„Zstępując do Piekła”

 

Oparł się o balustradę i nabrał w płuca rześkiego, górskiego powietrza. Wschodzące słońce, przebijając się przez poranną mgłę, nadawało urokliwych barw otaczającym go lasom i szczytom.
Był w domku wypoczynkowym sieci Lindner w górach Eifel. Gdyby palił, to był by właściwy moment.
Wąską uliczką, wijącą się pomiędzy zabudowaniami parku, sunął oklejony kamuflażem samochód. Folia ukrywała detale, ale kształt i tylne światła Nissana GT-R generacji R35 były nie do pomylenia z niczym innym. Charakterystyczny gang sześciocylindrowego VR38 przebijał ciszę poranka, mieszając się z dochodzącymi gdzieś z oddali porykiwaniami kręconych wysoko silników.
Przetarł zaspane oczy, obserwując oddalającego się Nissana. Myślami był daleko.

Ostatnia wspólna noc faktycznie była niezapomniana. Nie mieli już zahamowań, nie mieli jeszcze wyrzutów sumienia.
Mieli siebie.
Wykorzystali ten przywilej w pełni.

GT-R zniknął wreszcie za bramą osiedla, a po chwili powietrze zadrżało od ryku podwójnie doładowanej japońskiej Godzilli. Wydech z całą pewnością nie był seryjny, kamuflaż skrywać musiał nową wersję specjalną GT-R’a.
Do popołudnia tor należał do zespołów testowych, a oni nie byli jedynymi, którzy z tego przywileju korzystali.

W drodze na lotnisko rozmawiali o wszystkim. O jej stażu w New Yorku. O jego szansach na utrzymanie się jako kandydat w Lipsku. O zaręczynach Kristofera i Isabelli, które wisiały w powietrzu.
Prawdę mówiąc więc, mówili o niczym. Unikali tematu tego, co było przed nimi.
Nie wspomnieli słowem o tym, co działo się w kwietniu, Giulia zdawała się wypierać ten epizod z pamięci, nie miała pretensji, nie zadawała pytań uznając chyba, że jego decyzje były słuszne.
On zaś coraz mniej był tego pewien. Nie czuł się jeszcze winny. Nie czuł się już jednak usprawiedliwiony.

Gdzieś z oddali dochodziły, tłumione linią drzew, pierwsze dźwięki przelatujących samochodów. Basowy pomruk widlastej ósemki, bulgot czterocylindrowego, turbodoładowanego boksera. Gdy przyjechali, z toru zjeżdżał akurat wóz ekipy Chevroleta, zaś na recepcji widział kilku kolesi w koszulkach Subaru. Nowa Corvetta, nowe STi…? Bardzo prawdopodobne.
- Zielone piekło Jackiego Stewarta – stwierdził Kristofer, wchodząc na balkon i wspierając się na balustradzie obok niego – Przekleństwo Laudy. I nasza, jak do tej pory, najgrubsza robota.
- A także wielka miłość Röhrla. Staram się nie demonizować tego toru.

- A więc tak się to kończy. – stwierdziła, wyswobadzając się z jego ramion – To było… dobre pół roku, Mateuszu.
- Najlepsze pół roku mojego życia, Bellissima.
Nie skłamał.
Hala odlotów była tłumna, gwarna i przepełniona kakofonią dźwięków. Jednak w tej jednej, krótkiej chwili, słyszeli i widzieli tylko siebie.
- Myślisz, że… za rok, gdy ten staż się skończy…?
Milczał. Nie znał odpowiedzi. Nie wiedział nawet, czy chce ją znać.
- Ja też, Matteo. Ja też nie wiem. Nie chcę wiedzieć.
Rzuciła mu się na szyję, wpiła w usta w namiętnym pocałunku. Świat zniknął, ten jeden, ostatni raz.
- Co ma być, będzie, Maleńka. Uważaj na siebie.
- Que sera… żegnaj, Mat. I dziękuję za… ten czas.
Oczy miała wilgotne.
Krwistoczerwona róża zdobiąca jej piękne włosy była ostatnim co zapamiętał, nim zniknęła w wiodącym do samolotu korytarzu.
Wiedział, że wystarczyłyby dwa słowa.
Tych jednak bał się nawet on sam.

- Byłeś już na ‘Ringu, Mat?
- Raz. W ogólniaku, ze znajomymi. Kółek zrobionych w grach nie liczę.
- Ja nie miałem okazji… - w głosie Szweda wyczuć można było nutkę zazdrości – Jak było?
- Chyba dość standardowo jak na Nürburgring. Rozbiłem się.

Stojące w hangarze cztery identyczne 911’tki mamrotały basowo na niskich obrotach. Śnieżnobiały lakier kojarzył się z wyczynowymi GT3, ale auta były zwykłymi Carrerami generacji 997.
Z pozoru.
- Dobra, dzieciaki – Klaus, szef mechaników, przeszedł od razu do rzeczy – Walter i Frank miewają różne opinie na ten temat, ale myślę, że umiecie już na tyle, żeby sprostać zadaniu które dzisiaj was czeka. Zapewne doskonale wiecie, że Firma pracuje nad nową generacją, dzisiaj możecie się tej sprawie przysłużyć. To co tutaj widzicie – machnął ręką w kierunku „jedenastek” – To ukryte pod karoserią 997 Carrery S generacji 991. Czterysta koni z 3,8 litra pojemności, dokładną listą zmian pod karoserią nie będę was zanudzać, i tak zresztą nie macie do niej uprawnień. Wasze zadanie będzie proste – zmierzył Kandydatów spojrzeniem – Kręcić kolejne okrążenia na torze. Mamy tutaj wgląd w pełną telemetrię, co pewien czas będziemy was ściągać do padoku i dostrajać nastawy. Naszym celem na najbliższe dni jest wycisnąć maksimum z tych samochodów i zebrać tyle danych, żeby produkcyjne 991 zachwyciło nawet największych purystów. Pytania?
Nie było pytań.
- A… - przypomniał sobie Klaus – Zapomniał bym o najważniejszym. Jako że musimy mieć punkt odniesienia, dwa auta mają aktywne wszystkie systemy wspomagania, ABS, kontrola trakcji, stabilizacja toru jazdy, wszystko jak w wersji produkcyjnej… dwa mają te systemy wyłączone. Te pomiary przydadzą nam się też do torówek i RS’a, wątpię że Firma pozwoli na wprowadzenie opcji wyłączenia systemów do drogowej Carrery.
- Z punktu widzenia klientów wersje z systemami wspomagania są oczywiście najważniejsze – wszedł mu w słowo Frank – Dla naszych testów są też z wiadomych względów bardziej wartościowe, dlatego chciałbym, żeby te auta poprowadzili…
- Ci, którzy wybiorą kluczyk do samochodu z aktywnymi systemami. – przerwał mu Klaus, kładąc na stole cztery identyczne kluczyki. – Giovanni, ty pierwszy. Na spodzie kluczyka jest oznaczenie, do jakiego auta pasuje.
Frank mruknął coś pod nosem. Szef mechaników udał, że tego nie słyszał.
Giovani podniósł leżący skrajnie po lewej kluczyk i odwrócił go.
- Asysty. – stwierdził głośno – W sumie szkoda. Liczyłem na fun.
W gruncie rzeczy jednak, wybór mu odpowiadał. W przyszłym miesiącu jeden z nich miał zostać odrzucony z programu. Najlepszy czas wykręcony w prototypie mógł znacząco zwiększyć jego szanse na pozostanie w grze.
Drugi do stołu podszedł Kristofer. Uniósł jeden z kluczyków i spojrzał na jego spód.
- Cóż, moim zdaniem bez asyst można jeździć co najmniej równie szybko, panie Frank. – rzucił z zaskakującą pewnością siebie w głosie.
- Nie wątpię, chłopcze. – odparł Senior Test Driver – Liczę, że tego dowiedziesz. Mateuszu, teraz ty.
Mat sięgnął po prawy z dwóch pozostających na stole kluczyków, a napis na odwrocie potwierdził jego najgorsze obawy. Polegał na ATTESA’ie w Sky’u, jego styl jazdy opierał się o wykorzystanie elektronicznych zabawek, a w dniu stanowiącym o „być albo nie być” w programie dostał wykastrowaną z wszelkich systemów wspomagających czterystukonną „ośkę” z silnikiem w bagażniku.
A wszystko to na północnej pętli Nurburgringu.

