Opowiadanie, z którym dane się Wam będzie zapoznać, jest - nie ukrywam - nie lada gratką dla fanów "ZZ". Trzy lata po wydarzeniach ostatniego Sezonu "Za Zakrętem" ponownie znajdujemy się na Podbeskidziu, "najechanym" przez bohaterów "Królów Nocy". Wakacyjne spotkanie byłej Klasy IIIe gromadzi rozsianych po Kraju i Świecie bohaterów "ZZ". Co z tego wynikło, a także...
A zresztą - po co zdradzać?
Zapraszam na "Powrót".
Kwestie dialogowe Dawida, bohatera "KN" zostały poprawione i przystosowane do wizji autora tej serii, ghost_rider'a.

 

„Powrót”


Czarna Mazda RX7 FD wypadła ze średniego zakrętu w prawo, lecąc szybkim, dymiącym bokiem.
Gdyby przyjrzeć się autu z bliska, okazało by się, że cała karoseria to tak naprawdę polakierowane bezbarwnym lakierem włókno węglowe. Karbon.
Podzespoły, z których ten potwór był zbudowany, a zwłaszcza jego silnik, były zaś jeszcze ciekawsze.
Nie jest to jednak przedmiotem tej historii.
Na wyjściu z zakrętu kierowca wyprostował, po czym dodał gazu, katapultując leciutką jak piórko, przeszło 900-konną Mazdę na 400 metrową prostą.
- Jest… niesamowita. – stwierdził z półotwartymi ustami Benedykt – Całkowity, totalny ojapierdziele masakrator…
- Taaa… – mruknął zadowolony z efektu kierowca, Dawid. – Świetna fura, moje marzenie… wiesz, zawsze chciałem posiadać auto, które dosłownie niszczyło by zwieracze pasażerom. – powiedział, po czym roześmiał się, krótko i radośnie.
- … ale i tak to nie jest dobry wóz – dodał bez mrugnięcia okiem Ben – Nie do touge. Przykro mi, chłopie.
- Czemu tak twierdzisz? – zapytał niezrażony krytyką przyjezdny – Czemu, stary? Coś jest nie tak?
- Moc. – rzucił właściciel niebieskiej Imprezy WRX STi, z lekką dozą fascynacji spoglądając to na cyfrowy prędkościomierz, który wskazywał 210km/h, to na pnący się ponad 10 tysięcy obrotomierz wielkości talerza.
- No, mocy to chyba wystarczy? – uśmiechnął się Dawid – Więcej bez turbo mogę wycisnąć, ale na ch*j mi to?
Z tymi słowami, docisnął gaz do oporu.
26B zawył wściekle, i w momencie pchnął RX7 do 240km/h.
Prosta dobiegała końca.
Linia, która wyznaczała metę Przełęczy Salmopolskiej w kierunku Wisły majaczyła w oddali.
Po lewej widać było opustoszały o tej porze parking. Dobiegała czwarta nad ranem, w zwykłym, powszednim dniu, gdy nad ranem większość musiała iść do pracy, ścigantów nie było tu już od wielu godzin.
Dawid wdusił pedał hamulca, a dwanaście tłoczków zadziałało bez zwłoki.
Nienagannie.
Ciała dwóch młodych, dwudziestokilkuletnich mężczyzn zostały z całą stanowczością zatrzymane przez szelkowe pasy na dystansie, o których „zwykłe” samochody mogły tylko pomarzyć.
FD nieśpiesznie zjechało na parking, i zaparkowało koło niebieskiego BugEye’a.
- To jak? Mało mocy? – zapytał cynicznie Dawid – Co powiesz?. Hamuje chyba nie najgorzej? Źle się prowadzi? No, Beniu, śmiało, stary… oświeć mnie, co tu nie gra.
- Nie znam się – odparł zimno Benedykt – Jestem kierowcą, który ściga się dla adrenaliny i respektu, a nie znawcą czy choćby wybitnym pasjonatem. Wiem jednak, że touge to sport motorowy inny niż wszystkie. Tutaj wysoka moc nie zawsze jest atutem. Często nawet… przeszkadza. Moim zdaniem, to za mocny wóz na górską przełęcz.
- Dlaczego? Przecież się nie zabiłem. Ba, nawet auta nie skasowałem…
