Opowiadanie, które pragnę Wam przedstawić, jest… przedziwnym tworem. Powstało szóstego lutego 2009 roku, i zgłoszone zostało na konkurs „Kacze Pióro”, zamiast „Kwestii domówienia”, z racji przesytu w niej niezrozumiałych wątków motoryzacyjnych. Nosiło ono tytuł „Kwestia podejścia”, i na tamtą chwilę uważałem je za szczytowy twór swojego „talentu”. Niezwykle osobiste, przepełnione wyznawanymi przeze mnie wartościami. Jak można się domyślać, nie odniosło ono większego sukcesu, i po konkursie trafiło w czeluście dysku twardego.
Aż do grudnia 2010.
Wtedy to, zupełnym przypadkiem, powróciłem do tego Opowiadania – i postanowiłem (wbrew wcześniejszym zapowiedziom) uczynić z niego „noworoczny prezent” dla Czytelników. Realia, bohaterowie – Norbert i Bezimienna – pasowali do pozostałych moich „tworów”, „Za Zakrętem” i opowiadań z serii „Trzeci”. Teoretycznie, nic nie stało na przeszkodzie, aby po prostu poprawić błędy stylistyczne, i opublikować „Kwestię podejścia” szerokiemu światu.
Byłem w błędzie.
Im bardziej zagłębiałem się w to Opowiadanie, im mocniej wnikałem w swoje poglądy, wierzenia i tytułowe „podejście” z tamtych lat, tym wyraźniej czułem rozdźwięk między „wczoraj” a „dziś”. W końcu uświadomiłem sobie, że z przedstawionych w nim wydarzeń i działań Norberta nie mogę się zgodzić… z praktycznie żadnym.
Opowiadanie zostało więc napisane prawie od podstaw. Być może stało się tym samym straszną wizją, swoistym „gabinetem luster”, pozbawione zostało pozytywnego wydźwięku. Dość powiedzieć, że gdy w końcu je ukończyłem, gdy postawiłem ostatni wielokropek, zdałem sobie sprawę, że straciło ono nawet prawo do swojego pierwotnego tytułu.
Oto przed Wami Opowiadanie „W dniu końca świata…”.
Dalekie jest ono od serii „Za Zakrętem”. Umieszczenie w miniserii „Urban Legend” zobowiązuje.
Nie przedłużając – zapraszam do lektury.



„W dniu końca świata…”



- Szanowni państwo, w imieniu wszystkich narodów świata, zebranych na konferencji w Waszyngtonie, przemawiał będzie prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki – ogłosił spiker.
Norbert poprawił swoją pozycję w fotelu, i pogłośnił telewizor.
Dosłownie czuł wzrastające dookoła napięcie. Większość mieszkańców Ziemi wstrzymywała teraz pewnie oddech.
Dla niego bez znaczenia było to, co powie facet w garniturze, stojący na mównicy przed setkami dziennikarzy.
Nie musiał zresztą czekać na werbalny przekaz. Wystarczył mu jego wyraz twarzy.
I już wiedział.
Prezydent USA odchrząknął, po czym rozpoczął przemowę.
- Panie i panowie… – tłumaczył spiker – … dostaliśmy właśnie informację od załogi promu „Endeavour”. Operacja zniszczenia zagrażającej ziemi asteroidy zakończyła się niepowodzeniem…
Jęk reporterów zgromadzonych na sali.
Westchnienie tłumacza.
Okrzyk rozpaczy od strony ulicy.
– … uderzenie w Ziemię nastąpi około godziny 12 w nocy. Niech Bóg ma nas w swojej opiece…
Cisza. Przygniatająca, przytłaczająca cisza.
Wyłączył telewizor. Nim zaczną się pierwsze szlochy, nim salę konferencyjną w Waszyngtonie, a także każde inne miejsce świata ogarnie psychoza, minie jeszcze kilka, kilkanaście sekund.
Nie odczuwał chęci ni potrzeby spoglądania na to.
W ludzkość, w siłę człowieka wątpił już dostatecznie mocno.
Sięgnął po telefon, i zaczął stukać w rozsuwaną klawiaturę.
”W związku z obecnymi wydarzeniami: co powiesz na spotkanie w naszym miejscu?”
Nie spodziewał się odpowiedzi.
Nie spodziewał się jej tak szybko.
”Świetny pomysł. Będę tam czekała na Ciebie. Uważaj na drodze.”
Uśmiechnął się lekko.
Prawdziwą ironią losu byłoby zginąć, nie doczekawszy tego wydarzenia.
Nie miał na myśli końca świata.
Nie doczekać… tego spotkania.
Uniósł się z fotela, przeszedł parę kroków i wysunął jedną z mahoniowych szuflad.
Zimna, półmatowa stal Beretty 92 Billennium błysnęła lekko w promieniach wpadającego przez okno światła.
W sytuacjach stresowych, ludzie nie działali racjonalnie. Bywali niebezpieczni.
Koniec świata był zaś niewątpliwie sytuacją stresową.

