Akcja odcinka rozgrywa się kilka dni po wydarzeniach z Odcinka Ósmego Sezonu Trzeciego „Nothing Personal”.

 


 

OS. „Bez znaczenia”


Po niesamowitej sobotniej walce, która rozpaliła emocje, i stała się tematem rozmów na wiele tygodni, nastała spokojna, słoneczna niedziela. Nie przyniosła ona żadnych rewelacji czy niezapowiedzianych pojedynków, była po prostu kolejnym „zwykłym” dniem dla głównych Przełęczy w regionie. Szkolny poniedziałek, jak to zwykle w okresie przedmaturalnym bywa, obfitował w liczne powtórzenia, sprawdziany i zajęcia doszkalające, nie jest to jednak tematem tej opowieści. Większe znaczenie miał fakt, że od samego rana padał ulewny, kwietniowy deszcz, który ustał dopiero po południu, około godziny piątej.

Noc na Serpentynach dla odmiany była ciepła, bezwietrzna i bezchmurna. Jak zwykle w tym rejonie trasę pokrywała mgła, choć nie była ani trochę tak gęsta i nieprzenikniona jak ta z pamiętnego pojedynku Supry z M3. Śliska i mokra po deszczu nawierzchnia dawała się we znaki, ale mimo tego pojedynki rozgrywały się bez nieprzewidzianych wydarzeń czy wypadków. Na Przełęczy nie pojawiło się tego dnia wielu spośród co bardziej znanych kierowców. Do nieobecności Mistrza wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić, legendarny rajdowiec od czasu pojedynku z LBK zniknął z tras, i pojawiał w regionie sporadycznie. Głośny jeszcze kilka tygodni temu Jacek z Integry, którego typowano na nowego „władcę Serpentyn”, od czasu porażki z czarnym M3 nie wziął już udziału w żadnym wyścigu. Rzeczone M3 i jego kierowca, Karol, po pięknej (choć zakończonej przegraną) walce ze Skylinem ogłosił oficjalnie koniec swojej kariery, czym zresztą zaskoczył i zasmucił sporą grupę fanów, nabytą po niesamowitych pojedynkach z ITR’em, Suprą i GT-R’em. Sam właściciel Skyline’a GT-R, wracający do gry po ciężkim (w przeświadczeniu wielu – śmiertelnym) wypadku i kilkumiesięcznej nieobecności, Mateusz, który w sobotę po raz kolejny dowiódł swojego wielkiego talentu, poniedziałkowej nocy „zrobił sobie wolne” od walk na Serpentynach. Fioletowa MR2, niesamowicie szybki wóz ze sprężarką Twin-Screw pod maską, i jego kierowca, Błażej, w krótkim czasie pokonali mnóstwo lepszych i gorszych kierowców, ale już od ponad tygodnia w żadnym pojedynku udziału nie wzięli. Co lepiej poinformowani przebąkiwali coś o nowej dziewczynie przystojniaka z Toyoty, i jego rzekomemu „ustatkowaniu”. Większość (zwłaszcza „tutejszych”, z rejonu Istebnej) nie wierzyła w te plotki, nie rozumiejąc, jak można przedkładać „dupę nad wyścigi”, ale każdy, kto ujrzał wybrankę Błażeja szybko zmieniał zdanie. Dziewczyna była niespotykanie wręcz piękna.Dla samych nieobecnych tego dnia, a także reszty kierowców i nie-kierowców z IIIe absencja była normalnym, zdrowym odruchem, który w okresie przedmaturalnym oznaczał chwalebną rozwagę i właściwą hierarchię wartości.
Przemawiał głos rozsądku.

Na trasie zauważyć można było jednak i dwie nowe postacie.
Pierwszą z nich część wciąż pamiętała z poprzedniego „sezonu wyścigowego”. Młody, przystojny jasny brunet (lub jak twierdziły inne jego wielbicielki – ciemny szatyn) zasłynął wyrównaniem rekordów czasu przejazdu downhill na odcinku Szczyt-Wisła na Salmopolu. Wypadek tamtego dnia na C-16, który odebrał mu zwycięstwo, wynikający z brawury i śliskiej nawierzchni, pozbawił go także samochodu, srebrnego Subaru Impreza 2,0 z turbo. Powrót za kierownicą niebieskiej Imprezy WRX STi „Bug-Eye”, łudząco podobnej do tej, którą straciło na rzecz Mistrza LBK, zaskoczył kierowców. Znany jako Benedykt chłopak zaskoczył ich do tego stopnia, że już w sam poniedziałek przegrali bagatela sześć tysięcy złotych, w zaledwie trzech pojedynkach. Właściciel STi, pomimo długich miesięcy poza trasą, okazał się być w znakomitej formie, i bez problemu rozłożył na łopatki sportowe Audi TT, BMW Z3 i niesamowicie brzmiącego (lecz prowadzonego przez niezbyt uzdolnionego kierowcę) Passata W8.  
Powrót i sukcesy Benka można było jednak pojąć. Wisiały nad nim zobowiązania. Wisiało dziwne pragnienie udowodnienia swojej wartości, i odzyskania… sam nie wiedział, czego. Szacunku? Podziwu?
Miłości?
Druga persona, która pojawiła się tej nocy na Serpentynach, była znacznie bardziej zaskakująca…

