„No Reason”


Była niewysłowienie piękna.
Lekką, niczym niezmąconą linię ciała okrywała tylko i wyłącznie satynowa pościel, spoczywająca na jej długich nogach i wąskiej talii.
Odsłonięte, kształtne piersi falowały spokojnie, w takt kolejnych oddechów. Lewa dłoń, ułożona nieco pod nimi, pozwalała podziwiać alabastrową skórę i paznokcie na kształt migdałów. Prawa, w ekstatycznym geście zwisająca z łóżka, ukazywała błękitne, cieniutkie żyły.
Widział płynącą w nich powoli krew.
Tuż obok leżał kwiat.
Czarna róża.
Jego spojrzenie powędrowało wyżej.
Panujący w pokoju półmrok odrealniał jej obraz, nadając cechy półboskie.
Nie mogła być prawdziwa.
Była.
Łabędzią szyję otulała burza kruczoczarnych włosów.
Leciuteńkie promyki światła, przebijające się przez zasłony, igrały na tych ciemnych falach.
Refleksy sprawiały, że nabierały one odcieni ametystu.
Westchnął z zachwytu.
Wzdychał zawsze, ilekroć mógł oglądać ten cud.
Dziesiątki, setki razy.
Każdy raz był wyjątkowy.
Niepowtarzalny.
Gładki podbródek, liliowe policzki, ze ślicznym, maleńkim dołeczkiem z lewej strony.
Chłonął jej postać, jak gdyby już nigdy więcej nie miał jej oglądać.
Czynił tak przez wszystkie te lata.
Drobne, krwistoczerwone usta były na wpół otwarte, kontrastując ze śnieżnobiałymi ząbkami.
Niewielki nos, leciutko zadarty.
Długie, misternie podkręcone rzęsy zasłaniały zamknięte oczy.
Największy Artysta nadał swemu dziełu iście boskie tchnienie.
Aury, którą emanowała, nie czuł przy żadnej innej kobiecie.
Znakomite proporcje ciała i twarzy, wyznaczone z iście matematyczną precyzją, przy zachowaniu wszelkich Złotych Zasad.
Była ideałem piękna.
Była ideałem klasyków.
Była jego ideałem.
Nachylił się, i musnął ustami jej policzek.
Czuł słodycz perfum.
Czuł rozkoszne ciepło skóry.
Jego serce zakołatało.
Nawet „Śpiąca Wenus” Giorgione nie była choć w połowie tak cudna, jak Ona w objęciach Morfeusza.
Ostrożnie zsunął się z łóżka, i zaczął ubierać.
Zmysły atakowała… muzyka.
W umyśle kołatały mu się słowa „Dove Vai”.
Zapiął guziki koszuli, i narzucił na plecy beżową marynarkę.
- Nie mów mi, że chcesz iść.
Głos miała ciepły, spokojny i delikatny.
Aksamitny.
W jej dłoni tkwiła czarna róża.
Była całkiem naga.
Spoglądali sobie prosto w oczy.
Niektórzy mogli by sądzić, że był z nią dla jej powierzchowności.
Dla piękna ciała, dla tego, co potrafiła, co robili bez… bez cienia wstydu, dla czystej… najsłodszej przyjemności.
Prawda była jednak inna.
Uzależnił się od niej, od tego, jaka była, jak była, ale najbardziej…
… najbardziej kochał jej oczy.
Tonął w tym oceanie turkusu. Zagubiał się w nim, zatracał…
- Żegnaj.
Podniosła się z łoża i podeszła do niego.
Kołysanie bioder, zapach perfum, zalotnie poruszane rzęsy, wszystko to było przesycone wręcz erotyzmem.
Serce łomotało.
Zawsze to czuł, pomimo… pomimo tych wszystkich lat.
To uczucie… nie mijało.
Magia… magia chwili.
Zarzuciła mu ręce na szyję, oplotła nogami, i przywarła całą powierzchnią swego nagiego ciała.
Trzymanym w dłoni kwiatem pogładziła lekko jego kark.
- Kiedy wrócisz? – zapytała.
- Nigdy.
Uśmiechnęła się lekko, błyskając białymi zębami.