- Uraczę cię pewną anegdotką – przerwał mu obojętnie Ben – Miałem kiedyś kumpla, ba, wtedy jeszcze przyjaciela. Jeździł jasnobłękitną Sierrą 2,0. 120 koni, seria. Skopał dupę Mercowi W140 z 408-konnym V12 pod maską. Mówili potem, że to kwestia szmelcowanych opon, ale prawda moim zdaniem była inna. Debil z Merca cisnął gaz do oporu, a cała ta moc i moment zrobiły z opon sieczkę w kilka minut. Z każdych opon zrobiły by sieczkę w kilka minut. Gość nie panował nad tym, każde wciśnięcie gazu zamiatało ponoć tyłem. Merc był tylnonapędowcem, twoja Mazda również. Moim zdaniem, nigdy nie wykorzystasz w touge pełni tej niewyobrażalnej mocy, i to nie tylko dlatego, że osiągasz ją blisko czerwonego pola. Po prostu… w tych warunkach, przy zmianach wysokości, dziesiątkach ciasnych zakrętów i nawrotów nie sposób nie zniszczyć nią opon przed czasem. Albo wywalić na zewnątrz bebechów, jak chociażby wczoraj…
- Wiesz, Beniu – odparł chłodno – Znam historię Mateusza. Nie lubię, gdy ktoś nie chce przyjąć do wadomości paru podstawowych faktów. Przede wszystkim, ta fura ma kapcie, o których nie śniło się rajdowcom, lepsze są chyba tylko te w F1. Po drugie: nie jestem pierwszym lepszym Jankiem w tatusiowozie, latałem na wielu torach, uczyłem się tego fachu trochę od innych, trochę sam, ścigałem się z naprawdę utalentowanymi kolesiami… i ich objeżdżałem. Nie wiem, co by było gdyby nie Pan Sprawdźmy Ile Wydoli mój kumpel, dzięki któremu mam jeszcze nie załataną dziurę w aucie. Kto wie… wynik mógłby być zupełnie inny.
- Może mógłby – mruknął Ben – A może i nie.
Wysiadł z auta, i zaczerpnął rześkiego, górskiego powietrza.
Jego nowy znajomy z Jarocina uczynił to samo.
- Miło mi było poznać, Dawidzie. – dobrze zbudowany brunet z blond łatką na tyle głowy wyciągnął dłoń na pożegnanie – Może kiedyś nadarzy się okazja, i zobaczymy się jeszcze… może w Trójmieście…
- Mam nadzieję – przytaknął właściciel RMS – Żegnaj, Ben. Miło było…
Narastający od strony Wisły pomruk odwrócił jego uwagę.
Przerwał wypowiedź, i wsłuchał się w gang.
Nie musiał długo nasłuchiwać.
Znał ten dźwięk.
Znał go chyba każdy motopasjonat.
Pomruk narastał, grając równo, czysto i dźwięcznie.
Wiedział już, że to jedna ze wspaniałych, rzędowych szóstek Nissana. Jednostka grała niesłychanie równo, od czasu do czasu wspomagając się tylko sykiem…
… dwóch turbosprężarek.
- RB26DETT. – powiedział głośno.
- Hm? – wzruszył ramionami Benedykt, spoglądając w kierunku wjazdu na Przełęcz.
Linię startu przekraczał właśnie czarny jak noc dookoła Nissan.
- A jednak… - rzucił półgłosem Ben – Wrócił, sucz…
- Ziom, to jest…? - zaczął dukać Dawid.
- Tak.
Średniego wzrostu brunet wskoczył do RX7, omal nie rozbijając głowy o klatkę bezpieczeństwa.
- Żegnaj, Ben… widać ta noc jest dla mnie jeszcze jedną szansą…
26B zawyło upiornie, a tylne koła zmieliły pod sobą asfalt, odpychając wóz z całą, przepotężną mocą w kierunku, w którym podążył czarny Skyline R32 GT-R.
Po dwóch sekundach, dookoła słychać było już tylko jazgot Wankla.
Mazda… zniknęła.
Na parkingu pozostał tylko postawny brunet, odziany w zalatujące gangsterskim stylem ciuchy, a także jego niebieskie Subaru Impreza WRX STi, z naklejką 4turbo na tylnym skrzydle.
Poza tym, jedynie po zmarszczonym fragmencie powierzchni poznać można było, że w miejscu tym stał samochód.
Potworny samochód…