Drzwi ogromnego garażu rozwarły się bezgłośnie. Regularnie oliwione i konserwowane, od lat strzegły jego kolekcji.
Zgromadził tu prawdziwą esencję pięknych, drogich, niesamowitych i legendarnych samochodów.
Dzieł sztuki użytkowej. Pojazdów… z duszą.
Był pasjonatem motoryzacji. Swą pasję przekuł w sposób na życie.
Pasja ta przyniosła mu niewyobrażalne wręcz bogactwa.
Bogactwa, do których nigdy nie przykładał większej wagi.
Mógł wybierać spośród setek niesamowitych maszyn.
Zanim jeszcze otwarł bramy swego „królestwa” wiedział już jednak, że wybór może być tylko jeden.
Na dzisiejszą, ostatnią zapewne podróż, wybrał beżowe BMW M5 E60.
Uosabiało ono wszystko, co cenił i szanował w życiu.
Co sam starał reprezentować.
Duża, sportowa limuzyna zamrugała reflektorami, gdy tylko zbliżył się do niej z pilotem sterującym w kieszeni.
Bak paliwa był pełen.
Dobrze.
Czekało na niego 700 kilometrów asfaltu.
Tym wozem, mógł „machnąć” tę trasę w sześć godzin, nie więcej.
Odruchowo spojrzał na zegarek.
Dochodziła trzynasta.
Zdąży.

Wyprowadził BMW na podjazd. Dziesięciocylindrowiec pod maską mruczał cicho, taktownie i równo, nie pozostawiając wątpliwości, że stanie na wysokości zadania.
Harmonijny gang silnika tworzył dysonans z narastającym dookoła chaosem.
Z sąsiednich domów dochodziły szlochy. Krzyki.
Zaczynała się panika.
Najbardziej przez niego znienawidzona ludzka reakcja.
Sprężystym krokiem wszedł po raz ostatni do swej przepastnej willi, kierując się bezpośrednio na drugie piętro.
Zwinięty w kłębek szary kot obrzucił go zaspanym spojrzeniem.
- Chodź, Frędzel. Wyjeżdżamy.
Na kocie, podobnie jak i na nim samym, wizja armagedonu nie robiła większego wrażenia.
Wziął zwierzątko na ręce, wsłuchując się w jego niezadowolony pomruk, i skierował swe kroki do zdobionego, klasycystycznego biurka.
Wysunął jedną z szuflad, i zabrał z niej małe, niebieskie pudełeczko.
Był gotowy.
Z wszystkich bogactw, jakie posiadał, nie potrzebował… niczego więcej.