- Zawsze tak mówisz, niezmiennie, przez te wszystkie lata. A mimo to… wracasz.
- Zawsze chcesz, żebym wracał.
- Zawsze.
Ujęła łodygę róży w usta.
Zetknęli się czołami, krucze fale jej włosów omiotły jego twarz.
Pocałunek był namiętny, nieokiełznany, bezwstydny.
Kolce kwiatu raniły ich wargi.
Czuł słodycz, płynącą wraz z krwią.
Czuł ból.
Wiedział, że tym samym czuje go i ona.
Nienawidził się za to.
Nie zmienił by tego, choćby dana mu była taka moc.

Kilka minut później, złożyła głowę na jego piersi, i westchnęła cicho.
Lekkim, pewnym ruchem umieściła czarny kwiat w butonierce marynarki.
Łodyga ociekała czerwienią.
- Wróć. – spojrzała mu prosto w oczy.
To nie był rozkaz.
To było… zaklęcie.
Tonął w turkusie, tonął w nim długo.
Nie odpowiedział.



Śnieg zaskrzypiał pod podeszwami butów, gdy tylko znalazł się poza kamienicą.
Siarczysty mróz uderzył w nozdrza.
Było zimno.
Zmierzchało.
Przeszedł pomiędzy kawiarnianymi stolikami, przykrytymi o tej porze roku grubą warstwą białego puchu, i naciągnął na dłonie czarne, skórzane rękawiczki.
W zamyśleniu przeszedł przez okrążającą Rynek ulicę, wyłożoną brukową kostką, kierując się w stronę niedalekich arkad.
Wprawne oko mogło by zauważyć, że okutany w wytworny płaszcz mężczyzna utyka na lewą nogę.
Na Cieszyńskim Rynku nie było jednakże tego wieczora żywej duszy.
Przechodząc obok fontanny Świętego Floriana przystanął, i uniósł głowę.
Płatki śniegu powolutku opadały na jego ciemne włosy.
Objął okiem otaczające go zabytkowe kamienice, sycąc się lekkimi, pociągłymi liniami secesyjnego stylu.
Żółte światła latarni wyciągały z mroku bogate zdobienia budynków, delikatne migotanie kolorowych, świątecznych lampek na obielonych drzewach tworzyło przecudny nastrój.
Zegar na Wieży Ratuszowej wybił godzinę szóstą.
Z pobliskiego kościoła Świętego Krzyża, usytuowanego na stycznej do Rynku ulicy Szersznika, rozległy się nabożne śpiewy.
Franciszkanie rozpoczynali kolejne nabożeństwo.
Uśmiechnął się do wspomnień.
Powiew zimnego wiatru sprowadził go na ziemię.
Ruszył przed siebie, przecinając bielusieńki plac.
Odbite w śniegu, tuż obok Fontanny ślady stóp miały niebawem zamienić się w lód, i stanowić jedyny dowód jego krótkiej zadumy.
Kilkanaście kroków dalej znalazł się ponownie na okalającej Rynek uliczce.
Sięgnął do kieszeni płaszcza, i wyciągnął spory, posrebrzany kluczyk z pilotem.
Brelok zadzwonił cicho, błyszcząc w świetle pobliskiej latarni.
Czerwony krzyż na białym polu i zielony wąż w złotej koronie, otoczone matowym błękitem okręgu.
Złote litery, zdradzające markę.
Nacisnął przycisk centralnego zamka.
Odpowiedziało mu przeszywające ciszę delikatne kliknięcie.
Stojący na malutkim parkingu na uboczu Rynku wóz zamrugał na powitanie wszystkimi światełkami.
Duża, niemłoda już limuzyna idealnie komponowała się z secesyjnym stylem Cieszyńskiej Starówki.
Przeciągnął dłonią po dachu auta, niespiesznie i delikatnie.
Alfa Romeo 166.
Perłowy lakier Azzuro Nuvola, wraz ze stonowanymi, seryjnymi alufelgami dopełniały obrazu tego przepięknego, ukochanego wozu. Klasycystyczny wygląd, miękkie linie nadwozia i ostry, choć spokojny przód, dzieło włoskich mistrzów, chwytał za serce.
