Akcja odcinka rozgrywa się w Sezonie Trzecim, niedługo przed, w trakcie i po Odcinku Specjalnym „Bez znaczenia”, a przed Odcinkiem Dziewiątym Sezonu Trzeciego.

 


OS. „Rewizyta”


Trzeciej generacji Golf VR6 wypadł z ostrego wirażu w lewo, by następnie z rykiem sześciocylindrowego, prawie trzylitrowego silnika wystrzelić w krótką prostą, wiodącą do ostatniego na Serpentynach zakrętu, ostrego w prawo. Napęd Syncro dołączył na moment tylne koła, dzięki czemu ważący 1,4 tony Golf, którego ogromny jak na tak kompaktowy wóz silnik nieubłaganie powodował podsterowność, zmieścił się na trasie, ledwie unikając otarcia o barierki. Sebastian docisnął gaz do oporu, czując zimny pot, ściekający mu po karku. Zerknięcie w lusterko upewniło go tylko w przeświadczeniu, że czarno-złota Honda jest tuż za nim.
Nieustannie na jego tylnym zderzaku, od samiuśkiego początku.
To, co początkowo miał za proste wyzwanie, przekształciło się w najtrudniejszy pojedynek w jego życiu. Należący do jakiegoś przyjezdnego perłowoczarny CRX, o mocy ledwie 124 koni, nie dawał mu chwili wytchnienia.
- Dlaczego?! – pytał sam siebie Sebastian – Jak on może być tak szybki przy tak niskiej mocy?
Nie zdawał sobie sprawy, że różnica prawie pół tony dawała lekkiej, 940-kilowej Hondzie przewagę w stosunku mocy do masy.
I że to właśnie masa była w końcowej fazie pojedynku tak ważna…
Natarcie na zakręt od wewnętrznej miało mu za moment przynieść niemiłe uświadomienie tego faktu…

Czarnowłosy kierowca CRX’a rzeczywiście był osobą nietutejszą, co jednak nie przeszkadzało mu trzymać się uparcie ogona Volkswagena. Trasę pokonał kilkakrotnie odkąd przyjechał tu rano, jako pasjonat wyścigów w każdej formie nie mógł sobie odmówić pojedynku na słynnych Serpentynach.
Prowadzący Golfa był niezły, ale im bliżej byli finiszu, tym więcej błędów popełniał.
Spokojnie dodał gazu, cały czas szacując ryzyko planowanego manewru. Podczas wyścigu zawsze kierował się rozumem i analizą, w kabinie swojej ukochanej CRX ED9 emocje odstawiał na bok. Golf zaczął kręcić w ostatnim zakręcie, ostrym w prawo, ale momentalnie zauważył, że podsterowność znosi przeciwnika ku zewnętrznej.
To była jego szansa. Mogło się udać.
Jeśli jego też to spotka, w co wątpił, ufając swojemu twardemu jak skała zawieszeniu H&R, szerokim oponom i niskiej masie, salwuje się zaciągnięciem ręcznego i obróceniem auta w miejscu. Szerokość wirażu powinna na to pozwolić.
Nie miał nic przeciwko ryzyku, dopóki pozostawała mu awaryjna furtka.
Dzięki temu zwyciężał. Dzięki temu nadal żył.
Golfa zniosło jeszcze bardziej, zmasakrowane szarżą opony i ciężar auta nieubłaganie ciągnęły go ku zewnętrznej.
Postanowił.
Docisnął gaz, skręcił nieco w lewo, a następnie błyskawicznie odbił w prawo, celując w otwierającą się pomiędzy Golfem a barierką przestrzeń…

Sebastian pulsując gazem przywrócił cudem trakcję. Z zasady starał się nie przeklinać, ale kolejny raz popełnił ten sam błąd, i powstrzymanie się nie było łatwą sprawą.
- Czemu ja zawsze muszę przeszarżować? – mruknął – Czy znowu przegram przez podsterowność?!
Spojrzał w prawo.
Znowu przegrał przez podsterowność.

