„Szofer, który tańczył tango”


- Weri fast kar. Weri fast kar, weri triling trak. – odziany w garnitur Azjata próbował drżącymi rękami rozpiąć pas bezpieczeństwa – No plejs tu juz Panamera lajk dat in Bejdżin.
Mateusz upewnił się, że właściciel sieci salonów Porsche w Pekinie jest w stanie ustać na nogach, po czym skłonił się blademu jak ściana gościowi firmy i zamknął drzwi pasażera.
- To nie tylko wygodna, luksusowa limuzyna – odpalił wyuczony na pamięć tekst – To przede wszystkim prawdziwe Porsche.
- Of kors, of kors. – gość z Chin nagle pozieleniał – Tojlets… łicz łej?
Mateusz machnął ręką w kierunku padoku.
- Weri fast kar, ju noł. - biznesmen oddalił się w pośpiechu.
Mat wrócił za kierownicę i zamknął drzwi. Silnik zwalistej, jasnozielonej Panamery był niesłyszalny.
Prawda była taka, że z formułką o „prawdziwym Porsche” w przypadku tego auta absolutnie się nie zgadzał.
Przerzucił skrzynię na „D” i dodał gazu. Auto bezszelestnie ruszyło przed siebie, prosto w kierunku kolejki gości Firmy, chętnych na rundę po torze.
Wcisnął pedał mocniej, wskazówka prędkościomierza minęła „pięćdziesiątkę” i w kabinie dał się usłyszeć dźwięk wspomaganej kompresorem widlastej szóstki.
Hybryda. Porsche… hybryda.
Zgroza.

- Postawię sprawę jasno – Dieter spojrzał na Kandydatów znad oprawek okularów – Sobotnia wizytacja zarządu i akcjonariuszy jest, z punktu widzenia naszego oddziału, cholernie ważna. Chcę mieć w Lipsku całość produkcji Panamery i Cayenne, z karoseriami włącznie. Na dodatek Firma pracuje nad małym SUV’em, jego produkcje też bym chciał nam zagwarantować. Ale… bez inwestycji to nie przejdzie.
Milczeli, kiwając głowami w geście zrozumienia. Był czerwiec. Jeden z nich miał lada dzień wylecieć z programu.
- Waszym zadaniem będzie zabawianie tych gości na torze. Mają nie wyobrażać sobie produkcji Panamery gdziekolwiek indziej. Szkolenie ze sportowej jazdy, popis umiejętności, niech widzą i czują, że Lipsk to nie tylko fabryka, ale też „owner experience". Muszą zobaczyć miejsce, w którym klient sam chce odebrać swoje nowe auto. Niech doświadczą, że Porsche Leipzig to przede wszystkim ekipa i wyjątkowy tor, pozwalające w najlepszy możliwy sposób poznać możliwości ich nowej zabawki. Będzie też wielu dziennikarzy z branży, musicie wykazać pełen profesjonalizm. Pytania?
Nie było pytań.
- Grubymi rybami w czasie pokazowych jazd zajmą się regularni Test Driverzy – dodał Frank – Wy będziecie wozić i szkolić drobnicę. Niemniej jednak… - Senior Test Driver na chwilę zawiesił głos - … to wasz ostatni test. Końcem przyszłego tygodnia jeden z was wylatuje. Radzę dać z siebie wszystko.
- Liczymy na was. – zakończył briefing Dieter. – Nie zmarnujcie tej okazji.
Nie zamierzali.

- Ej, man… - na szyi nachylającego się do kabiny, poczerwieniałego nieco faceta dyndał prasowy identyfikator - … tak sobie myśle, może byś się podpiął do któregoś swojego kolegi i zrobił dla mnie popisowy przejazd w tandemie, co? Macie tu ładny tor, pokażcie co potraficie, a ja sobie zrobię kilka dynamicznych ujęć.
Mateusz zaczął na szybko rozważać wszystkie „za” i „przeciw”. Wytycznych od Firmy w tej kwestii nie było, ale…
- O, jest akurat drugie auto! – rzucił dziennikarz. Jego akcent wyraźnie wskazywał na amerykańskie pochodzenie, a oddech na słabość do darmowego szampana – No, kolego, chyba nie zawiedziesz czytelników Jalopnika, co…?
- Kurwa – pomyślał Mateusz, obserwując w środkowym lusterku zatrzymującą się za nim czerwoną Panamerę Franza – … oooo…
Wyłaniającą się z tłumu i zgrabnym ruchem wsiadającą do Panamery Elizabeth rozpoznał momentalnie.
- Te obcasy mogłyby zabić. – mruknął jeszcze, obserwując niknące w drzwiach zgrabne łydki.
- Sorry, nie dosłyszałem. – zawiany gość pociągnął za klamkę i dość sprawnie znalazł się na fotelu pasażera – Damy radę, nie? Rzucisz temat kierowcy z czerwonej?
- Damy, damy. – odparł Mat. Czerwona Panamera S przetoczyła się obok nich, mrucząc widlastą ósemką. Wiedział, że z Franzem za kierownicą „rzucenie tematu” nie było konieczne, Niemiec nie zwykł odpuszczać nawet w mniej znaczących sytuacjach. Przed dziennikarzami, w ostatnich dniach kandydatury, z taką kobietą, córką szefa na fotelu pasażera? „Tandem” i jazdę na sto procent redaktorzyna miał jak w banku. – Ale dobrze radzę… lepiej się zapiąć. – ostrzegł gościa.
- Siur, duude. – odpalił dziennikarz, szczerząc się szeroko. – Szoł mi łocz jo gat.
- Tylko mi tapicerki nie zarzygaj. - pomyślał jeszcze Mateusz, wciskając pedał gazu – … duuude.
Wizg kompresora zmieszał się z szumem silnika elektrycznego, katapultując ciężką limuzynę w ślad za czerwonym bliźniakiem.
- Jak to jest mieć najlepszą robotę na świecie, man? – zagaił rozmowę pasażer. Zbliżający się w szybkim tempie szczyt Corkscrew najwidoczniej go nie wzruszał.
- Nie wiem. – odparł Mat, zrzucając manetką dwa biegi. Czerwona Panamera niknęła już w opadającym łuku w prawo – O to sugeruję zapytać Jeremiego Clarksona.
Wóz opadł w dół żlebu nim dziennikarz zdążył wymyślić ripostę. Mat poczuł jak jego żołądek wędruje w górę by zaraz potem, wraz z opadaniem łuku, powędrować w kierunku ziemi. Dziesiątki godzin spędzone na Korkociągu nie poszły na marne, ciężka limuzyna trzymała się drogi jak przyklejona, niestety – Franz był równie szybki.
