Przedmowa

Opowiadanie, które za chwilę przeczytacie, nie łączy się bezpośrednio, ani nie ma wpływu na wydarzenia żadnego z Sezonów „Za Zakrętem”. Bohaterowie, o których traktuje, to zupełnie inni ludzie, a miejsce akcji to też nie Istebna. Świat niejako oderwany, pewnie trochę wyidealizowany, romantyczni bohaterowie, mała realistyka i niezbyt dobry, z perspektywy czasu – bardzo cieńki – styl pisania. „Kwestia domówienia”, czy też „Kwestia dogadania” jak ją nazywam, powstała znacznie wcześniej, niż „Za Zakrętem”, ba – pisząc ją, nawet nie wiedziałem, że w mojej głowie powstanie twór pokroju „ZZ”. Opowiadanie to miało być częścią nigdy niedokończonej serii „Trzeci”. Powstawała ona w latach 2008-2009, wśród gór Istebnej i bursanckiej braci w Cieszynie. Część opowiadań nigdy nie została przeniesiona na papier, jedno zostało niedokończone. Utrzymana w smutnym, przygnębiającym tonie seria była po prostu słaba. Jednak twory takie jak przesadzone pod względem technicznym, a powstałe pod wpływem Gran Turismo 4 i konkursu „Nurburgring Nordschleife League” „Zielone Piekło”, czy też „Kwestia domówienia”, którą napisałem pod kątem ogólnopolskiego konkursu na opowiadanie „Kacze Pióro” można uznać za duchowych przodków „Za Zakrętem”.
Sama zaś „Kwestia domówienia” nigdy nie została opublikowana, nie wysłałem jej też na rzeczony konkurs (powód: zbyt dużo technikaliów, zbyt skomplikowana, bardzo metaforyczna fabuła, ogólne niezadowolenie z efektu). Na „kaczy event” trafiło w końcu opowiadanie „Kwestia podejścia” – niejako alternatywne, zakończone happy-endem losy bohatera „Kwestii domówienia” i „Zielonego Piekła”, a traktujące o… końcu świata. Ale to inna historia…
Przed wami „Kwestia domówienia”, w stanie praktycznie nietkniętym od momentu napisania – poprawiłem tylko kilka błędów, na większe korekty (których wymaga) sił nie miałem. Dodałem również postać, którą pewnie rozpoznacie bez problemu – tajemniczego, nieznanego z imienia lub nazwiska Mistrza, znajomego bohatera serii „Trzeci”. Ten tylko podsumowuje wydarzenia, które dzieją się niejako po zakończeniu Sezonu Trzeciego „Za Zakrętem”.
Zaś bohaterem historii, i całej serii „Trzeci” jest… Norbert. Nie znacie Norberta?
Nie możecie go znać. Z „Za Zakrętem” łączy go tylko mały epizod…
Tak więc – miłego czytania tego „starocia”. Nie bijcie – styl jest naprawdę straszny…

 

OS „Kwestia domówienia”

Prolog

Nazwa i lokalizacja tego miasta nie ma znaczenia. Pierwsi osadnicy zamieszkali w tych okolicach już około XVI wieku. Jeszcze do 2000 roku było to małe miasteczko: ratusz, kilka małych sklepów, szkoła podstawowa, gimnazjum. I ciasne, kręte serpentyny, które prowadziły do tego sennego miejsca przez wysoką górę. Ale po roku 2000 zaczął się intensywny rozwój, i w 2012 było już dużym miastem, z dziesiątkami sklepów, centrum handlowym, sporym szpitalem i autostradą. Ulubionym zajęciem tutejszej młodzieży, która dorastała w czasach szybkiego rozwoju, były nielegalne wyścigi samochodowe. Ich idolem był pochodzący stąd znamienity kierowca, którzy właśnie na tutejszych górskich drogach zdobywał pierwsze szlify w swej wyścigowej karierze…

Rodział I: „Wspomnienia…”