- Gratuluję – stwierdził bez żalu, ściskając rękę przeciwnika. Ubrany w t-shirt i sportową kurtkę, średniej postury i budowy chłopak wydawał się sympatycznym gościem, spokojnie i grzecznie rzucił wyzwanie, co dla Sebastiana było miłym zaskoczeniem. Na Przełęczach nie lubili przyjezdnych właśnie za butę i brak dobrych manier. Ten jednak, choć pewny siebie, nie budził negatywnych emocji – To był bardzo, bardzo ładny wyścig. Jestem pod wrażeniem.
- Do ostatka nie byłem pewien, że mam szansę – przyznał przyjezdny – Dopiero ta podsterowność w twoim Golfie dała mi okazję do ataku. A tak w ogóle… Jakub jestem.
- Sebastian. Miło mi poznać. Ta, z tą podsterownością to mam zawsze problemy… hy hy. A jak ty to zrobiłeś, że cię nie zniosło?
- Twarde sprężyny i obniżony zawias – odparł Jakub – Do tego mam całkiem niezłe opony, Wanli, wymiary 225/45/16. Jest sucho, to szły jak przyklejone. Ale głównie zaskutkowała niska masa… u ciebie pewnie właśnie ona jest problemem… skoro to VR6, to masz ciężki przód, no i stąd problemy.
- Pewnie tak – odparł Sebastian – Ale robię to wszystko dla frajdy, więc nie mam zamiaru inwestować w ten wóz. Mi pasi, jak podszkolę technikę to na pewno będzie to lepiej wychodzić wszystko…
Jeszcze raz spojrzał na wóz przeciwnika. Niewielka, czarna Honda, ze złotymi detalami pokrywającymi maskę, dach i tylny spojler wyglądała całkiem rasowo.
- Mocna jest – stwierdził – Minimum 180 koni, a nie jak sądziłem seryjne 124, skoro utrzymałeś się za moim Golfikiem… turbo czy natural?
- To N/A. Ale… owszem, jest pod maską zrobiony dolot ze stożkiem K&N, wydech też dłubnięty, przelotowy, ale więcej niż 135KM nie ma.
- 135KM?! – podrapał się w głowę Sebastian – No to naprawdę… podziwiam. Kawał dobrej jazdy.
- Dziękuję, Sebastianie. Widzisz, na mokrym już by tak dobrze nie było, bo te…
- Kuba! – rozległ się dźwięczny głos za nimi. Prawie jednocześnie odwrócili się, by stanąć oko w oko z blondwłosą, zielonooką ślicznotką. Nim zdążyli jakkolwiek zareagować, rzuciła się ona na szyję nowemu znajomemu Sebastiana, i stwierdziła:
- Dobrze, że nic ci nie jest… to było bardzo ryzykowne, na tym zakręcie… wiesz, że tego nie lubię, to takie nierozsąd…
Kuba pocałował ją, co było najlepszym sposobem, aby przestała go strofować. Była osobą rozsądną, jego wyścigową pasję akceptowała, choć jej nie pochwalała. Miała do tego pełne prawo.
- Pozwolisz, że przedstawię – zwrócił się do Sebastiana – Moja dziewczyna, Martyna.
- Sebastian. – skłonił się lekko kierowca Golfa. Dziewczyna była naprawdę ładna. Otwierał już usta, żeby zagaić rozmowę, ale jego plany przerwał dziwny, niecodzienny dźwięk.
Zwrócili spojrzenia w kierunku drogi, którą przemykały właśnie dwa sportowe wozy.
- Wankle – mruknął Jakub – RX8 i RX7.
Wzrok Sebastiana spoczął na numerach rejestracyjnych. Biała RX8 pochodziła ze Stolicy, z literami WX na blachach. Żółta zaś, RX7, miała numery zupełnie dla niego nieznane.
- PKN – wypowiedział głośno.
Ciche pukanie, dochodzące od strony żółtej Mazdy zmusiło go podniesienia wzroku. Przez krótki moment spoglądał na siedzącą na fotelu pasażera dziewczynę o ciemnych włosach i brązowych oczach. Smutnych oczach, stwierdził nagle.
Zaraz jednak kobieca postać zniknęła, uciszona brutalnym szarpnięciem przez kierowcę. W tym samym momencie auta przyśpieszyły, i z piskiem opon weszły w pierwszy zakręt Serpentyn.
- Co to było? – wymamrotał Sebastian.
- Kur…na – odparł Kuba – Cholera, nie wierzę, żeby to było to, ale… ta RX7, miała początek rejestracji PKN, prawda?
- Tak. PKN FD35.
- Ta dziewczyna w środku… widzisz, Sebastianie, dosłownie parę dni temu widziałem na forach motoryzacyjnych ogłoszenie o zaginięciu osoby kropka w kropkę podobnej do niej. PKN to rejestracja miejscowości Konin. A z tych okolic to ogłoszenie pochodziło.
- To ją… porwali? Dlatego ją tak no… uciszył?
Jakub wzruszył ramionami.
- Pewności nie ma. Ale to dość prawdopodobne… mógłbyś dać cynk chłopakowi, który jej szuka, ja nie jestem stąd, jutro wyjeżdżam… nie zaszkodzi chyba go poinformować. To było podejrzane.
- Ano – przytaknął Sebastian – Było…

 