Redaktor uniósł wiszącą mu do tej pory na szyi lustrzankę i zaczął strzelać fotki czerwonej Panamery, składającej się do 120-kątnego nawrotu w prawo.
Mat zszedł do lewej, zewnętrznej części zakrętu i dohamował, dociążając przód. Czerwone auto wychodziło już z zakrętu, Niemiec pozwolił sobie na pokonanie go głębokim, efektownym poślizgiem. Jego pasażerka trzymała się z całych sił oh-shit-handla, ale na ustach miała szeroki jak na swoje standardy uśmiech.
- Ona chyba się całkiem dobrze bawi. – poczuł delikatne ukłucie zazdrości.
Machinalnie przeszedł na wewnętrzną. Nim jego pasażer zdążył się zorientować, gwałtownie odbił w lewo, do zewnętrznej, odjął gaz i lekko przycisnął pedał hamulca.
- Fuck? – zapytał nieśmiało dziennikarz, podczas gdy Panamera ustawiła się prawym bokiem do wejścia w prawy wiraż.
Mat zrobił dwa szybkie obroty kierownicą w prawo i trzymając nogę na hamulcu wyczekał momentu, gdy maska Panamery znalazła się na idealnej linii wyjścia. Momentalnie puścił hamulec i dusząc gaz do oporu wyszedł po optymalnej linii, korzystając z momentu obrotowego hybrydowego silnika.
- Fuuuuck! – zachwycił się redaktor Jalopnika – Scandinavian flick takim Behemotem?!
Nie uznał odpowiedzi za konieczność.

Wyprowadził wóz z pierwszego z odbić i momentalnie rzucił auto półpoślizgiem w drugie, ku ledwie skrywanej uciesze siedzącej na fotelu pasażera młodej kobiety.
- Proszę wybaczyć bezpośredniość, ale jest pani zbyt charakterystyczna do roli „tajemniczego klienta”. – stwierdził z pewnością siebie w głosie. – Jeśli pani ojciec chciał anonimowej oceny naszej…
- Rozwieje pańskie przyziemne nadzieje. – głos miała jednocześnie delikatny i dźwięczny, stanowczy i niepozostawiający miejsca na dyskusje – Waszymi gierkami kandydatów nie żyje cała firma, nie mówiąc już o rodzinach pracowników.
Odkręcił kierownicą w prawo, wyprowadzając intensywnie czerwony wóz z drugiego odbicia Mobil 1 S.
- Miałam ochotę na przejażdżkę i sprawdzenie pańskiego stylu bycia i umiejętności, owszem… ale tylko dla zaspokojenia własnej ciekawości.
Wóz nabierał prędkości, kierując się w stronę majaczącego w oddali Curve di Lesmo.
- Jaki to rodzaj ciekawości? – zapytał.
- Czy wszyscy jesteście jednakowo bezczelni.
- Nie wszyscy jesteśmy Polakami, madam.
- Nie wszyscy, fakt. – dziewczyna spoglądała w lusterko wsteczne. Franz musiał przyznać sam przed sobą, córka szefa faktycznie była zjawiskowa – Obawiam się niestety, że dotyczy to również waszych umiejętności za kierownicą. Dopadł pana.
Franz odruchowo spojrzał w lusterko i postarał nie okazać zaskoczenia. Jasnozielona limuzyna wyszła z drugiego odbicia Mobil 1 S bez poślizgu, optymalną linią. Mateusz zdecydowanie nie tracił czasu na zabawianie pasażera efekciarstwem.
- Pieprzony sukinsyn – pomyślał, wciskając gaz do oporu – Myślisz, że to jakiś zasrany wyścig?!

- Czy nie uważa pan, że wasz zakład bezpośrednio przyczynia się do upadku wizerunku marki jako producenta bezkompromisowych, sportowych samochodów? – pytanie młodego gnojka z jakiegoś pośledniego motoryzacyjnego bloga było idiotyczne, ale tłum otaczający stojącego w padoku Dietera zafalował.
- Jak pan widzi – szef Porsche Leipzig wskazał na tor i zabudowania padoku – Auta u nas produkowane i montowane przechodzą rygorystyczne testy na torze składającym się z sekcji najtrudniejszych zakrętów na świecie. Prowadzimy tutaj także R&D 911, Caymana, Boxstera oraz…
- Tak, tak, marketingowe gadanie. – przerwał mu bezczelnie blogerzyna. Darmowy szampan ewidentnie uderzył mu do głowy – Ale produkujecie tutaj tylko wielkiego SUVa i spasioną limuzynę. Udajecie, że to sportowe auta, kręcąc leniwe kółka po torze… hybrydą…!
Dieter żachnął się, szukając celnej riposty. Przyszła ona z najmniej spodziewanej strony.
Dwie zwaliste Panamery wypadły z Suntory Corner w synchronicznym poślizgu, bok w bok, w tumanach dymu z opon. Tłum zawył z zachwytu.
- Jak pan widzi, nawet „spasioną hybrydą” da się „kręcić” nieco mniej „leniwe” kółka – rzucił z nutą satysfakcji w głosie Dieter. Był dłużny tym chłopakom dobre piwo. Auta zjechały do Padoku i zatrzymały tuż obok – Może sam się pan przekona…?

Zakręcił kurek, owinął się ręcznikiem i wyszedł spod prysznica. Dzień był i miał jeszcze być długi i intensywny, więc te pięć minut pod gorącą, rozluźniającą mięśnie wodą, zakończone hartowaniem zimnym strumieniem traktował jak świętość. Sięgnął dłonią do szafki, prawą przytrzymując ręcznik…
- Serio? – usłyszał twardy, niemiecki akcent Franza – Nie umiesz odpuścić nawet podczas przejazdów pokazowych?!
- A czemu miałbym? – odparł krótko.
- To brak profesjonalizmu. Stawianie innych kandydatów w… niekomfortowej sytuacji.
- Franz, jesteś ostatnią osobą, którą podejrzewałbym o ból dupy w tej kwestii. W niekomfortowej sytuacji postawiłem cię spuszczeniem łomotu na okrążeniu? Sam przyznajesz, że ci go spuściłem…? Nie wierzę.
Franz zapowietrzył się. Mat z zaskoczeniem stwierdził, że po raz pierwszy Niemiec wystawił się z własnymi emocjami na odstrzał.