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Drzwi do ogromnego, betonowego garażu otwarły się, nie wydając najmniejszego nawet dźwięku. Jedynym hałasem, jaki zakłócił wręcz sterylną ciszę tego budynku był stukot butów. Czarnych, skórzanych, rozmiar 44. To miejsce zawsze sprawiało, że wracały wspomnienia. A teraz był na nie najwłaściwszy moment.
Garaż ten wypełniały samochody. Setki samochodów, wszelkiej marki, wieku i przeznaczenia. Ilość zgromadzonych tu modeli znalazła nawet swój wpis w „Księdze rekordów Guinessa”. Wieloma spośród nich nawet nie jeździł. Kupił dla własnego „widzimisie”, wstawił tutaj i zapomniał. Ale było też tu kilka takich, których miał nie zapomnieć nigdy…
Błękitny Nissan Silvia, rocznik 1989. Jego pierwszy własny samochód. Nabyty zaraz po odebraniu prawa jazdy. Tydzień po zdanym przy pierwszym podejściu egzaminie. Otworzył drzwi i wsiadł do środka. Wytarte, welurowe fotele, starta kierownica i drążek zmiany biegów. Z tym wozem przeszedł wiele, to właśnie nim zaczynał karierę kierowcy wyścigowego. Na początku wyśmiewano go. „To nie dla ciebie!”. Ale on już wtedy wiedział, że nie zostanie naukowcem, biznesmenem lub lekarzem, jak planowała rodzina, nauczyciele i niegdyś on sam. Zdanie zmienił przez osobę, która była powodem jego dzisiejszego odwiedzenia tego miejsca. „Nie pasujemy do siebie. Może gdybyś się zmienił…”. Po tych słowach nie chciał już spokoju, bezpieczeństwa i ustatkowania. Szukał ryzyka. Wyzwania.
I sławy. Zaczął doskonalić swoją technikę jazdy, nocami ślizgając się po ciasnych i krętych serpentynach jego sennego miasteczka. Zużył dziesiątki opon, wielokrotnie giął karoserię. Ale nie zrażał się. W końcu poczuł, że samochód i on sam zaczynają tworzyć jeden organizm. Wtedy wyzwał na nocny pojedynek człowieka, który śmiał się z niego najgłośniej. Podobno najlepszego „ściganta” w okolicy. I wygrał z nim. Po tym wydarzeniu ruszył w świat, w poszukiwaniu dalszych wyzwań.
Nie wiedział wtedy, że po kilkunastu latach los skrzyżuje jeszcze raz ich drogi…
Biały TVR Griffith, rocznik 1994. Pamiątka z czasów, gdy podbijał Wielką Brytanię. Jakieś… piętnaście lat temu? Wóz stwarzający pozory małego, „słodkiego” kabrioletu, a w rzeczywistości bestia z trzystukonnym silnikiem pod maską. To nim odniósł zwycięstwo, które przeszło do historii brytyjskich wyścigów, a także przyniosło mu rozgłos wśród światowej „braci” kierowców. Tym „sympatycznym” autkiem pokonał w finałowym pojedynku na torze Brand’s Hatch potężnego, podkręconego do 900 koni TVR Cebera’ę Speed 12. Wszyscy uznali to za „popis niesamowitych umiejętności kierowcy, wschodzącej gwiazdy tego sportu”. Nie wiedział, ile w tym prawdy. Według niego nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że ogromna, długa i ciężka Cerbera miała problemy na ciasnych i ostrych zakrętach Brands Hatch, a 900 koni pod maską zamiast pomagać sprawiało tylko, że wóz tracił przyczepność nawet przy delikatnym dodaniu gazu. Po zwycięstwie w tym najważniejszym brytyjskim wyścigu i zdobyciu tam opinii „the best” postanowił zrobić sobie krótkie wakacje. Wsiadł do Griffith’a i ruszył do swojego rodzinnego miasta. Zapewne spędziłby wtedy czas na ciągłych imprezach z kolegami i koleżankami ze „starych czasów”, przeplatanych pojedynkami w rozwijającej się nielegalnej lidze nocnych wyścigów. Zapewne wróciłby szczęśliwy i wypoczęty, pełen nowych sił do kolejnych wyzwań. Ale znów los chciał inaczej. Spotkał ją. Przekonał się, że jednak nie zapomniał. Choć chciał zapomnieć. Kilka dni spędzili razem, na romantycznych kolacjach, tańcach i nocnym oglądaniu gwiazd z foteli TVR’a. Ale gdy poprosił ją, by była z nim na zawsze, usłyszał tylko „Nie. Nie zmieniłeś się. Nie o taką zmianę mi chodziło.”
Dwie godziny po tych słowach mknął już po autostradzie, łamiąc wszystkie przepisy. Chciał być sam. Nie rozumiał, dlaczego znów go to spotkało. Zmienił się. Ale widać niewystarczająco. Wtedy właśnie postanowił, że zrobi wszystko, byle być z nią…
Ciemnozielony Lotus Carlton, rocznik 1990. Otworzył drzwi i usiadł w sportowym fotelu firmy Recaro. Całe wnętrze pojazdu zostało „wybebeszone” z wszelkich niepotrzebnych rzeczy, by wóz był jak najlżejszy. Auto „ukrywało” swój potencjał - prawie 400 koni mechanicznych i napęd na tylnią oś – pod karoserią limuzyny. To go urzekło. Ruszył nim na podbój Japonii, by zdobyć tytuł mistrza zawodów „D1”, przyznawanego najlepszym drifterom na świecie. Drift był techniką pokonywania zakrętów efektownymi poślizgami, wymyśloną i rozpowszechnioną przez Japończyków, w ich tylnionapędowych maszynach, wręcz stworzonych do tego typu jazdy. Dlatego też za punkt honoru przyjął sobie pokonać ich na własnym terenie europejskim samochodem. Mógł użyć jednego z dziesiątek pojazdów, które stały już wtedy w jego garażu. Ale on chciał tego dokonać właśnie wielkim Carltonem. By zdobyć jeszcze większy rozgłos. By o jego sławie usłyszała ona.