- Kto to, do jasnej cholery, jest? – rzucił Robert, wpatrując się tępo we wspartą na masce malutkiego, liliowego kabrioletu kobietę – Ta laseczka zaczyna mi działać na nerwy, ona i jej zabawkowy, różowy samochodzik. Panoszy się , jakby była u siebie… ile ona może w ogóle mieć lat? Dwadzieścia?
- Nie jest różowy, jest liliowy…
Robert prychnął, dając jasno do zrozumienia, co sądzi o kobiecym rozróżnianiu kolorów.
- … co zaś ważniejsze, to nie byle kto. Jeśli się nie mylę, a raczej prawie na pewno się nie mylę, to Wiktoria.
Julia przerwała, dając Robertowi możliwość popisania się wiedzą. Ten jednak nadal wpatrywał się w nią, z miną człowieka podirytowanego nadmiarem zagadek. Wreszcie zapytał:
- I co kur*a z tego, że ma na imię Wiktoria?
- Jedna z bardziej znanych piosenkarek tej dekady – odrzekła. Mógłby przysiąc, że słyszy wyższość w jej głosie – Z pochodzenia Polka, wyemigrowała do Stanów, gdzie zrobiła ogromną karierę.
- Dekady? Ile ta lalunia ma lat?!
- Ponad trzydzieści.
Robert jeszcze raz zmierzył wzrokiem całą postać. Tej lasce dawał maksimum dwudziestkę, wyzywający styl ubioru, odsłaniający kształtny brzuch i długie, zgrabne nogi, drobna budowa ciała i lśniące, czarne włosy…
Julia wyglądała na starszą od niej.
I, nie ukrywał, ta cała Wiktoria waliła seksapilem na odległość.
- Idę się bliżej zapoznać. – mruknął – Czekaj tutaj.
- Co? – warknęła Julia – Co ty odstawi…
- Zamknij dupę.
Zamarła w pół kroku, zbyt zaskoczona, żeby zareagować. Robert odwrócił się na pięcie, po czym ruszył w kierunku rosnącego wokół kobiety tłumu…