Po kilkunastu minutach był już na autostradzie.
Praktycznie zerowy ruch skutecznie zachęcił go do dociśnięcia pedału gazu.
Wóz pomknął przed siebie, równo, statecznie i stabilnie. Kot, uśpiony jazdą, mruczał do spółki z potężnym, dziesięciocylindrowym silnikiem MPower.
Radio nadawało „apokaliptyczne przeboje” w stylu „Ameno” ERA’y.
Ciężka, smętna atmosfera powoli zaczynała go przekonywać do wyłączenia audio. Nim to jednak nastąpiło, muzykę przerwał głos spikera.
Norbert był pełen podziwu.
Temu człowiekowi chciało się siedzieć w studio, i jak co dnia nadawać program …
… dziesięć godzin przed końcem wszystkiego.
- Drodzy słuchacze, mamy godzinę czternastą. Do zderzenia pozostało…
- Dziesięć godzin. – mruknął Norbert, wrzucając siódmy bieg.
- ...dziesięć godzin – potwierdził spiker – Świat przygotowuje się do końca swego istnienia. Przypomnijmy: asteroida o średnicy 10 kilometrów, zauważona przez teleskop Hubble’a dwa miesiące temu, zbliża się nieubłaganie w kierunku naszej planety. Wedle obliczeń, oddziaływanie ziemskie przyciągnie ją na tyle, by weszła w atmosferę, i uderzyła w Ziemię. Misja mająca zapobiec katastrofie została podjęta w kilka godzin po zauważeniu tego obiektu. Największe potęgi świata wspólnymi siłami przygotowały dwa wahadłowce, których załogą byli najlepsi specjaliści. Ich zadaniem było dotarcie na powierzchnię asteroidy, i wysadzenie jej za pomocą głowic nuklearnych. Niestety, plan niczym z filmu „Armageddon” nie powiódł się. Pierwszy z wahadłowców, „Atlantis”, uległ zniszczeniu tuż po starcie, najprawdopodobniej na skutek rozszczelnienia zbiornika paliwa. Drugi prom, „Endeavour”, dotarł na miejsce przeznaczenia, a jego załoga ulokowała ładunek, który jednak z niewiadomych przyczyn przestał reagować zarówno na próby odpalenia zdalnego, jak i ręcznego…
Norbert nie był zaskoczony. Prawa Murphy’ego były bezlitosne w każdej sytuacji. Plan był skomplikowany, sukces wymagał sporej dozy szczęścia. Kosmonautom z „Endeavour’a” prawie się udało, ale… jak rzekł niegdyś Edward Harriman: „Wiele wysiłku idzie na marne, gdy brak czegoś więcej”.
”Prawie sukces” stał się jednocześnie sromotną klęską.

Autostrada sprawiała przedziwne wrażenie.
Wiecznie zatłoczony, hałaśliwy i zanieczyszczony spalinami odcinek, łączący północ i południe kraju, był w tej chwili praktycznie całkowicie pusty.
Wskazówka prędkościomierza nie spadała poniżej 230 kilometrów na godzinę, a odległość do celu, podawana przez nawigację iDrive, systematycznie spadała.
Gdyby nie przyzwyczajenia, lata doświadczeń za kierownicami dziesiątek aut wyścigowych, zapewne pozwolił by sobie na przejście w półsen.
Letarg.
Nie zauważył by wtedy na czas wbiegającego na pas jezdni człowieka.
Decyzja musiała być błyskawiczna, reakcja pewna i zdecydowana.
Odbił kierownicą lekko w prawo.
Opony nie wydały z siebie choćby najdelikatniejszego pisku.
Białka w oczach mężczyzny rozszerzyły się do niebotycznych rozmiarów.
Dłoń uniosła się, tkwiący w niej przedmiot zwrócił prosto w jego kierunku.
Metr.
Pół.
Wiedział, że zdąży.
Na czole człowieka pojawiły się bruzdy, wymalował wściekły grymas.
Szare oko Norberta zwęziło się i ściemniało do koloru stali.
Błękitne pozostało obojętne.
Usłyszał uderzenie, na kierownicy wyczuł delikatne wibracje.
Ciało odbiło się od prawego lusterka, odrzucone o dwa pasy do tyłu.
Chrzęst pękających żeber.
Spojrzenie w lusterko było tylko i wyłącznie formalnością.
Mężczyzna zwinął się na betonie autostrady, w konwulsyjnych podrygach.
Pistolet, ledwie już z tej odległości widoczny, leżał tuż obok niego.
Obrażone miauknięcie obudzonego hałasem kota było jedynym komentarzem do tego incydentu.
Desperat miał zapewne dziesiątki powodów, aby próbować go zatrzymać.
Może chciał zaszaleć, rozerwać się w supersportowym BMW.
Może szukał okazji, by w ten ostatni dzień świata poznać, jak to jest… zabić.
Może szukał emocji, adrenaliny, może dał się ponieść ogarniającemu ludzkość szaleństwu…
Może pragnął dotrzeć do rodziny.
Może.
Nie miało to dla niego… żadnego znaczenia.
Altruizm nie przyniósł mu nigdy nic prócz rozczarowań.
Prócz porażek i cierpienia.
Tego dnia, w tej sytuacji nie czuł się w obowiązku…
… w ogóle. W żaden sposób…
- Nie wszyscy mieszkańcy globu spędzają ten czas w swych domach – ogłosił spiker w radio – Tysiące udało się do Las Vegas, by oddać się szaleńczej zabawie w kasynach. Jest tam też nasz korespondent. Słuchamy cię, John. – przekazał głos reporterowi znajdującemu się w USA.
- Szanowni państwo, bachusowe szaleństwo ogarnęło Vegas…
- Odkrywcze. – mruknął Norbert.
- … tu gdzie się znajduję, na słynnej ulicy „The Strip”, nikt zdaje się nie pamiętać o nadchodzącej katastrofie. Kasyna pełne są graczy, dyskoteki rozszalałego tumu. Na każdym kroku widać ogólną rozpustę i rozpad…
- Co was w tym dziwi? – rzucił Norbert, zdając sobie sprawę, że nikt nie może go usłyszeć – Co innego mogą czynić pozbawieni wyższych celów, wyższych pragnień ludzie? Co innego można robić… w dzień końca świata?
Głos z radia można by uznać za odpowiedź:
– Jak powiedział mi jeden z zapytanych, ma zamiar bawić się do końca…
- Słusznie – stwierdził ponownie kierowca BMW – Właściwie, zgodnie z… ludzką naturą. Ludzkim… atawizmem. Człowiek był zwierzęciem, czy tego chciał, czy nie. W ostateczności, w skrajnych przypadkach… jak choćby w tym momencie… ujawniały się jego najbardziej podstawowe instynkty.
Nie krytykował jednak ludzi z Vegas. Zaspokajali swoje niewyżyte chucie, nie myśląc o nadchodzącym… ale co go to obchodziło?
Nie potrafił krytykować niczyich poglądów, niczyich pragnień.
Tak właściwie… w czym byli gorsi od niego samego?
On mknął przez cały kraj, aby po kilkunastu latach samotności w ostatnim dniu odbyć jedno, krótkie, ale i tak: najważniejsze w życiu spotkanie.
Oni szaleli w Las Vegas.
Wolny świat, wolny wybór.