Gdy zaczynał, Japończycy śmiali się z jego dużego europejskiego wozu, wyglądającego dość niezgrabnie przy ich Nissanach, Mazdach i Toyotach. Wkrótce jednak śmiechy przeszły w nieme przerażenie, gdy tym „bydlęciem” wygrywał zawody za zawodami. On sam się temu nie dziwił. Wiele trenował, by Lotus przestał być dla niego samochodem, a zaczął być organem, cząstką siebie, która wykonuje to, co do niej należy. W końcu doszedł do ligi „D1”, a tam pokonał największe sławy driftingu. Został mistrzem, zgarnął ogromne pieniądze, otrzymał oferty pracy od kilku znamienitych stajni wyścigowych. Ale żadnej z nich nie przyjął. Jego celem było zostanie „najlepszym z najlepszych”, a praca „dla kogoś” tylko by mu to utrudniała. Wtedy więc postanowił założyć własny zespół wyścigowy. Teraz ten „zespół” był potentatem w branży wyścigowej, skupiającym najbardziej uzdolnionych kierowców świata…
Jasnoniebieskie Porsche 911 Turbo, rocznik 2004. Drzwi otworzyły się z delikatnym kliknięciem, a on zajął miejsce w kokpicie, siadając w wygodnym fotelu, pokrytym białą skórą. Uwielbiał markę Porsche, i był jej wiernym fanem. Tworzyli samochody doskonałe, pozbawione wszelkich wad. Nacisnął starter, a potężny silnik zaryczał dziko. Gdy dobrych kilka lat temu zwyciężał wszystkie najważniejsze zawody na kontynencie europejskim, ten wóz był nieoceniony. Nurburgring w Niemczech, Monza we Włoszech, Silverstone w Wielkiej Brytanii, A1-Ring w Austrii i kilkanaście innych – na wszystkich ustanowił rekord czasu przejazdu właśnie tym Porsche. Za te osiągnięcia i reklamę marki dostał od firmy ze Stuttgartu specjalnie zaprojektowany model klasy „Le Mans”. Tym niesamowicie szybkim bolidem wygrał dwie najważniejsze europejskie imprezy (pomijając Formułę 1, której nigdy nie lubił): „24 godziny Nurburgringu” na Nurburgring Nordschleife i „24 godziny Le Mans” na Circuit de la Sarthe we Francji. I tymi zwycięstwami udowodnił światu, że na kontynencie europejskim, w kolebce sportów motorowych, też nie ma sobie równych.
Ale z tym błękitnym Porsche wiązała się jeszcze jedna historia. Pewnego dnia gościł na imprezie z serii „Pro Tuned”, czyli wyścigów tunningowanymi wozami po zamkniętych dla ruchu ulicznego drogach Europy. Miał być tam gościem specjalnym, poprowadzić imprezę, rozdać autografy i wręczyć nagrody zwycięzcom. Ale postanowił sam wystartować. Wygrywał przejazd za przejazdem. W finale jednak spotkał człowieka, którego się nie spodziewał. Swojego pierwszego rywala z czasów, gdy uczył się sztuki jazdy. Ten, jak się okazało, również wybrał karierę kierowcy wyścigowego. Jeździł czarnym Mercedesem SL AMG. Ścigali się po niemieckim autobahnie, z prędkościami przekraczającymi 300 kilometrów na godzinę. Jego Porsche zwyciężyło. Aby jeszcze bardziej pogrążyć swojego przeciwnika, przy wszystkich przekazał mu kluczyki do wygranego w tych zawodach Mercedesa CLS, wypowiadając cynicznie słowa: „Kierowca z ciebie niezgorszy. Masz, bierz go za dobre chęci…”. Tłum wiwatował. Wieczorem, gdy już miał wyjeżdżać, i grzał silnik w swoim Porsche, ten człowiek podszedł do niego. „Śmiej się, śmiej póki możesz. Teraz myślisz, że zwyciężyłeś. Ale wierz mi, że to ja jestem górą. I to mi żal jest ciebie…”
Słowa te zrozumiał kilka miesięcy później. Ale to wiązało się już z innym autem…
Beżowe BMW M5. Ogromna rodzinna limuzyna, skrywająca pod maską potężny, dziesięciocylindrowy silnik o mocy ponad 500 koni. Jego ukochany wóz. Usiadł w miękkim, skórzanym fotelu i włączył radio. Z wybornej instalacji audio poleciały pierwsze takty „Czterech Pór Roku” Vivaldiego Ten zestaw – fotele z masażem w BMW M5 i piękne, utwory muzyki klasycznej przypominały mu moment, w którym wycofał się z czynnego uczestnictwa w wyścigach. Zdobył wszystkie najważniejsze trofea sportów wyścigowych świata. Jego zespół był najlepszy na świecie. On był najbardziej rozpoznawalnym kierowcą globu. Osiągnął wszystko. Prawie wszystko. Postanowił więc jeszcze raz odwiedzić rodzinne miasto. Doszedł do wniosku, że może gdy ona zobaczy, że się ustatkował, że zależy mu tylko na niej, wreszcie go zechce. Kupił ten wóz, ubrał ulubiony garnitur i wybrał najpiękniejszy bukiet róż. Gdy podjechał pod jej dom, na podjeździe zobaczył Mercedesa CLS. Zapukał do drzwi, ale w głębi duszy już wiedział, kto je otworzy. Nie mylił się. Triumfującego spojrzenia mężczyzny, którego pokonał niegdyś na serpentynach i autobahnie nie zapomniał do dziś. Nie poddał się jednak. Nigdy się nie poddawał. Oboje zaczęli zabiegać o jej względy. Ale ona nie umiała się zdecydować…
Wysiadł z beżowego M5 i spojrzał na auto, które go tu dziś sprowadziło. Z kieszeni marynarki wyjął białą kopertę. Wyciągnął list, napisany silną, męską ręką. Grube, szerokie litery, wskazujące na pewność siebie. „Nie mam zamiaru dłużej dzielić się nią z tobą. A ona sama nie podejmie decyzji, kocha nas obu. Musimy wybrać za nią. Żaden z nas nie odpuści, więc spotkajmy się w piątek na szczycie serpentyn. Ten z nas, kto przegra „wyścig podwójnego ryzyka”, opuści miasto. I na zawsze zapomni o niej. Myślę, że masz podobne do mnie odczucia. I że pojawisz się na przełęczy o godzinie czternastej.” Nie miał podobnych odczuć. Jego odczucia były takie same. Przed nim stało ciemnoniebieskie BMW M5. Robione na specjalne zamówienie. Nadszedł czas, by je sprawdzić. A także przekonać się, czy całe życie spędzone na wyścigach pozwoli mu wreszcie osiągnąć upragniony cel…