- Dobrze, chłopcy. – głos Röhrla w słuchawkach był ciepły i spokojny – Telemetria z waszych samochodów działa bez zarzutu. Co pewien czas wezwiemy was do padoku w celu zmiany ustawień aut. Ostrożnie, tor dzielimy dzisiaj z kilkoma innymi markami. Uważajcie na siebie i… powodzenia. Bez odbioru.
- Gaz do dechy, dzieciaki. – dodał jeszcze Frank – Pamiętajcie, że nie tylko auta tutaj testujemy.
Cztery białe Carrery, niespiesznie sunące jedna za drugą skrajem toru, zgasiły światła awaryjne i wystrzeliły przed siebie.
Pamiętali.

Wypadł ze ślepego odbicia w lewo, minimalnie kontrując kierownicą uciekający tył auta. Tor gwałtownie opadał, przed sobą widział już kombinacje odbić lewo-prawo, przez którą przejść powinien środkiem. Zdjął nogę z gazu, wytracając prędkość, i po chwili poczuł jak koła kolejno z lewej i prawej strony auta przecięły po tarkach. Błyskawicznie zaczął pulsować hamulcem wiedząc, że inaczej Pflanzgarten mu nie wybaczy. Był tu już, niecałe dwa lata temu, choć zdawało się to inną epoką. Poniekąd nią było.
Wóz pokonał charakterystyczny uskok, ciężko przysiadając na amortyzatorach, ale bez chwili zawahania natarł na zacieśniający się nawrót w prawo. Piach na zewnętrznej, jeszcze jedna ikona Pflanzgarten, i na tym okrążeniu nie miał okazji go pochłonąć.
Ostrożnie, stopniowo dodał gazu, zacieśniając wiraż od zewnętrznej do wewnętrznej, by po chwili znaleźć się na szczycie tej sekcji, na moment tracąc widoczność. Przeskoczył na zewnętrzną i na ślepo skręcił kierownicą w lewo, dziękując losowi za wcześniejszą styczność z Północną Pętlą. Tylko dzięki temu wiedział o zdradliwym, niewidocznym ze szczytu wzniesienia, odbiciu w lewo. Przyczepność auta, zwłaszcza jak na wyłączone systemy wspomagania, była zaskakująca. Przemknął po płaskim fragmencie, ustawiając auto na prawej, zewnętrznej stronie toru, po czym nieco dodał gazu w kolejnym ślepym zakręcie w lewo.
Następujący po nim stumetrowy, gwałtowny spad był w grach sporym wyzwaniem. Pokonując go w rzeczywistości już samo uczucie podchodzącego do gardła żołądka potrafiło przepełnić przerażeniem. Świadomość, że prawa fizyki grają przeciwko niemu, odbierając przednim kołom docisk i przyczepność uspokoił zdjęciem nogi z gazu i pulsacyjnym dociążeniem przednich kół pedałem hamulca. Następnie minimalnie muskając pedał przyśpieszenia pokonał ślepy wiraż w prawo i idące z nim w sekwencji odbicie w lewo. Otwierająca się zaraz potem półprosta, przedzielona jedynie niewielkim lewym, pozwoliła mu znowu wkręcić boksera na najwyższe obroty. Zdradliwy, zaostrzający się wiraż w prawo pokonał trzymając nogę na gazie, od zewnętrznej, pnąc się autem pod górkę, by po dłuższym, ślepym lewym ujrzeć kolejny, mniejszy tym razem spad i tarkę.
Schwalbenschwanz.
Tarkę zaatakował od zewnętrznej do wewnętrznej, chyba niemal idealnie wyczuwając moment wjazdu. Poczuł, że auto znalazło się na mocniej nachylonym fragmencie zakrętu, technika pokonywania tarek cholernie przypominała „jazdę gulikową” w rynnie retencyjnej na górskiej przełęczy.
Zadowolony z siebie dodał trochę więcej gazu.
Błąd.
Tylne prawe koło wyskoczyło poza nachyloną część, auto zaczęło stawiać się bokiem.
Kontra, dużo kontry, gaz.
W ostatniej chwili uświadomił sobie, że nie ma do pomocy elektroniki. Jego prawa stopa wykonała znacznie łagodniejszy gest, naciskając pedał stopniowo.
Z tarki wyszedł półpoślizgiem, opanowując wóz zaraz za nią.
- OK, Mat. – usłyszał głos w słuchawce – Zwolnij, opony mają już dość. Ostatni zakręt powoli i zjeżdżasz do padoku. Nie ciśnij na Döttinger, widzimy, że po tarce ciśnienie w tylnej prawej oponie zaczęło spadać. Dostaniesz nowe gumy, a ja pobawię się trochę balansem hamulców.
Klaus mówił głosem spokojnym, neutralnym i wyzutym z emocji. Mateusz wiedział jednak swoje – szło mu umiarkowanie dobrze. Biorąc pod uwagę, że resztę kandydatów, nawet jadącego bez asyst Kristofera, stracił z oczu pół okrążenia temu… szło do dupy.
Jechał zachowawczo. Walczył z autem, nie z torem. Po prawdzie zaś to walczył z własnym lękiem przed czterystukonnym, nieokiełznanym elektroniką samochodem. Na to zaś kierowca testowy nie powinien sobie pozwalać. Nawet on to wiedział.

