snującym się lewym pasem Golfem.
- Lewy to nie kółko różańcowe. – mruknął po polsku.
- No ale jeździsz mega super – stwierdził Hans. Otto tylko jęknął, nadal nieco zielony na twarzy – Jak tylko usłyszałem, że ta wredna nudziara na ciebie wbija, to wiedziałem, że musisz jeździć jak na ściganta przystało.
Mat uśmiechnął się pod nosem, odbijając na pas do skrętu w lewo i zwalniając przed światłami. Kątem oka dojrzał w środkowym lusterku, jak Golf zostaje wyprzedzony środkowym pasem przez czarnego Mercedesa.
- Ten Merc jedzie za nami od kilku przecznic – odezwał się do Otta, gdy czarny samochód bezpardonowo przyhamował przed wyprzedzonym Volkswagenem i w ostatniej chwili zjechał za nimi na pas do lewoskrętu.
- To nie film sensacyjny – odburknął ochroniarz – Gdyby było coś niepokojącego… po prostu zamknij się i jedź.
- C-Klasse. – stwierdził z nutą fascynacji w głosie Hans, gapiąc się przez tylną szybę Cayenne – W204 AMG! Fajna gablotka, ale GT3 robi ją jak chce.
Światło zmieniło się na zielone, pokonał skrzyżowanie i znalazł na ulicy, wzdłuż której rozciągał się Uniwersytet.  Kilka chwil później skręcał już na parking.
C-Klasa pomknęła przed siebie.
Chyba po prostu był przewrażliwiony.

Pod wejście podjechał w ostatniej chwili. Nie zdążył nawet zatrzymać auta, gdy w drzwiach pojawiła się Elizabeth. Zatrzymał samochód pod schodami i rzucił jej ukradkowe spojrzenie. Kwietniowy dzień był dość chłodny, miast sukienki miała więc na sobie jeansy i czarną, skórzaną kurtkę, nadającą jej nieco wyzywającego uroku. Nie mógł jej tego odmówić – umiała robić wrażenie na facetach.
Pociągnął za klamkę i sięgnął do przycisku pasa bezpieczeństwa, lecz krótki ryk ochroniarza usadził go w miejscu.
- Gdzie leziesz, gnoju?! Pilnujesz samochodu! Nie wpieprzaj się w moje kompetencje!
Domknął drzwi, westchnął i zapiął ponownie pas. Otto wyskoczył z auta i płynnym ruchem otworzył drzwi wiodące na tylną kanapę. Dziewczyna zajęła miejsce i złapała jego spojrzenie w środkowym lusterku. Na jej ustach igrał triumf wymieszany z satysfakcją.
Cóż, 1:0 dla niej.
- Cześć, fajtłapo. Czym tym razem podpadłam ojcu, że skazuje mnie na jazdę z tobą?
- Witaj, Elso.
Zapowietrzyła się i zarumieniła lekko. 1:1, plus informacja, że duża dziewczynka lubi bajki Disneya.
- Jedź. – stwierdził krótko Otto, zajmując ponownie fotel pasażera.
Wybrał opcję „Dom” w nawigacji, przesunął lewarek skrzyni na „D” i miękko ruszył przed siebie.
- Zaskakujesz mnie. Nadal w barwach Porsche i na usługach mojego ojca, nie do uwierzenia po tym, co ostatnio odstawiłeś…
Na wyjeździe z parkingu dodał gazu, wbijając się w lukę w strumieniu samochodów. Nawigacja wskazywała niecałe dwadzieścia minut do celu.
- Nadal nie umiem zrozumieć, dlaczego cię nie wylał, próba narzucenia mi swojego widzimisię…
Spojrzał w lusterko i uśmiechnął pod nosem.
- Skuteczna. – stwierdził krótko, wchodząc jej w słowo.
Zająknęła się, stwierdzając, że odruchowo zapięła pasy bezpieczeństwa.
1:2. Robił się dobry w tę grę.
- Nie rób mu pod górkę, siostra! – odezwał się Hans – Bycie Kierowcą Testowym Porsche to jest taka super praca… te wszystkie maszyny… cuda z Trzeciej Grupy…
- Tam jeszcze dostępu nie mam. – przyznał się Mateusz.