- Tak trudno wam podjąć wyzwanie? Czy może kobieta-kierowca to dla wieśniaków waszego pokroju zbyt wielkie zaskoczenie? – śpiewny, piękny głos coraz bardziej irytował zebranych – Chyba nie chcecie mi w ten sposób powiedzieć, że tak znana Przełęcz nie stanowi żadnej trudności dla starej, jeżdżącej kabrioletem o pojemności poniżej litra amatorki?
Kolejny szmer wśród zgromadzonych oznaczał, że słowa działają im na nerwy. Nikt jednak nie miał odwagi podjąć rękawicy. Nieznany nikomu samochód ze znaczkiem Suzuki na masce, wyglądający na profesjonalnie stunningowany, był nieprzewidywalnym przeciwnikiem. Tak samo jego właścicielka, w której część rozpoznała już znaną gwiazdę.
- Cholera – pomyślał stojący z tyłu Benedykt – Laska na pewno rzuci na szalę ładną kasę, z moim WRX’em nie ma najmniejszych szans, zwłaszcza na mokrej nawierzchni, ale…
… nie lubił pojedynkować się z kobietami. Łomot sprawiony mu przez Natalię to jedno, ale opór wewnętrzny wynikał z dezaprobaty Benka dla udziału dziewczyn w czymś takim, jak wyścigi…
… swoją drogą, ile ta laska mogła mieć lat? Osiemnaście? Dwadzieścia?
Była ostra, to nie ulegało dyskusji…
Jego dylemat rozwiązał się sam.
- Cześć, maleńka – rozległ się znajomy głos, w którym Ben rozpoznał Roberta, przeciwnika Mateusza i Karola – Zgubiłaś się, czy może szukasz tutaj prawdziwego faceta? Wiem, że to drugie, więc ucieszę cię radosną informacją…
Kobieta podniosła głowę, spoglądając na wysokiego Roberta wielkimi, bursztynowymi oczyma, i odparła:
- O w mordę… jeżeli to ty jesteś prawdziwym facetem w tej wiosce, to w tym momencie zmieniam orientację…
Robert poczerwieniał jak Ferrari, przy salwach śmiechu zebranych dookoła. Odzywka działała na każdą dziewczynę, jaką próbował w ten sposób zabajerować, więc riposta była dla niego niemałym szokiem. Szybko jednak wrócił do siebie, i postanowił przywalić z grubszej rury:
- Dziecinko, jestem w stanie tak ci załadować, że normalnie… padniesz.
Wiktoria roześmiała się perliście, wspierając na masce auta:
- Ta… chyba ze śmiechu, chłoptasiu.
Tym razem, publika prawie zabiła śmiechem Roberta. Przez krótką chwilę myślał, że zapadnie się pod ziemię, ale zaraz potem uczucie ustąpiło miejsca ślepej furii upokorzonego podrywacza.
- Taka jesteś mądra, laluniu?! – wybuchnął – Dalej chcesz pojedynku?
Wiktoria zerknęła na niego, po raz pierwszy okazując zainteresowanie:
- Jeżeli jesteś właścicielem czarnego M3 – mruknęła – I masz na imię Karol, to tak. A jeśli czarnego Skyline’a, czy jak się to auto nazywa, i zwą cię Mateuszem… to tym bardziej. Powiedziano mi, że to obecnie najlepsi kierowcy na tej trasie. Więc jak, chłopcze… jesteś którymś z nich?
Robert zacisnął pięści, wbijając sobie paznokcie w skórę. Jak ona… jak ona śmiała powiedzieć coś takiego?! Ta ciamajda, karaluch, Mateusz, najlepszym na Serpentynach?!! Ten drań, Karol, lepszy od niego, Roberta!!? Moja porażka z nim była przypadkiem!
- To ja jestem najlepszy na tej trasie! – ryknął – Ja, Robert, i moja srebrna Supra Mk.3 1JZ-GTE!
Rozległy się krótkie oklaski, ale też, ku niezadowoleniu Roberta, gwizdy. Jego fani… nie wszyscy go popierali? Ten drań Mateusz zapłaci mi za to!
- A – mruknęła Wiktoria – Robert z Supry… też coś wspominali. Przegrałeś ostatnio z M3, nieprawdaż?
Robertowi przez chwilę zdawało się, że nie wytrzyma, i rzuci się na drobną istotę, skręcając jej kark. Myśl o porażce z M3, a potem wygranej z tymże M3 Mateusza napawała go bezsilną wściekłością. Żądanie rewanżu ze strony tego dupka wisiało nad nim jak miecz Dodokleksa… czy kogoś takiego. Tak przynajmniej mawiała Julia, co zresztą coraz bardziej go wkur*iało. Znalazła się inteligentka z LO, cizia zafajdana, zrobiła się bardzo oziębła, odkąd… od czasu przegranej z M3 nie dała mi ani razu! – uświadomił sobie -… A rozwalenie na trasie takiej podobno znanej gwiazdeczki mogło by rozwiązać problem zarówno Mateusza, jak i Julii – pomyślał.
A jak pomyślał, tak zrobił.
- Nawet jeśli – warknął – To tobie nie daję żadnych szans.
- Wiesz – prychnęła kobieta – Wolałabym zwracanie się do mnie per „pani”, swoje lata mam, a nie przypominam sobie, żebyśmy przeszli na „ty”… dziecinko. Ale z braku sensowniejszych przeciwników, wyzwanie przyjmuję.
- Hola hola… proszę pani – sarknął Robert – Nie tak szybko. Pozostaje jeszcze stawka.
Wiktoria machnęła niedbale ręką.
- Ile tylko uznasz za stosowne – mruknęła – Wybaczcie burżuazję stwierdzenia, ale nie dbam o pieniądze.
- Cholera – przemknęło przez myśl Benedykta – Trzeba było rzucić to wyzwanie.
- Nie chcę się ścigać o pieniądze.
- To w takim razie o co, chłoptasiu?
- O twoje majteczki, maleńka… jeśli rozumiesz, o czym mówię. – roześmiał się rubasznie, do wtóru z publiką. – Cnotę szanownej pani… to chyba bliższe twojemu rozumowaniu, no nie?
Wiktoria uniosła dumnie głowę do góry, wstrząsając burzą swoich kruczoczarnych włosów, i odparła:
- Nie wiem, o jakiej cnocie mówisz, w przypadku osobistości mojego pokroju, dziedziny show-bussines’u, wieku i aparycji – zdobyła się na autoironiczny ton, wspominając wszelkie swoje szaleństwa z dawnych czasów, i mimowolnie się do nich uśmiechając – Ale zdaję sobie sprawę, że jest to najelegantsza dla ciebie forma… - rozejrzała się dookoła - …sądząc po… ehm… stylu, ubiorze i tonach szpachli na twarzach waszych dziewcząt niezbyt często używana… w każdym razie forma eleganckiego stwierdzenia, że masz mnie ochotę przerżnąć. Cóż, schlebia mi to, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że swoje najlepsze lata mam już chyba za sobą…
Kształtny biust zafalował pod liliową sukienką i lekką, skórzaną kurtką, a Robert na ten widok jeszcze bardziej zapragnął, zgodnie z jej słowami, rżnąć ją do upadłego.
- … ale nic z tego, chłopcze. Niestety, moja wątpliwa cnota przeznaczona jest dla innego faceta, a nawet jeśli… to nie dla psa kiełbasa. Wybacz prosty, niepoetycki język, staram się to ci przekazać w… najbliższy twemu rozumowaniu sposób.
Robert ponownie poczuł, że ogarnia go dzika furia, lecz tym razem zapragnął z tą zdzirą najpierw się porządnie zabawić. Działała na jego pożądanie i popęd w sposób wręcz nieokiełznany, tym więc bardziej miał jej ochotę dokopać na trasie. I udowodnić, kto tu jest nie dla kogo.
- Pozostawała by też kwestia tego, co ty byś musiał zaoferować, a nie widzę tu niczego dosyć cennego. Acz… - spojrzała na stojącą w oddali srebrną Toyotę – Żeby pojedynek miał smaczek, możemy się ścigać o pink slips…
- Nie noszę różowych slipków, tępa ciziu! – wypalił Robert.
Wiktoria obdarzyła go zniesmaczonym, litościwym spojrzeniem, przeznaczonym dla totalnych imbecyli. Co inteligentniejsza cześć publiczności zaśmiała się z cicha.
- Pink slips. Dokumenty wozu. Wyścig o samochód przeciwnika. Boże, przecież nawet grając w NFS Most Wanted parę dobrych lat temu, a do takiego poziomu rozwoju emocjonalnego na pewno dorosłeś, wiedziałbyś, o co chodzi. Czy musisz ze wszystkich sił udowadniać, że tutejsi ludzie to zidiociali kretyni?
Robert ponownie zacisnął pięści, splunął pod nogi i warknął:
- OK., suko. Stul pysk, przyjmuję warunki wyzwania. Pojedynczy wyścig downhill, wygrany bierze wóz przeciwnika. Chyba nawet nie wiesz, w co się wkopałaś… to małe gó*no na kółkach ma nie więcej, jak siedemdziesiąt koni. Widzisz tamtą Suprę? To moja. Ponad 280 koni żywej mocy! Będziesz płakać, żebym dał ci forów…
- Pozwolisz, że po raz kolejny użyję metafory odpowiedniej do twojego poziomu – przerwała mu spokojnym głosem Wiktoria – Nie wielkość czy moc konia się liczy, a technika. Choć… patrząc na ciebie i twoje rozumowanie… cóż, współczuję twojej dziewczynie…
Robert po raz kolejny oblał się rumieńcem, wyśmiany przez przeciwniczkę i kibiców dookoła.
- Moc się liczy! – ryknął – Moc i szybkość! Zapamiętaj to sobie, czymkolwiek jest to różowe, pedalskie auto, nie masz…
- Cappuccino – mruknęła – Suzuki Cappuccino. Ale to na pewno nie oznacza dla ciebie nic, pewnie nawet kawy o takiej nazwie nie znasz. Cóż, to bez znaczenia. Szkoda dalszej rozmowy, czas na czyny… chłopcze.