Samochód cierpiał na wiele dolegliwości i awarii, których z każdym kolejnym rokiem przybywało.
Konstrukcja starzała się, i nawet najlepsze utrzymanie niewiele tu mogło pomóc.
Mimo tego jednak nigdy, przenigdy nie myślał o zmianie pojazdu.
Alfa była częścią jego życia.
Uprzedmiotowieniem wszystkich jego cech.
Miała…
… duszę.
Pociągnął za klamkę drzwi, które z miłym dla ucha dźwiękiem otwarły się.
Strzepnął z płaszcza biały puch, stuknął butami o próg auta, zrzucając z podeszew śnieg, po czym wymościł sobie miejsce w beżowym, głębokim fotelu kierowcy.
Najlepsza gatunkowo skóra objęła go czule, dając wytchnienie zbolałemu kręgosłupowi.
Fotele wyprofilowane były nienagannie, stylistyka wnętrzna prosta, nieudziwniona i zwyczajnie… ponadczasowa.
Materiał rękawiczek stykał się z kierownicą na całej szerokości, zapewniając idealne jej czucie.
Zapiął pas, jeszcze bardziej zgrywając się z wozem, po czym umieścił kluczyk w stacyjce, i przekręcił zapłon.
Silnik zapalił od razu, bez zająknięcia.
Aksamitny dźwięk trzylitrowej, sześciocylindrowej jednostki zaczął pieścić jego uszy cudną melodią, melodią, jakiej nie potrafił grać już… żaden samochód.
Gang silnika był cichy, sączył się jakby z oddali pracując równo, 750 obrotów na minutę.
Gdyby chciał, mógłby przycisnąć gaz, na co Alfa zareagowała by symfonią anielskiego, basowego ryku, czystego i nieskażonego choćby najdrobniejszą fałszywą nutą.
Czynił tak nieraz, często wyruszając na przejażdżkę tylko dla samego obcowania z tym arcydziełem sztuki użytkowej.
Dla piękna karoserii, gry motoru, delikatności foteli i zapachu skórzanej tapicerki.
Dziś jednak, wystarczył mu ten spokój.
Pomruk, przywodzący na myśl śpiącego, dostojnego kota.
Lekkim ruchem wrzucił wsteczny bieg, i popuścił sprzęgło.
Alfa ruszyła powoli, sunąc dostojnie niczym liniowiec na milczącym oceanie.
Chwilę później był już na środku ulicy.
Przerzucił bieg na jedynkę, skręcił kierownicą, i ruszył niespiesznie przed siebie, w kierunku Ratusza.
Reflektory odbijały się w wystawowych szybach pod arkadami kamienic, łagodny strumień światła wyciągał z mroku kolejne szyldy zakładów, sklepów i restauracji.
Dotarł na róg rynku i skręcił w lewo, zostawiając za plecami najsłynniejszą cieszyńską aleję, Głęboką.
Wóz słuchał poleceń bez najmniejszej zwłoki, miażdżąc pod kołami świeży śnieg.
Minął klasycystyczny Ratusz, stojący praktycznie w centrum tej krawędzi Rynku, po czym opuścił przepastny plac wąską ulicą Regera.
Zawieszenie idealnie tłumiło nierówności ośnieżonej brukowej kostki, którą wyłożony był cały Rynek i przylegające do niego alejki.
Wóz płynął. Szum spod maski, docierający do kabiny, był niewiele głośniejszy od lekkich powiewów zimowego wiatru na zewnątrz.
Kilkanaście metrów dalej, po prawej stronie wyrósł wysoki płot.
Przez niego dostrzec można było skąpane w śniegu, pozbawione liści drzewa, liczne ławeczki, a także stojącą w centrum wygasłą fontannę i smukłą, zdobioną altankę.
Wspomnienia.
Park Pokoju. Miejsce spotkań i schadzek z lat jego… młodości.
Tyle uczuć, tyle doświadczeń, radości i… rozczarowań, a teraz…
Nic.
Jego serce milczało, oczy obojętnie spoglądały na uśpiony, zasypany Park.