Cyfrowy zegar na desce rozdzielczej wskazywał piętnastą, a nawigacja niecałe 400 kilometrów do przejechania.
Spiker po raz kolejny przerwał muzykę. Padło na „O Fortuna” Carla Orfa, którego Norbert miał już powoli dosyć.
Mówiąc szczerze, dosyć miał całego tego smętnego klimatu utrzymywanego w radiu.
- Panie i panowie, dzisiejszy dzień to także wiekopomna chwila…
- Jasne. Przyszłe wieki będą pamiętać. – sarknął.
- … dla mieszkańców Bliskiego Wschodu – kontynuował głos z radia, niezrażony komentarzem Norberta – W obliczu końca doszło do symbolicznego pojednania między przedstawicielami Izraela i sąsiadujących z nim państw arabskich. Kończy to trwający od 1948 roku konflikt. Na błyskawicznie zorganizowaną w Jerozolimie konferencję pokojową przybyli przywódcy religijni islamu i judaizmu. Wedle oficjalnej noty, wygłoszonej przez rzecznika prasowego konferencji, zarówno Jahwe jak i Allach nie chcą rozlewu krwi w dniu sądu. Żołnierze Egiptu, Syrii, Iranu, Izraela i Jordanii zostali zwolnieni do domów. Zauważono także wiele podobieństw między obiema religiami, na które wcześniej nie zwrócono uwagi…
Parsknął śmiechem. Do zauważenia tego, co łączy, a nie tylko tego, co dzieli, potrzeba było końca świata. Potrzeba im było wstrząsu, świadomości, że czeka na nich…
… co?
Boska kara?
Potępienie?
Skąd w ogóle myśl, że jest coś po… końcu?
Zresztą…
… szedł o zakład, że gdyby udało się uniknąć katastrofy, że gdyby jutro jednak nastąpiło…
… wszystko wróciło by do normy.
Nie było by pokoju. Nie było by zgody i wzajemnego zrozumienia.
Wróciła by nienawiść, śmierć i mord.
Wróciła by…
… normalność.