Kilkanaście dni później, w środę po południu, sportowy Nissan nieśpiesznie wspinał się na szczyt Przełęczy Kubalonka, zwanej popularnie Serpentynami. Kierowca, młody, ledwie 19-letni chłopak, rozparty w seryjnym, kubełkowym fotelu, prowadził auto jedną ręką.
Lewą.
Silnik mruczał miarowo, nie okazując w żaden sposób drzemiącego potencjału. Mateusz lubił za dnia pokonywać Serpentyny tempem „spacerowym”. Uspokajało go to, wyciszało po całym dniu w szkole. Przez ostatnie tygodnie powroty te uatrakcyjniała i uświetniała obecność w samochodzie Alicji, z którą – zależnie od ich wspólnego nastroju – prowadził pasjonujące rozmowy lub pasjonujące wspólne milczenie.
W tym tygodniu było inaczej. Nie było jej z nim.
Akceptował to. Był cierpliwy. Trzeci tydzień, którego potrzebowała na wyprostowanie swoich spraw, niebawem minie. Skoro go kochała… co znaczył czas?
I dla niego samego rozłąka była jak najbardziej racjonalna. Miał ciężki tydzień, ostatni z hakiem miesiąc przed maturą zmuszał do wytężonej pracy, i z całą pewnością nie mógł by jej w te dni poświęcić tyle czasu, ile by chciał. Wypady na Przełęcz również zeszły na dalszy plan, od soboty nawet nie pojawił się nocą na żadnej trasie.
Intrygowało go wprawdzie, jakie konkretnie sprawy musiała wyjaśnić Alicja, zanim zacznie się z nim oficjalnie „spotykać”, ale nigdy ją o to nie zapytał. Ufał jej, choć zdawał sobie sprawę, że najprawdopodobniej chodzi o jakiegoś innego wielbiciela. To z nim musiała się więc dzisiaj spotykać, gdzieś w Bielsku, za parę godzin…
Powinno go to martwić. Powinien dociekać, dowiedzieć się, kto to…
… ale tak nie było.
Wiedział, że go nie zostawi.
Że spotkają się w tą niedzielę, w uroczej restauracji, gdzie orkiestra tak ślicznie grała Vivaldiego. Że nic nie stanie im już na przeszkodzie w tak wspaniale zwyczajnym byciu razem.
W zatracaniu się w jej błękitnych oczach.
Alicja nie była Julią. Była kimś więcej.
Nie wiedział, czy miało to przyszłość. Ale z całą pewnością miało cudowną teraźniejszość.
Utwierdził się w przekonaniu, że jak najszybciej musi wyzwać i pokonać Roberta, a zaraz potem… rzucić wyścigi.
Nie wymagała tego.
Sam tego chciał…
Rozmyślania przerwał głośny pisk opon, dobiegający gdzieś z tyłu. Spojrzał w lusterko, by ujrzeć w nim wypadającą z ostatniego na Serpentynach zakrętu przed prostą do Szczytu żółtą Mazdę.
RX7, FD.
Mat momentalnie zdał sobie sprawę, że jej kierowca nie jest znawcą driftu. Wóz wyniosło znacznie na przeciwległy pas, a kąt i prędkość zdecydowanie odbiegały od idealnych. Jednocześnie jednak, rozbudowany pakiet aerodynamiczny i zawieszenie obniżone praktycznie do samej ziemi świadczyły o tym, że nie do touge ta maszyna była przeznaczona.
Mazda odzyskała wreszcie przyczepność, i z wizgiem wróciła na swój pas, zbliżając się do Nissana.
Ze zdziwieniem skonstatował, że auto przyśpiesza dość ospale, jak na FD.
W pierwszym odruchu dodał gazu, planując podjąć wyzwanie RX7, ale znak ograniczenia prędkości, pora dnia i natężenie ruchu skutecznie go od tego pomysłu odwiodły. Uphill dobiegał końca, Szczyt i fragment dwustumetrowego odcinka, wiodącego do bram Sanatorium na Kubalonce za dnia były zawsze pełne turystów, przechodniów i matek z dziećmi.
Nienawidził narażania na ryzyko osób postronnych, zwłaszcza w swojej rodzinnej okolicy.
Kierowca żółtej Mazdy nie miał jednak żadnych skrupułów.
Mateusz usłyszał głośny wizg turbosprężarki, gdy FD zrównała się z jego GT-R’em.
Spojrzał przed siebie, i machinalnie wdusił hamulec…

Mazda odbiła gwałtownie w prawo, o włos unikając czołowego zderzenia z pojawiającą się na zakręcie ciężarówką Volvo firmy „Ustronianka”, i bezpardonowo wryła się przed hamującego Skyline’a.
- PKN FD35 – przeczytał numery rejestracyjne Mateusz – Toś sobie kur*a rejestrację odstrzelił, jakbym nie widział, że to FD3S...
Wyszedł z zakrętu, mając na liczniku przepisową „pięćdziesiątkę”, w naiwności swej wierząc, że cham z Mazdy zwolni, ale przeliczył się.
Auto cały czas przyśpieszało, oddalając się w szybkim tempie. Mat z frustracją obserwował, jak w lekkim odbiciu w prawo na wysokości bramy Sanatorium idzie szerokim driftem, kolejny raz ledwo mieszcząc się w zakręcie. Przerażone matki z dziećmi odskakiwały spod kół, ratując się od przekoszenia przez szarżujący wóz.
- Tak się rządzisz na moim terenie? – mruknął głośno Mat, z przepisową pięćdziesiątką docierając do bramy – Zobaczymy, jak będziesz śpiewał w downhillu do Istebnej…
Skyline pokonał zakręt, i znalazł się na drugiej części Przełęczy. Tutaj ruch pieszych był już znacznie mniejszy, tak więc dodał gazu, i rozpoczął błyskawiczne przyśpieszanie.