- Zaczynam odliczanie!

- Trzy!

Spokojnie zwiększyła obroty, a malutki silniczek Cappuccino o specyfikacji motocyklowej przeszył powietrze świdrującym dźwiękiem, ubogacanym sykiem małej turbosprężarki.

- Dwa!

Wdusił gaz do oporu, a 1JZ-GTE pod maską zaryczał, kręcony do czerwonego pola. Wszystkie konie pod maską, generowane z sześciocylindrowej, wspomaganej dwoma turbo jednostki rwały się do walki.

- Jeden!

- Kur*a, to będzie krótkie. – powiedział sam do siebie Robert – Zmiażdżę tą cizię na pierwszej prostej!
Docisnął gaz do oporu, kładąc dłoń na manetce skrzyni biegów. Wycie silnika, trzymanego na luzie, sięgnęło apogeum.

- START!

Zwolniła ręczny, a Cappuccino z radosnym dźwiękiem wystrzeliło do przodu, błyskawicznie nabierając prędkości na opadającej w dół prostej. Krótkie przełożenia skrzyni pozwalały na znakomite wyniki przyśpieszeń, pomimo mocy oscylującej w granicach 100 koni mechanicznych. Przy masie na poziomie 500 kilogramów, maleńkie Suzuki po prostu latało.
Lubiła to autko. Choć otrzymała je od człowieka, który teraz był…
… nieważne. Przeszłości nie należało żałować. Każdy miał prawo do szczęścia, na równym poziomie. A los… los w tym przypadku był niezwykle przewrotny…

Tył Supry ślizgał się od prawej do lewej, ciągnąc za sobą tumany dymu. Start był dla niego cholernym zaskoczeniem, potężne coupe, zamiast wyrwać do przodu, zostało w miejscu, piszcząc zaciekle tylnymi oponami. Klął teraz wściekle beznadziejne ogumienie, które nie pozwoliło mu na szybki start.
- Zupełnie jak za moim pierwszym razem – pomyślał. – Znowu kur*a przesadziłem z wysokimi obrotami?
Po wrzuceniu trzeciego biegu Toyota odzyskała wreszcie pełnię trakcji, i zaczęła w szybkim tempie zbliżać się do Cappuccino.
- Nie pozwolę ci wziąć przodu! – ryczał Robert – To ja jestem na wewnętrznym pasie, po moim trupie…
Zrównał się z Suzuki na dwadzieścia metrów przed zakrętem. Puścił jedną ręką kierownicę, i pokazał w kierunku wyprzedzanego auta środkowy palec.
- Patrz na to, maleńka.
Wdusił hamulec, zakleszczając przypadkiem hamulce, ale błyskawicznie odzyskał panowanie, i zainicjował drift po wewnętrznej.
- Zrób to lepiej! – warknął.
Moment później założył kontrę, chcąc przejść w drugie odbicie, w prawo, a kątem oka dojrzał tylko, jak tuż przed maską, po zewnętrznej, śmiga mu liliowe autko…
- Coo jeeest kuuuuur****a?! – jęknął, widząc, jak maleńkie Suzuki pokonuje driftem drugi z zakrętów, i niknie za drzewami, na prostej – Jak to przednionapędowe gó*no może driftować??
Nie wiedział, że ma do czynienia z jedną z najmniejszych tylnonapędówek na świecie.
Nie mógł wiedzieć. Cappuccino, przedstawiciel sportowych kei-car’ów, był produkowany i sprzedawany tylko na rodzimy, japoński, JDM’owy rynek…