Wskazówka paliwa niebezpiecznie zbliżyła się do czerwonego pola.
BMW chciało pić.
Znak drogowy zapowiadał stację BP za kilka kilometrów, i rzeczywiście, po chwili ujrzał znajome zielone logo na horyzoncie.
Zdjął nogę z gazu, a wóz zaczął zwalniać.
Przed stacją leciuteńko wcisnął hamulec, jednocześnie podkręcając obroty, po czym kontrolowanym poślizgiem zjechał z autostrady.
Uwielbienie do kontrolowanych poślizgów, choć tak efektownych, teoretycznie było w takich sytuacjach całkowicie nieefektywne.
Ale… co go to w tym momencie obchodziło?
Nie był już kierowcą wyścigowym. Już… od dawien… nie był.
Zajechał pod dystrybutor z bezołowiową „dziewiećdziesiątkąósemką”, po czym wysiadł z auta.
Na stacji nie było niczego, co dawało by znaki życia.
Podmuchy wiatru były jedynymi zakłócającymi przenikliwą ciszę dźwiękami.
Podszedł do rozsuwanych drzwi, a te otwarły przed nim podwoje sklepu.
- Jest tu kto? – zawołał, choć był prawie pewien, że jest sam.
Nie usłyszawszy odpowiedzi, wziął z lodówki dwie butelki wody i wyszedł z budynku. Wsadził wąż z paliwem do wlewu i rozpoczął tankowanie.
Napełnienie kilkudziesięciolitrowego baku trwało dłuższą chwilę, którą poświecił na zlustrowanie wzrokiem okolicy. Światła były zapalone, a wszystkie urządzenia, w tym lodówka, z której wyjmował wodę, działały.
Personel nie uznał za stosowne oszczędzania energii, ani zabezpieczenia „biznesu” przed złodziejami.
- Nierozsądnie – sarknął.
Skończył tankowanie, otworzył tylne drzwi, i napełnił wodą kocią miskę.
Zadowolone zwierzątko ochoczo zabrało się do chłeptania.
Było coś magicznego w kotach. Godność ruchów? Piękno budowy? A może… spokój i władczość spojrzenia?
Nigdy do końca nie odpowiedział sobie na to pytanie. Nie odczuwał takiej potrzeby. Wystarczyło mu, że kot, jako jedyny nigdy go nie oszukał. W całym swym egoizmie, w przywiązaniu powodowanym tylko i wyłącznie uzależnieniem od swego właściciela był… wierny.
Kocie przywiązanie, w przeciwieństwie do ludzkiego, było… przewidywalne.
Jasne i proste, zależne od zrozumiałych czynników.
Dlatego tak niesamowicie wysoko cenił te zwierzęta.
Niejednokrotnie…
… wyżej niż ludzi.
Zamknął drzwi i ruszył w kierunku kasy.
Cyferblat dystrybutora wskazywał kwotę 430zł.
Nie powstrzymując się od cynicznego uśmiechu, położył na ladzie dwa dwustuzłotowe banknoty. Po chwili zastanowienia dorzucił jeszcze pięćdziesiątkę, a ze stojaka z gazetami wziął najnowszy numer „Top Gear”.
Okładka zapowiadała premierę nowego Ferrari, następcy modelu 612 Scaglietti.
Data premiery była bezlitosna, ustalona za dokładnie miesiąc.
- Cholerna szkoda – mruknął, ciesząc oczy cudnymi kształtami nowego cuda klasy Gran Turismo spod znaku Skaczącego Konia – To była by piękna maszyna…
Z chwili zamyślenia wyrwał go hałas.
Świst powietrza.
Odskoczył w prawo, odruchowo.
Gdyby nie wrodzona intuicja, łom pewnie rozbił by mu głowę.
Błyskawiczny obrót, dłoń na kaburę, noga lekko w górę.
Cios trafił napastnika prosto w brzuch, odrzucając o metr.
Przycelowanie.
Chwila zastanowienia.
W oczach tego człowieka nie było nic prócz nienawiści. Żądzy krwi.
Jeszcze jeden zamach.
Szybki unik.
Ponownie, łom nie trafił.
- Zatrzymaj się – pomyślał Norbert – Zatrzymaj, bo inaczej...
Atakujący nie zwolnił kroku.
Wzniesiony do góry łom nie rokował pokojowych zamiarów.
Wycelował prosto w pierś.
Brak reakcji.
Nacisnął spust.
Metaliczny klang zamka.
Huk wystrzału.
Głośne, zduszone jęknięcie.
Wreszcie zobaczył w oczach mężczyzny to, co chciał zobaczyć od początku.
Przestrach.
Lęk.
Świadomość zagrożenia.
Spóźnione o kilka ułamków sekund.
Ciało ciężko uderzyło o beton.
Łom brzdęknął złowrogo.
Odwrócił się, i bez słowa wsiadł do samochodu.
Silnik zapalił, i zagrał dziesięcioma cylindrami.
Zabił drugiego już tego dnia człowieka.
Świadomość ta… nie ciążyła mu. Zastanawiał się po prostu…
… czym było to spowodowane?
Czemu nie chciał… obezwładnić przeciwnika? Uniknąć uderzenia na autostradzie?
Czemu nie potrafił powstrzymać się od zadania fizycznego bólu, autentycznej i jakże ludzkiej… śmierci?
Czy wypaczyła go świadomość, że i tak niebawem wszyscy…
… nie. Koniec świata nie miał tutaj żadnego znaczenia. Nie ruszało go to.
Problem tkwił głębiej.
Jemu… było wszystko jedno.
Chciał tylko dotrzeć na miejsce.
Do Niej.
Wszystko inne schodziło na dalszy plan.
Ludzie zaś, którzy mogli mu w tym przeszkodzić…
… i nie tylko oni. Wszyscy ludzie oprócz niego i Jej nie mieli żadnego znaczenia.
Mogli by nie istnieć.
Wiedział, jak bardzo błądzi.
Jak płytkie, bezduszne i grzeszne jest jego myślenie. Jego postępowanie.
Człowiek, którego zwłoki stygły teraz w kałuży krwi, koło dystrybutora „BP Ultimate”, w centrum szczerego pola w środkowej Polsce, mógł mieć setki powodów, by go zaatakować.
Mógł mieć setki celów i pragnień, którymi uzasadniał tą agresję.
W czym te cele, te pragnienia... były gorsze od jego?
Kto miał prawo o tym decydować?
Skąd… skąd mam wiedzieć, czy ja…
… nie dałem ponieść się emocjom?
Zniżyłem się do poziomu… najniższej, najpodlejszej istoty?
To bez znaczenia.
Nic już nie ma znaczenia.