- A. – dodał, łącząc fakty – Boli cię, że miałeś wtedy w aucie córkę szefa? Wyluzuj, babsko jest dalekie od mieszania się w sprawy nas, maluczkich. Ucierpiała tylko twoja męska duma.
Franz milczał dłuższą chwilę, zły na samego siebie. Nie rozumiał, dlaczego powiedział to, co powiedział. Dlaczego akurat ten pojedynek, w sumie nierozstrzygnięty, tak go wkurzył. Chodziło o tę dziewczynę? To nie było w jego stylu.
- Dokopię ci jeszcze, Mat.
- Liczę, że będziesz miał jeszcze na to okazję, Franz. Ale teraz szykuj firmowy garnitur i bajerę na oprowadzanie sztywniaków po galerii dzieł sztuki Klausa. Spięcie jak plandeka na MANie raczej ci w tym nie pomoże.
Franz burknął coś pod nosem, odwrócił się na pięcie i zniknął w jednej z kabin prysznicowych.
- Dwa do zera dla Królowej Elsy. – mruknął sam do siebie Mat.

-  Specjalnie dla pana, panie redaktorze – Dieter uniósł kieliszek szampana w kierunku blogera-pajaca z toru – Zapraszam na prezentację przodków Panamery… liczę, że jeśli ktoś z państwa nadal ma wątpliwości co do dziedzictwa Porsche w dziedzinie sportowych limuzyn, prototypy te wątpliwości rozwieją.
Drzwi rozwarły się, a podzielony na niewielkie, kilkuosobowe grupki tłum powoli ruszył w kierunku oświetlonej łagodnym światłem sąsiedniej sali. Gdy pozostający pod opieką Mateusza akcjonariusze ze Stanów Zjednoczonych przekroczyli próg, dał się słyszeć wizg zaskoczenia.
- To…!?
- Mają państwo rzadką okazję obejrzenia na żywo trzech przymiarek Porsche do segmentu czterodrzwiowych, sportowych limuzyn. 928 H50 – wskazał na bordową hybrydę kombi i hatchbacka, stojącą w lewej części sali – 932 – srebrny sedan o obłych, łagodnych liniach i charakterystycznych dla marki okrągłych reflektorach stał w prawym rogu – I chyba najbardziej znany spośród tych prototypów, 989.
Do 989 najbardziej pasowało określenie „911 Lang”. Front, kultowe okrągłe reflektory srebrnego auta były niemal żywcem wzięte z 993. Tył, z ogromną szybą i obłą klapą był zaś niemal nie do odróżnienia od tego w generacji 996. Gdyby nie pokaźny rozstaw osi i druga para drzwi, wóz mógł by uchodzić za efekt zbyt bliskiego spoufalenia dwóch generacji „dziewięćsetjedenastki”.
- O jakich rocznikach tutaj mówimy?
- Odpowiednio 1987, 1988 i 1991. Jednakże, czterodrzwiowe 911, na specjalne zamówienie, powstało również w 1968. Ręczna robota, pojedyncza sztuka w rękach prywatnego kolekcjonera, niemniej potwierdzająca zapotrzebowanie na tego typu samochód. Przymiarki Firmy do tego segmentu to koniec lat 80 i początek 90.
- Rozumiem, że stojące pośrodku 989 to zwieńczenie tych prac? – zapytał inny z gości.
- Tutaj pana zaskoczę: nie, to stadium środkowe z 1988. 1991 to trójbryłowe 932.
- 1988?!
- Tak. Front jest łudząco podobny do 911 993, a tył, można by rzec, zapowiada 911 996. Jak więc sami państwo widzą, prace stylistów nie poszły na marne.
- Szkoda, że na marne poszło dziedzictwo marki pod tylną pokrywą. – sarknął ktoś z grupy Mateusza – Jakiej pojemności bokser pracuje w 989?
Mateusz pozwolił sobie na krótki, wredny uśmieszek. Wiedział, że teraz zrzuci bombę.
- Silnik jest z przodu – odparł – I to chłodzone cieczą V8.
Poruszenie, syki niezadowolenia. Puryści.
- Podobnie jak w ostatnim stadium tego prototypu, czyli stojącym po naszej prawej 932… choć tego już się pewnie państwo, po kształcie nadwozia, domyślili. A także w 928 H50 po lewej, choć to akurat, biorąc pod uwagę bazowe 928, dość oczywiste.
- Dlaczego żadne z tych aut ostatecznie nie trafiło do produkcji? – zapytał w końcu, po dłuższej chwili milczenia, jeden z gości.
- Sprzedaż 928 na początku lat dziewięćdziesiątych drastycznie spadła, a Firma znalazła się w naprawdę nieciekawej sytuacji finansowej. Sprzedaż 911 zaczęła zaś powoli rosnąć… w ramach cięć i redukcji ryzyka zdecydowano ubić ten projekt stwierdzając, że to nie czas na luksusową limuzynę. Zielone światło dano za to…
- Boxsterowi. – głos z tłumu.
- Dokładnie tak. – uśmiechnął się – I, jak sami państwo doskonale wiedzą, była to właściwa decyzja. Dzisiaj natomiast możemy cieszyć się czerpiącą garściami z tych prototypów Panamerą, doprowadzającą ideę sportowej limuzyny do perfekcji. – zakończył marketingowym sloganem, dumny sam z siebie.
Mógł by przysiąc, że przechodzący nieopodal Dieter skinął mu lekko głową. Z uznaniem.

Riesling lał się strumieniami, ekstrawaganckie przekąski za tysiące euro znikały w oczach. Dochodziła pierwsza w nocy, a bankiet znalazł się w szczytowym punkcie szampańskości.
- Smutno stać o suchym pysku. – rzucił Giovanni, sącząc bezalkoholowe mohito.
- Obowiązki zawodowe zobowiązują. – firmowy, popielaty garnitur układał się na Kristoferze niemal idealnie. Gdyby prezencja była głównym kryterium wyboru, miał by tę robotę w kieszeni.
- Sranie w banie. – odparł Włoch. – Nawet Frank zaczyna powoli tracić kontakt z rzeczywistością. Jesteśmy jedynymi, którzy trzymają pion.
Orkiestra cięła walca, w takt którego pląsało na parkiecie kilkanaście par w różnym stadium alkoholowego upojenia. Efekt, dla osoby postronnej, był dość komiczny.
- Akcjonariusze, dealerzy, dziennikarze, inwestorzy. – stwierdził Mateusz – A po odpowiedniej ilości szampana i niemieckiego wina poziom i tak równa do przeciętnego polskiego wesela.