- Ja w sumie to tylko do Pierwszej – stwierdził smutno Hans. Elizabeth siedziała naburmuszona, młodszy brat traktujący z sympatią szofera ewidentnie nie był jej w smak – Tatko pozwala mi czasem pojeździć po torze jakimś Boxsterem…
Chciał bym zacząć w jego wieku, pomyślał Mateusz. Choćby „jakimś Boxsterem”…
Odpowiedział uśmiechem do środkowego lusterka i skoncentrował na jeździe. Zbliżali się do dużego skrzyżowania, po jego lewej pojawił się czwarty pas, do skrętu. Światło właśnie zmieniło się na żółte, zdjął nogę z gazu i zaczął wytracać prędkość…
Z letargu wyrwał go ryk widlastych ósemek.  Po obu stronach Cayenne przemknęły czarne Mercedesy.
- AMG wrócił! – rozradował się Hans.
- Z kumplem… - dodał Mateusz. C-Klasa z jego lewej przeskoczyła na środkowy pas i zaczęła hamować.
- Jest trzecia! – V8 ryknęło po ich lewej, zrównując się z Porsche - To ściganci? Tutaj, w centrum, za dnia?
- Wątpię – odparł. Otto poruszył się nerwowo. Jemu też nie podobała się ta sytuacja.
- A za nami jest czwar… - zaczął chłopak, ale nie dokończył. Poczuli niewielkie uderzenie w tył, autem lekko zabujało.
- Scheiße! – zaklął ochroniarz.
- Fajtłapa! – rzuciła pogardliwie Elizabeth.
Nie odpowiedział. Do Mercedesów przed nimi dzieliło ich około trzydziestu metrów. Lewym pasem ciągnął się sznur samochodów, podobnie z prawej strony. Wcisnął hamulec i zatrzymał się na środku drogi. Miał złe przeczucia. Samochody za stojącym za nimi Mercedesem zaczęły trąbić.
Otto otworzył drzwi i stanął na jezdni. Mat obserwował w lusterku, jak z C-Klasy wysiada dwóch kolesi w luźnych, ciemnych marynarkach.
- Po co tym gościom przeciwsłoneczne okulary? – zapytał trzeźwo Hans – Nie ma ostrego słońca…
Nacisnął pedał hamulca i przesunął lewarek skrzyni biegów na pozycję do jazdy. Wszystko zaczynało wyglądać jak w kiepskim filmie sensacyjnym.
- No i co, kurwa, narobiliście? – rzucił Otto.
Mężczyźni odpowiedzieli wycelowanymi w jego głowę pistoletami.
- Kierowca wysiada i obaj na ziemie. – stwierdził krótko jeden z nich twardym, szorstkim niemieckim. – Przejmujemy ładunek.
Elizabeth pisnęła.
- Stoi dokładnie za moim autem – przeszło mu przez myśl.
Potem zaś, wszystko potoczyło się w ułamkach sekund.
Manetka skrzyni biegów na „R”, gwałtowne wduszenie gazu.
Szarpnięcie, potężna siła, katapultująca samochód w tył.
Głuchy łomot, krótki, opętańczy krzyk, urwany mocnym uderzeniem i dźwiękiem giętego metalu.
Ułamek sekundy ciszy.
Wystrzał.
Pisk z tylnej kanapy.
Drzwi pasażera rozwarły się gwałtownie, na fotel wskoczył Otto. Krew ściekała mu po koszuli.
- Jeeeedź! – ryknął.
Wcisnął gaz do oporu a pięćset koni z rykiem zerwało ciężkiego SUVa do galopu. Kilkanaście metrów przed nimi pasy do jazdy na wprost blokowały ustawione bokiem Mercedesy, a kolejka aut na obu pasach do skrętu nie dawała nadziei na ucieczkę.
Światło na skrzyżowaniu płonęło czerwienią.
W lusterku wstecznym widział tylko ścianę ulicznego ruchu.
I dwa ciała leżące na jezdni.
Drzwi w Mercedesach otwarły się, na drogę wyskoczyli mężczyźni z pistoletami maszynowymi.
- Kuuuurwaaaaa! – ryknął Mateusz – Trzymajcie się, to zaboli…
Napastnicy celowali w niego.
Liczyli, że się zatrzyma?
Silnik ryczał basowo, auto błyskawicznie nabierało prędkości.
- Powinienem się poddać – pomyślał – Ta robota, ci ludzie nie są warci mojego życia…
Wycelował maską SUVa w bagażnik blokującego lewy pas Mercedesa.
- … a z drugiej strony… i tak nie ma gwarancji, że nie pozbyli by się świadków.
Spróbował rozluźnić mięśnie, zrobił ostatni wydech powietrza.