Skręcił w ulicę Limanowskiego.
Po prawej wciąż miał ogrody i roślinność Parku, ścięte tchnieniem zimy.
Jego cichego przejazdu nie zakłócił żaden samochód, żaden przechodzień.
Wrzucił lewy kierunkowskaz, i znalazł się na krótkim łączniku, zwanym Placem Słowackiego.
Wzdłuż ulicy wyrósł wielki, jasny gmach, zwieńczony czerwonym dachem i dwoma wieżyczkami.
Mimowolnie westchnął.
Wspomnienia były silne, bardzo silne.
Liceum imienia Antoniego Osuchowskiego.
Jego… jego liceum.
Liczne zdobienia, ogromne okna pieczołowicie odrestaurowanego budynku robiły niesamowite wrażenie.
Spojrzał w lewo, na mały, przyszkolny parking.
Jedno wolne miejsce jakby czekało na niego.
Kilka szerokich schodów, ciężkie, drewniane drzwi z ogromną, mosiężną klamką zapraszały do środka.
Tu się wychował.
Tutaj podejmował decyzje, które zaważyły o jego dorosłym życiu.
Tutaj wykształcił się jego charakter, jego światopogląd.
Tutaj… tutaj kochał, tutaj nauczył się… dystansu.
W ten dzień, wyjątkowy dzień, powinien więc…
Dodał gazu, silnik zamruczał basowo, wóz przyśpieszył.
… nie.
Zatrzymał się na skrzyżowaniu z 3 Maja, przepuszczając pierwszy napotkany tego wieczora samochód.
Odbił w lewo, kierując się na Wyższą Bramę.
Prosty odcinek zachęcał do przyciśnięcia gazu, skrzyżowania dzieliło przeszło 200 metrów.
Wóz, który chwilę wcześniej widział na skrzyżowaniu, Skoda Octavia, nie jechał szybko.
50-60 kilometrów na godzinę, nie więcej.
W milczeniu obserwował, jak na jezdnię wyskakuje bezdomny pies, mknący w opętańczym pościgu za czarnym kotem.
Światła stopu Skody rozbłysnęły krwawą czerwienią.
Poślizg.
Znoszenie.
Wiedział, co czuje teraz kierowca Octavii.
Utrata kontroli, brak jakiejkolwiek reakcji na ruchy kierownicą.
Podskakiwanie pedału hamulca, bezskuteczne wysiłki ABS’u.
Wyobraźnia pokazywała mu teraz oczy psa.
Nawet zwierzę musiało czuć nieuniknione.
Białka robiły się wtedy ogromne, tęczówki zwężały się.
Być może to właśnie w tym momencie pojawiało się otrzeźwienie…
… jaka w końcu była różnica między człowiekiem, a zwierzęciem?
Usłyszał głuche uderzenie.
Przeraźliwy skowyt, jęk tak bliski…
… ludzkiemu.
Skoda zatrzymała się wreszcie.
Teraz przyszła kolej na niego.
Musnął hamulec, momentalnie wyczuł, że nawierzchnia to czysty, żywy lód.
Od Skody dzieliło go ledwie kilkanaście metrów, wiedział, że nie wyhamuje.
Skręcił lekko kierownicą, a Alfa Romeo łagodnie przepłynęła na przeciwny pas ruchu.
Czarny kot wyrósł tuż przed jego maską.
Futerko na ciele zwierzątka zjeżyło się, grzbiet wygiął w ostrzegawczej pozie.
Kot bał się.
Jasne ślepka dostojnego, pięknego zwierzęcia świeciły w ciemności.
Mógłby przysiąc, że są wlepione w niego, pomimo przyciemnionych szyb.
Mógłby przysiąc, że kot zaklina go, czaruje.
Kontra była nieznaczna, o ledwie kilka stopni.
Drzwi Skody otwierały się, ze środka wyskakiwał odziany w czerwony sweter kierowca.
Nie zdawał sobie sprawy z sunącej za nim Alfy.
Przewidział to.
Perłowy, mieniący się ciepłym srebrem, błękitem i żółcią samochód przejechał pomiędzy właścicielem Octavii a zastygłym w strachu kotem, nie zahaczywszy żadnego z nich.