- Nie mierz swoją miarą. – odpalił Franz.
- Gdyby było sztywno, porównałbym tę uroczą firmową libację do wesela niemieckiego, Franzyś. Ale sztywno nie jest.
Niemiec przetrawił w ustach przekleństwo. Giovanni i Kristofer zachichotali.
- Nie wiem, jak wam – Mat zawiesił wzrok na cielistej sukience, opinającej idealną talię i piękne, choć nieduże piersi – Ale mnie udziela się nastrój tego uroczego balu.
- Hm…? – zapytał Kristofer.
Brązowe szpilki eksponowały te cholernie idealne łydki, nadając jej niewysokiej postaci cechy półboskie. Włosy misternie upięte, ewidentnie przygotowała się na to wyjście. Tatuś kazał, czy przyszła z własnej woli?
- Trzymajcie kciuki. – rzucił i ruszył przed siebie.
Prawdę mówiąc, nastrój faktycznie mu się udzielił i pchnął do tej głupoty. Nim dotarł do połowy parkietu, zdążył przejść kryzys wiary i zwątpić. Gdy jednak złowił jej spojrzenie, gdy przypomniał sobie reakcje Franza na wzmiankę o niej – odwrotu już nie było.
Odwrót oznaczał wieczne upokorzenie, kroczenie dalej – „wylotkę” i upokorzenie chwilowe. Trzeciej opcji nie widział, ale czy wszystko co robił musiało mieć racjonalne uzasadnienie? Być może świat faktycznie należał do bezczelnych.
- Madam. – skłonił się dwornie, na pokaz, może ciut zbyt ironicznie.
- Dobry Boże – odparła panna Elizabeth, upijając łyk szampana – Nieledwie kilka godzin temu wspomniałam pańskiemu koledze… czy też, jak sądzę, konkurentowi, o pańskiej bezczelności. Widzę, że robi pan wszystko, żeby tę opinię potwierdzić.
- Entuzjazm Franza, gdy opisywał wasze spotkanie, tę bezczelność podbudował. Do tego stopnia, że dziwi mnie forma per „pan”, panno Elizabeth.
- Oburza pana „pan” i tytułuje mnie pan „panną”. Dziękuję losowi, że w XXI wieku nie padło na „panienkę”. Zaiste, jak pisał wasz polski poeta, chamstwo szybko mości się w togach, lecz nie gubi akcentu.
Zamilkł. Sam się zapędził w kozi róg i dał znokautować finezyjną fangą. Zapomniał, że ma do czynienia z wytrawnym przeciwnikiem.
- Nie mogę jednak odmówić swoistego stylu. – pociągnęła – Od czasu tego… - zawahała się, jej twarz na moment zmieniła wyraz, malując cieniem lęku - … wydarzenia, gdy zmusiłeś mnie do przyśpieszonego kursu pierwszej pomocy… przeżywam niezdrową fascynację tym, co tu robicie. Punkt dla ciebie za dzisiejszy popis na torze.
- „Wydarzenie” to dość łagodne określenie. Cieszę się, że nie urosło ono do rangi czegoś poważniejszego.
Błąd. Bezczelny i gruboskórny.
- Wolałbyś określenie „trauma”? „Tragedia”? A może jakże brytyjski, fałszywie zdystansowany „incydent”? Jeśli dla ciebie było to w jakikolwiek sposób bliskie normalności… bo o czerpanie satysfakcji z tego, co tam się działo, nawet ciebie nie podejrzewam… to nawet moja niska ocena twojej osoby jest optymistyczną przesadą. Mówiąc krótko, nie sypiam dobrze od tego czasu. Zalecono mi zmierzyć się ponownie z tymi demonami, choćby w formie samej szybkiej jazdy. Oto jestem. – zawiesiła głos – Powiedziałam za dużo jak na damę, ba, za dużo nawet by zachować szacunek do samej siebie. – znów chwila milczenia – Chciałeś zapytać o coś konkretnego? Porozmawiać o pogodzie? Czy może napawać się widokiem słabej kobietki, wdzięcznej macho za wyratowanie z opresji?
- Chciałem przeprosić. – odparł krótko.
Uniosła brwi. Zamilkła.
- Za? – rzuciła po dłuższej chwili.
- Za grubiaństwo. Tu i teraz. Za to, co działo się wtedy… nie znajdziesz we mnie żalu do samego siebie. Zrobiłem co mogłem. Za to nie przeproszę. Nigdy. Nijak.
Milczenie. Orkiestra zakończyła łagodnego walca, rozsiewając na parkiecie łagodną ciszę, zakłócaną jedynie stukotem obcasów i dźwiękiem unoszonych kieliszków.
Żałował idiotycznej myśli, która pchnęła go w jej kierunku. Przegrał bitwę, przegrywał wojnę której wygrać nigdy nie był w stanie. Której wygrana nie miała przecież i tak żadnej wartości.
Orkiestra umilkła na krótką chwilę, muzycy przerzucili nuty. Dłonie dyrygenta powędrowały w dół, a ciszę przerwał łagodny dźwięk skrzypiec.
Odstawiła kieliszek, uniosła wzrok i przeszyła go spojrzeniem modrych oczu upewniając w przekonaniu, że faktycznie przegrał i właśnie ginie.
- Widzisz, panie Mateuszu – głos miała cichy, bliski szeptowi, choć doskonale słyszalny – Jest jedno, co mogę zrobić dla samej siebie. Coś, co mnie uspokoi i co da mi cholerną satysfakcję niezależnie od rezultatu.
Wyciągnęła w jego kierunku dłoń, delikatną i smukłą.
- Mój pocałunek śmierci dla ciebie.
Zawahał się, przez ułamek sekundy nie wiedząc, co robić.
Ujął jej prawą dłoń i do świadomości wwierciła mu się gładkość jej ciepłej skóry. Poczuł jej dotyk na swoim barku i z ledwością ukrył rozchodzący się po całym ciele dreszcz, gdy palce jego prawej ręki spoczęły na jej wydekoltowanych plecach.
- Carlos Gardel. – mruknęła, przylgnąwszy do niego, czołem muskając jego skroń. Widział, jak wzrok gości zaczyna błyskawicznie wędrować w ich kierunku, byli na parkiecie niemal sami. – Ciekawi mnie, czy znany jest ci…
Łagodnie odchylił się do tyłu, a ona uniosła się na palcach, wspierając na nim. Przechył w przód, powtórzenie tej delikatnej kołyski, krok w tył, trzy długie kroki na ukos, w kierunku środka sali. Jeśli ginąć – to w blasku świateł.