Dwa zakręty później czarny Nissan minął swój zjazd na Osiedle Kubalonka, a na końcu stumetrowej prostej Mat dojrzał światła hamowania RX7.
Jego kierowca najzwyczajniej w świecie nie radził sobie w panowaniu nad poślizgami.
Albo… nie mógł sobie radzić.
Błyskawicznie doszedł przeciwnika na dwadzieścia metrów, obserwując niezgrabny drift Mazdy.
- Taki sam wóz miała Fumi – zdał sobie sprawę – Ale w jej rękach zachowywał się on zupełnie inaczej. RX7 to lekka konstrukcja, idealny rozkład masy i mocny , wysokoobrotowy silnik Wankla… nie trzeba być mistrzem kierownicy pokroju Fumi, żeby jechać nim lepiej niż ten frajer… chyba że…
Pokonał zakręt szybkim driftem, nawet na moment nie zbaczając ze swojego pasa. Nie miał zamiaru ryzykować, ruch za dnia nie sprzyjał tego typu manewrom, i ponownie został zmuszony do odpuszczenia gazu.
Mazda zbierała się wyraźnie wolniej od jego GT-R’a.
- … chyba że ta nie jest przygotowana pod touge... – dokończył swą myśl, będąc już prawie pewien - … tylko pod autostradę…
Dodał gazu, i zbliżył się do tylnego zderzaka żółtej FD na kilkanaście centymetrów. Kolejne zakręty nie wymagały driftu, ale mimo tego tył RX7 uciekał na boki na prawie każdym z nich.
- Długie przełożenia skrzyni – mruknął sam do siebie, wychodząc za Mazdą z kolejnego zakrętu. Nigdy nie jeździł tutaj aż tak szybko, toteż śmigający mu za oknem krajobraz wydawał się zupełnie nieznany – Moc pod maską pewnie w okolicach 400 koni, tak jak u Adama, Tadka czy Andrzeja… ale ustawiony pod prędkość, a nie przyśpieszenia… nie jest tu w stanie pokazać pazura… a zawieszenie…
Drzewa po prawej przesuwały się w błyskawicznym tempie.
Nasyp.
Barierka po lewej.
Dłuższa prosta, skręcająca nieco w prawo, z gęstymi drzewami zasłaniającymi widok od…
… od przeciwnej strony…
… z przeciwnego kierunku, zakręcała w lewo!
Źrenice samoistnie rozszerzyły mu się, a obrazy wyryte w pamięci, powtarzane regularnie, każdego tygodnia, we śnie, zaczęły odtwarzać się niczym film w wysokiej rozdzielczości.
Ciemna noc.
Srebrna Supra mknąca na pełnym gazie.
Prosta skręcająca w lewo, drzewa zasłaniają widok.
Publika na nasypie. Julia.
Gaz wciśnięty do oporu. Skyline mruczy głośno.
Odbicie na wewnętrzną, zrównanie z Toyotą.
Światła z naprzeciwka.
TIR.
Próba ucieczki, za każdym razem zakończona coraz to inną tragedią.
Uderzeniem, śmiercią.
Runięciem w przepaść, śmiercią.
Wpadnięciem do rowu, dachowaniem, zabiciem widowni, w tym… Julii, na której… czemu mi na niej… dlaczego tak bardzo to przeżywam, za każdym razem, gdy tak kończy się ten sen?
Zawsze… zawsze porażka. Zawsze bez możliwości… wyratowania.
Otrzeźwiał, wracając do rzeczywistości.
Mknął w przeciwnym kierunku. Przed nim była FD, a nie Supra Mk.3.
Ale… to tutaj.
Teraz już wiedział.
A więc zginąć miał… na tym odcinku Serpentyn.
- To nic – uspokoił się – I tak nikt nigdy się tu nie ściga. Na pewno Robert nie rzuci wyzwania na tą trasę… nie ścigał się po niej nigdy, zresztą to bez sensu, to Wiślańska część Serpentyn jest tą właściwą, bardziej wymagającą… nic nie uzasadnia wyścigu tutaj.
To tylko sen. Omam.
Przypadek.
- To tylko jeszcze jeden wyścig – mruknął – Na pewno nie tu. Pokonam Roberta na Serpentynach, względnie na Salmopolu… a potem rzucam to, a zresztą… w śnie ścigam się z Suprą.
Jego Suprą.
Niczym innym.
- Oszukam przeznaczenie – zironizował.
Bez wysiłku przeszedł przez następne zakręty, cały czas gripem. Tak jak we śnie, nie były one niczym specjalnym. Przynajmniej dla niego.
FD latała na boki, z ledwością unikając to wypadnięcia z trasy, to uderzenia w uciekające prawie na barierkę auta z naprzeciwka.
- Idioto – syknął Mateusz, pokonując zakręt w lewo, na wysokości zjazdu na Olecki. Przed nim rozpostarła się prawie dwustumetrowa prosta, zakończona tak zwaną „Małą Patelnią”, ostrym wirażem w lewo. I ją również pamiętał ze snu. Aż dziw go brał, że nie skojarzył tak charakterystycznego miejsca. Umysł ludzki był nieogarnięty – Skoro nie umiesz tego opanować, to po jakiego ciężkiego diabła próbujesz mi uciec? Poddaj się!
Żółta RX7 uparcie jednak parła naprzód, zbliżając się szybko do wirażu. Siedzący jej na zderzaku Mat początkowo miał ochotę wyprzedzić durnia po wewnętrznej, driftem przerywanym, ostatecznie uświadamiając przyjezdnemu z okolic Poznania, że nie ma tu czego szukać, ale jego bardziej racjonalna część mózgu nakazała mu wstrzymać się z tym manewrem. Nie za dnia. Na Małej Patelni widoczność była zerowa, nie mógł ryzykować czołówki z jadącym z naprzeciwka samochodem…
Zwolnił, zostawiając między nim a FD kilka metrów, i bez problemów przemknął po wirażu gripem, z rozbawieniem obserwując szaleńczy „taniec” przeciwnika, próbującego przywrócić ślizgającej się Maździe przyczepność.
- Dobra, gra skończona – stwierdził Mat, widząc, że następująca teraz długa, prawie 300-metrowa prosta jest puściusieńka – Nie lubię wyprzedzać na prostych, ale za dnia liczy się bezpieczeństwo.
Dodał gazu do oporu, wrzucił kierunkowskaz, i w momencie zrównał się z wolno przyśpieszającą FD.
- OK. – mruknął, mijając kabinę, i zaglądając do jej środka – A teraz spójrzmy, jak to mawiali starożytni Rzymianie, qui penis aquam turbat…
Widok zaskoczonego, spoconego jak świnia blondyna ubawił go do łez.
- Oj synku, synku – parsknął, włączając prawy kierunkowskaz, i bez problemu wjeżdżając przed FD – Możesz sobie być mistrzem prostej, ale do touge to ty się nadajesz gorzej, niż moja babcia…
Wrzucił czwórkę, i po krótkiej chwili oddalił się od RX7 na kilkanaście metrów.
Zwolnił nieco, by pokonać lekki, choć zdradliwy, wynoszący do zewnętrznej zakręt w prawo, po czym znów przyśpieszył, i gripem przemknął przez średnie odbicie w prawo. Wypadł na kolejną, stumetrową prostą, prowadzącą do zabudowań przysiółka Słowaczonka. Gdy dotarł mniej więcej do 70 metra, z zakrętu za nim wychynęła i FD.
- Heh – westchnął, rozbawiony – To by było na tyle w kwestii przekraczania prędkości na mojej Kubalonce, niczym pan trasy…
Pokonał zakręt w lewo, mając po prawej gospodarstwo agroturystyczne, i wyszedł na kolejną prostą. Zwolnił do przepisowej pięćdziesiątki, licząc, że FD dojedzie do niego, i zechce się dać zatrzymać. Z miłą chęcią pouczył by jej kierowcę o idiotyzmie ścigania się za dnia, i powodowania paniki wśród turystów i miejscowych…
Ale tak się nie stało.
Obserwował w lusterku, jak auto skręca w prawo, na boczną drogę, po czym po kilkudziesięciu metrach odbija w leśny, nieutwardzony trakt.
- Ha – mruknął Mateusz – A więc to po prostu kolejny, niewychowany sukinsyn na urlopie…