Kilka centymetrów, którymi oddzielił życie i śmierć.
Kątem oka dojrzał jeszcze, jak czarny ogon zamiata po drodze, po czym zwierzątko w pędzie, odzyskawszy nagle kontrolę nad sobą, umyka do klatki schodowej jednej z kamienic.
Zerknął w lusterko, wracając na swój pas.
Właściciel Skody pomstował w jego kierunku, najwidoczniej dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, co mogło się stać.
U jego stóp leżał pokryty sierścią zewłok.
Krew ciekła na jezdnię, barwiąc śnieg na bordowo.
Nie czuł nic.
Sytuacja była… rutynowa.
Czy rzeczywiście był panem Życia i Śmierci?
Co czuł umierający pies?
Co czuł ocalony kot?
Co czułby miażdżony pomiędzy samochodami człowiek?
To nie miało dla niego znaczenia.
Co… co zmieniła by ta wiedza?
Czy fakt, że pojął by ogrom cierpienia, ogrom bólu, kruchość życia… zaakceptował fakt, że każda istota, zwierzę czy człowiek zasługuje na istnienie… zmieniłby cokolwiek dla świata?
Nie.
Często zarzucano mu egoizm.
Konformizm.
Skrajne wyzucie z uczuć.
Pierwszych dwóch nie mógł zanegować. Nigdy nawet nie chciał.
Nie był jednak pozbawiony uczuć, o nie.
Jego obojętność, zamykanie się na ludzi, uciekanie we własny świat, otaczanie się pięknem i unikanie cierpienia było raczej…
… reakcją obronną.
Zatrzymał się na światłach.
Sygnalizator płonął czerwienią.
Zadzwonił telefon.
Chwilowe zaskoczenie hałasem, tak nienaturalnym przy ciszy, jaka panowała w aucie, szybko ustąpiło miejsca chłodnej pewności siebie wobec dzwoniącego rozmówcy.
Nacisnął przycisk na kierownicy, przyjmując połączenie.
- Dobry wieczór, panie prezesie… - zaczął niepewnie damski głos.
- Witam panią, pani Joanno.
Jego była sekretarka.
- Panie prezesie, wynagrodzenie za ostatnie przejęcie, które przeprowadził pan dla pana Norberta, wpłynęło właśnie na Pańskie konto…
- Wydałem już pani dyspozycje na temat wszystkich moich zysków, wpływów i funduszy. Wie pani, co należy zrobić z tymi pieniędzmi...
- Ależ panie prezesie – zawahała się sekretarka – Kwota, która zasiliła dzisiaj pańskie konto to przeszło 180 milionów euro, czy jest pan…
- Jestem całkowicie pewien. Czy to jedyny powód, dla którego mnie pani niepokoi?
Usłyszał, jak kobieta przełyka głośno ślinę.
Światło zmieniło się na zielone. Wrzucił bieg, i nieśpiesznie, choć płynnie skręcił na skrzyżowaniu w prawo, na ulicę Górną.
- Giełdy w Nowym Jorku, Londynie i Tokio nadal nie są w stanie zrozumieć powodów pańskiej rezygnacji…
- Nie interesuje mnie to, pani Joanno.
- Panie prezesie, wszyscy pracownicy, z nowym prezesem włącznie liczą na pański powrót, istnienie i pozycja firmy…
- Nie. Proszę nawet nie zaczynać tego tematu, jeżeli nie chce pani wywołać u mnie irytacji. – wrzucił lewy kierunkowskaz, po czym odbił na pas do skrętu, i przejechał na zielonym na ulicę Bielską – Czy to już wszystko?
- Nie, pan wybaczy, ale… dzwonił sam pan Norbert. Życzył sobie spotkania z panem, po tak sprawnie i brawurowo przeprowadzonym przejęciu Volkswagen AG, i pańskim przejściu na przyśpieszoną emeryturę zaraz potem, chce panu zaproponować stanowisko swojego zastępcy… pozwoliłam sobie umówić pana na lunch w najbliższy piątek, w Londynie…
- Odwołać.