Nie spodziewał się, że dopadnięcie sunącego (jak mu się wydawało) powoli Skyline’a zajmie mu tylko pięć zakrętów.
Lub… aż pięć.
Charakterystyczne, podwójne czerwone owale świateł dojrzał dopiero wtedy, gdy wypadł z lekkiego w lewo na 100-metrową prostą, na końcu której widniała regionalna restauracja, o tej porze uśpiona już i wygaszona.
GT-R był w połowie tego odcinka.
Docisnął gaz do oporu, i z obłąkańczym wyciem wystrzelił przed siebie.
150km/h.
170.
190.
200.
220.
Gdy od przeciwnika dzieliło go tylko dziesięć metrów, Nissan lekko przepłynął na zewnętrzną.
Zakręt był już bardzo blisko, nie dalej niż trzydzieści metrów.
Czemu on nie hamuje?
Na oko, Sky mknął grubo ponad 150, za nic mając ostry, diabelnie ciasny zakręt w prawo, C-22.
- W mordę. – jęknął, rozpoczynając szybkie dohamowanie do setki.
Cały czas obserwował światła stopu GT-R’a.
Dwadzieścia metrów.
Nic.
Dziesięć.
Brak reakcji.
Pięć.
Rozbłyśnięcie czerwieni, na ułamek sekundy.
Czarny wóz zanurkował, po czym postawił się prawie bokiem do zakrętu.
- Spin? – mruknął Dawid – Niemożliwe, nie rób mi tego… - rzucił, choć usłyszeć go mogło tylko puste szare, metalowe wnętrze.
Wszedł w zakręt szybkim poślizgiem.
I zrozumiał.
Zdążył dojrzeć, jak przód Nissana ustawia się na idealnej linii wyjścia, a tylne koła momentalnie odzyskują trakcję.
Pogłębił kontrę, ledwo mieszcząc się swoją RX7 w wirażu, i ponownie spojrzał na przeciwnika.
Skyline był już dwadzieścia metrów z przodu.
- No tak… - mruknął sam do siebie po dłuższej chwili, walcząc z uciekającą tyłem Mazdą –los się do mnie uśmiechnął, to był ten… legendarny ATESSA-ETS drift Skyline’a z Istebnej!
Nawet jeśli…
… prawie nie wierzył, że to jest w ogóle możliwe.
Wchodził w ten zakręt z blisko setką na liczniku. Ledwie się zmieścił, pomimo dobrej linii i znakomitego auta.
Nissan musiał mieć przy wejściu minimum 160km/h. Poszedł idealną linią, nie zniosło go choćby o centymetr…
- Wie co robi… – dotarło do Dawida – Wytracał nadmiar prędkości. Drift bezwładnościowy. Zgrał to z zakrętem, w punkcie szczytowym, gdy przed maską ukazała mu się idealna linia, po prostu… poszedł po niej przed siebie. Drift, który jest jednocześnie najbardziej wydajnym i najszybszym hamowaniem, prędkość wejścia, która przeczy prawom fizyki, i wyjście po idealnej linii, na pełnym gazie, bez utraty ciśnienia w turbosprężarkach… Kim ty jesteś?
Nie człowiekiem. Szaleńcem.
A raczej… oszalałym geniuszem.
Pomknął przed siebie, odpędzając myśl, że nie ma żadnych szans w tym starciu.
Widniała przed nim 700-metrowa prosta, poprzecinana tylko od czasu do czasu niewielkimi odbiciami.
Do przeciwnika tracił nieco ponad czterdzieści metrów.
- Pokaż mi jeszcze, co tam chowasz – rzucił – Jaką mocą dysponuje ta Godzilla…
Dodał gazu do oporu, a zasilane specjalnym paliwem 26B katapultowało wóz z pełną brutalnością.
Ku jego zdziwieniu, dystans malał w oczach.
Po czterystu metrach, siedział już Nissanowi na ogonie.
- Go! Go! Go! – ryknął – Nie wmawiaj mi, że jedziesz na randkę z kwiatami w wazonie! Nie każ mi wyprzedzać na prostej… wiem, że stać cię na więcej!
Nie otrzymał odpowiedzi. Skyline niewzruszenie sunął przed siebie, utrzymując ledwie 150km/h.
- Ehhh… - westchnął – No to niech ci będzie…
Zredukował bieg, wdusił gaz do oporu, i wrzucił lewy kierunkowskaz.
Mazda zerwała na moment przyczepność, podczas gdy sportowe opony siłowały się z atakującymi je 920 końmi mocy, po czym wyrwała do przodu i zrównała się z GT-R’em.
Spojrzał w prawo, do kabiny.
Przyciemnione szyby nie pozwoliły mu dojrzeć nic poza sylwetką kierowcy.
Ta nie poruszała się. Prowadzący Nissana nawet na niego nie patrzył.
Sprawiło mu to… ... zawód?
Przykrość?
Ponownie dodał gazu do oporu, a RX7 zostawiła przeciwnika w tumanach dymu z opon.
Do lekkiego w prawo, C-21, dotarł w momencie.
Nadrzucił tyłem na ręcznym, i popisowym, głębokim poślizgiem pokonał zakręt.
Zerknął w lusterko.
Skyline pojechał gripem, nie zbaczając ze swojego, właściwego pasa.
- No tak… popisówką nie zyskałem nic prócz utraty przewagi. – zdał sobie sprawę – Po prawdzie o to chodziło, próbowałem go sprowokować… ale on nic sobie z tego nie robi. Jedzie równo, jak by… zupełnie na mnie nie zwracał uwagi. Dalej stary, nie lubie być nachalny, ale ty się prosisz… - rzekł zniecierpliwiony.
Z tymi myślami pokonał stumetrową prostą, i gripem przejechał lekki w lewo, C-20.
Rzucił okiem w lusterko.
- O. – mruknął, zaskoczony.
Styl jazdy Nissana zmienił się nieco.
Pomimo że nie dawał „legendzie Podbeskidzia” forów, i mknął na maksimum swoich możliwości, przestał zyskiwać przewagę.
GT-R jechał szybko, nieefektownie, choć diablo efektywnie.
Utrzymywał dystans dziesięciu metrów, ale Dawid zdawał sobie sprawę, że to tylko i wyłącznie decyzja przeciwnika.
- 600-700 koni, nie mniej. – ocenił – Świetnie przygotowany…
Na dwustupięćdziesięciometrowej, ciasnej prostej, otoczonej mulastym poboczem i balami drzew, mimo jego usilnych starań, sytuacja nie uległa zmianie.
Skyline uparcie trzymał się dziesięć metrów za nim, sunąc gripem po idealnych liniach na lekkich zakrętach w lewo i w prawo, C-19 i C-18.