Rozdział II: „Przekraczając granice…”

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.



Był tylko jeden świadek początku wyścigu – człowiek, który dawał sygnał do startu. „Wyścig podwójnego ryzyka” był konkurencją wymyśloną przez tutejszych ścigantów. Składał się z dwóch części: zawodnicy startowali z samego szczytu górskiej przełęczy, i w szaleńczym pędzie mknęli w kierunku miasta. Droga liczyła około pięć kilometrów. Następnie wypadali na autostradę, na której przez jakieś piętnaście kilometrów mogli sprawdzić prędkość maksymalną swoich samochodów. I granicę własnej odwagi. Meta oznaczona była dwoma leżącymi na ziemi flarami, a czasy końcowe mierzyło trzech ludzi. Cały problem polegał na odpowiednim doborze samochodu i jego ustawień – musiał zarówno dobrze przyśpieszać i nienagannie prowadzić się po krętych serpentynach, gdzie każdy błąd groził śmiercią w przepaści, jak też i osiągać wysokie prędkości na autostradzie, gdzie czasem można było natknąć się na policyjny patrol. Wyścigi rozgrywały się zawsze w samym środku nocy, gdy na drogach nie było zazwyczaj żywej duszy. Ale dzisiejszy miał być inny. Konkurenci wybrali moment, w którym drogi były bardzo zatłoczone. Godzina czternasta była godziną szczytu komunikacyjnego w mieście – pracownicy wracali z firm i fabryk do domów, a policja pilnowała porządku na każdej ulicy. Co więcej, autostrady były już zalane przez setki turystów w ich wyładowanych bagażami kombi i vanach, którzy zmierzali w kierunku malowniczo położonych ośrodków wypoczynkowych za górą. Wyścig o tej porze był więc niesamowicie niebezpieczny. Ale o to im właśnie chodziło. Nic dziwnego więc, że pobocza i wszelkiego rodzaju punkty, z których dobrze było widać trasę przejazdu, były okupywane przez widzów i fanów…

- Start, tu meta. U nas wszystko gotowe. Żadnych śladów policji, ostatni patrol przejechał pięć minut temu. Możecie ruszać.
- OK meta, zrozumiałem. Będziemy zaczynać.
Młody chłopak, który został wybrany do „wystartowania” wyścigu, był wielkim fanem obu kierowców. Odczuwał więc niesamowite podniecenie, że to właśnie jemu przypadło w udziale dać sygnał do rozpoczęcia wyścigu, który (czuł to już teraz) przejdzie do legendy.
- Zaczynam odliczanie! – krzyknął.