- Ależ… panie prezesie…
- Nie jestem już prezesem, Joanno.
- Ale…
- Żegnam panią.
Rozłączył się, sięgnął do gałki zmiany biegów i wrzucił czwórkę.
Biegnąca przez miejskie zabudowania, dość mocno nachylona Bielska była całkiem wymarła.
W budynkach paliły się światła, ale na chodnikach nie było nikogo. Nie widział nigdzie żadnego jadącego samochodu, żadnego przechodnia.
Kilkanaście sekund później dotarł do ronda.
Telefon nie był zaskoczeniem. Gdy nieledwie trzy dni temu złożył na walnym zebraniu oświadczenie, w którym zrezygnował z funkcji prezesa własnej firmy maklerskiej, owocu dwudziestoletniej pracy zawodowej, świat finansjery do teraz tkwił w osłupieniu.
Uznano go za szaleńca.
Nie miało to dla niego żadnego znaczenia.
Jedna rzecz jednak, ostatni epizod rzeczywiście napawał go dumą. Przejęcie VAG było jego pożegnaniem, popisem finezji, umiejętności blefu i negocjacji, których zazdrościł mu każdy inwestor, jak świat długi i szeroki…
Pokonał okrąg, i wybrał drugi zjazd, wiodący go dalej ulicą Bielską, pnącą się teraz nieco w górę.
… inwestorem zlecającym był człowiek, dla którego przeprowadził dziesiątki podobnych transakcji. Łączył je obiekt inwestycji, prawie zawsze z branży motoryzacyjnej. Gdy lata temu pracował dla tego mężczyzny po raz pierwszy, przejmując w jego imieniu pakiet kontrolny Nissan Motor Company, przypadkowo poznany stan konta odebrał mu mowę.
Po latach, nawet to go nie ruszało.
Pracował dla Norberta, bodaj najbogatszego człowieka na ziemi. Był jednym z nielicznych, którzy wiedzieli, że ten znany kierowca wyścigowy jest jednocześnie właścicielem tak bajońskiej fortuny i pakietów kontrolnych większości liczących się na światowych rynkach firm motoryzacyjnych.
Teraz ten sam Norbert proponował mu fotel wiceszefa swojego imperium, a on…
… nie odczuwał takiej potrzeby.
Skręcając w prawo, na ostatni etap swojej podróży, ulicę Cienciały, mimowolnie prychnął z pogardą.
Bawili go ludzie, którzy twierdzili, że pieniądze nie dają szczęścia.
Nawet jeśli w założeniu mieli oni rację, to rozmijali się z głębszą prawdą.
Fortuna nigdy, w żadnym momencie nie zapewniła mu tego, co uważał za „szczęście”. Nie zagwarantowała mu spełnienia marzeń i pragnień, nie uchroniła od porażek i rozczarowań, nie dała spełnienia w miłości.
Jednocześnie jednak, pozwoliła mu otoczyć się pięknem i dostatkiem. Zagłuszyć jęk niespełnienia podróżami, eleganckimi domostwami, wyjątkowymi samochodami i dziełami sztuki. Uciszyć pragnienie miłości obcowaniem z najpiękniejszymi kobietami, o jakich tylko zamarzył.
Zmienić szarą codzienność, otaczając się tym, co na Ziemi najpiękniejsze.
Nie żałował najdrobniejszych nawet decyzji, jakie podejmował do tej pory. Nie popełnił żadnego błędu, wszystko, co wybierał, było dla niego… dobre.
Lub chociaż… było mniejszym złem.
Zarzucano mu hedonizm. Zarzucano uciekanie w świat przyjemności, odrealnienie, wyzbycie z empatii. Zarzucano, że nie ma w nim uczuć, a jedynie popęd, żądza, wynikające właśnie z tego ciągłego pragnienia piękna.
Krzywdził go ten osąd.
Nie potrafił stworzyć trwałego związku.
Lata życia, doświadczeń i rozczarowań nauczyły go tylko, że zaangażowanie emocjonalne, pragnienie… czegoś więcej… oznacza koniec.
Być może tym razem mogło być inaczej.
Tak podpowiadał rozum.