Napastnicy zrozumieli. Na jego szczęście, zadziałali instynktownie.
Załoga Mercedesa odskoczyła w ostatnim momencie.
Nim zdążył poczuć, jak Cayenne wbija się w tył C-Klasy, został ogłuszony potężnym uderzeniem w twarz.
Gdzieś z oddali słyszał dźwięk tarcia metalu o metal.
Ciemność w oczach zaczęła ustępować.
Nie zdjąć nogi z gazu.
Brnąć. Do przodu.
Oszołomienie ustąpiło.
Bok auta ocierał o miejski autobus, stojący na lewym pasie.
Materiał poduszki powietrznej leżał mu na kolanach.
Instynktownie odbił w prawo, w kierunku środka drogi.
Auto posłusznie spełniło jego polecenie. SUV nadal był sterowny.
Gdyby nie fakt, że właśnie wpadali na skrzyżowanie na czerwonym świetle, mógłby uznać, że sytuację ma pod kontrolą.
Dwa otwory wylotowe, które z krótkim, upiornym brzęknięciem pojawiły się nagle u góry przedniej szyby ostatecznie dowiodły, że sytuacja daleka jest jednak od stabilnej.
Krótki rzut oka w środkowe lusterko, ułamek sekundy oderwanej uwagi. Elizabeth kuliła się na tylnej kanapie, Hans zwisał bezwładnie na pasach, najwidoczniej ogłuszony kurtyną powietrzną.
Ułamek sekundy za dużo.
W ostatniej chwili odbił gwałtownie w lewo, o włos unikając staranowania przez ciężarówkę.
Jadąca pas dalej Vectra nie miała tyle szczęścia. Trafił Opla w tylne nadkole, nadając rotację i spychając z drogi.
Otaczała go kanonada klaksonów, przez przednią szybę przeszło pionowe pęknięcie, ale nie dbał o to.
Pokonał skrzyżowanie i pomknął dalej, prując na północ Eutritzscher Strasse.
- Na następnym skrzyżowaniu, skręć w lewo w Coppi Strasse – głos nawigacji był monotonny i nieadekwatnie spokojny.
- Nie zatrzymuj się! – jęknął Otto – Gaz w podłodze, byle do willi!
Przeciągły, zbliżający się gdzieś z tyłu ryk nie zwiastował niczego dobrego.
- Wracają. – rzucił krótko, próbując zachować spokój w głosie.
Gaz trzymał wciśnięty w podłogę. Rzecz w tym, że przy sportowych AMG Cayenne było ospałym słoniem.
Rzucił okiem w lusterko wsteczne.
- Padnij!! – ryknął, ciągnąc za regulator i kładąc swój fotel.
Dźwięk kanonady wymieszał się ze świstem kul i dziurawionych szyb. Napastnicy strzelali prosto w okna, musieli więc być tuż obok.
- Jebał was pies! – zaklął, odbijając w prawo. Kierownicę trzymał jedną ręką, jazda w pozycji horyzontalnej nie należała do najprostszych. Poczuł mocny wstrząs, kierownicą szarpnęło, niemal wyrywając mu ją z ręki. Seria jednak ustała, uderzenie zmusiło najwyraźniej strzelców do ukrycia się w aucie.
Podniósł nieco fotel, i w tym samym momencie poczuł uderzenie z lewej strony. Mercedes wbił mu się w bok, ale Porsche niewzruszenie parło naprzód swoim pasem.
- To ja mam tutaj przewagę masy! – zdał sobie sprawę.
Wdusił gaz i wysforował się nieco naprzód. Widział już pas do jazdy w lewo, światło na skrzyżowaniu właśnie zmieniło się na zielone, kolumna aut nie była długa. Mogło się udać…
Kątem oka dojrzał, jak z lewej strony zrównuje się z nim C-Klasa. Przez okna wystawali strzelcy z pistoletami maszynowymi w dłoniach.
- Kurwa! – odbił gwałtownie w lewo, uderzając w Mercedesa, i zmuszając ich do wycofania się w głąb auta.
- Skręć w lewo. – zakomunikowała nawigacja.
- Skręcaj! – ryknął Otto.
- Po moim trupie – odkrzyknął Mateusz, taranując AMG z prawej strony. W nim strzelec był tylko jeden, najwidoczniej do drugiego auta przesiadła się załoga z Merca staranowanego na skrzyżowaniu – Zbyt duże ryzyko utknięcia w korku, poza tym… dasz radę obronić nas w willi? Jest tam wsparcie?!