Wychodząc na dwustumetrową prostą, pnącą się w lekkim uphill’u, poczuł spływający mu po plecach pot. W skroniach pulsowała krew, rozcieńczona w czystej adrenalinie. Czuł to zawsze gdy wiedział, że nie ściga się z byle kim.
Dogonienie i wyprzedzenie przeciwnika nie nastręczyło mu prawie żadnych trudności, a już na pewno nie takich, jakich się spodziewał. Próby zgubienia go jednak…
… spełzały na niczym.
Ten człowiek… Mateusz… prowadził…
… niezrozumiale.
Czuł, że jest tylko trybikiem w jego planie.
Denerwowało go to, a nawet…
… bał się.
- Co on knuje?! – warknął – Czemu bawi się ze mną, jak chce…
… udowodnić mi, że jest największym z tutejszych mistrzów?
Był już na granicy gniewu.
Nie uważał się nigdy za świetnego kierowcę.
Uważał, że kto sam tak twierdzi, w rzeczywistości jest zwykłą płotką.
Z drugiej jednak strony… znał swoją cenę.
Czterdzieści metrów przed nim widniał szeroki, średnio-ostry wiraż w prawo, znany w tutejszej numeracji jako C-17. Profil, zmiana nachylenia i drzewa prawie całkowicie zasłaniały widoczność, zaś odprowadzająca wodę rynienka skutecznie odstraszała od zbliżania się maksymalnie do wewnętrznej.
Błyskawicznie opracował metodę pokonania tego wirażu.
Od środka, z dohamowaniem, gripem, lekkim uślizgiem na wyjściu.
Jak pomyślał, tak zrobił…
… wypadki zaś, potoczyły się swoim rytmem.
Mazda zanurkowała, błyskawicznie wytracając prędkość, po czym natarła na C-17.
Wszystko poszło według planu Dawida.
Auta nie zniosło, przyczepność miał dopóty, dopóki jej potrzebował, poślizg – gdy go sam zainicjował.
Z zakrętu wyszedł po środkowej linii, zadowolony z tempa, w jakim go pokonał.
Rozbłysk świateł w środkowym lusterku, pochodzący od auta tuż za jego plecami, był całkowitym zaskoczeniem.
- Ja pier*oleeee…– jęknął. – Tylko nie to…
Wystarczyło spojrzenie.
Dojrzał, jak czarny kształt wyskakuje z odprowadzającego wodę rowka, i z obłędną wręcz prędkością zrównuje się z nim na wyjściu z nawrotu.
- Błagam… – załkał, dusząc gaz. Niskie, zdławione obroty silnika nie sprzyjały rozpędzaniu – Jaki ze mnie palant… tak zj*bać?
Skyline bez najmniejszego problemu wysunął się przed niego, mknąc po stumetrowej prostej w kierunku nawrotu w lewo C-16.
Zakrętu uważanego przez tutejszych za najtrudniejszy, najbardziej zdradliwy i niebezpieczny.
Zalewany przez niewielki strumyk, bez jakiejkolwiek widoczności ostry wiraż w lewo, na którego pokrytej mułem zewnętrznej spoczywały zabójcze przy zderzeniu bale drzew.
- Ostatnia szansa – pomyślał Dawid, czując, jak cała moc ponownie zaczyna uderzać w tylną oś – Teraz, teraz, teraz!
Gaz do oporu.
Wycie niesamowitego Wankla.
Zrównał się z Nissanem przy 200km/h, gdy do zakrętu pozostawało im ledwie pięćdziesiąt metrów.
Długo jednak nie zyskał odpowiedniego dystansu, by wjechać przed niego.
Bardzo długo.
Skyline niewzruszenie parł przed siebie, za nic mając zbliżający się w zastraszającym tempie zakręt.
Na dwadzieścia metrów przed nim, udało mu się wreszcie przeskoczyć na optymalną, środkową linię, i rozpocząć błyskawiczne dohamowanie.
Modlił się w duchu, żeby znajdujący się centymetry za nim wóz nie wpakował się mu w bagażnik.
Krótki rzut oka w lusterko.
Sky…
… odpuszcza?!
Zwolnił do 120km/h, strzelił ze sprzęgła, i wszedł w drift.
Rychło wyczuł, że prędkość wejścia jest i tak zdecydowanie za wysoka.
Znał wiele technik. Był niezwykle doświadczonym kierowcą.
Uznał, że musi błyskawicznie zwolnić. Barierka i bale na zewnętrznej zbliżały się nieubłaganie.
Stwierdził, że najlepszym rozwiązaniem będzie postawienie samochodu praktycznie tyłem, drift „więcej niż bokiem”.
Manewr, zwany w tym środowisku „rzuceniem jak szmatą”.
Pomysł był właściwy.
Wykonanie – nienaganne.
Nie wziął jednak poprawki, że nie jest to wyścigowy, dobrze przygotowany tor.
Był na przełęczy.
Przełęcze zaś, rządziły się swoimi prawami…
Poczuł, jak tylne koła tracą trakcję, a wóz zaczyna się obracać.
Przy tej prędkości, na mokrej, śliskiej jak diabli nawierzchni, rady nie dały by sobie nawet najlepsze opony i najlepsi kierowcy.
Przymknął oczy, założył kontrę, zaczął pulsować gazem.
Czuł… desperację.
Pragnienie… przeżycia.
To nie mogło się tak skończyć, nie wtedy, gdy ledwie co…
… Ania …
Rozbłysk reflektorów po jego lewej.
Spojrzał.
- Niee! – ryknął przeraźliwie, widząc mknącego wprost na niego czarnego GT-R’a.
Do ostatniej sekundy był pewien, że śmierci nie zadają mu bale drzew.
Czuł, że trafi go mknący przeszło 150km/h japoński pocisk.
Ponownie… mylił się.
Nissan przeskoczył na wewnętrzną nagle, zupełnie nierealnie.
Nim jego RX7 weszła w kolejny obrót dojrzał jeszcze, jak wóz podskakuje lekko.
W kolejnym obrocie, gdy na ułamki sekund maska ustawiona była w kierunku wyjścia z zakrętu zobaczył, że Skyline podskakuje.
Wyskakuje… z gulika.
Gutter driving, na tym zakręcie, przy tej prędkości, w tych warunkach…?
… ominął mnie o centymetry, opanował wóz…
… nie miałem z nim najmniejszych szans.
Zamknął oczy i westchnął.
Błagał los o przeżycie.
Został wysłuchany…