- Por una cabeza. O włos. – odparł.
Dojrzał błysk w jej oku. Pianino ucięło łagodną rozmowę ciał i kroków, skrzypce zerwały się do chwytającej za serce pieśni, wspomagane dramatycznym rytmem bandoneonu.
Rozluźnił ramę i wypuścił jej lewą dłoń, by z zachwytem ujrzeć jak płynnie uchodzi kilka kroków w tył, na palcach, ruchami tak miękkimi i zmysłowymi jakie wykonać może tylko kobieta, i to kobieta po wielu latach spędzonych na balowych salach. Lekkim gestem ręki przywołał ją do siebie, wróciła w dwóch szybkich krokach i na krótki moment ich ciała znów zetknęły się ze sobą, wirując w szybkich obrotach.
- O głowę. O końską głowę, ściśle mówiąc – stwierdziła – Gardel śpiewa o hazardziście uzależnionym od końskich gonitw i kobiecych wdzięków. Zaskakuje mnie twoja znajomość tanga.  
Odpowiedział przesuwając palce wyżej na jej łopatkę i przyciskając nieco bliżej do siebie. Kilka krótkich kroków w przód, dwa w lewo, zatrzymanie, policzek w policzek, kołysząc ciałami w rytm muzyki.
- Odwagą, jakkolwiek straceńczą, też mnie nieco zaskoczyłeś. Mogłeś odmówić tego tańca, i być może wyrzucać sobie do końca życia tchórzostwo. – stwierdziła, podczas gdy jej stopa musnęła jego stopę. Nie odpowiedział, chyba że dwa bliskie kroki i spojrzenie w oczy uznać można było za odpowiedź. Posłała mu przelotny uśmiech, gdzieś pomiędzy niechęcią a podziwem, wypłynęła z jego objęć na długość dłoni, wyprężyła jak struna i w hipnotyzującym geście uniosła stopę. Tren jej cielistej sukni zafalował, na krótki moment nieco bardziej odsłaniając zgrabne nogi.
Ponad falami kasztanowych włosów złowił pełne zdumienia spojrzenia kumpli. Goście przyjęcia siedzieli urzeczeni, a kilka nobliwych dam puściło mu maślane spojrzenia. Dziękował sobie w duchu za to, że od późnej podstawówki bawił go taniec. Od poziomu Elizabeth dzieliła go przepaść, ale przynajmniej nie robił z siebie idioty.
- Mogłeś też spróbować tego tanga i polec, na oczach twoich konkurentów. – stwierdziła, gdy jej usta znów znalazły się tuż obok jego policzka. Pachniała, wbrew lekkości stroju i uczesania, ciężkimi, piżmowymi perfumami - W oczach Niemca widzę, że wciąż na to liczy. Dla Włocha i tego uroczego blondyna już teraz jesteś bohaterem. Samobójcą, ale jednak bohaterem.
Tanecznym, wyuczonym gestem odepchnęła jego dłonie i miękkim, diabelnie seksownym krokiem, kołysząc lekko biodrami, zaczęła kreślić na parkiecie półokrąg. Wiodła wzrokiem po zgromadzonych na sali gościach, pewna siebie i władcza. Poszedł w jej ślady, dopełniając jej okrąg, krokiem może nieco zbyt sztywnym, nieco zbyt niepewnym. Wyciągnął w jej kierunku dłoń, ujęła ją i szybkim obrotem znalazła się w jego objęciach, ustami niemal dotykając jego ust, dłoń wspierając na barku, palcami gładząc jego szyję. Zmrużyła oczy, zmysłowa jak nigdy dotąd, dotknęła czołem jego czoła i lekkim muśnięciem nogi wróciła jego myśli w kierunku rzeczywistości. Postawił dwa sprężyste kroki w tył a ona płynęła wraz z nim, niby uległa i poddana jego woli, choć doskonale wiedział, że nie było w tym za grosz prawdy. Wiedział, że już dawno stracił nad tym wszystkim kontrolę, a teraz kontrolę tracił nad samym sobą. Perfum wdzierał się w jego świadomość, łamał wolę, skazywał na jej łaskę. Nie było już w nim wiele z bohatera uchodzącego z zasadzki w centrum Lipska, a w niej z przerażonej, zdanej tylko na niego dziewczyny, nie – teraz to ona była panią i władczynią sytuacji. Zgubiła go pycha.
Pianino zabrzmiało w kolejnej partii, skrzypce ponownie wzniosły w fenomenalnym, dramatycznym brzmieniu. Oddalili się od siebie na długość ramienia, popłynęli defiladowym krokiem środkiem parkietu. Zawirowała w jego ramionach i na powrót znalazła niebezpiecznie blisko jego ust i ciała, patrząc prosto w oczy, wyzywająco, z dominacją. Znów zatonął w tych modrych taflach, jak wtedy gdy ujrzał ją po raz pierwszy, pod lipskim uniwersytetem. Znów paliły i zniewalały go te błyski, znów na ten krótki moment nie istniał dla świata. Był kobieciarzem, po tylu latach miłości i miłostek wiedział to doskonale, ale nie mógł nic poradzić na tę słabość. Tu i teraz był w jej mocy i na jej łasce, niezależnie od własnych uczuć i sensu tego wszystkiego. I wiedział, że ona doskonale o tym wie.
- Ale nie, ty wybrałeś najtrudniejsze rozwiązanie – pociągnęła głosem na pograniczu szeptu i kociego mruczenia - Ty wolałeś poświęcić szansę na robotę w tej przeklętej firmie, i za cenę wilczego biletu nabywanego właśnie u mojego ojca popłynąć w tango z córką szefa. Wiesz, Mateuszu… na swój sposób ponownie mi zaimponowałeś. Nie spodziewałam się tego po tobie.
- To czyją jesteś córką nie ma tutaj żadnego znaczenia, ‘Liz. Jeśli ten taniec jest twoim pocałunkiem śmierci, niech i tak będzie. - odparł – Bo widzisz… mimo wszystko, jest on jednak pocałunkiem.
Teraz był pewien. Zarumieniła się.
Mógł przegrywać i ginąć, ale przynajmniej nie bez walki.
Uciekła z jego objęć, zrobiła kilka energicznych, władczych kroków, zarzuciła trenem sukni. Ruszył za nią, ujął za dłoń, a ona w podwójnym piruecie wróciła w jego objęcia, gładząc palcami policzek, gestem i pozą tak przesyconą erotyzmem, że ledwie nad sobą panował. Wiedział, że robiła to specjalnie, i że dla niego to zawodowy wyrok śmierci. Ale do diabła z tym.