Popijając zimną colę z puszki podpierał ścianę garażu, spoglądając spode łba na mechaników komenderowanych przez Klausa. Zespół od pół godziny intensywnie grzebał w jego 911. Klaus nakazał przenieść nacisk hamowania na przód i nieco zmiękczyć nastawy zawieszenia, ale po prawdzie to Mat miał to szczerze w dupie. Obserwował utworzony z kół stosik, słyszał powietrze uchodzące z leżącej na jego szczycie opony. Faktycznie uszkodził ją na tarce…
- Szału nie ma, chłopcze – stwierdził Frank, przechodząc obok – Musiałbyś naprawdę mocno przycisnąć, żeby zbliżyć się do czasów Kristofera. O reszcie nie wspominając.
- Robię co mogę. – odpowiedział krótko.
- To za mało. – odparł od niechcenia Ace Test Driver, po czym cicho dodał – To już nie są ulice Lipska i taran z Cayenne. Kierowca testowy powinien radzić sobie na torze, o czym w twoim przypadku mówić nie…
- Zobaczymy. – uciął mu Mateusz, mimowolnie zaciskając pięści. Głos mu zadrgał.
- Nerwy ze stali – zaśmiał się nieładnie Frank, odchodząc – Jak przystało na profesjonalistę. Tak trzymać, chłopcze!
Pociągnął ostatni łyk i zmiął puszkę w ręku. Żałował, że nie jest to gardło Franka.
- Możesz odpalać! – zawołał do niego Klaus – Dotankujemy i ognia.
- Pokaże wam, skurwysyny. – mruknął pod nosem Mat, ruszając w stronę auta. Jeśli Frank chciał go zdemotywować, to osiągnął efekt odwrotny do zamierzonego.
Pociągnął za klamkę i umościł się w kubełkowym fotelu po czym zamknął drzwi.
Otoczyła go cisza.
W jednym szkop miał rację – Nürburgring to nie były już ulice Lipska.
Nacisnął starter, a sześciocylindrowy bokser zaczął swoją basową pieśń.
Jeśli piekło, w jakim znalazł się miesiąc temu miało jakikolwiek pozytywny skutek, to było nim przebudzenie.
Brama garażu zaczęła się otwierać. W szybę zastukał jeden z mechaników, pokazując mu gestem dłoni, że auto jest gotowe do powrotu na tor.
Znów poczuł pasję prowadzenia samochodu na granicy możliwości, wróciła mu zgubiona gdzieś w trakcie „kandydatury” odwaga, chęć… przekraczania limitów.
Znalezienia w końcu własnej granicy możliwości.
Odkąd pokonał Roberta, odkąd dowiedział się, co spotkało Konrada, odkąd opuścił Podbeskidzie… popadł w marazm.
To obezwładniające uczucie zaczęło go opuszczać gdy poznał Giulię, by ustąpić całkowicie w czasie wydzierania się z zasadzki za kierownicą Cayenne.
Wrzucił pierwszy bieg i odpuścił sprzęgło, wytaczając wóz z hangaru. Kątem oka dojrzał postać na półpiętrze w głębi garażu, osobę, którą już kiedyś chyba widział i wiedział, że powinien pamiętać.
Dziwne uczucie, wyparte zaraz na Antoniusbuche, gdy tylko 911 wdusiła go w fotel mocą wszystkich czterystu koni…

- Ten jeden raz, panie Frank, popłaciło pańskie bycie totalnym dupkiem.
- Proszę mnie nie zrozumieć źle… wiem, że nie zwykł się pan mylić co do kierowców, ale to nie jest kandydat jakiego nasz Zespół potrzebuje. To dobry kierowca, może nawet z wrodzonym talentem. Nie jednak do prowadzenia Porsche. Złe nawyki, zła technika…
Po widocznym z okna hangaru fragmencie Döttinger Höhe przemknęła, rycząc przeciągle, jedna z Carrer. Mężczyzna zakręcił na palcu kluczykami, po czym złapał je i zamknął w dłoni, wiodąc wzrokiem za rozpędzonym, białym pociskiem. Powieka nad jego stalowoszarym okiem lekko się zwęziła. Błękitne pozostało niezmiennie spokojne.
- Nie ma nawyków, których nie da się wyplenić, nie ma techniki której nie da się zmienić. W dwóch kwestiach ma pan jednak rację… chłopak ma wrodzony talent. I faktycznie nie potrzebujecie go w zespole.

Wypadając z pierwszego odbicia w prawo na Drei-Fach Rechtes upewnił się w przekonaniu, że faktycznie zaczął rozumieć jak zmusić ten wóz do współpracy. Zmiękczenie zawieszenia sprawiło, że odsłaniał więcej wewnętrznej, ale też auto stało się znacznie bardziej przewidywalne na wyjściach z zakrętów. Przeniesiona bardziej na przód siła hamowania objawiała się nieco lepszym dociążeniem przednich kół i przyczepnością, ale też uciekającym na wejściu w zakręt tyłem, tyle że… to miało sens.
Na półgazie pokonał drugi z trzech „prawych” zakrętów, długi, zacieśniający wiraż. Znowu był na zewnętrznej, ale z prędkością na wyjściu znacznie wyższą niż przed wizytą w padoku.
Przede wszystkim jednak…
Przemknął przez dwustumetrową prostą z gazem w podłodze. Sekwencji przed nim zawsze się lękał. Ale tutaj właśnie z pomocą przychodziło coś, o czym zapomniał przesiadając się z Sierry do Sky’a.
Trzeci z zakrętów w prawo, krótkie, ostre odbicie. Zewnętrzna, redukcja do trójki, opóźnienie hamowania, stanowcze naciśnięcie pedału hamulca. Kierownica w prawo, podsterowność, więcej gazu, podsterowność przechodzi w lekką nadsterowność, wyjście z zakrętu.
Zewnętrzna. Ale optymalna prędkość i obroty.
Hamowanie na granicy przyczepności. Jak mógł zaniedbać w ostatnich miesiącach coś tak podstawowego? Teraz jego technika zaczynała tworzyć sensowną całość, poza…
Dohamował, przechodząc na zewnętrzną Wehrseifen, legendarnego, zacieśniającego nawrotu w lewo. Powtórzył sekwencje ruchów, stanowczo na hamulec, kierownica w lewo, gaz do redukcji podsterowności… zewnętrzna… szeroko…
Za szeroko.
Zmieścił się, ciągnąc kołami po tarce na zewnętrznej, ale od razu czuł, że schrzanił. Wytracił impet. Oglądał przez ostatni tydzień mnóstwo on-boardów z ‘Ringu, wiedział, że na Wehrseifen powinien trzymać wewnętrzną. Sęk w tym, że pomimo najszczerszych chęci – nie był w stanie.
- Za szeroko, Mateuszu. – usłyszał w słuchawkach głos Waltera Röhrla – Musisz popracować nad tą sekcją.
 Z gazem w podłodze piął się w kierunku Ex-Mühle.
- Za to na Drei-Fach masz najlepszy czas w zespole. – dodał Mistrz.
To było zaskoczenie.
Zielone Piekło nie dawało czasu na analizę ani miejsca na samozachwyt. Wychodząc na prostą do Ex-Mühle wiedział tylko, że robi postępy, a im agresywniej prowadził, tym lepiej czuł ten pozbawiony elektroniki wóz. Porsche zdawało się oczekiwać takiego traktowania.
Ostre zakręty, nawroty i odsłonięta wewnętrzna wciąż były jednak jego achillesową piętą.