Dodał lekko gazu. Silnik jego BMW głośno świsnął, dając wyraźny sygnał: „Gotowy!”.
- Trzy! – odliczał chłopak stojący z przodu, na linii dzielącej oba samochody.

- Dwa!
Właściciel czarnego Mercedesa CLS otworzył obie klapki na kierownicy, broniące dostępu do czterech czerwonych przycisków. Wciśnięcie każdego z nich dawało mu pół minuty niesamowitego przyrostu mocy, osiąganego dzięki instalacji podtlenku azotu.

- Jeden!
Poprawił ułożenie nogi na pedale gazu i błyskawicznie sięgnął do dźwigni zmiany biegów, zdobionej przez znaczek BMW. Pierwszy z siedmiu biegów wskoczył lekko, jak przystało na idealnie „skrojony”, sportowy wóz.

- START!
Kierowca Mercedesa dodał gazu. Pojazd wystrzelił do przodu, a system ESP, zapobiegający uślizgowi kół, zaczął wariować. Przyklnął w duchu i natychmiast wyłączył to ustrojstwo.

BMW wyrwało do przodu błyskawicznie. Wóz „setkę” osiągał w niecałe cztery sekundy, a długa prosta po starcie pozwalała sprawdzić, który z pojazdów będzie miał przewagę podczas przyśpieszania. Spojrzał w prawo, na sąsiedni pas. Mercedes również ruszył dziarsko, ale jego kierowca najwidoczniej zapomniał o wyłączeniu systemów kontroli trakcji i innych tego typu utrudnień, bo pojazd zostawił za sobą tumany dymu. W założeniu ESP miało zapobiegać właśnie takim sytuacjom, ale jego twórcy przewidzieli je do seryjnych pojazdów, mających nie więcej niż (i tak ogromne) 500 koni mechanicznych. A te dwa tutaj miały ponad osiemset. Jedyną metodą ruszania „bez dymu” było umiejętne dodawanie gazu. A on to potrafił.

Mercedesa nie dzieliło od BMW więcej niż trzydzieści metrów. „To nic. To tylko drobny błąd na starcie” uspokajał się kierowca wozu z trójramienną gwiazdą na masce. W błyskawicznym tempie zbliżali się do pierwszego zakrętu. On ćwiczył tu dostatecznie długo, by bezbłędnie pokonać każdą z trudności trasy. Pamiętał jednak, jak kilkanaście lat temu, jadąc starym Mercem swego ojca, został pokonany przez tego samego człowieka, z którym się dziś ścigał, jadącego wtedy niebieskim Nissanem Silvią. Ale dziś to nie miało się powtórzyć. Dziesięć metrów przed zakrętem lekko przyhamował, by wejść w niego z optymalną prędkością. Miał napęd na cztery koła, wóz trzymał się jezdni jak przyklejony. BMW przed nim dysponowało tylko napędem na tylną oś. Nie mogło wejść w zakręt tak szybko, jak jechał kierowca przed nim…

Nie mógł się powstrzymać od ironicznego uśmiechu, gdy na chwilę puścił gaz i spojrzał we wsteczne lusterko. Napęd na tył pozwalał na pokonywanie zakrętów driftem. A to była sztuka, którą opanował do perfekcji. Tył wozu wszedł w poślizg, a on kontrował delikatnie kierownicą. Przedni zderzak znajdował się nie dalej jak dziesięć centymetrów od barierki. Dodał gazu, odzyskując kontrolę nad pojazdem, i po idealnej trajektorii wrócił na środek jezdni. Mercedes za nim poszedł po dobrej, „wewnętrznej” linii trasy, ale i tak stracił prędkość na hamowaniu przed zakrętem. Wdusił przepustnicę do oporu, a silnik V10 pod maską odpowiedział rykiem. Był zagorzałym przeciwnikiem wszelkiego rodzaju turbosprężarek, które kosztem mocy na niskich obrotach silnika dawały „kopa” przy obrotach wysokich. Dlatego też jego M5 było szybkie wszędzie. Niesamowicie szybkie…

„Jasna cholera!” – zaklął po raz kolejny człowiek w Mercedesie – „On jest niemożliwy”. Jego Mercedes dysponował silnikiem V8, ale dwie turbosprężarki firmy Garret dawały mu moc wyższą od BMW jego przeciwnika. Wiedział to, czytał w gazecie o aucie jego przeciwnika. O M5 robionym na specjalne zamówienie. Ale nie spodziewał się, ze ten wóz będzie aż tak szybki. Wiedział już, że aby go wyprzedzić, musi pojechać szybciej niż zwykle. Pokonać własne niedoskonałości. A dla niej warto to było zrobić. Wrzucił wyższy bieg, a CLS wyskoczył do przodu. Następny zakręt wziął bez hamowania. Serię kolejnych trzech – niezbyt ostrych, następujących po sobie wiraży – praktycznie „wyprostował”, ani razu nie zwalniając. O mało co nie uderzył w barierki, ale przewaga M5 zmalała do odległości samochodu…