- Twoja Włoszka dobrze cię wyćwiczyła. W tańcu… i w obyciu.
- Tango poznałem u boku innej nauczycielki. Nie tak wyrozumiałej i nie tak ciepłej, choć równie zdolnej.
Przygryzła wargę, przesunęła palcami po jego plecach.
- Przyznaję wbrew sobie, zdolnej. Lekcje warte każdej ceny.
- Lekcje niewarte wyrwanego serca. Choć, z perspektywy czasu, trochę zmieniam ten osąd.
Zamilkła wraz z orkiestrą, kładąc na jego rękach, dłonią muskając parkiet, z oczami utkwionymi w jego oczach. Suknia opięła się na jej posągowym ciele gdy wyprężyła się i szybkim ruchem wróciła do pozycji wyprostowanej, obejmując jego szyję. Na sali rozległy się krótkie – choć burzliwe – oklaski.
- El beso de la muerte. – stwierdził, kłaniając się lekko – Taniec wart piekieł, Elizabeth.
Odprowadził ją do stolika, powtórzył ukłon i bez słowa odszedł, nim to wszystko znalazło jakąkolwiek kontynuacje. Wracając do stolika kandydatów złowił spojrzenie Dietera.
- Warto było – pomyślał, dostrzegając przebijający przez morze dezaprobaty podziw – Warto było poświęcić robotę marzeń dla tych kilku minut bez przeszłości i przyszłości. Warto, kurwa, było.

- Co ty, for fucks sake, zrobiłeś, sukinsynu? – przywitał go Franz – Czy ty w ogóle masz pojęcie, czy ty masz świadomość, skąd miałeś czelność…
- Nie odpowiada ci, że sam się wyautowałem z konkurencji? Odpowiada. To zamknij ryja.
Franza zatkało. Mat sam się zmieszał.
- Przepraszam, Franz. Przesadziłem.
- Wyautowałeś, owszem, ale w jakim stylu! – Giovanni nawet nie starał się ukryć podziwu w głosie. – Pełen podziw, amico. Tylko mężczyzna o naprawdę grandi dimensioni idzie na królewski bal i rżnie królewnę na środku parkietu.
Kristofer westchnął z zażenowaniem.
- To był piękny taniec, Mat. – stwierdził – Może niewart pewnych konsekwencji, ale tak czy siak… piękny. Zjawiskowa kobieta.
Mateusz skinął głową, nie znajdując trafnego komentarza. Nalał pełną szklankę coli, wypił duszkiem.
- Wiecie co… - Kristofer omiótł wzrokiem salę – Mat… skierowałeś na nas całą uwagę. Czas na taktyczny odwrót.
Mat odwrócił głowę i ocenił sytuację. Kris miał rację, znakomita większość gości mniej lub bardziej dyskretnie się mu przyglądała. Faktycznie… poszedł grubo, za grubo, grubo za grubo.
- Może pomęczymy trochę Santa Klausa? – zaproponował Giovanni – Piwo chyba weszło mu dostatecznie dobrze, żeby sprzedać nam trochę firmowych sekretów i dorobić klucz do Trzeciej Grupy.
- Uwzględniając cały burdel, który urządził ten idiota – burknął Franz – Gadka z szefem mechaników wydaje się faktycznie najbezpieczniejszą opcją.
Mateusz chciał się odgryźć, ale znów nie znalazł trafnej riposty. Okazji do zagadnięcia po godzinach pracy Klausa, człowieka, który o lipskim oddziale i samej firmie wiedział pewnie wszystko, nie było znowu aż tak dużo. Pomysł był dobry.
- Chodźmy. – stwierdził krótko Kristofer.
I poszli.

- Mówiąc szczerze, chłopaki… - Klaus wypuścił z płuc kłąb papierosowego dymu - … to którego by z was nie wywalili, będzie mi go brakowało. Dobrzy z was kierowcy, czego by tam wam Frank z Walterem nie mówili.
- Mateusz poleci, tak więc ma się pan okazje pożegnać. – rzucił półżartem Giovanni.
- Za ten taniec? Szczerze wątpię, niewinna zabawa, na dodatek, jeśli mnie oczy nie myliły, z inicjatywy dziewczyny. Poza tym, Dieter zazwyczaj bez problemu rozdziela sprawy zawodowe od rodzinnych.
Franz mruknął coś pod nosem, ale został solidarnie zignorowany.
- Cóż, może więc nadal mam szanse doczekać Trzeciej Grupy. – stwierdził Mat.
- Co was tak ciągnie do mocy, chłopaki? Trzecia Grupa to głównie „jednastki” Turbo i GT3, minus kilka modeli do których trzeba czegoś więcej niż tytułu zaprawionego w bojach kandydata… ale i tak to bardzo niebezpieczne maszyny.
- Panie Klaus, pyta pan a chyba sam wie – odparł Giovanni – Czy jest coś bardziej męskiego i pompującego testosteron do żył niż 965’tka?
Na krótki moment brwi Klausa zmarszczyły się, w ewidentnym zaskoczeniu.
- Nie ma takiego auta jak 965. – burknął Franz – Mógłbyś nie powielać błędów nazewnictwa produkowanych przez fanbojów. To nie jest oficjalna nazwa 964 Turbo…
- Dobra, pal sześć, zwał jak zwał, czy ma to znacze… - Giovanni zaczął unosić głos i gestykulować uniesionymi dłońmi, ale Mateusz wszedł mu w słowo.
- Było takie auto. – powiedział – Prototyp. Następca 930’tki, klasycznego, pierwszego „Turbo”. Baby 959.
- Firma nie poradziła sobie z silnikiem. – dopowiedział Kristofer – Czytałem tę historie. Projekt zarzucono, żeby wypełnić lukę stworzono naprędce 964 Turbo, stąd brak rewolucyjnych zmian w stosunku do 930. Wszystkie prototypy oprócz jednego zniszczono.
- Motonerdy. – sarknął Giovanni – Było i nie ma, a 965 przyjęło się mówić na…
- Oprócz dwóch.
Spojrzeli na szefa mechaników, w zaskoczeniu. Klaus w milczeniu pociągnął z kufla. W przeciwieństwie do niemal wszystkich gości na przyjęciu, popijał piwo.
- Wiecie co, dzieciaki – rzucił po dłuższej chwili zastanowienia – Chodźcie za mną. Lubię was, może kiedyś to wy mi z tym pomożecie. Ale mordy w kubeł, dobrze radzę.