- Drodzy słuchacze nasz korespondent w Nowym Jorku informuje o dantejskich scenach, rozgrywających się na Wall Street. Czy słyszysz nas dobrze, George?
- Tak, Piotrze, słyszę was dobrze. Z miejsca, w którym stoję, to jest z rogu Broad Street, mam dobry widok na to, co dzieje się na słynnej ulicy bankowców i maklerów. Panika, jaka ogarnęła członków finansjery, jest po prostu nie do opisania. Tutejsza Giełda Papierów Wartościowych zawiesiła działanie. Wedle informacji, jakie do mnie docierają, podobnie uczyniły wszystkie giełdy na świecie, między innymi Square Mile w Londynie czy Marunouchi w Tokio. Pogłębiający się od roku kryzys finansowy...
- Co kogo obchodzi kryzys finansowy? – warknął Norbert.
Facet relacjonujący sytuację z Wall Street przez długie lata był korespondentem z tej wpływającej na finanse świata dzielnicy. Teraz też nie mógł się widocznie powstrzymać od relacjonowania sytuacji na światowych rynkach finansowych.
Nawet pomimo faktu, że mało kogo ona w tym momencie obchodziła.
- …sięgnął szczytu. Ci, którzy jeszcze niedawno pławili się w luksusach, rzucają się teraz z okien wieżowców. Nikt na to nawet nie zwraca uwagi, nigdzie nie widać sił porządkowych. Wall Street ogarnęła psychoza… - uciął korespondent.
- Banda idiotów. – skwitował Norbert.
Zadziwiające było, jak na ludzi wpływała wieść o tym, że za żadne zgromadzone bogactwo nie mogą odwrócić zbliżającej się śmierci.
Świadomość, że zdobyte zaszczyty, pieniądze i luksusy odchodzą, nim jeszcze mieli okazje się nimi nacieszyć.
Zabrakło… czasu.
„Weseląc się dziś, nie dowierzaj przyszłości”.
- Straciłem dziś pewnie znakomitą większość mojego majątku – uśmiechnął się – Firmy, akcje, obligacje, udziały… wszystko trafił wszechobecny i nieunikniony szlag.
Ale nie ma to dla mnie znaczenia.
W tym jednym punkcie, jednej sytuacji… mogę być pewien słuszności swojego postępowania.
Jeżeli dziś ma skończyć się świat… i jeżeli uda mi spotkać się z Nią… nie będę rozczarowany.
Będę miał pewność, że… czyniłem w swoim życiu to, czego pragnąłem.
Nie osiągnąłem spełnienia.
Ale zapewniłem sobie jego doskonałą iluzję...