Wyjechał z padoku i błyskawicznie zaczął nabierać prędkości. Na wysokości łuku Antoniusbuche wrzucił czwarty bieg, zjechał do wewnętrznej i docisnął gaz do oporu, mknąc w dół prostej Tiergarten. U podnóża zjazdu auto ciężko przysiadło na zawieszeniu, co było dla niego sygnałem do rozpoczęcia hamowania. Kręcąc w lekkim w lewo, w lusterku zamajaczył mu jakiś biały kształt. Przez krótkie odbicie w prawo przeszedł po wewnętrznej, z butem w podłodze, ale poczuł, że elektronika przez chwilę musiała walczyć o stabilność auta. Na niewielkim łuku w lewo przemknął tuż obok barierki, zbijając bieg do trójki, po czym natarł na wewnętrzną ciasnego, zwężającego się łuku w prawo. Znowu przesunął okiem po lewym lusterku, idąc w następującym zaraz potem odbiciu, upewniając się w przekonaniu, że jakiś wóz faktycznie się do niego zbliżał. Ciasną, szybką i wymagającą sekcję, znaną jako Hohenrain, kończyło niemal dziewięćdziesięciostopniowe odbicie w prawo. Podczas gdy tor dla Formuły 1 wytyczony był na wprost, optymalna linia zakończenia Hohenrain zmuszała niemal do przytulenia się do bariery u jego szczytu. Widząc już prostą dodał gazu na wyjściu. Tył auta lekko zarzuciło, ale minimalna kontra wystarczyła, resztę ogarnęła za niego kontrola trakcji.
Przed Nordkehre, ciasnym, ślepym nawrotem miał kilka sekund prostej na zerknięcie w lusterko.
- Scheiße! – zaklął zaskoczony. Pamiętał końcówki tablic w autach innych kandydatów.
Za sobą miał Mateusza.
Dotarł do szczytu prostej i wcisnął hamulec gdy tylko jego oczom ukazało się Nordkehre. Tuż przed wejściem w zakręt zredukował do dwójki i natarł na wewnętrzną, dodając sporo gazu na wyjściu i katapultując wóz na prostą.
Jadący za nim Polak ewidentnie stracił w tym nawrocie co najmniej długość auta, kończąc na zewnętrznej. W jaki więc sposób był go w stanie dogonić na Antoniusbuche i Hohenrain?
Wrzucił trójkę, mknąc w łagodnym łuku w prawo, na prostej za nim zapiął czwórkę, cały czas przyśpieszając. Łuk ciągnął się dalej, kończąc zdradliwym, zawężającym, źle wyprofilowanym fragmentem. 911 „wypluła” przodem, poddając się podsterowności i ledwie mieszcząc na torze.
- Jak?! – syknął, obserwując jak Mateusz z łatwością, niewielkim półpoślizgiem, opanowuje podsterowność pozbawionego elektronicznych asyst auta i odrabia pół długości.
Przez zakręcającą nieco w lewo prostą przemknęli „pełnym ogniem”, schodząc do wewnętrznej krótkiego odbicia w lewo. Przed nimi był zaś długi, fatalnie wyprofilowany nawrót w prawo.
- I co teraz? – mruknął Franz, redukując do trójki i dohamowując. Tym wirażem zaczynali  Hatzenbach, bardzo wymagającą sekcję szybkich, zdradliwie wyprofilowanych zakrętów. Przemknął po wewnętrznej, walcząc na wyjściu z brakiem przyczepności na przedniej osi. Mateusz pomknął za nim ale stracił w zakręcie około metra, wychodząc z niewielkim poślizgiem.
- Nie ogarniasz nawrotów – zdał sobie sprawę Niemiec – Fizyki nie oszukasz, bez asyst mnie nie dogonisz. Nie wiem, co zrobiłeś na Hohenrain, na Hatzenbach cię po prostu zniszczę.
Mylił się.
Przed sobą mieli nieco łagodniejszą lecz równie zdradliwą część Hatzenbach, serię coraz ostrzejszych zakrętów lewo-prawo-lewo, . Był w tym momencie cholernie kontent, że od lat spędzał na Nordschleife co najmniej kilka godzin w miesiącu, szlifując technikę za kierownicą własnej 911. Znajomość nachyleń i optymalnej linii była w tej sekcji kluczowa.
Przeciął po wewnętrznej pierwszego, najłagodniejszego z zakrętów, i gdy tylko naprowadził front auta do wewnętrznej łuku w prawo nacisnął pedał hamulca, wytracając nieco prędkość. Ostatnie w sekwencji, nachylone ku środkowi odbicie w lewo następowało zaraz po tym łuku. Był na wewnętrznej, zdjął nogę z gazu wiedząc, że dobre opony, elektronika i profil zakrętu ograniczą podsterowność, pozwalając mu na wyjściu dać gaz do oporu…
Środkowe lusterko rozbłysło światłem.
Zaraz potem rozbłysk pojawił się w prawym lusterku.
Wcisnął gaz i spojrzał w prawo.
Białe 911 było na wysokości jego tylnego koła, wychodząc z zakrętu po zewnętrznej, z minimalnym uślizgiem tylnych kół.
- Jak!?! – jęknął. – Nie dało się tej sekwencji przejechać szybciej!
Mateusz wyszedł z ostatniego zakrętu z większą prędkością, i na prostej niemal się z nim zrównał. Całe szczęście na końcu tej stumetrowej prostej czekał ich długi, ciasny, opadający w dół i wyrzucający ku zewnętrznej wiraż w prawo, Hoheichen, przechodzący w szybki, nachylony ku wewnętrznej łuk w lewo. Polak mógł się z nim zrównać, ale dopóki był na wewnętrznej nie miał szans przejechać tej sekcji… w teorii.
Odpowiedzi miał jednak nie poznać.
Człowiek z obsługi toru zaczął im zza barierek opętańczo machać żółtą flagą, a w słuchawkach usłyszeli głos Röhrla:
- Franz, Mateuszu, ostrożnie … przed wami, na Quiddelbacher, był wypadek. Żółta flaga, noga z gazu.
Porsche Mateusza wytraciło prędkość i schowało się za Carrerą Franza. Niespiesznie pokonali obie części Hoheichen, a ich oczom ukazała się…