Chłodna analiza Jej zachowań, Jej słów i gestów.
Spoglądanie w turkus oczu.
Serce mówiło jednak co innego.
A on wolał nie znać prawdziwej odpowiedzi.
Wóz mijał spory, otoczony odrapanym, kamiennym murem cmentarz.
Światełka zniczy płonęły w ciemnościach.
Przed Świętami, każdy pamiętał o tych, którzy odeszli.
Przemijalność, kruchość życia…
Skoro tak łatwo odejść, skoro wszystkie plany, nadzieje i marzenia urwać może drobny fałsz w pieśni życia, zawiniony lub nawet… zupełnie od nas niezależny…
Jaką wartość ma takie życie?
Jaką wartość ma życie dziesiątek, setek tysięcy bezdomnych, z których wielu nie dożyje Nowego Roku?
Jaką wartość ma życie dwojga zakochanych, którzy zginą tego dnia na bocznej, wiejskiej drodze, zmiażdżeni przez dachujący samochód?
Jaką wartość ma życie kierowcy tego samochodu, który siadł za kółko po „dwóch piwach”?
Jaką wartość ma życie człowieka, który poświęci je na niesienie pomocy innym, ofiaruje wszystko co ma, a na koniec… umrze w zapomnieniu?
Jaką wartość ma życie kacyka afrykańskiego państwa, nazwy którego przeciętny człowiek nie potrafi nawet wymówić, wyżynającego w pień tysiące swoich pobratymców?
Jaką wartość ma życie długo oczekiwanego, wymodlonego dziecka, które rodzi się martwe?
Jaką wartość ma życie niekochanego dziecka w Indiach, dziecka najniższej kasty, złapanego i uśmierconego dla organów?
Jaką wartość ma życie rodziców, którzy by ratować własnego syna, sami kupno tych organów zlecili?
Jaką wartość ma…
Jaką wartość ma moje własne życie?
Zawieszenie Alfy Romeo zaczęło tłumić nierówności wysypanej kamyczkami dróżki, wiodącej wzdłuż szeregu pięknych willi.
Zwolnił, zatrzymał się przed czarną, okazałą bramą.
Wrota zgrzytnęły cicho, i poczęły się otwierać.
Czy między tymi żywotami wolno było postawić… znak równości?
Czy NALEŻAŁO między nimi stawiać znak równości?
Ruszył powoli do przodu, wjeżdżając na dziedziniec, i z wolna kierując się w stronę sporego, parterowego garażu. Drzwi zwijały się już do góry.
W obecność Boga zwątpił już przed wielu laty.
Im więcej wiedział, im więcej widział, tym wyraźniej docierało do niego, że nie ma On wpływu na jego życie.
Nie miał Mu tego za złe.
Wierzył w Niego. Szanował.
Czasem nawet… modlił.
Ale nie wierzył, że jest w stanie cokolwiek zmienić.
Nie czuł Jego obecności.
Wjechał do środka przepastnego garażu. Pedantyczna czystość pomieszczenia, jasnych ścian i beżowo-niebieskich kafelek, stanowiła właściwe tło dla dwóch dzieł sztuki użytkowej, które tu zgromadził.
Zatrzymał samochód, i jeszcze przez kilka chwil wsłuchiwał się w aksamitną pracę widlastej szóstki, pozwalając ogrzewanemu fotelowi masować swoje plecy.
W końcu, zagasił silnik, i otworzył drzwi.
Wrota były już zamknięte, garażowa brama właśnie się domykała.
Postąpił krok na zewnątrz, odwiesił kluczyki na wieszak, i ruszył w kierunku wejścia do domu, znajdującego się po drugiej stronie pomieszczenia.
W połowie drogi zatrzymał się, i spojrzał na drugi wóz.
Krwiścieczerwony lakier, zwarta, potężna sylwetka, skrzela po bokach i znaczek wyprężonego w wyskoku konia.
Przeciągnął dłonią po linii tyłu, a opuszki jego palców natrafiły na rząd liter, układających się w słowo.
Słowo dla wielu święte.
Ferrari.
Testarossa.
Kochał się w wysmakowanych kształtach tego samochodu, traktował ją jak dzieło sztuki.