Mazda zatrzymała się na błotnistym poboczu, tuż obok ściętych pni drzew.
Wypuścił z płuc powietrze, dziękując Bogu za ocalenie.
- Cooo… - powiedział sam do siebie, choć brzmiało to raczej jak „cohohohoho” – …za… jazda...
Ten człowiek to… bestia.
Szalony, pozbawiony lęku…
… geniusz.
A może właśnie…
… zimny, opanowany, wyrachowany … mistrz?
- No to sobie pogadałem – mruknął – Nie ma co, pewnie już nawet nie będzie okazji go spotkać…
Mylił się.

Wizg Wankla rozdarł panującą do tej pory na szczycie Przełęczy Salmopolskiej ciszę. Opętańczy śpiew dziewięciuset mechanicznych koni zjeżył by włosy na głowie każdej istoty, która znajdywała by się w promieniu kilometra.
Dookoła nie było jednak żywej duszy.
Prawie.
Stojący nad urwiskiem, na szerokim, dzikim parkingu Skyline R32 GT-R wyłonił się z ciemności zupełnie niespodziewanie. Reflektory Mazdy opromieniły charakterystyczne kształty legendarnego auta, a także stojącą przed nim sylwetkę ludzką.
Dawid zdał sobie sprawę, że oto los daje mu kolejną, z całą pewnością ostatnią już szansę na rozmowę z tym niesamowitym człowiekiem.
Szansę zamienienia choćby… kilku słów.
Błyskawicznie przyhamował, zredukował biegi i ustawił się tuż obok Nissana.
Coś podopowiadało mu, że człowiek ten nie zwróci na niego nawet uwagi.
Nie mylił się.
Kierowca Skyline’a stał niewzruszenie, wpatrując się w poczerniałe lasy i gwieździste niebo, za nic mając jego przybycie i popisy.
Nie zraziło go to.
Otworzył drzwi i wysiadł z auta, stając na ubitym żwirze.
Przeciwnik nawet na niego nie spojrzał.
Stał tak dłuższą chwilę.
Czekał.
Nie został obdarzony choćby spojrzeniem.
Nie chciał być… lekceważonym.
Jako człowiek otwarty i przyjaźnie nastawiony do ludzi czuł się niepocieszony… ale co mógł zrobić?
- Niezły wyścig – odezwał się w końcu, zdając sobie sprawę, że nie ma co liczyć na zainteresowanie – Szacunek ziom, jestem pod ogromnym wrażeniem.
Cisza trwała długo.
Niezwykle długo.
Nie wierzył już nawet, że usłyszy odpowiedź.
- To nie był wyścig. – odpowiedział mu zimny, pozbawiony emocji głos.
Zamilkł na chwilę, powstrzymując się od zjadliwego, niegrzecznego komentarza. Obojętność i buta człowieka, którego twarzy nie mógł dojrzeć w ciemnościach, działała mu wybitnie na nerwy.
- Skyline. R32 GT-R, ponoć jedyny istniejący prawdziwy Sky LHD. Drift przerywany, ATESSA-ETS Drift. Pełne opanowanie mocy, pytanie tylko… jak dużej? Ile to ma pary? Stawiałbym minimum piątkę z przodu. Mateusz, tak? Tutejsza legenda. Kurde, stary, nie wiesz nawet, jak się cieszę… jestem Dawid.
Wyciągnął rękę która miała zawisnąć w powietrzu, nie uściśnięta.
Mężczyzna roześmiał się.
Nie był to jednak śmiech radości. Nie było w nim pozytywnych emocji.
Krew w żyłach właściciela Mazdy zwolniła, ścięta lodowym podmuchem, przebijającym z tego upiornego, na w pół obłąkanego dźwięku.
Był to śmiech cynika.
Śmiech, który zupełnie nie przystawał do człowieka, liczącego na oko rok życia mniej niż on sam.
- Legendą – sarknął wreszcie – A czym jest legenda?
Zmieszał się.
Rzadko odbierało mu mowę. Nie było na świecie wielu takich, którzy potrafili by tego dokonać…
… tej nocy, trafił jednak na jeden z tych wyjątkowych wyjątków.
- Wybacz, nieznajomy – pociągnął, głosem niewzruszonym, wyzutym z uczuć – Nie mogłem się powstrzymać, po prostu… bawi mnie to. Bawi mnie pewność, z jaką głosisz moją legendarność. Pewność, z której wynikało by, że legenda ta i sława ma… jakiekolwiek znaczenie. Jakąkolwiek wartość.