Kot drzemał, silnik mruczał, prędkościomierz wskazywał 260km/h, a nawigacja sygnalizowała 250 kilometrów do celu.
Godzina, nie więcej.
Spojrzał na zegarek – mała wskazówka zbliżała się do siedemnastej.
Krajobraz dookoła zmieniał się.
Gdy wyruszał, otaczały go góry i lasy świerkowe. Z upływem czasu zastąpiły je łąki i pola uprawne, a potem liczne jeziorka.
W tym momencie, otaczały go już sosny.
Ostatni etap.
Spiker po raz kolejny przerwał pasmo muzyczne. „Requiem” Mozarta może i było majstersztykiem, ale w takich chwilach dosłowność nie była objawem dobrego smaku...
- W Watykanie papież Benedykt XVI wygłosił orędzie do zgromadzonych na Placu
św. Piotra wiernych. Jak rzekł, zbliżający się koniec nie jest boską karą dla świata, lecz momentem, w którym wszyscy spotkają się z kochającym Bogiem Ojcem. Apelował o zaprzestanie szaleństw, które rozgrywają się na całym świecie, i poświęcenie pozostałego czasu na pojednanie się z Bogiem i ludźmi. Podniósł też na duchu zrozpaczonych wiernych wizją raju, w którym nie będzie już żadnych trosk…
- Wiara – pomyślał – Czym bylibyśmy bez niej?
A raczej czym byli by… oni?
Jak silne musi być przeświadczenie, że po śmierci jest… coś jeszcze… że masowy exodus miliardów istnień nie jest boską karą, lecz… nagrodą, aby… nadal w to wierzyć?
Jak silna musi być ich wiara, skoro utrzymuje… w normalności… pomimo nadchodzącego końca?
Co działo by się, gdyby… pozbawić ich tej opoki?
Co czuli by ci ludzie, gdyby okazało się, że… Boga nie ma?
Lub że ten Armagedon jest po prostu… masowym mordem, zabawą istoty wyższej?
Nie wiedział.
Nie chciał wiedzieć.
Dla niego było to…
… bez znaczenia.
Jeżeli Bóg jest, czeka mnie potępienie.
Jeżeli zaś go nie ma…
… jakie to wszystko ma znaczenie?

Sto kilometrów.
Był już bardzo blisko.
Radio niezmiennie grało smutne ballady.
Wreszcie, muzyka została przerwana.
- Drodzy słuchacze, mamy telefon od pani Barbary z Nowego Sącza, która chce przekazać informację siostrze, z którą straciła kontakt dwadzieścia lat temu…
- Asiu, jeśli mnie słyszysz, to proszę: wybacz wszystkie złe słowa, które sobie wtedy powiedzieliśmy… kocham cię, siostrzyczko! – powiedział zapłakany głos gdzieś
z południowej Polski.
No i zaczęło się.
W radiu rozdzwoniły telefony od ludzi, którzy w ten sposób chcieli poinformować bliskich i znajomych, z którymi utracili kontakt, że pamiętają.
Dzwonili bracia szukający sióstr.
Dzwoniły ciocie i wujkowie z Ameryki, próbujący odnaleźć zapomnianych krewnych. Dzwonili rodzice, którzy pokłócili się z dziećmi.
Dzwonił każdy, kto chciał jakoś ”przed końcem” dać znać bliskim o swojej pamięci.
Radiowy DJ nie miał już okazji puścić swoich smętnych kawałków.
Może był to jedyny pozytywny aspekt tych ckliwych litanii.
Słuchając tych zapłakanych głosów, Norbert uśmiechał się nieznacznie.
Z ironią.
Człowiek był istotą niską, najniższą z możliwych.
Dopiero śmierć… dopiero świadomość, że oto nadchodzi koniec, że nie będzie już więcej okazji, że każdy pionek wróci do pudełka…
… dopiero i tylko to było dla nich impulsem do pojednania.
Do zakończenia sporów i waśni. Przerwania milczenia.
Strach. Kierował nimi strach. Lęk przed potępieniem, lęk przed tym, co niedopowiedziane.
Nie potępiał tego.
Choć cel niski, a pobudki godne politowania…
… sam czyn był chwalebny.
Może nawet… piękny.