- Cholerna Corvetta. – mruknął Mateusz na widok niebieskiego Chevroleta rozbitego tuż przed mostem na Quiddelbacher Höhe. Tył samochodu układał się w idealny trójkąt. Spod kamuflażu ciężko było powiedzieć, czy solidne ospoilerowanie pokrywało coś jeszcze szybszego od ZR1, czy też, podobnie jak u nich, następną generację. Cokolwiek to było to już tego nie było, resztki właśnie zabierała laweta. Ekipa sprzątająca zamiatała rozsypane dookoła części, a jakiegoś kolesia w firmowym kombinezonie Chevroleta prowadzono do sanitarki. Szedł o własnych siłach, na szczęście.
Najciekawsze jednak było przed nimi.
- Godzilla – rzucił pod nosem Mat, widząc charakterystyczne światła, których żaden kamuflaż nie był w stanie ukryć. – GT-R, ten sam, którego widziałem rano.
R35 stało tuż przed blokującym tor safety carem. Za nim pomrukiwała na wolnych obrotach Carrera Franza. Za sobą nie miał zaś nikogo.
- Jak nas puszczą, to zrobi się naprawdę ciekawie. – zagadał przez interkom do Franza.
- Nie licz na wiele. – niemiecki akcent Franza brzmiał prawie jak wypowiedzenie wojny.
- Myślałem o Nissanie, ale jeśli już poruszyłeś ten temat… coś ci te elektroniczne zabawki nie pomagają, Franz.
Odpowiedziała mu cisza.
- To jakaś wersja specjalna. – ciągnął niewzruszenie Mat – Sądząc po aero… chyba szykują się do ataku na rekord.
- Co najmniej 550 koni – odparł Franz. Corvetta właśnie była mocowana pasami na lawecie – Wiem, że żyjesz w swoim świecie, ale 150 koni różnicy powinno przemówić do rozumu nawet takiemu dyletantowi.
- I jakieś 300 kilo nadwagi. Godzilla to ciężka locha. Poza tym… widziałeś tych wszystkich gości z aparatami wzdłuż toru? Jeśli zrobisz GT-R’a prototypową Carrerą, to jeszcze dziś filmik trafi do sieci, jutro będzie o nim szumiało pół Internetu, a w przyszłym tygodniu trafisz na okładki Auto Bild. To pewny sposób na pozostanie w programie.
Znowu odpowiedziała mu cisza. Po chwili jednak z wydechu Franzowej Carrery rozległ się ryk.
Facet z obsługi toru pomachał mu uspokajająco ręką, po czym spojrzał za siebie. Laweta właśnie ruszała, ekipa sprzątająca skończyła swoją pracę.
- Jeszcze chwila, Franuś – powiedział sam do siebie Mat – Zaraz zobaczymy, na ile faktycznie mogę liczyć.
Laweta zniknęła z pola widzenia, zjeżdżając zjazdem awaryjnym. Za nią podążył wóz ekipy sprzątającej. Koleś z obsługi rzucił coś w krótkofalówkę, jeszcze raz zerknął na tor za sobą, po czym wsiadł do RS4 i uruchomił koguta na dachu.
- Bez szaleństw – usłyszeli jeszcze w słuchawkach głos Waltera Röhrla, gdy ruszali w linii za safety carem – Nie chcemy powtórzyć tego, co przydarzyło się ekipie Chevroleta.
Gdy jednak tylko zabezpieczające tor Audi odbiło w zjazd awaryjny, słowa Mistrza przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.
Trzy sześciocylindrowe silniki zaczęły śpiewać pieśń swoich ludów, a białe Carrery rzuciły się w pościg za katapultującym się z brutalną siłą dwóch turbosprężarek GT-R’em. Moment obrotowy Godzilli był faktycznie nie do pokonania, w podjeździe na Flugplatz i do legendarnej „hopy” Nissan odstawił ich o trzy długości auta.
- Mocarny sukinsyn. – pomyślał Mateusz, patrząc jak „pogromca supersamochodów” unosi się kilka centymetrów nad hopą, po czym przysiada na zawieszeniu i naciera na składający się z dwóch zakrętów i krótkiej prostej łuk w prawo.
Zacisnął dłonie na wieńcu kierownicy gdy Carrera podskoczyła na hopie i skopiował obraną przez Franza i GT-R’a linię. Muśnięcie hamulca dociążyło front, a gazem zamienił podsterowność w niewielką nadsterowność.
- Ciekawe – stwierdził, wychodząc z sekcji Flugplatz i zajmując lewą część toru – W zakręcie odrobiliśmy stratę do GT-R’a?
Faktycznie, zakamuflowane R35 było nie dalej jak o dwie długości auta przed 911’tką Franza.
A on kleił się do jego zderzaka.
Byli na Schwedenkreuz, półtorakilometrowej, piekielnie szybkiej sekcji, kończącej się nawrotem Aremberg.
Tnąc kołami po tarce na wewnętrznej łuku w lewo dotarli na pierwszy z trzech szczytów tego odcinka, a ich oczom ukazał się największy na Schwedenkreuz spad. GT-R znowu wysforował się o kilka metrów do przodu, ale Carrery pozostały w jego tunelu aerodynamicznym. Hopka na szczycie drugiego ze wzniesień, zapewniająca ułamek sekundy „air time” i podejście żołądka do gardła była jednocześnie znakiem rozpoznawczym najbardziej niebezpiecznego fragmentu w tej części toru. Stojące zaraz za nią znaki ostrzegawcze również nie były tutaj na wyrost.
Trzeci, ostatni podjazd i ostatnia z górek były zdecydowanie najmniejsze na Schwedenkreuz. Zakręt w lewo, choć ślepy, nie wydawał się ostry.
Gdy tylko poczuł, że auto wylądowało po hopie, jakieś pół metra za znakiem, trzydzieści metrów od zakrętu – zredukował z szóstki do czwórki i zaczął hamowanie, najlepiej jak potrafił, na granicy przyczepności.
Światła stopu w jadącej przed nim Carrerze i Nissanie zapaliły się niecałe pół sekundy później.
Różnica umiejętności, pewność siebie, czy…?
Na wejściu w zakręt skręcił koła i poczuł podsterowność. Gaz, nieco większy ruch kierownicą…
Ślepy łuk w lewo, zaraz za wzniesieniem, gdy auto nie odzyskało jeszcze całego docisku i przyczepności. Wąski, o profilu i nachyleniu wyrzucającym w kierunku zewnętrznej. Prosto na wąski „trawnik” i barierę, barierę zdecydowanie zbyt blisko toru by mówić tu o jakimkolwiek zdrowym rozsądku.
Ten zakręt był cholernym przekleństwem. To jedno miejsce streszczało całą grozę i zdradliwość Północnej Pętli.
Podsterowność przeszła w nadsterowność, ale nie było to przewidywalne „uciekanie dupy”, które tego dnia nauczył się wykorzystywać. Zad Carrery nerwowo szarpnął, nietrzymany żadnymi elektronicznymi cuglami.
Większa kontra. Więcej gazu.
Rumak ze stajni w Zuffenhausen okazał posłuszeństwo.
Był na zewnętrznej, tylne koło musiało o centymetry minąć tarkę, trawę… barierę, potem diabli jedni wiedzą. To nie było miejsce na takie rozważania.
Dodał gazu do oporu, kierując auto na lewą stronę, na zewnętrzną rosnącego w oczach Aremberg i spojrzał przed siebie, oceniając odległość do GT-R’a i 911.
Kilka metrów.
To nie była różnica umiejętności, nie musiała to być w każdym razie różnica umiejętności. Mając kontrolę stabilności toru jazdy, te sukinsyny mogły przejść przez Schwedenkreuz pełnym ogniem, do ostatniej chwili opóźniając moment hamowania.
Na nawrocie o ponad 180 stopni, jakim był Aremberg, straty na pewno nie był w stanie odrobić, mógł co najwyżej walczyć, by jej nie powiększyć.
Trzymając silnik na czwartym biegu i wysokich obrotach wykorzystał ostatni fragment prostej, po czym najlepiej jak umiał zaczął hamowanie, wspomagając się redukcją do trójki. Musiał pójść ciasno, optymalna linia na Aremberg wymagała niemal sunięcia po tarce na wewnętrznej.
Odpuszczenie hamulca, ostry skręt kierownicy, podsterowność, gaz, lekkie uciekanie tyłu…