Nie kupił jej dla osiągów, wygody czy prestiżu.
Doskonale znane mu były bolączki ‘Rossy.
Awaryjność. Spalanie. Wiek, który dla większości egzemplarzy okazał się niełaskawy.
Gdyby kierował się rozsądkiem, powinien wybrać na swoją sportową zabawkę coś znacznie młodszego, bardziej niezawodnego, bezpieczniejszego…
… jeden z tych współczesnych przecinaków, pozbawionych…
… jakichkolwiek emocji.
Jakiegokolwiek… wyzwania dla kierowcy, własnego… mechanicznego „ja”.
Nie kierował się jednak rozsądkiem. Wybierał sercem.
Testarossa miała duszę.
Miała magię, czar, otoczona iście półboską aurą.
Odwrócił wzrok, pchnął drzwi wejściowe i przestąpił próg domu.
Kobiety i samochody, jego dwie największe życiowe namiętności…
Przeszedł przez hall, odwieszając do garderoby płaszcz i zmieniając wyjściowe, zimowe buty na wygodne pantofle.
Zewsząd otaczała go sztuka.
Każdy szczegół, najdrobniejszy detal jego domu miał w sobie to „coś”, razem z innymi tworząc wizję tego, co uważał za piękne.
Meble, okna, lampy, panele w pokojach i kafelki w łazience, dywan w jego gabinecie a nawet elektronika, przedmioty codziennego użytku, wszystko to było… wykwintne.
Sprawiało, że czuł… odrealnienie.
Wszedł do gabinetu.
Naprzeciw wejścia wisiał spory obraz, wymiarów 170 na 238 centymetrów.
Jasne, ciepłe barwy słońca, błękit spokojnego morza i potęga marmurowych budowli kontrastowały z nieopisaną paniką, którą ogarnięte były ludzkie masy.
„Upadek Kartaginy” Turnera.
Oryginał.
Drewniany barek otworzył się, odsłaniając przegląd ulubionych trunków.
Sięgnął po butelkę whisky. Bursztynowa ciecz wypełniała prostopadłościan, błękitna etykietka ze złotymi słowami „Johnnie Walker” połyskiwała w łagodnym świetle lampy.
Napełnił szklankę do połowy, i rozsiadł się w mahoniowym, wykończonym skórą fotelu.
Upił pierwszy łyk, a słodki, aromatyczny smak począł pieścić jego kubki smakowe.
Spoglądał na obraz.
Jak człowiek, istota, która była w stanie stworzyć arcydzieła budownictwa, sztuki, muzyki i techniki, opracować najgłębsze filozofie i zbadać najtrudniejsze, najbardziej nieodgadnione zjawiska świata, okiełznać żywioły i zdominować przyrodę…
… mógł być jednocześnie tak… słaby?
Tak… niedoskonały?
W obliczu zagrożenia, w obliczu śmierci, upadał ideał tego ponoć najdoskonalszego boskiego tworu.
Człowiek stawał się zwierzęciem. Poczynały nim rządzić… najbardziej atawistyczne instynkty.
Nie wierzył już w ludzkość.
Im dłużej żył, im więcej wiedział i poznawał, tym wyraźniej widział beznadzieję istoty ludzkiej.
Podziwiał twory człowieczeństwa, wielbił piękno kobiet, a jednocześnie…
… nie miał choćby odrobiny szacunku, odrobiny wiary w człowieka.
Wiedział, że to, co go otacza… jego świat jest…
… nierealny.
Że w starciu z rzeczywistością, z tym, z czym borykać muszą się zwykli, prości ludzie, nie miał by… najmniejszych szans.
Oszukiwał samego siebie. Stworzył kokon, stworzył… alternatywny świat.
Swój świat.
Czuł szczęście, ale…
Metal był zimny, gdy wkładał go do ust.
Wystarczyła chwila.
Temperatura wyrównała się, stal przestała razić chłodem.
… ale nie był szczęśliwy.
Delikatnie pociągnął za spust.
Wystrzał by wyjątkowo cichy.
Taktowny i wysmakowany, jak całe jego doczesne życie.