 

- Do kur*y nędzy – wysapał kierowca FD, Karol, gdy dobrych kilka minut później wszedł do drewnianego domku – Ja pier*ole.
- Nie przeklinaj, młodszy – warknął znajdujący się w pokoju drugi, wyraźnie starszy facet, również blondyn, unosząc głowę znad żółtego laptopa, Asus Lamborghini – Co jest? I zakupy masz?
- A wsadź se je w dupę, Damian – odwzajemnił się uprzejmością Karol, rzucając siatkę na łóżko – Sram na taką zapadłą dziurę.
- Gadasz tak, jakbyś przegrał wyścig. Zupełnie jak po porażce z Adamem…
- Nie przypominaj mi tego! – syknął Karol – Ale tak, w sumie to coś podobnego. Objechał mnie jakiś cham z R32. Z cholernie szybkiego R32.
- FD objechana przez R32? – parsknął Damian – Dałeś dupy, braciszku. Swoją drogą, skąd tutejsi wieśniacy mają Volkswagena Golfa R32? To nie taki zły wóz w sumie…
- Nie Golf, kur*a! – jęknął młodszy – Skyline! Najprawdziwszy R32 GT-R.
- O kur…na. – ledwie powstrzymał się starszy z braci – GT-R w takiej zapadłej dziurze? Zmień dilera, albo bierz pół… - spojrzał na Karola. Ten mówił całkowicie serio – Ale… skoro tak… dobra, walić to. Możesz się wybrać na te tutejsze górskie drogi… jak sam widziałeś, jak tu wjeżdżaliśmy, urządzają tam co noc wyścigi… wyszukamy tego Sky’a, właściciel na pewno jest na turbokillersach… rzucisz mu wyzwanie. Pokonanie mistrza tutejszych tras, a ten na pewno nim jest… w końcu byle kto Skylinem w Polsce nie jeździ… heh, to by było coś. Tylko nie afiszuj się zazbytnio. I nie rozgłaszał jak idiota, gdzie jesteśmy. Nie sprowadzaj dupeczek, nie szpanuj dzianym bratem…
- Po ch*j ta ostrożność? Co do dupeczek to spokojnie, jak tylko objadę tego R32 to mam zamiar pofiglować sobie z naszą drogą Kingą, innych na chwilę obecną nie potrzebuję… ale mimo wszystko, czemu nikt nie ma wiedzieć?
- Kretyn – mruknął Damian, odwracając w jego kierunku laptopa – Patrz…
- O kur*a! – jęknął właściciel RX7, czytając treść posta o nagłówku „Poszukiwana zaginiona” – Ten marszczyfred, Adam, szuka tej swojej królewny… ale i tak jej nie znajdzie. – zakończył triumfalnie – Nikt poza nim nie kojarzy nas z jej zniknięciem. I czemu miałby szukać akurat na takim zadupiu?
- Nie wiem – odburknął starszy – Ale lepiej uważać. To groźny gość. Nie można go lekceważyć. I mógłbyś pomyśleć, co w końcu z tą dziewczyną zrobimy… nie możemy jej przetrzymywać w nieskończoność…
- Mówiłem już – uśmiechnął się paskudnie Karol – Poużywam sobie z nią. Jak za dawnych, dobrych czasów. A potem… wiesz, brakuje mi hajsu. A pewnemu znajomemu brakuje kobiety do niezwykle przyjemnej pracy na wschodzie…
- Nie chcesz jej chyba… - pobladł Damian - … sprzedać do… kur*a, Karol, poje*ało cię? – nie wytrzymał, i zaklął siarczyście.
- Masz lepszy pomysł?
Dłuższą chwilę panowało milczenie.
- Nie.
- No. To akurat w tej sprawie zrobimy tak, jak mówię…
Ciche popłakiwanie z pokoiku obok brzmiało niezwykle smutno.
Zdążyli jednak do tego przywyknąć…

 