Nie dał rady utrzymać się długo na wewnętrznej, auto zniosło na środek toru, ale niewzruszenie trzymał nogę na gazie.
- Nie rób mi tego! – prawie ryknął, obserwując zbliżającą się nieubłaganie „piaskownicę” na zewnętrznej. Zaklinał i błagał opony o całą trakcję, jaką mogły mu zapewnić. Został wysłuchany.
Koła z lewej strony przemknęły po tarce, znalazł się na zewnętrznej, ale był na wyjściu z zakrętu.
W praktyce… na optymalnej linii.
Wdusił gaz do oporu i znów spojrzał przed siebie, szacując stratę do konkurentów.
Od tylnego zderzaka Carrery Franza dzieliło go nie więcej niż… pięć metrów?
Niemiec zaś dopadł GT-R’a i siedział mu teraz na ogonie.
Nim ponownie skupił się w stu procentach na jeździe, jego wzrok przesunął jeszcze po lusterku wstecznym i zarejestrował coś, czego tam być nie powinno. Jasnoniebieskie 911 dosłownie prześlizgnęło się przez Aremberg z prędkością, która wydawała się nierealna.
Omam, przecież na Quiddelbacher nikt za nim nie stał. Jak szybko musiał by jechać…
To nie był czas na myślenie. Miał zadanie do wykonania, a ‘Ring nie wybaczał zaś rozkojarzenia.
Byli na Fuchsröhre, sekcji która do przesady przypominała mu rodzime Serpentyny. Kombinacja krótkich i ostrych zakrętów, ślepych podjazdów, długiej prostej i wąskiego toru, z barierami o metr od nawierzchni, była czystym szaleństwem.
Jeśli gdzieś miał odrobić stratę… to tutaj.
Przez kombinację pnących się w górę łuków lewy-prawy-lewy przeszedł z gazem w podłodze, tnąc po tarkach i odrabiając metr straty do Franza.
Gdy jednak znalazł się na szczycie wzniesienia…
- Kurwa. – bąknął.
Przed nim rozciągała się długa, opadająca gwałtownie w dół prosta.
Carrera właśnie wyprzedzała GT-R’a, mknąc bok w bok w kierunku ślepego zakrętu w lewo.
Zapiął piąty bieg i zacisnął ręce na kierownicy. W niecce, dokładnie na środku zakrętu, siły działające na ciało były…
… przeciążenie wgniotło go w kubełkowy fotel, a gdyby nie szelkowe pasy, kask i podtrzymujący mu kark system Hans to zapewne skręciło by mu kark.
Wóz miotnął się u szczytu zakrętu jak oszalały, bez kontroli stabilności i trakcji ledwie utrzymał go w ryzach, ale…
… dopadł GT-R’a.
Światła hamowania całej trójki zapłonęły czerwienią, szczyt ostatniego wzniesienia był jednocześnie ślepym zakrętem w lewo. Bez znajomości trasy, bez wytracenia szaleńczej prędkości z Fuchsröhre – pewną śmiercią.
Za nim zaczynała się sekcja Adenauer Forst, złożona z samych ślepych nawrotów.
Półpoślizgiem pomknął za GT-R’em, tnąc przednim lewym kołem po tarce, po czym przyhamował i zredukował do trójki idąc w ślepy, zacieśniający w prawo. Momentalnie poczuł podsterowność, wiedział, że na takich nawrotach, bez asyst, nie ma z nimi szans.
Nie z uzbrojoną w elektronikę Carrerą Franza, nacierającą już na ślepy w lewo, na szczycie wzniesienia Adenauer. Nie z czteronapędowym R35, nie z jego niepokonanym systemem ATTESA, który sam tak uwielbiał w swoim R32…
Prowadząca 911’tka, której bok widział teraz dokładnie na wprost siebie, rozpostarła nagle za sobą obłok dymu z opon.
GT-R złożył się do nawrotu w lewo, wręcz widać było że cała kosmiczna technologia walczy z masą tego Behemota…
W ostatnim momencie przydusił hamulec, tuż przed skręceniem kół, zdając sobie sprawę, że prędkość wejścia jest drastycznie za duża.
Że przesadził też Franz. I kierowca GT-R’a.
Gdzieś z tyłu, z prawej strony narastał dziwny, potężny, świszczący dźwięk.
Skręcił koła, próbując zacieśniać do wewnętrznej zakrętu, ale od razu poczuł, że jest bez szans w starciu z podsterownością.
W tym jednym momencie przypomniał sobie wszystkie kompilacje wypadków z Adenauer i zdał sprawę, dlaczego tak wiele osób ląduje tutaj na wielkim trawniku na zewnętrznej, a potem na odgradzających od lasu barierach.
GT-R był już zewnętrznymi, prawymi kołami na tarce. Opony puściły z siebie obłok dymu.
- Nie ma szans. Nie zmieszczę się.
Skręcił kierownicę jeszcze mocniej w lewo, w odruchu desperacji…
Jasnoniebieskie 911 pojawiło się znikąd, wskakując między niego i GT-R’a, i znalazło się centymetry od jego prawego błotnika. Dokładnie tam, gdzie niosła go podsterowność.
- Kurwaaa! – jęknął Mateusz, zapominając o wszystkim, czego się do tej pory nauczył, i pomimo skręconej do oporu kierownicy odruchowo kopiąc hamulec.
To, co się potem wydarzyło, zaprzeczyło wszystkiemu, co do tej pory wiedział.
Tyłem auta momentalnie zarzuciło, siła ciężkości dociążyła przednią oś, a odciążony tył postawił wóz bokiem…
… frontem do wyjścia z nawrotu.
Czy on właśnie…
Kontra, gaz dla opanowania poślizgu i rotacji.
… to nie miało prawa działać, nie w tylnosilnikowej, tylnonapędowej 911, nie bez jakiejkolwiek elektroniki…
Wóz wrócił pod jego komendę, przerywając poślizg i wychodząc z nawrotu po niemal idealnej linii.
… drift przerywany. Właśnie zrobił „jedenastką” to, do czego potrzebował elektroniki i AWD we własnym GT-R’ze.
Skręcił koła w prawo, poprzedni nawrót płynnie przechodził w „stoosiemdziesiątkę” w przeciwnym kierunku, tworząc podkowę.
Wdusił hamulec, sam nie wierząc, że robi coś wbrew wszelkiej logice i dotychczasowej wiedzy o sztuce jazdy.
Porsche znów zaczęło gwałtownie stawiać się bokiem, ale jednocześnie podsterowność i znoszenie całkowicie zniknęły.
Kontra, gaz stopniowo do oporu gdy tylko zobaczył linię wyjścia.
Carrera znów usłuchała, kończąc krótki poślizg i wystrzeliwując przed siebie.
- O kurwa mać. – bąknął tylko.
Tuż przed nim była 911 Franza, najwyraźniej dopiero rozpędzająca się po wyjściu z zakrętu. On był na optymalnych obrotach, z wyraźnie większą prędkością dochodząc konkurenta.
Jasnoniebieskie 911 odstawiało ich już o dobre kilkanaście metrów, uchodząc z niesamowitym wręcz przyśpieszeniem. To nie był nikt z zespołu… Turbo S generacji 996… zaprzeczające fizyce, jadące niczym omam…
Widmo.
- GT-R! – niemal krzyknął, dopiero teraz zdając sobie sprawę z nieobecności R35.
Zrównał się z Franzem i rzucił okiem w prawe lusterko.
Nissan nie miał tyle szczęścia co oni.
Zakamuflowana Godzilla odbijała się właśnie od barierki wewnątrz trawiastej „podkowy”, podskakując na nierównościach jak piłeczka ping-pongowa.
Adenauer Forst przyjął ofiarę z kolejnego auta.
I, choć nadal nie rozumiał jak -  nie był to on i jego Carrera.
Wduszenie hamulca przy skręconych kołach… coś, co w każdym innym samochodzie oznaczało pewnego „bączka”, coś co zawsze było prostą drogą do barierek i katastrofy… pozwalało tu na błyskawiczne pokonywanie nawrotów. Ratowanie sytuacji beznadziejnych, w momencie zamieniając podsterowność w krótki, gwałtowny lecz w pełni kontrolowany uślizg.
Magia silnika z tyłu…? Wyjątkowego dla 911 rozkładu masy…?
Wyprzedził Franza tuż przed szczytem wzniesienia, na przełamaniu prostej wiodącej do Metzgesfeld, dwóch ostrych w lewo.
To nie mogło się dziać naprawdę.