Z wrednym uśmieszkiem spojrzała w środkowe lusterko. Sportowa Toyota znów zbliżała się w błyskawicznym tempie, po chamsku starając się ją oślepić „długimi” światłami, ale do ostrego zakrętu w prawo pozostało już bardzo niewiele.
Perwersyjną frajdą napawała ją wizja półgłówka z Supry, obserwującego z brakiem zrozumienia na nieskalanej myślą twarzy wyprzedzające go po zewnętrznej, driftujące Cappuccino. Manewr owszem, był zaskoczeniem, gdyż w przypadku (chociażby) takiej Toyoty, zwłaszcza na śliskiej jak dzisiejsza nawierzchni, skończył by się zniesieniem i dzwonem w barierki. To jednak był kei-car, a przynajmniej tak mówiły na to Japońce. Leciutka konstrukcja, w połączeniu ze sportowymi hamulcami i twardym, strojonym zawieszeniem (a ponoć zajmowali się tym najlepsi spece, tak przynajmniej twierdził on, gdy sprezentował jej to autko) pozwalała na tego typu cuda, jak choćby drift po zewnętrznej, przeciskając się na centymetry od przeciwnika.
Wszystkich tych sztuczek, całej teorii i umiejętności wyczynowej jazdy po przełęczach (czy, jak mawiał instruktor, touge) nauczył ją ten starszawy gość, jak mu było…
… ponoć znany, wszyscy byli wręcz zaskoczeni, że zechciał ją nieco potrenować… no…
… a.  Psuchuja…. Albo… nie. Tsuchiya. Keiichi Tsuchiya.
Lekcji udzielał za darmo, na prośbę…
… no tak. Znowu on. Ale to było obecnie… bez znaczenia.
Puściła gaz, nacisnęła na chwilę hamulec, po czym skręciła kierownicą i stopniowo dociskając pedał przyśpieszyła, idąc ślizgiem na całej długości zakrętu. Dojrzała jeszcze w lusterku, jak Supra wypada z wirażu tuż za nią, trąc tylnym zderzakiem o barierkę.
- Amator gorszy ode mnie. – mruknęła z satysfakcją.

Robert cisnął gaz do oporu, z ledwością nadążając kręcić kierownicą, by utrzymać się na „Zakręcikach”, ale pomimo tego dystans, niewielki ale jednak dystans do Suzuki nie malał.
- O co tu kur*a ciężka mać chodzi?! – warknął, obserwując bezproblemowo driftujące autko – Przecież jadę najszybciej, jak się da, hamulce i opony ledwie już wyrabiają… jak ona może utrzymywać się na prowadzeniu w tak słabym, gównianym aucie?!
Przyhamował i skręcił gwałtownie, ale Toyota i tak przytarła lewym bokiem o barierki, znoszona na mokrej nawierzchni.
- Ja pier*olę! Trzeba było sobie przyćpać, zanim wyzwałem tą sucz…

Wychodząc z mocnego w prawo Wiktoria uśmiechała się już bardzo szeroko. Sprawianie łomotu durnemu prostakowi z prawie trzykrotnie mocniejszego auta było niezwykle przyjemne.
Rozpostarł się przed nią stosunkowo szeroki, ostry wiraż w lewo, wręcz proszący się o…
- Pójdę od zewnętrznej do wewnętrznej – mruknęła – Szybkim, ciasnym driftem. Co ty na to, tępaku?
Odpowiedź miała być zaskakująca…

- Przegram – uświadomił sobie Robert – Nigdzie na trasie, poza odcinkiem za Patelnią, nie ma już dostatecznie długiej prostej, aby wyprzedzić tą ździrę…
Obserwował, jak różowe auto powoli przejeżdża na zewnętrzną.
- Drift od zewnętrznej? – pisnął – Nie da mi w ten sposób możliwości wciśnięcia się, pójdzie do wewnętrznej, zasłaniając mi wszystkie linie, chyba że…
- Czy ja muszę grać fair? – zapytał sam siebie.
Po wygranej sprzed roku, gdy strzelił w tył 318ti tego ciołka, Karola, nikt nie pisnął ani słowa. Zwycięstwo było zwycięstwem.
Odpowiedź była oczywista.
- Nie chciałaś dać dupy, stara ruro – ryknął, celując maską prosto w odbijające właśnie Suzuki – To w tą dupę dostaniesz!

Gaz do oporu.

Rosnący w oczach bagażnik Cappuccino.

Krótki kontakt wzrokowy z przeciwniczką. Przestrach w jej oczach.

Uderzenie, dla ciężkiej Supry nawet nieodczuwalne.
- Luubisz to, suuuko! – zacytował z satysfakcją w głosie swój ulubiony film, jednocześnie kręcąc kierownicą, by zmieścić się za lecącym ku zewnętrznej autkiem..

Manewr przeciwnika było dla niej szokiem.
Nigdy wcześniej, w żadnym pojedynku, nie została potraktowana tak nieczystym zagraniem.
Kurczowo, panicznie chwyciła mocniej kierownicę, i odruchowo wdusiła hamulec, skręcając jednocześnie koła.
Nikt nie uczył jej, jak ratować się w takich sytuacjach. Zadziałała kobiecą intuicją, podsycaną paniką i adrenaliną.
Zadziałała błędnie.
Poślizg na śliskiej drodze pogorszył się, wóz stracił resztki przyczepności.
Ostatnia szansa na wyratowanie znikła, a Cappuccino z impetem grzmotnęło w barierki…

- O kur*a! – ryknął ktoś na widowni – Wyleci!
Publika wstrzymała oddech.
Widz nie miał racji. Lekkość auta, która pozwoliła mu tak długo wodzić za nos Suprę, uratowała jego właścicielkę i w tym przypadku.