Nocą tego samego dnia, po pierwszym od strony Bielska odcinku autostrady S1 sunął wielki, pomarańczowy muscle car. Jego kierowca, odziany w charakterystycznym, skejterskim stylu, kolejny już raz tej nocy pokonywał S1 na trasie Cieszyn-Bielsko i z powrotem, w poszukiwaniu wyzwania. Oprócz „ustrzelenia” kilku pomniejszych zdobyczy, pokroju M3 E92, Porsche 911 (słabowitej wersji, zwykłej Carrery) i jakiegoś dzianego kmiota w Mercu CL, z Klubu >260, nie wydarzyło się nic ciekawego.
Ot, standard, jak co nocy.
Tadeusz sięgnął po butelkę z dwulitrową pepsi, i trzymając kierownicę kolanami pociągnął z niej solidnego łyka. W przeciwieństwie do reszty klasy, przedmaturalną gorączkę miał szczerze gdzieś, co jednak niebezpiecznie upodabniało go do szalejącego na Przełęczach w nowym wozie Benedykta, którego szczerze nie znosił. Nadal nie mógł uwierzyć, że ten dureń, Mateusz, sprzedał mu Imprezę WRX STi.
Pajacowaty Casanova w osobie Benka woził się teraz jak pan, i rzucał wyzwaniami na prawo i lewo.
- Niech no tylko spróbuje przyjechać na S1 – pomyślał – Dostanie całkowicie zasłużony wpier…
Nie dokończył. Rozbłyski świetlne w lusterku oznajmiły pojawienie się nowego przeciwnika.
Schwycił kierownicę oburącz, i wcisnął gaz do podłogi, a Yenko Camaro w moment zwiększyło prędkość od 100 do 140 kilometrów na godzinę.
Auto jednak nadal zbliżało się w szybkim tempie.
- A więc ścigant. – ucieszył się Tadek, zmieniając bieg na trójkę.
Przy 230km/h wbił czwórkę, ale mimo tego wóz wciąż się zbliżał. Widział już, że jest to srebrny, masywny sportowiec, którego jednak nijak nie kojarzył z tych dróg.
Zaintrygowany odpuścił nieco, pozwalając przeciwnikowi zrównać się z nim.
Wóz okazał się dużym Mitsubishi, jeżeli dobrze pamiętał zwanym 3000GT. Litery na rejestracji, PKL, kojarzył dość dobrze.
PKL, Poznań, Koło. To tam był na swoim wypadzie na autostradę A2. Koleś to więc „turysta wyścigowy”…
- No to zapewnię ci gorące powitanie. – stwierdził z satysfakcją, wbijając pedał gazu w podłogę.
Ostatni raz spojrzał na przeciwnika.
- Dziwne – pomyślał.
Kierowca był dziwnie znajomy.
I… dawał mu znaki.
Prosił o zatrzymanie się?
- A niech ci będzie – bąknął pod nosem Tadek, wrzucając kierunkowskaz, i zwalniając przed rosnącym na horyzoncie parkingiem.
Mitsubishi uczyniło dokładnie to samo…

Tadeusz nie mylił się.
Gdy wysiadł z auta i spojrzał na kolesia z 3KGT momentalnie skojarzył, kim jest.
- Kopę lat, Adam – zaczął, zwracając się do przybysza – Wpadłeś z rewizytą?
Gość okazał się tym samym chłopakiem, który udzielał mu całkiem przydatnych porad na A2 po tym, jak sprawił łomot jego kumplowi w Lancerze Evo. To za jego radą (i poniekąd tego ci*lika, Konrada, i jego wykładu po ich pojedynku, ale wtedy walnął tylko na klapę skrzydło) poprawił aerodynamikę Chevy’ego. Rezultat był wymierny, a i inne spostrzeżenia Adama pozwoliły mu poprawić swoje zdolności, toteż i cenił go, pomimo krótkiej znajomości.
Ale nie wiedział, że jeździ tak szybkim wozem.
- Tadek! – autentycznie ucieszył się właściciel 3000GT – Z nieba mi spadłeś…
- Bez jaj. Co jest? Szukasz mistrza tutejszej trasy? A może innego trudnego wyzwania? W drugim przypadku służę pomocą… - uśmiechnął się cynicznie. Widok srebrnego Mitsubishi działał na jego chęć pojedynkowania się niczym czerwona płachta na byka. Zwłaszcza, że wtedy, na A2, Adam nie chciał przyznać się, czym jeździ.
- Nie – odparł stanowczo przyjezdny – Potrzebuję twojej pomocy, ale w innej kwestii. Nie tak błahej, to dla mnie sprawa życia i śmierci… zaginęła moja ukochana, Kinga. Szukam jej bezskutecznie od kilkunastu dni, wreszcie dziś po południu dostałem informację na forum od niejakiego sebciaVR6, że widział zgodną z opisem dziewczynę w okolicy Cieszyna. Przegnałem pół Polski, łamiąc wszelkie przepisy, żeby tu jak najszybciej przybyć. Ale… muszę znaleźć tego gościa, tego sebcia. Okolice Cieszyna to zbyt szeroki zakres poszukiwań, a bez pomocy…
Tadeusz ledwie powstrzymał się od parsknięcia śmiechem. „sebciuVR6”. Tylko ktoś taki, jak Sebastian, jeżdżący Golfem VR6 mógł wymyślić tak prostacki nick.
Dla przyjezdnego było to jednak zagadką Poliszynela, więc…
Czemu by tego nie wykorzystać… nieco? Tylko odrobinkę…
- Spoko spoko – zwrócił się do podłamanego Adama – Pomogę ci go znaleźć, nie bój nic… wiem nawet chyba, kto to…
- Jezu! Tadek, nawet nie wiesz, jak…
- Czekaj. Jest warunek.
Adam spojrzał na niego, nieufnie.
- Pokaż mi, co potrafisz. Krótki pojedynek, stąd do mostu nad krajową 81, poznasz po dużej zielonej tablicy. Jeżeli mi zaimponujesz… masz moją pomoc.
Adam uniósł dumnie głowę, nie okazując po sobie choćby cienia irytacji.
Duma ściganta była w nim silna.
A dla Kingi był w stanie zrobić wszystko.
- Dobrze – odparł – Ruszajmy, Tadeuszu… czas nagli…

 

Autostrada była praktycznie pusta.
Środek tygodnia, jedenasta w nocy. Nie była to pora dla normalnych kierowców, którzy dawno spali już snem sprawiedliwego w swych domach. Nie była to pora dla TIR’ów, których do granicy sunęło ledwie kilkanaście.
Była to pora dla ścigantów.
Idealna pora.
Dwa wielkie, grzmiące spod masek wozy błyskawicznie sięgnęły więc trzech setek na licznikach…