„A więc jednak coś potrafisz” – mruknął ironicznie – „Ale nic to przy mnie. Pokonałem najlepszych z najlepszych na całym świecie. Jesteś przy mnie nikim!”. Ślizgiem zabrał dwa następne zakręty, ale Mercedes wciąż trzymał się jego tylnego zderzaka, a odległość między nimi malała. Następnym zakrętem, po którym znajdowała się długa prosta, był tzw. „Kręcioł” – szeroki wiraż, z poboczem, na którym pewnie będzie tłum gapiów. Nawierzchnia była tam nachylona ku wewnętrznej. Odpowiednie pokonanie „Kręcioła” było kluczem do „zgubienia ogona” na tej górskiej trasie…

Kierowca wozu przed nim myślał pewnie, że to właśnie „Kręcioł” będzie miejscem, gdzie Mercedes spróbuje go wyprzedzić. Ale on miał inny plan. Położył palec na jednym z czerwonych przycisków na kierownicy. Kierowcę M5 czekało niemiłe zaskoczenie…

- Jadą, jadą! – ryknął jeden z kilkudziesięciu znajdujących się na poboczu obserwatorów. „Kręcioł” był idealnym punktem obserwacyjnym – gapie widzieli zarówno część trasy nad nimi, jak i tą pod nimi. Zaś sam zakręt był miejscem, w którym ujawniał się cały kunszt kierowcy.
- Samochód z naprzeciwka! – krzyknął ktoś. Widownia zamarła…

W aucie panowała dość radosna atmosfera. Duży SUV, Volvo XC90, powoli wspinał się na przełęcz. Dwójka dzieci na tylnych siedzeniach bawiła się konsolą do gier, mama z tatą podziwiali widoki. Ich uwagę przyciągnął jednak tłum młodych ludzi stojący na poboczu, koło sportowych samochodów. Ci rozpaczliwie do nich machali. Rodzice jednak nie zdążyli się nawet zorientować, o co chodzi.

Błękitne M5 weszło w drift. Prędkościomierz wskazywał 190km/h, a obrotomierz trzymał się na poziomie 9000 obrotów na minutę. Szedł po idealnym torze, po wewnętrznej. Pokonał połowę zakrętu i zobaczył, dlaczego widownia na poboczu stoi jak wryta. Lekko skontrował i dodał gazu. Opony wydały pisk oburzenia, ale usłuchały polecenia. M5 wyprostowało
i minęło się z lusterkiem dużego Volvo w odległości trzech centymetrów…

„O do ciężkiej cholery!” – wyrwało się kierowcy Mercedesa CLS. Odbił lekko w prawo, by uniknąć czołowego zderzenia z dużym SUV’em. Wóz wpadł w poślizg. Dodał gazu i skontrował w lewo. Auto ustawiło się bokiem, a przedni zderzak minął Volvo o włos. Kierowca wyprowadził CLS’a z poślizgu i wdusił czerwony guzik. Podtlenek azotu, N20, stosowany był jako gaz rozweselający. I dopalacz w samochodach…

„Jezu Chryste!” – wyrwało się rodzicom w samochodzie. Pojazdy, które minęły ich o kilka centymetrów, zniknęły już w tylnym lusterku. Ojciec zatrzymał wóz i wybrał numer telefonu komendy policji…

Kierowca BMW kpiąco spojrzał w prawo. Instalacja „nitro”, bo tak mówiło się na podtlenek azotu w świecie rajdowców, była najprostszą metodą na szybki przyrost mocy. Ale był to tylko przyrost chwilowy. Niech chwilę pojedzie z przodu. I tak będzie musiał gwałtownie hamować przed kolejnym zakrętem...

Mercedes CLS ze świstem minął M5. Z wszystkich czterech rur wydechowych wydobywał się błękitny płomień. Wskazówka prędkościomierza wskazywała 280 kilometrów na godzinę. Do końca serpentyn pozostały trzy zakręty…

BMW dzieliło już od CLS’a jakieś dwadzieścia metrów. Uśmiechnął się pod nosem i mruknął tylko kpiące „mistrz prostej”. Sto metrów później Mercedes przed nim próbował bez hamowania pokonać wiraż. To był błąd. Wóz zaczęło znosić, a jego kierowca musiał gwałtownie przyhamować i skontrować. Ustawił swoje M5 bokiem, oba wozy dzieliło kilka centymetrów. Z tej odległości widział skroń swego przeciwnika. Była zlana potem…

Świadkowie, stojący za ostatnim zakrętem mówili potem, że oba wozy wyszły z zakrętu równiusieńko, i prosto z serpentyn pomknęli wjazdem na zatłoczoną autostradę. Tu jednak czekała na nich niespodzianka…