Impet nie był dostatecznie wielki, aby przebić barierkę. Suzuki wjechało na nią, i zawisło nad zboczem, lewymi kołami wciąż na poboczu, a prawymi na barierce.
Przeznaczenie po raz kolejny wyratowało ją z beznadziejnej sytuacji.
Los nie przewidział dla niej takiej śmierci.
Nie wiedziała, że jako uczestniczka Balu, miała umierać w dużo bardziej wysublimowany sposób.
Ale ta historia nie ma znaczenia dla tej opowieści…

Zgarnęła z twarzy poduszkę powietrzną, i westchnęła głośno. Pieczenie i spływająca po czole ciecz nie wyrokowała dobrze.
Lusterko wewnętrzne potwierdziło jej obawy.
- Kur*a mać – mruknęła, spoglądając na rozcięcie – No to się mój agent prasowy kur*wsko ucieszy.
Rozpięła te dziwne, ponoć superbezpieczne trzypunktowe pasy, uwalniając klatkę piersiową.
Głęboki oddech upewnił ją, że od wewnątrz jest raczej wszystko OK.
Otwarła drzwi, i wprawnym ruchem wyskoczyła na drogę. Lewa noga zapulsowała bólem, ale mogła chodzić. Nie było to złamanie.
Co najwyżej nadwyrężenie.
Miała, kur*a, szczęście.
- Chyba wygrałem, co, laluniu? – usłyszała gdzieś z boku wypowiadane paskudnym tonem słowa.
- Ku*as – odparła twardo, spoglądając na swojego przeciwnika zimnym wzrokiem.
- A widzisz! Wiedziałem, że zechcesz się ze mną… ehm… bliżej zapoznać.
- Wy*ierdalaj. – warknęła tonem tak agresywnym, że chłopak mimowolnie cofnął się o krok – Wypad, gnoju, chyba że chcesz, żebym wezwała gliny. A jak znam moich prawników, to pójdziesz do pierdla na kilkanaście ładnych latek, za usiłowanie zabójstwa. I mówię śmiertelnie poważnie…
- Hola hola, maleńka! – parsknął śmiechem Robert, choć nieco się przeląkł – Raczej ciężko ci się będzie wymigać od zarzutu uczestnictwa w nielegalnych wyścigach, a poza tym… widzisz tych ludzi? – wskazał ręką na tłum zgromadzony na Patelni – To moi ziomkowie i fani. I jedyni świadkowie. Myślisz, że będą zeznawać przeciwko mnie?
Wiktoria milczała. Jedyne, co mogła zrobić, to wiercenie tego skur**syna spojrzeniem.
Jakikolwiek zarzut stawiał by ją w wyjątkowo gó*nianej sytuacji. Recydywa była czymś diabelnie niefajnym. Sukinsyn nie mógł tego wiedzieć, ale mimo wszystko… nie mogła ryzykować.
- Tak więc – ciągnął Robert, zaskoczony, że udało mu się przejąć inicjatywę – Dokumenty wozu… proszę.
Rzucił tym stwierdzeniem z głupia frant, grając pod milczącą dziwnie publikę. Nie wierzył, żeby dostał to, o co „prosił”. Sam właśnie uświadamiał sobie, że walnął w nią odrobinę za mocno. I mógł wyjść na tym cholernie… niedobrze, zgodnie z jej słowami, oskarżony o usiłowanie zabójstwa.
Działał emocjami. Nie myślał, że ona wypadnie. Nie spodziewał się, że…
Kobieta bez słowa sięgnęła do wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki, i wręczyła mu dokumenty auta i kluczyki.
- Masz, ty zaje*any skur*synu. Ale… to nie było uczciwe, zagranie. I nie uważam, żeby…
- Może i nie było – zarechotał – Ale skuteczne.
Zabrakło jej słów. Czyżby te prostaki jeździły właśnie w taki sposób? Jej ukochane autko szło w ręce takie gówn*jada?
- Chyba że chcesz dostać to z powrotem, co? – zamachał jej kluczykami przed nosem.
- Hm?
- Wystarczy, że… - uśmiechnął się głupkowato – No wiesz… mam domek w lesie… może byś tak ze mną…
Splunęła mu prosto w twarz.
- Nigdy w życiu. – wycedziła zimno – Po moim trupie.
Podniósł dłoń, gotowy ją spoliczkować…
Zimne, mordercze spojrzenie bursztynowych oczu sprawiło, że zrobił kolejny krok w tył. Nawet Julia nie potrafiła tak nad nim zapanować.
Obróciła się do niego plecami, wstrząsnęła burzą czarnych loków, i ruszyła w kierunku Patelni…

 