- Niezły jest – przemknęło przez głowę Tadeusza, gdy wrzucił piąty bieg. Prędkościomierz wskazywał w tym momencie 310km/h, przy „szóstce” powinien mieć już 330-340, zależnie od warunków i tego, jak dobrze zmieniał biegi.
Był jednak pewien, że tym razem zrobił to cholernie dobrze.
Sportowa skrzynia nie miała wydłużonych przełożeń, dzięki porażającej mocy z kolosalnego silnika mógł sobie zapewnić prędkości tego rzędu przy jednoczesnym błyskawicznym przyśpieszeniu, charakterystycznym dla muscle carów.
Dlaczego więc, pomimo przebycia już jednej trzeciej trasy, 3000GT wciąż kleiło mu się do tyłu?
- On chyba na serio wziął sobie do serca to, co mu powiedziałem – mruknął Tadek, lekko skręcając kierownicą, i wchodząc w leciutkie odbicie w lewo na wysokości miejscowości Pogórze.
Camaro ryczało wściekle.
320km/h.
Sprzęgło, szósty bieg.
- Teraz zobaczymy, czy dasz radę dotrzymać tempa. – stwierdził głośno.
Jakby słysząc jego słowa, Adam zamrugał dwukrotnie światłami drogowymi, i zmienił pas.
- On… zrównuje się? – parsknął Tadeusz, niedowierzając…

Adam wbił szósty bieg, i spojrzał na licznik. Mknął 325km/h, prędkość nieosiągalna dla większości śmiertelników na jego A2. Nie dziwił się teraz przegranej Tomka, którego Lancer dostał po prostu tęgie baty od Camaro Tadeusza. Wóz przyśpieszał jak szalony, i jego odciążone, wzmocnione GTO z trzylitrowym Twin Turbo pod maską miało problemy z dogonieniem go. Gdyby nie standardowa skrzynia, której przełożenia ograniczały go wprawdzie do (i tak zawrotnych) 340km/h, ale rekompensowały to świetnym przyśpieszeniem zapewne przegrałby walkowerem, tracąc Camaro z oczu. Długie przełożenia wcale nie gwarantowały zwycięstwa. Liczyło się wyważenie między przyśpieszeniem a prędkością, lub… taktyka.
Zerknął w prawo. Siedmiolitrowy potwór mknął na równi z nim, jednakże stopniowo ponownie wysuwał się na prowadzenie.
- Nie mogę przegrać! – jęknął Adam – Jeśli przegram, nie znajdę chyba nikogo innego, kto zna tego sebcia. A Kingi nie dam rady odszukać bez choćby drobnej wskazówki, gdzie, do stu diabłów, mogą ją przetrzymywać…
Determinacja najwidoczniej udzieliła się jego autu.
Silnik i dwie turbiny wykrzesały z siebie resztki pokładów mocy, a japońskie GTO ponownie zrównało się z Yenko.
Po lewej, po przeciwnej stronie drogi, śmignęła im stacja benzynowa Orlen. Z tego, co powiedział Tadeusz, oznaczało to trzy kilometry do ustalonej mety.
- Nie przegram! – stwierdził twardo.
W oddali, kilkaset metrów przed nimi, majaczył kształt czarnego auta…

- Ło kur*a – zaklął Tadeusz, gdy spore, czarne kształty przekształciły się w sportowe, amerykańskie coupe – Jeszcze tego kmiota nam do szczęścia brakowało.
Gdy od mknącej jego pasem osobówki dzieliło go już tylko 200 metrów, wrzucił prawy kierunkowskaz i przeskoczył na skrajnie prawy pas. Mitsubishi pozostało na skrajnie lewym.
Gdy do auta pozostało sto metrów, był już pewien. Gwałtowne przyśpieszanie czarnego Pontiaca tylko potwierdziło jego przeczucie.
- Proszę proszę – wycedził, zrównując się z czarnym GTO. Złoty napis „K>260” na tylnym nadkolu lśnił lekko w świetle jego reflektorów – Prezes Kondzio chce dołączyć się do pojedynku?

Pontiac GTO przyśpieszał z pełną mocą swojego 5,7 litrowego, niedoładowanego silnika, wgniatając siedzące w nim postacie w fotele potężną siłą. Mało kto potrafił rozpędzić się na tym odcinku do takich prędkości, toteż widok pomarańczowego, klasycznego Camaro zbytnio Konrada nie zdziwił. Z zadowoleniem stwierdził tylko, że nauka udzielona Tadeuszowi nie poszła w las. Na klapie bagażnika widniał sporej wielkości spojler, wspomagany dodatkowo pakietem aerodynamicznym dedykowanym specjalnie dla tego modelu.
Drugi wóz był znacznie bardziej intrygujący.
- Mitsubishi GTO – wyszeptał sam do siebie – Druga generacja, po liftingu, jeśli wierzyć napisom na klapie to wersja odchudzona, MR, a pod maską trzylitrowe, sześciocylindrowe DOHC. Napęd na cztery koła… potwór.
Tym bardziej więc pragnął go dopaść swoim własnym Pontiaciem GTO.
- Słucham? – odparła Alicja, wyjątkowo spokojnie jak na widniejące na prędkościomierzu trzy stówki.
Potrząsnął głową, wracając na ziemię. Na śmierć zapomniał, co w tych okolicznościach wydawało mu się zupełnie nieprawdopodobne, że Ona jest w samochodzie.
Choć ostatnie kilka godzin spędził z Nią. Choć wiedział i czuł, choć sama dała mu do zrozumienia, że, jeśli niczego dokumentnie nie schrzani, są na najlepszej drodze do bycia razem.
Dla niej był skłonny zrobić wszystko, ale jakaś dziwna siła nakazywała mu trzymać pedał gazu wciśnięty do oporu, by doścignąć mknące Mitsubishi GTO.
Moment puszczenia gazu, sprzęgło, szóstka, gaz stopniowo do końca.
320.
325.
330.
335.
Widlasta ósemka ryczała basowo, a Chevrolet i Mitsubishi zaczęły się ponownie przybliżać.
Dystans malał.
Czemu tak bardzo zależy mi, żeby ich dognać?
Czemu chcę dopaść to srebrne GTO, czy raczej 3000GT z japońskim oznaczeniem modelu?
Czy… czy to dlatego, że…
Kojarzył skądś ten wóz. Nie było to możliwe, rejestracja wyraźnie wskazywała, że pochodzi z okolic trójkąta energetycznego, z Koła… nie mógł go nigdy wcześniej spotkać. To przyjezdny.
A jednak… coś, dziwne uczucie, deja-vu mówiło mu, że zna to auto.
Skąd?
Do przeciwników pozostało raptem pięć metrów.
- Mam was. – mruknął.
340.
Nigdy dotychczas nie jechał tak szybko. Wóz był stabilny, choć…
Spojrzał w prawo, na fotel pasażera.
Nagłe otrzeźwienie.
Głos rozsądku.
Racjonalność, o której tyle tego wieczora z nią rozmawiał.
- Co ja do diabła robię? - ryknął sam na siebie, w duszy – Czy ja do końca postradałem zmysły?!
Zdjął nogę z gazu i zaczął ostrożne, choć stanowcze hamowanie…