Elektroniczny zamek zaćwierkał, a Klaus odsunął kartę od czytnika i nacisnął klamkę.
- Mrrrrau! – wydobył z siebie Giovanni, przekraczając za szefem mechaników próg hangaru – Cześć maleństwa!
- Najświętsza panienko – Mateusz przeciągnął palcami po śnieżnobiałej karoserii GT3RS – Coś pięknego.
- Warto czekać na trzecią grupę. – przytaknął Kristofer.
Franz nie powiedział ani słowa, ale błyski w jego oczach zrobiły to za niego.
Klaus bez słowa przemaszerował przez hangar i zatrzymał przy kolejnych drzwiach.
- Cholerna elektronika. – mruknął, sięgając do kieszeni i kładąc na wielorybi ogon 993 Turbo kilka kart. Założył na nos okulary i przyglądał się po kolei każdej z nich, by w końcu przyłożyć jedną do czytnika. Czytnik zabrzęczał, a Klaus zgarnął karty do ręki.
- Dobra. – mruknął, wchodząc do środka – Witam w moim królestwie.
Sala była niewielka, mieściła raptem cztery samochody, ale ich dobór i unikatowość sprawiały, że hangar Trzeciej Grupy wydawać by się mógł parkingiem pod supermarketem. Dość powiedzieć, że srebrne 930 Turbo z trzylitrowym silnikiem było tutaj najbardziej pospolitym autem.
- To jest… - zająknął się Kristofer, wskazując na poobijaną rajdówkę w klasycznym malowaniu Rothmansa – 959 w specyfikacji dakarowej, ale czy…?
- Oryginał. 1985, z trzech lat naszych startów w Dakarze rocznik najbardziej pechowy. Wystawiliśmy trzy, w jednym padło smarowanie, dwa zostały rozbite… to były moje początki w firmie, świeżo po studiach. Praca marzeń, nawet jeśli tylko jako chłopak od brudnej roboty… w każdym razie, to jeden z dwóch rozbitków. Byłem w zespole odpowiedzialnym za ten właśnie egzemplarz… diabelnie się cieszę, że udało mi się go tutaj po latach ściągnąć. Dieter obiecał nawet środki na remont… kiedyś.
- A to dziwactwo? – Giovanni wskazał na limonkową 914’tkę z dziwnie nisko siedzącym tyłem – Diablo szerokie kapcie jak na dychawiczne baby-Porsche.
- A, to… - Klaus uśmiechnął się szelmowsko - To jest moja prywatna zabawka, którą składam od roku z kawałkiem. Słyszeliście o 914/8?
- Prototyp 914 z ośmiocylindrowym bokserem z wyścigowego 908. Powstały dwa egzemplarze, jeden trafił w ręce Ferry’ego… ale nie przypadł mu do gustu. – odpowiedział Franz - Czy to jest drugi z egzemplarzy?
- „Nie przypadł do gustu” jest niedopowiedzeniem. – Klaus pociągnął z butelki – Ferdinand nienawidził tych aut. Ale ten z oryginału wziął tylko inspiracje. Mam dobrego znajomego ze studenckich czasów. Znajomy ten, wyłóżcie sobie, pracuje w RUFie jako główny inżynier od silników… a spotkania nad Paulanerem bywają owocne.
- Co pan tam wsadził? – zapytał wprost Kristofer.
- Wy mi powiedzcie.
- Silnik z RGT-8. – zaryzykował Mateusz – V8, ale flat-pane. Mieści się w zadku 911, więc w teorii…
- Mieści się, to fakt. – mechanik uśmiechnął się - Ale sporo jeszcze pracy przede mną, jeśli chodzi o strojenie tej bestii. Zawieszenie i hamulce też zwyczajnie nie dają rady. Jakby się który z was nudził po godzinach to trzeba mi objeździć tę zabawkę, a po Piekle widzę, że jesteście w tym naprawdę nieźli. Skoro jesteśmy już w temacie silników… mówiłeś o 965 jako o oznaczeniu dla 964 Turbo, następcy 930 Turbo. – zwrócił się do Giovanniego – Faktycznie, tak się mówi na 964 Turbo, ale oznaczenie to przynależało do innego auta. Mateusz słusznie nazwał je „baby 959”, bo wizualnie było całkiem podobne… i rzeczywiście, jak powiedział Kristofer, to 965, nie 964 Turbo, miało zastąpić 930. Projekt porzucono, i to również jest prawda, a głównym powodem były problemy z silnikiem, racja. I wreszcie… wszystkie oprócz jednego prototypy zniszczono.
- I to nie jest prawda. – stwierdził Mateusz, od dłuższego czasu wpatrując się w przykryty pokrowcem kształt za plecami mechanika. Wiedział, dokąd zmierzał ten wywód.
- Jest to prawda oficjalna. – odparł Klaus. - Prawda nieoficjalna ma nie wyjść poza ten pokój.
Odwrócił się, chwycił materiał i delikatnie go uniósł, odsłaniając okryty nim samochód.
- Oh, fuck. – mruknął Giovanni.
Wóz miał wypłowiały, srebrny lakier, spasowanie paneli nadwozia nie było idealne, ale przed sobą mieli coś, co nie miało prawa istnieć.
- Jest… piękne. – powiedział szczerze Mateusz, sunąc wzrokiem po liniach nadwozia.
- Czy to nie jest egzemplarz z tych kilku oficjalnych fotografii, które się uchowały? – zapytał Kristofer – Te pełne felgi…
- Nie. Tamtego przecięli w pół. To jest ostatni z osiemnastu egzemplarzy, testowali na nim kwestie karoseryjne. Wierzcie mi, to był najlepiej spasowany z prototypów. Sytuacja finansowa firmy była wtedy mocno niewesoła… stąd też między innymi ubicie tego projektu.
- Jeśli dobrze wiem – zaczął Franz – Pod pokrywą jest V8. Mam racje?
- Masz, chłopcze. Tak docieramy do najciekawszej kwestii w tym aucie. – mechanik pociągnął za klamkę i z chwytającym za serce, charakterystycznym dla nie do końca spasowanych elementów „klang” otworzył drzwi kierowcy, sięgając do środka. Po chwili pokrywa z tyłu auta odskoczyła i nieco podjechała do góry na zmęczonych, gazowych siłownikach. Klaus podniósł ją ręką, odsłaniając skrywający się tam silnik.