- To się nie dzieje! – Franz błagał wóz o każdy dostępny w silniku koń mocy. Przesadził na Adenauer, ledwie się zmieścił w pierwszej części, w drugiej musiał ratować awaryjnym hamowaniem i wyjściem po tarce na zewnętrznej, ale…
Jak. Jak on, bez wspomagań, mógł to zrobić szybciej… tak drastycznie szybciej…
Jak zrobiło to błękitne Turbo?!
Co to wszystko, do ciężkiej cholery, było?!

Dohamował na granicy przyczepności i wszedł po wewnętrznej w długi, zacieśniający w lewo, gazem na wyjściu redukując podsterowność. Drugi zakręt sekcji Metzgesfeld, również w lewo, był niemal dziewięćdziesięciostopniowy, ślepy i ostry. Bariera o pół metra od końca nawierzchni, krótka połać piachu.
Zaczął hamowanie na środkowej, redukując z piątki do trójki, wiedząc że profil zakrętu będzie go wyrzucał do zewnętrznej.

- Teraz! – ryknął Franz, przeskakując na prawą, zewnętrzną, opóźniając hamowanie i zrównując się z drugą dziewiećsetjedenastką.

Nie spodziewał się, że Niemiec odważy się na taki manewr.
Zdjął nogę z hamulca, dodał nieco gazu.
Franz nie odpuszczał.
- Nie zmieścimy się, ty cholerny pojebie!
Ponownie nacisnął hamulec, wiedząc, że prędkość wejścia i tak jest za duża.

- Powstrzymaj ich, Walter! – warknął w końcu Frank. Cały zespół w niemym, wymieszanym z zachwytem przerażeniu wpatrywał się w obraz z kamer dwóch „jedenastek”.
Mistrz jednak ani drgnął.
Tylko wbijające mu się w dłonie paznokcie świadczyły o tym, że i w jego odczuciu sytuacja wymknęła się spod kontroli.

Dwie białe Carrery zanurkowały, rozpoczynając hamowanie niemal jednocześnie.
Wóz na zewnętrznej przerwał hamowanie i odbił ostro w lewo, kierując się na przeciwnika, rozpoczynając walkę z podsterownością.
Porsche na środkowej zrobiło coś innego. Hamulce na krótki moment puściły, koła skręciły w lewo, po czym potężne zaciski na moment zblokowały przednią oś, nadając autu rotacji.
Sekundę później, na wyjściu znaleźć miało się tylko jedno z aut.

Obraz z kamery na monitorze z lewej strony pokazał na chwilę barierkę na wewnętrznej, a zaraz potem wyjście z zakrętu i dalszą część toru.
Obraz na monitorze z prawej pokazał na moment bok białego Porsche, a zaraz potem barierkę na wewnętrznej, dym z opon, pierwszy zakręt sekcji Metzgesfeld, więcej gęstych kłębów białego dymu, barierkę na zewnętrznej, wreszcie - wstrząs i barierkę na wewnętrznej.
- Scheiße!!! – ryknęło w interkomie.
Potem, zapadła cisza.
- Franz? – zapytał niepewnie Frank.
- Chyba skasowałem tylny zderzak, proszę pana.
- Auto jest całe. – stwierdził jeden z mechaników, patrząc na monitor – Skurwiel nadał naprawdę dobrą rotację i się wyratował.
- Wracaj do padoku, chłopcze. – odparł Ace Test Driver, po czym wyłączył interkom. – To jest faworyzowanie jednego z kandydatów! – rzucił do Chief Test Drivera.
Walter Röhrl bez słowa wpatrywał się w monitor, obserwując jak druga Carrera mknie przez Wehrseifen. Wiedział, jak ten szczwany lis nauczył chłopaka tej techniki. Tak, Franz miał rację, to było faworyzowanie, ale… dzieciak odzyskał rezon. To był Mateusz którego zgłosił do programu, to był szlif diamentu, który znalazł na polskich przełęczach. Jeśli taki był cel… a ten facet się nie mylił… to niebieskie 911 nauczyło Mateusza tej jednej, brakującej do układanki, techniki.
- Naprawdę, Walter, będziesz to tolerował? Ja nie mogę temu draniowi podskoczyć, ale ty mógłbyś chociaż…
- Dla takiej dawki danych – przerwał mu milczący do tej pory, zapatrzony w ekran Klaus – Dla takiej wirtuozerii prowadzenia, mogę faworyzować tego młodego sukinsyna do końca mojej kariery w tej firmie.