- No a więc… - odezwał się znad zdobionego talerza Konrad, spoglądając na swoją partnerkę po przeciwnej stronie stołu - … chyba czas przejść do właściwej części naszego spotkania.
Spojrzała na niego pytająco, a kieliszek czerwonego wina zawisł w pół drogi do jej czerwonych jak krew ust.
Pięknych. Pięknych jak ona cała. Pięknych jak… nic na świecie.
- Mówiłaś, że musimy o czymś porozmawiać. Ba, stwierdzając to, po raz pierwszy dałaś mi się zaprosić na… randkę. Mam przeczucie, o czym chciałaś rozmawiać – uśmiechnął się blado – Ale niestety nie mam doświadczenia w tych sprawach. Tak więc zdaję się na ciebie.
- A więc pierwsza część naszego… spotkania – „odbiła piłeczkę”, a na dodatek z uporem unikała słowa „randka”, co powoli zaczynało go martwić – Była… hmm… niewłaściwa? Jakaś… no właśnie… jaka, Konradzie?
- PMWZ – odparł z pokerową twarzą – Plany, marzenia, wspomnienia, zainteresowania. Nie ukrywam, niesamowicie interesujące tematy, biorąc pod uwagę, że omawiane z tobą. Jeżeli posłużyć się tu poradnikiem podrywu… którego się brzydzę, ale nie ukrywam, że swego czasu zapoznałem się z nim dość dokładnie… to tematy te są podstawą udanej randki.
- Owszem – uśmiechnęła się, mrużąc rozkosznie oczy – Ale to strona, która prowadzi dyskusję po tych tematach do przekształcenia spotkania w randkę dąży.
- Zgadza się – odpowiedział uśmiechem – Ale nieśmiało muszę zauważyć, że to twoja cudowna istota naszą dysputę prowadzi. Ja tylko siedzę i odpowiadam… zauroczony.
Oblała się rumieńcem. Miał rację.
- Tak więc – ciągnął dalej – Ponawiam pokorną prośbę o zdradzenie prawdziwego celu naszego spotkania. Gdy się na nie zgadzałaś wyczułem, że chcesz porozmawiać o czymś ważnym. Czy to coś oznacza… zmianę?
Milczała dłuższą chwilę, bawiąc się obsydianowym naszyjnikiem. Ze wszystkich sił starała się nie okazać po sobie, że od czterech dni, od soboty, targała nią cała gama przeróżnych uczuć. Prośbę Mateusza o zaniechanie spotkań przez ten tydzień, którą całkowicie szczerze uzasadniał maturalnymi przygotowaniami, traktowała jak prawdziwe błogosławieństwo losu. Była dobrą aktorką, udało jej się w tych krótkich widzeniach z nim nie okazać po sobie, jak bardzo ją zranił. Jak bardzo czuła się zagubiona i nieszczęśliwa.
I on był dobrym aktorem. Nie zobaczyła w jego oczach choćby cienia odmiany. W jej obecności nawet nie spojrzał na tą Natalię.
Ale wiedziała. Czuła swoją kobiecą intuicją, że to już nie jest to samo.
Gdyby było to nadal to samo, czemu zgadzał by się na jej spotkanie z innym facetem?
Nie wierzyła, żeby mógł jej ufać aż do takiego stopnia. Nawet jeśli nie wiedział, że ten mężczyzna to Konrad, a spotkanie będzie tak eleganckie, zażyłe i… bliskie jak… randka, to jak… jak mógł zgodzić się bez oporów?
Odpowiedź mogła być tylko jedna. To nie było zaufanie.
Po prostu… nie zależało mu na niej.
Była więc teraz kobietą samotną... Odrzuconą?
Zdradzoną?
Konrad nie spodziewał się, jaki miał być właściwy cel tego spotkania.
Nawet pewnie nie przeczuwał, że zamiast zbliżenia się do siebie i ocieplenia stosunków, chce mu obwieścić związek z Mateuszem i prosić go o… rezygnację.
Z niej.
W tym jednak momencie, spoglądając na tego niezwykle przystojnego, postawnego faceta, o sylwetce sportowca, inteligencji geniusza i manierach gentlemana, nie była już tego taka pewna.
Nie, widząc w jego głębokich, brązowych oczach… zauroczenie?
Miłość?
Nie po tym jednym liście. Po jednym zdjęciu.
Konrad nie był Mateuszem. Nie miał jego lekkiej niezdarności, nie był w tym samym stopniu wobec niej i tylko niej tak… sympatycznie nieśmiały. Taki… niepewny w okazywaniu czułości i sympatii, ale…
Z manier, inteligencji, sposobu prowadzenia rozmowy, zainteresowań, poglądów, umiłowania elegancji, to był…
Był wierną kopią Mateusza. Kopią w ładniejszym opakowaniu.
Z taką samą blizną na twarzy, lecz na lewym policzku.
Z tą samą pasją, która go o tą bliznę przyprawiła.
Dlaczego więc…
Dlaczego miałaby…
Dlaczego w tych okolicznościach…
Dlaczego miała z niego rezygnować?
- Pytasz, czy oznacza to zmianę? – odparła swoim głębokim, delikatnym głosem, wiedząc, jak to na niego oddziałuje – To zależy od ciebie… Konradzie.
Patrzył na nią, zauroczony, tonąc w jej intensywnie niebieskich oczach. Czarna, satynowa bluzka odsłaniała sporą część dekoltu – niezwykle kształtnego, musiał to przyznać nawet on – Ale mimo tego spoglądał tylko i wyłącznie w jej oczy.
Hipnotyzujące.
Niesamowite.
Tonął w nich. Nie było w tym ani krzty przesady.
- Rozumiem teraz Mateusza – pomyślał – Rozumiem, dlaczego chciał dla niej rzucić karierę wyścigową, wszystko, co osiągnął. Rozumiem, skąd brała się w nim ta siła, skąd ten kwiecisty język, skąd tak poetyczne opisy jej osoby. I skąd taka w nim fascynacja jej oczami.
I… współczuję mu.
Ciekawe, czy… czy po naszej rozmowie w szpitalu… spróbował się z nią spotkać… raz jeszcze?