- Chłodzone cieczą V8. – stwierdził Kris – Gdyby to auto faktycznie trafiło na rynek w latach osiemdziesiątych, puryści dostaliby wylewu.
- I to z Audi. – zauważył Mat – Musieliście być naprawdę pod ścianą.
- Z góry był przykaz, że auto napędzać ma sześciocylindrowy bokser, ale mocniejszy i bardziej niezawodny niż w 930. Zastrzeżenia były też co do rozmiaru turbodziury. Z budżetem, jakim wtedy dysponowaliśmy… a kilka lat wcześniej 959 wydrenowało go niemal do zera… to był cel nie do osiągnięcia. Tak, byliśmy pod ścianą. Dość powiedzieć, że wsadzenie V8 zaproponował jeden z najmłodszych pracowników, a silnik taki trafił tylko do jednego egzemplarza.
- Chwila. Egzemplarz w muzeum Porsche we Stuttgarcie… nie ma silnika? – zawahał się Mateusz.
- Ma.
Zapadła chwila ciszy.
- A ten tutaj… służył do prac nad karoserią, tak?
- Zmierzasz w dobrym kierunku, chłopcze. Testy aerodynamiki i przymiarki dla form karoseryjnych.
- To pan zaproponował V8. – stwierdził niespodziewanie Kristofer. – To była pańska idea. I dlatego ten egzemplarz też ma V8… zamontowane nieoficjalnie. Po zamknięciu programu, przez pana.
Klaus uśmiechnął się szeroko, a jego oczy na krótką chwilę zrobiły się nieobecne, jakby biegł myślami do czasów zamierzchłych i dawno już minionych.
- Bystre z was chłopaki.
- Firma nie wie? – zapytał Giovanni.
- Oficjalnie nie. Nieoficjalnie dostaje czasem nadane ze Stuttgartu paczki z częściami pozostałymi po tym projekcie. Niemniej… w papierach ten samochód został zniszczony. Lepiej nie drażnić prezesów i księgowych. Dla mnie ma wartość sentymentalną… to na tym projekcie wybiłem się na niepodległość w Firmie.
Mateusz jeszcze raz pochłonął wzrokiem linie 965. W porównaniu do stojącego obok rajdowego 959 wóz był znacznie łagodniejszy w wyrazie, nieco mniejszy, przetłoczenia mniej muskularne, ale… wyglądał znakomicie. 959 dla ludu. Wybranego, ale jednak ludu.
- Szkoda. – powiedział – Szkoda, że się nie udało.
- Po fiasku projektu w pośpiechu wypuściliśmy 964 Turbo. – dokończył historie Klaus – Jak na przygotowany naprędce wóz wyszło całkiem dobrze, choć silnik był niewielkim tylko krokiem naprzód w stosunku do 930. Resztę historii znacie.
- Pozostało jeszcze jedno pytanie. – rzucił Giovanni – Jak udało się go panu ocalić od zgniatarki?
Uśmiech, jaki pojawił się na ustach Klausa świadczył o tym, że mechanik właśnie przypominał sobie świetną historię z młodości. Odpowiedział jednak tylko:
- Nie chcecie wiedzieć. Inaczej musiałbym was zniknąć.

Z sali wytoczył się przedostatni z inwestorów, obściskując blogerkę motoryzacyjną w kusej, koronkowej kiecce. Przy stoliku – a raczej na nim – pozostał ostatni, śpiący snem sprawiedliwego pijaczyny gość. Obsługa sprawnie sprzątała teren pobojowiska, a Frank skinął w ich kierunku dłonią. Impreza dogorzała, byli wolni.
- Ja ja, bitte, wir nach hauze gejen, heil komendant. – zadrwił Mateusz. Franz warknął niezrozumiale.
- Mam lepszy pomysł. – stwierdził Giovanni, rzucając na stolik plastikową kartę.
Zapadła cisza.
- Czy to jest… - zaczął Kristofer.
- Hangar Trzeciej Grupy. – duknął Franz – Skąd to masz?!
Giovanni uśmiechnął się szelmowsko.
- Po kilku piwach Klaus trochę nie ogarnia rzeczywistości.
- Ukradłeś?!
- No co wy, nie jestem tak bezczelny. Klaus nie zabrał jej ze spoilera gdy szukał tej do swojego składziku na cuda. Jutro mu ją oddam… albo któryś z was. I tak wracamy do mojego pomysłu.
- Oddanie tej karty to samobójstwo, biorąc pod uwagę, że któryś z nas na dniach wylatuje. – stwierdził Mat – Byle pierdoła, a posądzenie o kradzież bynajmniej pierdołą nie jest… i nagle będzie jasność, kto jest na wylocie.
- No właśnie. – pokiwał głową Giovanni – Osoba do odstrzału zgłosi się sama, przyznając do bycia prowodyrem całej akcji. Na zasadzie, oczywiście, gentlemańskiej umowy.
- Jakiej akcji? – w głosie Kristofera pobrzmiewała niepewność.
- A jaką akcją kierowcy testowi Porsche mogą rozstrzygnąć, który z nich ma odpaść? Kris, pytasz a wiesz. Wyścigiem, oczywiście. Autami trzeciej grupy, wydobytymi tą oto magnetyczną kartą. Wyręczymy ich od tego wyboru, nie oszukujmy się, chłopaki - wszyscy jesteśmy jednakowo dobrzy. Wywalą tego, którego najmniej lubią.
- Pomysł jest dobry. Serio. – odezwał się Mat – Ale to nie wypali, ‘Vanni. Wywal lepiej tę kartę pod jakiś stolik, to pieprzona antymateria. Z toru zgarną nas szybciej, niż te Turbo i RS’y dobiją pierwszej setki. I z firmy, nie muszę chyba dodawać, polecimy wszyscy.
- A czy ja mówię o firmowym torze? – żachnął się Giovanni. – Panowie, szanujmy się. Na torze przemaglowali nas we wszystkie możliwe strony. Zrobimy to jak na prawdziwych mężczyzn przystało. Na autostradzie.
Gdyby nie sprzątaczka, która weszła na salę z przemysłowym odkurzaczem, ciszę jaka zapadła między Kandydatami można by nazwać „absolutną”.
- Chyba się nie cykacie, nie?
- Doobra. – odezwał się Kristofer – Pieprzyć. Wchodzę w to.
- Ja też. – mruknął Mat – Mimo wszystko, należy czasem popełniać życiowe błędy, to będzie dziś już drugi do kompletu. Franz?
Niemiec milczał przez kilka sekund, walcząc sam ze sobą. W końcu skinął głową.
- Zróbmy to.