Zignorował zalecenie nawigacji i wpadł na skrzyżowanie na pełnym gazie, akurat gdy światło zaczynało płonąć czerwienią. Milczenie Otta upewniło go w przekonaniu, że podjął właściwą decyzję.
- Ta droga wiedzie prosto na autostradę – stwierdził, odbijając w lewo i zmuszając Mercedesa do gwałtownego uniku -  To dwa, maks trzy kilometry, musimy dać radę… na autobanie może uda się ich utrzymać na dystans…
- Co planujesz!? – odparł Otto, wybierając numer na telefonie – Muszę podać lokalizacje policji …
- Lecimy do Firmy.
Ochroniarz przytaknął. Pomysł był sensowny.
Mercedesy zrównały się z nimi nagle, po obu stronach auta. Zareagował błyskawicznie, dusząc pedał hamulca.
Poczuł zawirowanie powietrza tuż koło twarzy, w policzek uderzył go odłamek szkła.
Autem zatrzęsło, rozległ się dźwięk pękającej szyby. Dodał gazu i odbił w prawo, ale zdał sobie sprawę, że broń strzelców z aut przed nimi jest już skierowana wprost na niego.
Dlaczego więc nie strzelali?
- Oni chcą wziąć ich żywcem – dotarło do niego – Strzelając od frontu ryzykują, że kule trafią dzieci Dietera… dlatego próbują nas podejść od boku.
- … Delitzscher Strasse – niemal krzyczał w słuchawkę Otto – Zbliżamy się do skrzyżowania z Essener… co najmniej cztery samochody i ośmiu napastników, wciąż gonią nas minimum dwa, czarne Mercedesy…
Światło na sygnalizatorze rozjarzyło się pomarańczą.
- Niedobrze – pomyślał Mateusz. Skrzyżowanie było duże, czteropasmowe. Ruch gęstniał. Tym razem, próba przebicia mogła skończyć się tragicznie…
… tylko czy miał inne wyjście?
Zdjął nogę z gazu i delikatnie nacisnął na hamulec, wytracając prędkość, by w końcu zatrzymać wóz niecałe czterdzieści metrów od skrzyżowania. Porywacze dali się chyba zaskoczyć, oba auta znalazły się przed nimi. Do tyłu ucieczki jednak nie było.
Na tym skrzyżowaniu wytyczone były tylko trzy pasy. Jeden do jazdy w prawo, zajęty przez kilka oczekujących na skręt samochodów, oraz dwa na wprost. Na prawym z nich stały dwa auta, szybszy pas okupował stojący w poprzek Mercedes. Drugi z nich stał z prawej strony, kilkanaście metrów bliżej.
Po lewej stronie były tylko szyny tramwajowe, oddzielone od drogi grubą, stalową barierą.
Odetchnął głęboko.
Czy bał się śmierci? Tak i nie. Bał się cierpienia, ale z drugiej strony…
… dawno nic nie wpompowało mu tyle adrenaliny do żył.
Dookoła nie było świata. Był samochód, on, droga i przeciwnik.
Zupełnie jak na przełęczy.
Jak dawniej.
Ruch na skrzyżowaniu, za blokującym drogę Mercedesem, był gęsty.
W stojącym bliżej nich aucie zaczęły się otwierać drzwi. Trzech strzelców. Tym razem było ich zbyt wielu, by chybić.
Nie mógł dłużej zwlekać.
Cayenne zmieliło kołami asfalt i wystrzeliło do przodu.
Elizabeth jęknęła.
- Trzymaj się. – stwierdził krótko.
Trzydzieści metrów.
Chyba tego nie przewidzieli. Sądzili, że bariera po lewej i skierowanie do niej frontu auta wybije mu ten pomysł z głowy.
Dwadzieścia.
Przemknął koło C-Klasy na prawym pasie, ta nabierała już rozpędu, kule zadudniły o karoserię w okolicy bagażnika. Nie byli w stanie dobrze przymierzyć przy tej prędkości?
Dziesięć.
Siedzący w blokującym pas Mercedesie liczyli, że się zatrzyma.
Popełnili fatalny błąd.

To, czego się dopuścił, nie dotarło do niego od razu.
Świadomość ta zaczęła mu ciążyć znacznie później, po wielu latach.
Długo miał się potem zmagać z oceną własnych decyzji z tego dnia.
I nigdy nie znaleźć ani usprawiedliwienia, ani też innego wyjścia.