- Zaorałeś nas dzisiaj. – stwierdził bez ogródek Kristofer i upił ogromny haust z kufla.
Mateusz zamieszał we własnym, zastanawiając się nad sensowną odpowiedzią. To był cholernie długi dzień, w barze było diabelnie gwarno a on wciąż jeszcze nie pozbierał myśli na temat wszystkiego, co się wydarzyło.
- Dwie sekundy na Nürburgringu? Proszę cię, Kris, nie popadajmy w paranoje. Daleko temu od zaorania.
- Walić czas. Myślę o tym. – wyciągnął w jego kierunku smartfona.
„Ze Germans literally take down new GT-R prototype on Nordschleife, then the Axis pact is over” głosił nagłówek na Jalopniku. Główne zdjęcie przedstawiało jego idącą bokiem Carrerę na tle wypadającego z Adenauer Forst GT-R’a. To było piekielnie dobre zdjęcie, musiał przyznać.
Autor artykułu dowodził, na podstawie relacji gapiów i amatorskiego nagrania opublikowanego na YouTube, że to, co widzieli czytelnicy, było prototypem nowej edycji specjalnej Nissana R35, pokonanym przez dwie „dziewięćsetjedenastki”. Kilka zbliżeń na wydechy, nie do końca spasowaną pokrywę silnika i „dziwnie” układające się zawieszenie miało być dowodem na to, że ich auta nie były zwykłymi Carrerami 997 lecz mułami testowymi dla nowej generacji kultowej 911.
Redaktorom Jalopnika rzadko odmówić można było trafności spostrzeżeń.
Dalej robiło się jeszcze ciekawiej. Ktoś nagrał jego i Franza grę „w tchórza” na Metzgesfeld. Określenie mianem „bezpardonowego” i „posiadającego nerwy ze stali” mile łechtało jego dumę.
- Najlepsze jest spojrzenie tego bufona, gdy w końcu zatrzymał się po spinie. – Kristofer przesunął palcem, ukazując zdjęcie – Patrz, jak się przyjrzeć to widać jego oczy przez szybkę kasku. Jak by miał spodnie do wymiany.
-  Może temu ryknął „Scheiße” w interkom. Żeby mu Frank przyjechał zmienić pieluchę.
Kristofer popluł się piwem ze śmiechu.
- Prawda jest taka, że kręcił dobre czasy. Był szybszy ode mnie i Giovanniego.
- Pół sekundy. W kilku sekcjach masz zresztą lepsze czasy od niego… ode mnie zresztą też. To była bardzo równa sesja, Kris. Po prostu dobrze się spisaliśmy, co zresztą sam Walter z radością nam oznajmił. Poza tym, jutro też jest dzień, jutro też są testy.
- Co by się jutro nie działo, to dzisiaj zapewniło ci moim zdaniem miejsce w programie. Nie odrzucą cię, nie po takiej reklamie, jaką dzisiaj zrobiłeś Firmie. O objechaniu prototypowego GT-R’a przez kogoś z ekipy fabrycznej Porsche w tak czy siak zwykłej Carrerze motoryzacyjna część Internetu będzie pisać przez najbliższy tydzień, pamiętać lata.
- Prawda jest taka, że dzisiaj dopiero zacząłem czuć, o co w tym wszystkim chodzi. – przyznał Mateusz. – Ale, moim zdaniem, jeden sukces nie da rady zmazać wszystkich porażek. Zapamiętaj moje słowa, w Firmie zostaniesz ty i Szwab.
- Mylisz się, no ale jak tam uważasz… gdybym jednak miał zostać w programie, to proszę cię o jedno, stary… zrób wszystko żeby być drugim kierowcą. Ty, nie Franz. Nie wyobrażam sobie współpracy z nim, a przy całej mojej sympatii wolę twoje opanowanie i profesjonalizm od temperamentu ‘Vanniego.
Mateusz przepił do Szweda, delektując się ciemnym piwem.
- Może zostawią całą czwórkę. – stwierdził po chwili milczenia. – Stać ich na to.
- Może. Niszczą nas tą rywalizacją. Szczują na siebie, nawet dzisiaj, ta akcja z autami z asystami i bez, pieprzenie o tym, które są ważniejsze…
- Szczują. Dlatego tym bardziej jestem ci wdzięczny, Kris. Nigdy nie traktowałeś mnie jak pariasa.
- Zawsze byłeś wobec mnie w porządku, Mat. To chyba o to chodzi w koleżeństwie, nie?
- Koleżeństwo w robocie, zwłaszcza wymagającej konkurencji, to rzadkie zjawisko. Ty nie tylko nie robiłeś mi nigdy pod górkę, ale pomogłeś się odnaleźć w Lipsku i w tym całym chaosie z kandydaturą. A wierz mi, to był gówniany czas.
- Zawsze do usług. – uśmiechnął się szelmowsko Szwed. – Tak chyba rodzą się męskie przyjaźnie, nie?
Uśmiechnął się i wzniósł kufel w kierunku Kristofera. Ten odpowiedział identycznym gestem.
- Za przyjaźń.
- Za przyjaźń.
- Za Porsche. Za nasze kandydatury.
- I za nasze kobiety, nomen-omen też przyjaciółki.
Wypili po solidnym hauście.
- Nie jestem już z Giuliettą. – odrzekł po chwili Mateusz, z lekką nutą zawahania w głosie. Dziwił się sam sobie, ale powiedzenie tego przyszło mu z trudem.
- Przepraszam, ja… nie wiedziałem. - Kristofer wyraźnie spochmurniał.
Mat machnął ręką.
- To była wspólna decyzja. Roczny staż w Pfizerze to dla niej co najmniej taka nobilitacja i szansa na spełnienie marzeń, jak dla mnie bycie kandydatem na kierowcę testowego w Porsche.
- Do diabła… teraz zrozumiałem. – głos Kristofera drgnął – Moja Isabella…
- Ta, Giuliet mówiła, że też dostała się na ten staż.
- Poświęciła staż w wielkiej firmie farmaceutycznej, wyjazd z przyjaciółką do Nowego Jorku… dla mnie… to, to jest…
- To jest miłość, stary. – dokończył za niego Mateusz – Ciesz się. Szanuj sobie ten fakt. I tę kobietę.
Kristofer zamyślił się, upił łyk z kufla, zamieszał w nim.
- Czasami zastanawiam się, czy nie powinienem zrezygnować, Mat.
- Dlaczego?!
- Bo widzę, że ją ta moja pasja, ten cały program i kandydatura… martwi. Przeraża na swój sposób. A ja widzę swoją przyszłość z nią, a z Porsche… niekoniecznie. Przynajmniej nie za wszelką cenę.
- Robota jak każda inna. Ryzyko…
- Sam wiesz, że to nie jest robota jak każda inna. – przerwał mu Kristofer – Możemy zgrywać herosów, ale nie powiesz mi, że to jest bezpieczny zawód. Do ciebie nawet strzelali…
- Robienie za ochroniarza nie należy do standardowych obowiązków test drivera. – wyszczerzył zęby Mat. Trochę na siłę.
- Nie należy. Ale latanie bez jakichkolwiek systemów wspomagania po najniebezpieczniejszym torze świata? Przyznaj się, dzisiaj rano nawet ty byłeś zestresowany.
- Byłem przerażony. Przyznaję. Ale żyjemy, i spójrz… siedzimy w Grüne Hölle po ciężkim, satysfakcjonującym dniu roboty, w którym katowaliśmy na legendarnym Zielonym Piekle prototypowe 911, pijemy niemieckie piwo a redaktorzy motoryzacyjnej prasy robią nam zdjęcia. Nie czujesz się… herosem, Kris?
- Czuję, Mat.
- James Hunt powiedział kiedyś, że im bliżej jesteśmy ryzyka śmierci, tym intensywniej smakujemy życia. Do diabła, jeśli nie miał racji. Tu i teraz, jesteśmy nieśmiertelni.
Szwed uśmiechnął się niepewnie
- Wypijmy za nieśmiertelność.
- Za nieśmiertelność.