- A nie ma? – zdziwił się Dawid – Stary, ja nie jestem w połowie… - co ja gadam - …w dziesięciu procentach równy Tobie. Nie odwaliło mi na punkcie sławy, tak naprawdę mam ją gdzieś. Ale chyba nie powiesz mi, że nie jara cię bycie numero uno? Nie jestem przekonany czy ten fakt można tak… łatwo pominąć. Odpowiedz, proszę… odpowiedz mi, Mateuszu. Kto inny, jeśli nie ty, może znać odpowiedź?
Nazywany Mateuszem mężczyzna milczał jednak, wpatrzony w nocny pejzaż Przełęczy Salmopolskiej.
Cień zasłaniał jego twarz, nie pozwalając dostrzec nic ponad jej zarys.
- Ach, no tak – kierowca FD pozwolił sobie na zimny, sarkastyczny ton – Przecież nie to się liczy? Sława, zwycięstwa i pieniądze, to nie są cele dla ciebie… to tylko… środki. Słyszałem i tą część opowieści. Słyszałem, o co walczył kierowca błękitnej Sierry i czarnego GT-R’a. Miłość. Wszystko dla miłości, całe ryzyko, walka z samym sobą, pokonanie własnej… granicy możliwości. Pokonanie losu, przeznaczenia. Dokonałeś rzeczy, osiągnąłeś cele, o których marzą obecnie setki ścigantów, setki młodych i starych ludzi… ale dla ciebie to była tylko droga. Droga do serca kobiety. Powiem ci coś… – rzekł już normalnym tonem – …mamy ze sobą wiele wspólnego. – palcem prawej ręki wskazał na siebie, po czym na swego rozmówcę. - Tylko ze mną było trochę inaczej, i z tego co wiem, finał też był inny. Ale w gruncie rzeczy… chodziło o to samo. O miłość. Nie znam cię osobiście, niestety, ale mimo to fascynujesz mnie, odkąd tylko poznałem tą historię. W pewnym sensie… natchnąłeś mnie. Pamiętam, że gdy ty walczyłeś o szczęście, ja tylko o nim marzyłem, próbowałem pobić kolejny rekord czasu na torze kartingowym. To był bufor w moim życiu, okres przejściowy… potem wszystko się zmieniło, tak jakby… los widział, jak ci zazdroszczę. Później… dzięki tobie zagrałem inaczej niż ty, i… wyszło mi to na dobre. Dziękuję ci, moja miłość będzie trwać… a ty masz w tym swój wkład. Szkoda, że tak mnie traktujesz. Nie myślałem, że jesteś tak aspołeczny – to ostatnie zdanie wypowiedział prawie z wyrzutem.
Słowotok ustał, zapadła cisza.
Liczył na odpowiedź.
Na reakcję.
Uniósł wzrok, widząc kątem oka, że właściciel Skyline’a porusza się.
Zaniemówił.
Stał przed nim odziany w czarną, sztruksową marynarkę ciemny brunet.
Śnieżnobiała koszula, na której srebrną nicią wyszyto florystyczne motywy, kontrastowała z ciemnością nocy i resztą odzienia mężczyzny.
Średniego wzrostu i raczej niezbyt potężnej budowy chłopak nie mógł mieć więcej, niż 23-lata.
Oczy jednak…
… zielone, przymrużone …
… pozbawione wiary.
Pełne… obojętności. Wyzute… z nadziei?
Nie były to oczy młodego 23-latka.
Były to oczy starca.
Człowieka, który wiedział i widział…
… zbyt wiele.
Zamilknął.
Bał się odezwać.
Poczuł… lęk.
Począł rozumieć.
- Miłość – rzekł powoli, choć pewnie Mateusz – Miłość… umarła. Nie ma miłości, nie ma uczuć. Zapewne sądzisz inaczej. Powinieneś nawet sądzić inaczej. Być może dane ci będzie przeżyć życie nie… nie wychodząc z tego błędu. Ale miłość nie ma znaczenia.
- Mam szczęście, mam miłość, mam to, co moim zdaniem w życiu ważne. Ale skoro twierdzisz, że to ułuda to… - zawahał się Dawid – to … co… co ma znaczenie? Co twoim zdaniem ma znaczenie?
Milczał.
Milczał długo.
Jarociński mistrz kierownicy był już pewien, że nie usłyszy odpowiedzi.
Nie wiedział, że niegdysiejsza legenda Przełęczy jest w tym momencie myślami zupełnie gdzie indziej.