Komendant tutejszego posterunku policji nie miał zbyt wielu problemów. Kradzieże zdarzały się sporadycznie, morderstw Bogu dzięki nie było wogóle. Jedyny problem stanowiły nielegalne wyścigi. Dopóki jednak młodzież szalała i narażała swoje życie na pustych, nocnych serpentynach, dowódca przymykał oko. Ale dzisiejsze zgłoszenie o dwóch szaleńcach, którzy w godzinie szczytu komunikacyjnego mało nie zabili rodziny turystów na serpentynach, musiał potraktować bardzo serio.
- Wszystkie jednostki na autostradę. Mamy zgłoszenie o nielegalnym wyścigu z dużą prędkością. Wozy pościgowe mają pozwolenie na łamanie przepisów. Helikopter – patrolować autostradę, szukać podejrzanych. Ująć sprawców za wszelką cenę…

Szczyt komunikacyjny potrafił wypchać po brzegi nawet trzypasmową autostradę. Powolne ciężarówki wiozące towary do i z sąsiednich miast, wracający do domów na przedmieściach pracownicy, szefowie firm łamiący przepisy w swoich luksusowych autach „bo im się śpieszy” i turyści, którzy w piątki zalewali okoliczne ośrodki wypoczynkowe tworzyli mieszankę wybuchową…

BMW minęło osobowego Fiata „na lusterka”. Docisnął pedał gazu do oporu i wskoczył na najszybszy, lewy pas. Czekało go piętnaście kilometrów wściekłego manewrowania pomiędzy autami, kilka dużych skrzyżowań i ucieczka przed policyjnymi… Ferrari?

Świst obu potężnych turbosprężarek Mercedesa CLS rozdzierał powietrze na autostradzie. Wóz korzystał teraz z pełnej mocy, a wskazówka prędkościomierza podnosiła się w niesamowitym tempie. Mknął utwardzonym poboczem, a przerażeni kierowcy umykali na środek autostrady, byle tylko uniknąć zderzenia…

Zaparkowała swojego szarego Astona Martina DB9 na podjeździe i weszła do domu. Zwykle w piątki zamykała swoją firmę po osiemnastej, ale dziś był dzień wyjątkowy. Podjęła decyzję. I musiała im ją przekazać. Włączyła telewizor i poszła w kierunku kuchni, zająć się przygotowaniami do obiadu. „Przerywamy program, by nadać ważną informację…” - odezwał się nagle spiker– „na autostradzie międzymiastowej A10 trwa właśnie pościg. Lokalna policja prosi o unikanie tego odcinka do odwołania. Przekaz na żywo z policyjnego helikoptera już za chwilę…”. Szybkim krokiem podeszła do telewizora, a w tym samym momencie na ekranie pojawił się przekaz. Spojrzała. I osunęła się na fotel…

„Zabawne” – mruknął pod nosem. Jakieś trzysta metrów przed jego M5 droga była zablokowana. Policyjne koguty mrugały z ustawionych w poprzek drogi ciężkich dżipów. Ale druga część autostrady była wolna. Żaden ze stróżów prawa nie spodziewał się chyba, ze ktoś może być tak szalony, by spróbować jechać pod prąd. Ale on był.

„Szlag” – warknął kierowca Mercedesa CLS. Blokada drogi miała ich zmusić do zatrzymania się. Ale on nie miał takich zamiarów. Wdusił klakson i gwałtownie skręcił. Przejechał przez wszystkie trzy pasy autostrady, zmuszając innych kierowców do panicznego hamowania,
i wskoczył zaraz za BMW…

Sierżant z przerażeniem spojrzał, jak dwa pojazdy w błyskawicznym tempie zbliżają się do ich blokady. „Jezu, samobójcy!” – pomyślał. Ale jakieś pięćdziesiąt metrów przed blokadą oba auta gwałtownie odbiły. Na przeciwległe pasy. Pod prąd…

Dziesięć cylindrów w układzie widlastym mruczało wściekle. Odbicie w prawo. Ominięta ciężarówka. Kontra w lewo. Kierowca jakiegoś małego auta, który w panice zasłania twarz ręką. Ominięty o kilka centymetrów. Ślizg na skrajny pas. Gwałtownie hamująca Toyota. Spojrzenie w lusterko wsteczne – Mercedes radzi sobie nieźle. Ale jego turbodoładowany silnik nie ma szans z czystą mocą BMW M5…

Przez gwałtowne manewry stracił prędkość. Silnik potrzebował teraz chwili, aby wrócić na odpowiednie obroty i znów dostać „kopa” z turbosprężarek. BMW wróciło przez pas zieleni na właściwy pas autostrady. Zrobił to samo. Z powodu blokady droga przed nimi była teraz puściusieńka. Szansa dla niego. Wdusił kolejny czerwony przycisk, a z rur wydechowych wyleciała niespalona mieszanka paliwowa. A zaraz za nią błękitny płomień. Nitro…