SUV wbił się w bok czarnego Mercedesa z blisko pięćdziesiątką na liczniku.
Kierowca próbował uskoczyć, ale nie zdążył. Front Cayenne wgniótł go w karoserię jego własnego auta.
Stojący po drugiej stronie auta pasażer zareagował zupełnie irracjonalnie. Uniósł broń i pociągnął za spust, ale uderzony własnym samochodem stracił równowagę i chybił, wpadając pod auto.
- Święty Boże! – jęknął Otto, uderzając głową w szybę.
Uderzenie miotnęło nim do przodu, pasy opięły się na ciele. Siły działające na ciało były ogromne, ale wiedział już chociaż po poprzednim, czego się spodziewać. Masie i wysokości Porsche zawierzył swoje życie. Na szczęście, nie zawiódł się.
Poza tym… był dziwnie spokojny.
Napastnicy stanowili zagrożenie.
Musiał ich zabić.
Nie było innej drogi ucieczki.
Odbił w prawo, w kierunku środka skrzyżowania. Silnik nie pracował równo, ewidentnie przerywał na jednym czy dwóch cylindrach, ale Porsche niewzruszenie parło naprzód.
Strumień samochodów z obu stron przeciwległej jezdni był niezwykle gęsty, ale odbijając jeszcze nieco w prawo…
Otarł się o przedni zderzak hamującego rozpaczliwie X5, a duży Jaguar na sąsiednim pasie wbił się wprost w tylne lewe koło Cayenne. Autem potężnie zarzuciło, Porsche złapało duży przechył…
… ale wsparło się na boku wyrastającej znikąd C-Klasy.
Przez te krótką chwilę, gdy auto sunęło na dwóch kołach, spojrzał do wnętrza Mercedesa.
Wprost w lufę pistoletu.
Kierowca trzymał kierownicę jedną ręką, w drugiej dzierżąc broń.
W prawej. Silniejszej.
Wystarczył mu ułamek sekundy, wyłowiony kątem oka kształt, wjeżdżający na skrzyżowanie kilkanaście metrów przed nimi, po prawej.
Wdusił hamulec do podłogi i skręcił maksymalnie w prawo.
Nie popełnił błędu.
Wóz ciężko opadł na ziemię i z ogromnym impetem uderzył w tylną ćwiartkę Mercedesa.
Czarny sedan natychmiast wpadł w poślizg, rotując wokół własnej osi, kierowca nie dał rady utrzymać auta w ryzach.
Rozległo się bzygnięcie, szyba w Porsche pękła.
Naczepa TIRa znalazła się dokładnie tam, gdzie czuł, że się znajdzie.
AMG wbiło się w nią bokiem. Naczepa była starego typu i miała skorodowane odbojniki.
Samochód wpadł pod nią.
Bez dachu i bocznych słupków.
Potężne hamulce Porsche zdały egzamin, wytracił prawie całą prędkość, udało mu się nawet nieco skręcić koła i trafić w oś naczepy, lekko odbijając od opon.
Na krótki moment wszystko jakby przycichło.
Patrzył na wrak Mercedesa utkwiony pod naczepą.
Widział napastników. To, co z nich zostało.
Cztery pozbawione głowy korpusy.
Ten obraz utkwił mu w pamięci na długo.
Nim jednak zdążył się na nim skupić, zrozumieć, przerazić, do jego świadomości przedarł się opętańczy krzyk Elizabeth.
Spojrzał w prawo.
Otto pobladł.
Krew tryskała na wszystkie strony.
Zabłąkana kula. Jedna z tych, które przebiły na skrzyżowaniu przednią szybę.
Ironiczne. W końcu trafili…
Opuścił fotel ochroniarza do pozycji horyzontalnej, próbując się opanować.
- Uciskaj powyżej rany. – zwrócił się do Elizabeth.
- Ja nie umiem, ja…
- Zamknij się i rób co mówię.
Nie zaprotestowała. Po czole ciekła jej krew, ale poza tym wyglądała na całą i zdrową. Objęła potężne ramię ochroniarza i ścisnęła z całych sił.
Krwotok wyraźnie zmalał. Dawało im to choć trochę czasu na ratunek.
Samochodem telepało, silnik ledwie pracował, geometria podwozia zapewne już nie istniała, ale wóz parł przed siebie.
Telefon uporczywie dzwonił. Odebrał.
- Co z moimi dziećmi?! – Dieter niemal krzyczał.
- Najbliższy szpital, skrzyżowanie Delitzscher i Essener.