Jest na parkingu Pod Skocznią.
Widzi srebrne Mitsubishi 3000GT.
Widzi Alicję.
Widzi jej łzy.
Rychło zdaje sobie sprawę, do czego doszło.
Wie, że nie może tego naprawić.
Wie, że tak naprawdę… nigdy już nie będzie mógł.
Wyjeżdża kilka dni później.
Wyjeżdża ze świadomością, że nie pokonał losu i przeznaczenia.
Czuje, że po prostu…
… został oszczędzony.

Jest na torze testowym w Lipsku.
911 Carrera 4S kręci piruet, wypada z drogi i ląduje w kopnym piachu, łamiąc koło.
Widzi paskudne uśmiechy na twarzach swoich nowych znajomych.
Wie, że zawiódł.
Czuje, że tak naprawdę… jest nikim.
Nie potrafi… nic.
Nie rezygnuje.
Choć chce.
Choć powinien.

Czarna C-Klasse AMG zostaje uderzona przez potężne Cayenne Turbo S.
Widzi, jak ludzie w środku giną, gniecieni przez nacierające Porsche.
Odbija, trafia w tylne nadkole kolejnej C-Klasy.
Wóz dachuje, zabłąkana kula przebija szybę.
Pasażer zalewa się krwią, los jest bezlitosny.
Słyszy piski, słyszy i czuje ich przerażenie.
Sam… sam jest opanowany.
Musi być.
Z całą mocą sześciusetkonnego silnika wydziera się z zasadzki, siejąc dookoła…
… śmierć.
I jest mu z tym dobrze.
Tak upiornie dobrze.

Jest na autostradzie nr 14 pod Lipskiem.
Z piskiem opon hamuje na poboczu za czarnym GT3 i wyskakuje z niebieskiego Turbo.
Matowoczarna Gemballa płonie jaskrawożółtym płomieniem.
Widzi, że kierowca auta jeszcze żyje.
Widzi, że sam nie da rady wyswobodzić się ze zmiażdżonego kokpitu.
Widzi, że płomienie obejmują auto w błyskawicznym tempie.
Robią wszystko, co mogą. Mogą niewiele.
Przegrywają tę walkę.
Z własną bezsilnością uda mu się w końcu pogodzić.
Krzyku bólu, paroksyzmu cierpienia płonącego żywcem przyjaciela nie zapomni nigdy.

Spotykają się w nocy, w kawalerce w centrum miasta.
Kochają się bez zahamowań, bez jakichkolwiek uprzedzeń.
Jest piękna.
Niezwykle piękna.
Czuje jednak, że to…
… że to nie jest to, co czuł przed dwoma laty.
Że nawet gdyby chciał obdarzyć ją uczuciem, to…
… nie potrafi.
Jej ojciec wyraził zgodę, może zostać…
… żegna ją.
Odchodzi.
Nie chce żyć w niezgodzie z własnym sumieniem. Z własnym sercem.
Jak się w końcu kiedyś przekona…
… nie potrafi inaczej.

Jest na Serpentynach.
Niebieskie 997 Turbo z potężnym rykiem atakuje od zewnętrznej, i półpoślizgiem wyprzedza czarne 996 GT3.
Bieg, gaz, wgniecenie w fotel.
Kilka zakrętów, bój, którego nigdy nie zapomni.
Zwycięża.
Udowadnia sobie i im, co naprawdę znaczy.
Udowadnia coś, w co potem sam zwątpi.
Oficjalna wersja mówić będzie, że został za ten wypad dyscyplinarnie zwolniony.
Wie, że jest inaczej.
Ma satysfakcję, że jego miejsce zajmie ktoś…
… ktoś, komu życzył takiej pracy z całego serca.
Odchodzi.
Zostaje zabrany.

Pracuje i szkoli się pod okiem najwybitniejszego kierowcy, jakiego znał świat.
Nienawidzi go.
I podziwia.
Uczy się, że sukcesy, sława i bogactwo nigdy nie mogą być celem same w sobie.
Że to tylko środki.
Że w życiu jest tylko jedna, najwyższa wartość.
Miłość.
Nawet ta najtrudniejsza, praktycznie… nieosiągalna.
Rusza do Istebnej, z wiarą w sercu.
Mocnym postanowieniem, że nie ważne co…
Nie jest w stanie odmienić zastanej sytuacji.
Po czasie zrozumie, że tak naprawdę…
… nie chciał by jej odmienić.

Jest bohaterem.
Jest mistrzem.
Sukcesy przychodzą jeden za drugim.
Przechodzi… przechodzi do legendy.
Ponownie, zupełnym przypadkiem spotyka… Ją.
Szaleni, dają sobie jeszcze jedną szansę.
Boleśnie przekonuje się, że…
… że tym razem, to całkowicie jego wina.
Że to on nie potrafi stworzyć związku.
Usprawiedliwia się tym, że… że to nie ją…
… kocha.
Nie potrafi pokochać.
Nie potrafi wzbudzić w sobie innego uczucia niż… obojętność.
Że to nie ona jest jego celem, tak wyraźnym celem jak ukochana jego mistrza.