Ale… czy jestem w obowiązku poświęcać swoją perspektywę szczęścia z nią, w imię…
… krótkiej znajomości?
Pchnęliśmy się nawzajem na nowe drogi. Przez niego, przez pojawienie się Jej w tej sali… nie mam już spokoju w sercu.
Poznałem… miłość.
A ja sprawiłem, że Mateusz… wrócił do wyścigów.
Tyle, aż i tylko tyle.
Nie mamy wobec siebie żadnych zobowiązań.
- Liczę na tą zmianę. – odparł więc, z pewnością w głosie.
- Więc… licz dalej. – uśmiechnęła się – Jesteś na dobrej drodze.
- Wierzysz w przeznaczenie…? – zapytał nagle.
Spojrzała na niego badawczo, zastanawiając się, skąd taka nagła zmiana tematu, ale jednocześnie cieszyła się, że nie drążył dalej. Nie zapytał o jej wymagania, nie próbował zdobyć jej w stylu macho, czy poderwać tu i teraz. Jakby podświadomie wyczuwał, że ona potrzebuje czasu do namysłu.
Choć nie mógł wiedzieć o Mateuszu.
- Wierzę – odparła, nie ukrywając nuty zaciekawienia. Rozmowa z nim była pasjonującym wyzwaniem, człowiek z liceum tak elitarnego, jak V LO w Bielsku stanowił dla niej, uczennicy równie wysokiej klasy I LO z Cieszyna godnego kompana do dyskusji. Niezwykle intrygującego kompana. – Nie w sprawach drobnych, jak szkoła czy codzienność, ale wszystkie wielkie zmiany… życie, śmierć, nienawiść czy… miłość… – wypowiadając ostatnie słowo rzuciła mu zalotne spojrzenie, na które zareagował dokładnie tak, jak miała nadzieję, że zareaguje. Nadzieją. I ożywieniem - … one muszą wynikać z przeznaczenia.  Z losu. – zamilkła na chwilę. Mówiła prawdę, ale…
… czy anonimowy list, który znalazła na schodach swojego domu w sobotę… czy on też był… dziełem przeznaczenia?
Czy była… igraszką losu?
Czy tym, co teraz robiła, zalotami do niego… czy ona tego przeznaczenia nie odmieniała?
Nie. Nie mogła by przecież…
- Kto wie – pociągnęła po chwili dalej – Może nawet i nasze dzisiejsze spotkanie jest takim… zrządzeniem losu?
Uśmiechnął się do niej, i odparł krótko, aby nie zapeszyć:
- Może…
- A ty? – zapytała po chwili – Wierzysz w przeznaczenie, Konradzie?
Opuścił głowę.
Bał się, że i jego o to zapyta. Perwersyjne, sadystyczne przeczucie kazało mu pytać o przeznaczenie ją, w nadziei, że ona w takowe zjawisko nie wierzy. Że go upewni w przeświadczeniu, że to tylko sen. Tylko zwida. Odreagowywanie psychiki po wypadku Firebirdem. Udowodnione naukowo zachowanie mózgu i psychiki, po traumie wypadku. Traumie, która przecież nijak na niego nie wpłynęła, nie zmienił w swoim życiu… nic. Nie okazał nawet po sobie strachu. Sen, będący zlepkiem… zlepkiem doznań, układających się w umyśle w taki…
… koszmar.
Musiał odpowiedzieć.
Jakkolwiek jednak odpowiedział by, popełni błąd.
Romantyzm i pragnienie zdobycia jej serca nakazywało mu jedno.
Szczerość wobec siebie i własnego, wynikającego z lęku przekonania… drugie.
Zakręt. Srebrny wóz po prawej. Wyjście. Struga światła. Uderzenie.
To tylko omam. Gdybym jemu wierzył, rzuciłbym autostradę.
Nie wierzę. Jestem racjonalistą. Nie wierzę w…
- Nie wierzę w przeznaczenie, Alicjo…
- Aha. To w sumie też dobrze. Bardziej… racjonalnie. Tak jak się tego po tobie spodziewałam. – odparła, patrząc gdzieś w bok.
Zadziałał emocjami.
Ujął ją za jej delikatną dłoń, spoczywającą na stole, obok kwiatów, i spojrzał prosto w oczy.
Zaskoczona, nie cofnęła jej. Było to dla niej… miłe. Ciepłe. Liczyła, że to zrobi.
Znów zmniejszy dystans.
- Czy to… źle? Czy fakt, że nie wierzę… zmienia mój wizerunek w twoich oczach?
- Zmienia.
Spuścił głowę. Przegrał.
- Zmienia – powtórzyła – Ale… na lepsze. Jestem nieracjonalna, Konradzie. Szukam racjonalności. Szukam oparcia. – zrobiła pauzę, zastanawiając się, czy może  to powiedzieć.
Mogła
- Nie wszyscy byli mi w stanie tą dozę racjonalności zapewnić.
Wybacz, Mat. Zmieniłeś się. To było słodkie, ale… może to właśnie racjonalności potrzebuję?
Może całkowicie bratnia dusza nie jest dla mnie najlepszym partnerem?
Co ja mówię? Przecież ja tak nigdy… nigdy tak nie myślałam.
Czy ja szukam usprawiedliwienia?
Czy ja… czy ja szukam… powodu, by być z Konradem?!
Czy… czy naprawdę chcę być racjonalna? Być z racjonalistą?
To bez znaczenia. W tej chwili, w tych okolicznościach… to bez znaczenia.
- To… dobrze, że nie wierzysz w przeznaczenie. – kontynuowała - W los. Doceniam to, i nie oczekuję, że to zmienisz. Ba, nawet nie oczekuję, że będziesz to uzasadniał.
Uśmiechnął się do niej szeroko, a ona odpowiedziała uśmiechem.
- Dziękuję, Alicjo. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie…
- Nie wiem. Nie muszę. I to ja ci dziękuję, Konradzie. Za tą racjonalność.
Skłamała.
Orkiestra cięła pięknie jeden z koncertów Vivaldiego na gitarę i orkiestrę.
Dwoje młodych, pięknych ludzi trzymało się za ręce przy dwuosobowym stoliku w eleganckiej restauracji.
Obrazek miłości.
Gdyby dodać do tego to, co musiało w końcu nastąpić, był to jednak…
Obrazek cierpienia.

 

Po tym Odcinku Specjalnym przeczytaj:
OS. "Rewizyta"