W słuchawce zapadła cisza.
- Klinika Świętego Grzegorza. – odpowiedział w końcu szef Centrum Porsche – Kilometr na północ.
- Nic im nie jest.
W lusterku widział koguty radiowozów, ale nie dbał o to.
Zadanie chciał dopełnić do końca.

Zdemolowane, dymiące spod maski Cayenne wpadło na dziedziniec szpitala, ciągnąc za sobą kolumnę radiowozów.
Zatrzymał się tuż przed szlabanem, zaraz rzucili się w ich kierunku sanitariusze. Dieter stanął na wysokości zadania.
Drzwi się otwarły, Otto znalazł się na noszach.
Zobaczył jak tylne drzwi się otwierają, para policjantów pomogła wysiąść Elizabeth, następna dwójka wyniosła półprzytomnego Hansa.
Co najmniej trzech zaś trzymało broń wycelowaną prosto w niego.
Wsparł się na kierownicy i odetchnął ciężko.
Namacał kluczyk w stacyjce, zgasił silnik.
Rozpiął pas.
Zamknął oczy.
Drzwi kierowcy otwarły się chwilę później, choć jemu wydawało się to nieskończonością.
Wyciągnęli go z auta i rzucili na ziemię.
Poczuł zimną stal kajdanek na nadgarstkach.
Usłyszał swoje imię.
Otworzył oczy, uniósł wzrok.
Dieter, blady jak kreda, trzymał Elizabeth w objęciach.
- Zawdzięczam ci życie. – powiedział – I wyciągnę cię z tego.
Mat pokiwał głową, unosząc prawy kciuk do góry.
I zemdlał.

- Imię i nazwisko.
- Mateusz Wilk. Jest to w moich dokumentach.
- Narodowość. – oficer zignorował jego komentarz. Nie miał więcej niż czterdziestu lat, czyli musiał być dobry w tym, co robił. Nieudaczników do służby w Kripo, policji kryminalnej, nie brali.
- Polska.
- Powód przyjazdu do Niemiec?
- Edukacja na Uniwersytecie Lipskim. Stypendium Centrum Porsche.
Policjant nieznacznie uniósł brwi. W swoim życiu prowadził wiele spraw, ale z czymś tak… szalonym miał do czynienia po raz pierwszy.
- Dlaczego więc student, szkolący się na inżyniera w Porsche, robi za szofera dyrektora Centrum? – nadkomisarz Heinrich Krüger wbił w niego swoje stalowoszare spojrzenie.
- Nie szkolę się na inżyniera, panie nadkomisarzu. Jestem kandydatem na kierowcę testowego.
- Kierowca testowy – pomyślał Krüger – To chociaż tłumaczy niepoślednie umiejętności prowadzenia auta.
- A jak pan wytłumaczy fakt zastępowania szofera? To też należy do waszych obowiązków? Bez szkoleń, bez licencji…?
- Nie kwestionuje dyspozycji dyrektora Centrum, gdy gra idzie o pozostanie na stażu.
- I dlatego osobiście zabił pan za pomocą niebezpiecznego narzędzia siedmiu ludzi?
Mateusz zamilkł na dłuższą chwilę. Kilka ostatnich godzin spędzone w celi było ciężkie. Zaczęło do niego docierać, co zrobił i w co się wpakował. Ale choć zawsze uważał się (i nie był w tym poglądzie odosobniony) za osobę empatyczną, nie było mu żal martwych napastników. Choć starał się w sobie ten żal ze wszystkich sił znaleźć.
Nadkomisarz Heinrich jeszcze raz spojrzał w akta chłopaka. Dzieciak (bo inaczej o dwudziestolatku myśleć nie potrafił) był w praktyce czysty. Przez Interpol udało mu się wygrzebać drobiazgi, mandat za złe parkowanie, przekroczenie prędkości o kilkanaście kilometrów poza terenem zabudowanym… to było nic. Trochę więcej dał telefon do starego znajomego z czasów pewnej międzynarodowej afery z kradzieżami sportowych aut. Komisarz z komendy wojewódzkiej w Katowicach miał kilka ciekawych raportów, wszystkie na temat nielegalnych wyścigów na górskich drogach. Jeden ciężki wypadek, sprawca nieznany, kolega miał dowody świadczące, że ktoś sprawę tuszował. Tyle że w tym przypadku ten cały Mateusz był ofiarą, a nie sprawcą. Ślizganie się nocą po górach nie było zresztą aż tak karygodne jak wyścigi po ulicach miast… Ogółem… młoda, buzująca krew i zdolny kierowca. Na pewno nie kandydat na mordercę. Ale z drugiej strony…
- Działałem w obronie własnej – odpowiedział wreszcie chłopak – I pasażerów, których powierzono mi w opiekę.