„Sprytnie” – mruknął – „Ale nie dość sprytne”. Na konsoli środkowej w jego BMW znajdował się niebieski przycisk. Służył do błyskawicznego obniżenia zawieszenia, utwardzenia sprężyn, przestawienia spojlerów na zerowy docisk i zwiększenia mieszanki paliwowej trafiającej do silnika. Wóz stawał się wtedy bardzo trudny do manewrowania. Ale prędkość maksymalna wzrastała niesamowicie. A on nie spodziewał się już żadnych zakrętów do końca wyścigu…

CLS zbliżał się w oszołamiającym tempie, ale M5 nagle zaczęło się oddalać. Uruchomił kolejną porcję nitro. Oba auta zrównały się. Szli zderzak w zderzak. Zbliżali się do wzniesienia. Prędkościomierz w jego Mercedesie wskazywał ponad 380 kilometrów na godzinę. Nagle o czymś sobie przypomniał. Ale było już za późno…

Swoją osiemnastokołową ciężarówką wiózł drzewo do tartaku. Nie używał radia, wolał kasety z ulubioną muzyką Nie mógł słyszeć wezwania policjantów do unikania autostrady A10…

I nagle zrozumiał. Pojął ogrom swojej pomyłki. Jakim idiotą był. A wszystko było takie proste. Jej nie zależało na tym, by był sławny, bogaty czy niesamowicie odważny. Nie chciała, by całe swe życie podporządkował zdobywaniu kolejnych trofeów, za cenę wszystkiego. Oczekiwała rzeczy zupełnie odwrotnej. Próbowała mu to przekazać za każdym razem. Ale on nie rozumiał. Może nie docierało to do niego. Ona nie chciała zmiany jego stylu życia i planów na nie. Oczekiwała znacznie mniej. Żeby przestał być cholernym egoistą i zadufanym w sobie egocentrykiem, który dąży do celu po trupach innych. Ale tego nie zauważył. Myślał, że ten gość w Mercedesie jest konkurentem. A on miał być sygnałem dla niego: „Nie poniżaj innych”. Ale nie zrozumiał. I stracił ją. Na zawsze…
Ciekawe, jak wszystko staje się proste na ułamek sekundy przed śmiercią.

Kierowca ciężarówki poczuł potężne uderzenie, a następnie ogłuszającą eksplozję. Wyskoczył z kabiny. I zamarł. Kilkudziesięciotonowa naczepa z drzewem została wyrwana z ciągnika i przesunięta o kilka metrów. W jej bok wbite były dwa płonące wraki. Z oddali słychać było wycie syren policyjnych i warkot śmigieł helikoptera…

Straciła go. Z własnej winy. Mogła mu dać wyraźniej do zrozumienia, czego oczekiwała. Chciała z nim przeżyć życie. Wystarczyło tylko, by przestał kochać samego siebie. By oduczył się egoizmu. Ale na to było już za późno. Miała na sumieniu dwa życia. Jej serce, jeszcze przed chwilą kołatające się w piersi, ucichło. I nie wykonało już ani jednego uderzenia…

Epilog

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Mawiano potem, że miał to być rewanż za wyścig kilkanaście lat wcześniej. Podziwiano odwagę i umiejętności obu kierowców, którzy wedle naocznych świadków ustanowili rekord prędkości w tym rejonie, niepobity po dziś dzień. Nie dowierzano, że podczas tego szalonego wyścigu nie zginęła żadna postronna osoba.

Mistrz oglądał relację z ostatniego pojedynku tego człowieka wielokrotnie. Za każdym razem próbował sobie odpowiedzieć, czego tak naprawdę poszukiwał, w pościgu za czym zginął. Mistrz znał go od lat. Wśród braci rajdowej wiele mówiło się o tym, że to on, stary wyjadacz, legenda torów i szutrów, był mentorem tego młodego, gniewnego rajdowca. Owszem, Mistrz wielokrotnie go spotykał. Wtedy, na Serpentynach w Istebnej. Nikt nie wiedział, kim był tajemniczy mściciel, który pokonał Suprę Twin Turbo starym, srebrnym 200SX. Mistrz nie zdradził im jego imienia. I tak by nie uwierzyli.
I kilka lat temu, na Nurburgring Nordschleife. Poniewczasie pojął, czego szukał wtedy, na Nurbie, ten niespokojny duch. Ten nieszczęśnik, który mając wszystko, nie miał nic.
Szukał śmierci. Ale nie udało mu się jej znaleźć w Zielonym Piekle. To ona znalazła jego, zaledwie trzy lata później…
- Umarłeś, Norbercie – mruknął Mistrz, wyłączając telewizor – Bo byłeś nie do życia…