Zjechał z autostrady, i dłuższą chwilę podążał szeroką, asfaltową drogą.
W końcu, odbił na prowadzący przez szumiący, sosnowy las utwardzony trakt. Dziesięć kilometrów po wybojach obudziło kota.
Zwierzątko nie okazało jednak niezadowolenia. Widząc znajomą okolicę, jego towarzysz podróży zajął się kontemplowaniem widoków za oknem.
Wreszcie dotarł na miejsce.

Pod niewielką acz urokliwą drewnianą chatką, ulokowaną na zielonej polanie, stał ciemnobłękitny samochód sportowy.
Jego sylwetkę znał na pamięć.
Aston Martin DB9
Jej DB9.
Zaparkował tuż obok, po czym wysiadł z auta.
Na ręce wziął szarego kota.
Odetchnął.
Drzwi do domku rozwarły się na oścież, i stanęła w nich ona.
Była piękna.
Niewysłowienie piękna, cudowniejsza nawet niż…
… jej obraz w jego pamięci.
- No, jesteście wreszcie – powiedziała z uśmiechem.
Najśliczniejszym uśmiechem, jakiego zaznał w swoim życiu...

Siedzieli w głębokich, wygodnych fotelach przy małym, secesyjnym stoliczku.
Herbata była doskonała.
Kot, jak zwykle, mruczał zwinięty w kłębek na jej kolanach.
- Nie spodziewałaś się takiego rozwoju wypadków, prawda? – zapytał.
- Nie – odparła – Ale wszystko kiedyś się kończy. Odwieczne prawo świata. Tak miało być…
Spojrzał na misternie zdobiony, porcelanowy zestaw.
Pomyślał krótka chwilę.
Spojrzał na nią.
W jej oczy.
Zielone, intensywnie zielone.
Spokojne.
Pełne ciepła.
Wiedział już, że nie wybaczyłby sobie, gdyby nie zadał tego pytania.
- Aniu? – rzekł.
- Hm?
- Czy Ty… wyjdziesz za mnie?
Wiedział, że to było mało romantyczne.
Że powinien paść na kolana, wygłosić wiersz lub płomienną mowę, jak bardzo ją kocha, i jak bardzo nie potrafi bez niej żyć.
Nie potrafił już jednak. Od kilkunastu lat właśnie tak chciał się zachować.
Od kilkunastu lat właśnie tak… tak się o nią starał.
Starał bez słów. W sposób fatalistyczny.
Kochając miłością niespełnioną.
W dniu końca świata, mógł odpuścić sobie konwenanse romantyka.
- Oczywiście że tak, głuptasie – odparła ze śmiechem – Szkoda tylko, że pytasz tak późno.
- Nigdy nie jest za późno. – powiedział, wyciągając z kieszeni marynarki małe, błękitne pudełeczko, i kładąc je tuż przed nią, na stoliczku.
Czekało na tą okazję… piętnaście lat?
Ostrożnie sięgnęła dłonią, i nałożyła na palec oprawiony w srebro szafir.
Zamilkła na moment.
Mógłby przysiąc, że w jej oku zakręciła się łza.
- Piękny… skąd… skąd wiedziałeś, że uwielbiam ten kamień?
- Po dwudziestu latach znajomości nie zasługiwałbym na nic, gdybym tego nie wiedział – wyrzekł – Więc… pozostaje tylko… ustalić datę ślubu.
- Choćby jutro – roześmiała się.
- Jutro to znakomity pomysł.
- Jutra nie będzie, Norbercie.
- O nie, carissima. W tej sytuacji, jutro musi nastąpić…

Otworzył oczy.
Otaczały go ciemności.
Zegar wskazywał czwartą nad ranem.
Nie musiał nawet spoglądać.
Wiedział, że nie ma jej obok niego.
Życie toczyło się nadal swoim rytmem.
Nie było końca świata.
To był… tylko sen.
Piękny, najcudniejszy sen jego życia.