- W twoim odczuciu, chłopcze, „obrona własna” to złamanie wszystkich możliwych przepisów ruchu drogowego, staranowanie kilkunastu samochodów i trzy poszkodowane postronne osoby? – nadkomisarz podniósł nieco głos – Mamy nagranie, na którym uderzony przez ciebie Mercedes wpada pod TIR’a, w tym aucie zginęły cztery osoby. Jest film jak wbijasz człowieka w innego Mercedesa, a stojącego po drugiej stronie przygniatasz tym samochodem. To kolejne dwie ofiary śmiertelne. Świadkowie mówią, że wcześniej przejechałeś jeszcze jednego człowieka… jego kompana zastrzelił ochroniarz pana Bülow, Otto Bauer, ale ten potrącony przez ciebie nieszczęśnik przeżył…
- To może zapytacie go… – nie wytrzymał w końcu Mateusz - … może powie wam, jakie pokojowe intencje próbował wyrazić wraz z kumplami, używając do tego kul kaliber 9mm? Myślę że Otto chętnie się dowie, kto prawie odesłał go z tego łez-padołu. Dieter też pewnie chciał by wiedzieć, komu tak bardzo zależało na jego dzieciach, że posunął się do próby porwania w środku dnia, z bronią w ręku, w centrum Lipska?
Gliniarz przyglądał mu się uważnie, z niewzruszonym wyrazem twarzy.
- Nie zapytamy, panie Wilk – odparł, gdy Mateusz skończył swoją tyradę – Niecałą godzinę temu zmarł w szpitalu. Jest dla mnie zagadką… jak złamane ręce, nos i wstrząśnienie mózgu… zupełnie niegroźne obrażenia… mogą prowadzić do nagłego ustania akcji serca? Może ty mi to wyjaśnisz?
- A skąd ja to mam, kurwa, wiedzieć? – Mat zastanawiał się, czy w tej gównianej sytuacji dotknął już dna szamba – Panie komisarzu – złagodził ton – Ja naprawdę nie jestem… nie zrobiłem tego…
Gówno prawda, pomyślał. Tych drani rozwaliłem umyślnie.
- Żałujesz tego, co zrobiłeś, Mateuszu? – zapytał niespodziewanie policjant. Mógł by przysiąc, że wyczuł nutę współczucia w jego głosie.
Milczał dłuższą chwilę.
- Nie, panie komisarzu. Nie żałuję.
Wbrew temu, co sądził, jego odpowiedź nie zbiła nadkomisarza z tropu.
- Uważasz więc, że postąpiłeś słusznie?
Milczenie.
- Nie wiem. Nie wiem, czy dało się to rozwiązać inaczej, czy musiałem doprowadzić do śmierci… zabić tych napastników. Nikt do tej pory nie próbował mnie zabić… - zawahał się. Ledwie wyczuwalny ból ręki przypomniał mu zimną, letnią noc na Serpentynach - … przynajmniej nie w ten sposób, tak brutalnie i bez zawahania. Ja chciałem tylko wydrzeć się z zasadzki, chciałem, kurwa, przeżyć.
- Mogłeś się poddać.
- A pan by się poddał? Oddał powierzone panu w opiekę osoby w ręce porywaczy? Wierzył, że nie dostanie kulki w łeb, bo nie zostawia się świadków?
W punkt. Gliniarz pierwszy raz nie wytrzymał jego spojrzenia, spuścił nieco wzrok.
- Nie mogłem na to pozwolić. Parłem przed siebie, działałem emocjami, nabuzowany adrenaliną. Stali na mojej drodze, próbowali mnie zabić, wtedy nie widziałem innej możliwości, niż zabić ich.
- A teraz? - wiedział, że komisarz Krüger nie ma takiego pytania w kwestionariuszu. Nie notował, pytał osobiście.
- Teraz zrobił bym to samo, panie komisarzu. Ja nie umiem znaleźć w sobie żalu dla napastników. Uważam, że spotkała ich… upiorna sprawiedliwość.
Policjant spoglądał mu prosto w oczy, ale wyraz jego twarzy pozostawał nieodgadniony.