Żegna się z człowiekiem, który odmienił jego życie.
Nie wie, że sam stał się przyczynkiem, sygnałem dla tego mężczyzny.
Ciemnoniebieskie M5 E60 niknie w bramie.
Nie wie, że tak właśnie widział go po raz ostatni.
W głowie dźwięczą mu jeszcze słowa, spokojne, ciepłe.
„Udowodniłeś mi, że nadszedł dla mnie odpowiedni moment. Że czuję strach, lęk przed utratą życia. Utratą Jej. Jutro, o czternastej… zwyciężę, Mateuszu. Moja tułaczka, moje starania wreszcie zostaną… wynagrodzone. Nie wierzę, że może być inaczej. Nie mogę wierzyć. Była moim celem, to dla niej… dla niej osiągnąłem to, co osiągnąłem. Ona była moją motywacją. Cel, jakim jest miłość sprawia, że jesteśmy niezwyciężeni, Mateuszu. Dopóki o nią walczymy, nic nie jest w stanie nas zatrzymać. Gdy jednak czujemy, że ją osiągnęliśmy, gdy zdamy sobie sprawę, jak wiele możemy stracić… pojawia się lęk. Nigdy już nie będzie się wtedy tak dobrym, tak szybkim i gotowym na ryzyko. Dla mnie ten moment nadszedł. Jutro więc… ostatni raz… zwyciężę. Wreszcie będę z nią, i wreszcie… będę szczęśliwy.”.
Gdy następnego dnia zobaczył, jak ciemnoniebieskie M5 wbija się w naczepę ogromnego TIR’a, słowa te zabrzmiały niezwykle ironicznie.
Wtedy właśnie… zrozumiał.
Wtedy pojął.

Co ma znaczenie.
Co twoim zdaniem ma znaczenie.

- Nic, nieznajomy – odparł bez emocji, obojętnie – W życiu nic nie ma znaczenia. Każda wartość, każdy cel, każde pragnienie musi polec w starciu z rzeczywistością. Prędzej czy później wszystko… sława, sukcesy, przyjaźń, pieniądze, wpływy, dobroć, wiara… miłość… wszystko to okazuje się nic nieznaczące. Gdy osiągamy to, czego pragnęliśmy, gdy zdobywamy upragniony cel uświadamiamy sobie, że… nie tego pragnęliśmy. Gdy zaś zdobywamy wszystko… gdy nadchodzi taki moment, wiemy, że…
Westchnął ciężko, przeciągle.
Z obojętnością.
- … że nic nie ma znaczenia. Nic nie ma wartości.
Po raz pierwszy spojrzał w oczy swojego rozmówcy.
Kierowca Mazdy zniósł jego spojrzenie tylko przez ułamek sekundy.
- Niewiedza, nieznajomy – powiedział Mateusz – Niewiedza jest błogosławieństwem.
- Może masz rację. – odparł się Dawid. – Ale nie chcę Ci wierzyć. Ufam, że to, co mam, jest warte choć funt kłaków.
Nie nawiązał jednak kontaktu wzrokowego.
- Słusznie. – odrzekł bez emocji – Obyś nigdy nie musiał uwierzyć…
Wrócił do kontemplacji krajobrazu.
Było prawie tak, jak przed laty.
Jak pamiętnej nocy, gdy pokonał Evo X.
Nieomal czuł dotyk Alicji.
Słyszał słowa, zapewnienia o miłości.
Pamiętał, jak szczere były te wyznania.
Ich kruchość tylko potwierdzała wnioski.
Gdyby mógł odmienić przeszłość, gdyby mógł sprawić, że do tamtego spotkania nigdy by nie doszło…
… nie zmienił by choćby najdrobniejszego szczegółu.
Pomimo obojętności, pomimo świadomości, że nic, żadna prawda, cel czy uczucie nie będzie już miało dla niego znaczenia…
… chciał żyć.
Musiał żyć.
Wiedział i widział zbyt wiele, by być szczęśliwym.
Niewiedza była błogosławieństwem.
Ale… nie mógł tego zmienić.
Musiał się z tym pogodzić, i… trwać.
Trwać jako ten, który miał obecnie… prawie wszystko.
I ten, dla którego nie znaczyło to, podobnie, jak dla jego mentora… nic.
Czterocylindrowy, doładowany sprężarką silnik 1,8 rozdarł ciszę rasowym warkotem.
Przyjechała.

Dawid spojrzał w lewo, w kierunku, z którego przybył.
Na szczycie pojawił się mały, czerwony Lotus.
Zrozumiał, że to najwyższy czas, aby odjechać.
Odbył swoją rozmowę.
Poznał człowieka, dla którego tu przybył.
Nie wiedział, czy wyjdzie mu to…
… na dobre.
Wsiadł do FD, i odpalił potężny silnik.
Ruszając widział jeszcze, jak znajomy, czerwony Elise parkuje tuż obok czarnego Skyline’a.
Wysiadła z niego dziewczyna przecudnej urody.
Mężczyzna w czarnej marynarce przywitał się z nią elegancko i czule.
Gdyby nie dźwięczące w umyśle słowa uwierzył by, że będą oni mogli stanowić udaną parę.
Niewiedza…
… niewiedza była …
… błogosławieństwem?

 

 

Po tym odcinku, wróć do czytania:
"Części 7" Królów Nocy