- Przeholowałem – pomyślał Mat – Szczerość nie popłaca.
Zadzwonił telefon.
- Krüger – powiedział w słuchawkę komisarz. Milczał dłuższą chwilę. – Tak jest, panie inspektorze.
Nadkomisarz odłożył słuchawkę i bez słowa komentarza zaczął coś notować w swoim dzienniku. Twarz miał bez wyrazu, jedynie lewa brew nieco mu drgała. Po chwili zaczął zakreślać coś w jego aktach, skupiając się szczególnie na jednym fragmencie. Mat nie znał niemieckiego na tyle, by odczytać niewielkie litery do góry nogami. W końcu policjant uniósł głowę znad papierów i wbił w niego wzrok.
- Masz potężnego protektora, chłopcze.
Nacisnął czerwony przycisk na rogu biurka i do pokoju przesłuchań natychmiast weszło dwóch młodych policjantów.
- Rozkujcie go. – stwierdził z rezygnacją w głosie Krüger.
Mat nieśmiało uniósł dłonie, nie dowierzając swojemu szczęściu, by po chwili zostać uwolnionym z kajdanek.
- Jesteś wolny – powiedział powoli nadkomisarz Heinrich Krüger – Ale wiedz jedno, panie Wolf… będę cię miał na oku.

Odebrał z przechowalni portfel i telefon, po czym ruszył w kierunku wyjścia z komendy. Dochodziła dwudziesta, na zewnątrz było już praktycznie ciemno. Dioda powiadomień jego HTC pulsowała.
- Fuck – wyrwało mu się, gdy ujrzał kilkanaście nieodebranych połączeń od Giulietty. Wybierając jej numer znalazł się na schodach komisariatu, modląc się w duchu, by dziewczyna odebrała.
Naprzeciw wejścia czekała srebrna Carrera generacji 996.
Poczuł dłonie zaciskające mu się na szyi, niemal stracił równowagę.
Pogładził burzę miedzianozłotych włosów i pocałował ją w czoło.
- Już dobrze, Kocico… już…
- Zapomnij, że w tej sytuacji gdziekolwiek pojadę.
Uniósł jej podbródek, pocałował namiętnie.
Nie miał siły teraz o tym rozmawiać.
- Witaj z powrotem w świecie żywych. – uśmiechnął się do niego stojący przy aucie Kristofer.
- Sam nie wierzę, że po tym wszystkim mnie wypuścili, Kris… i to jeszcze tego samego dnia…
- Musieli by postradać zmysły, gdyby chcieli cię przetrzymać choćby minutę dłużej – szepnęła Giulia, nie wypuszczając go z objęć.
- Dieter stanął pewnie na głowie, żeby cię zwolnili. – przytaknął Szwed – Uratowałeś życie jego dzieciom… teraz o miejsce w zespole możesz być spokojny.
- Nie chcę być traktowany na specjalnych warunkach. – stwierdził twardo Mat – Zrobiłem to, co zrobić należało. Każdy z was postąpił by tak samo. Walczyłem o życie.
- Niemiecka telewizja o niczym innym nie mówi. Na skrzyżowaniach były kamery, pojawiło się już kilka nagrań postronnych świadków… to była niesamowita jazda, stary. W Firmie nagrania widzieli chyba wszyscy, i wierz mi… dałeś popis umiejętności. Rohrl pękał z dumy.
- Nikomu nie przeszkadzał fakt, że zdemolowałem pół miasta i zabiłem siedmiu ludzi?
- Siedmiu zabójców, Mat – słowa Giulii utwierdziły go w przekonaniu, że postąpił słusznie – Policja ustala szczegóły, ale już wiedzą, że to była zorganizowana, międzynarodowa szajka…
- Ochroniarz przeżył?
- Dieter nie wrócił już do firmy, ale dzwonił do Waltera. Ochroniarz jest w szpitalu, ale jego stan się poprawia. Syn Dietera już wyszedł, był tylko poobijany.
- A… - Mat zawahał się. Giulia wciąż nie wypuszczała go z objęć – Córka? – udał, że nie zna jej imienia.
- Ponoć w ciężkim szoku, ale dziwisz się jej?
- Nie – odparł, bawiąc się włosami Giulietty. – To był ciężki dzień…
Kristofer przytaknął ze zrozumieniem.
- Gdzie was zawieźć? Jak chcesz spędzić resztę wieczoru…?
- Swojsko. – odparł, dopiero teraz czując, jak bardzo jest zmęczony - Urżnąć się.