- Odpuszcza – zdał sobie sprawę Tadeusz spoglądając we wsteczne lusterko. Kształt czarnego Pontiaca malał w oczach, zostając daleko w tyle, by w końcu zmienić pas na skrajny prawy i odbić na oddzielony barierkami pas, prowadzący w kierunku zjazdu na Ustroń, Wisłę i Istebną – Już nas praktycznie dopadł, a teraz odpuszcza?
Nie miał zielonego pojęcia, dlaczego czarne GTO po krótkim, ledwie półtorakilometrowym pościgu odpuściło.
Po tym, jak poznał tego gościa, choć go nie cenił to wiedział, że raczej nie stchórzył.
Nie wierzył, że wóz tak bogatego gnojka po prostu się zepsuł.
To było coś innego.
Ale odpowiedzi pewnie nie dostanie nigdy. I, mówiąc szczerze, raczej jej nie potrzebował…

- Przepraszam – odezwał się wreszcie, gdy Pontiac sunął już w kierunku zjazdu na Wisłę spokojną, przepisową „setką” – Nie wiem, co mnie podpuściło, to było zupełnie nieodpowiedzialne…
- Ufam twoim umiejętnościom – odparła – I wiem, że to twoja pasja. Nie musiałeś przerywać…
- To moja największa pasja – stwierdził twardo – Ale jednocześnie nigdy, przenigdy nie mam zamiaru ryzykować dla niej twoim życiem.
Uśmiechnęła się blado, i odpowiedziała:
- Nie sądzę, żeby moje życie było więcej warte, niż twoje, którym tak szafujesz.
Milczał krótką chwilę. Kochać ją to jedno, rzucić autostradę, zwłaszcza po tym, co przeszedł i osiągnął… to drugie.
Nie mógł tego zrobić. Jeszcze nie teraz.
Srebrne 3000GT, GTO, zaintrygowało go. Czuł, że musi kiedyś wyzwać ten tajemniczy wóz.
Gdy tylko nadarzy się taka okazja… musi.
- Nie dam się zabić, Alicjo – odparł – To życie zbyt wiele znaczy dla mnie. I… zbyt bardzo zależy mi na tobie. Skoro jestem na dobrej drodze, jak sama powiedziałaś… to nie dam tego przerwać byle śmierci. – uśmiechnął się do niej.
Odpowiedziała uśmiechem.
To mu wystarczyło.

 

Pokonali długi, lekki zakręt w prawo, i oczom ich ukazała się wznosząca, kilometrowa prosta.
Adam wytężył wzrok, widząc w oddali sporej wielkości zielony znak.
Wiadukt. Zielona tablica.
Odległość również się zgadzała.
Do mety pozostał niecały kilometr.
Spojrzał w prawo. Camaro mknęło tuż obok niego, ale ani nie wyprzedzało, ani nie zostawało w tyle.
Szli równo.
Prędkościomierz wskazywał 340km/h. Nigdy nie jechał tak szybko. Nie wierzył nawet, że jest to w ogóle możliwe.
- Jeszcze trochę – szeptał, gładząc kierownicę – Jeszcze odrobinę mocy, maleńki…  trochę wysiłku, kilka sekund… dla Kingi. Musimy to zrobić, GTO… dla niej!
Wóz pozostawał jednak głuchy na namowy.
Camaro nie przesunęło się do tyłu choćby o centymetr…

- O ja pier*olę – mruknął Tadeusz. Do ustalonej linii mety pozostało dwieście metrów, a 3000GT sunęło lusterko w lusterko obok niego – Nawet z Konradem nie zapier**lałem tak szybko… to 3000GT to potwór, dotrzymać tempa Yenko przy tej prędkości…
Ostatni raz sprawdził, czy pedał gazu wduszony jest w podłogę.
Był.
- Jeeeedź! – ryknął do swojego auta – Nie mogę pozwolić, żeby wygrał ze mną przyjezdny!!

Modły obu pozostały niewysłuchane.
Auta przecięły linię wyznaczaną przez znak z prędkością 343km/h.
Równiuteńko, jedno obok drugiego.
Remisując…

Srebrne Mitsubishi GTO zjechało za pomarańczowym Camaro na przyautostradowy parking.
Nie było na nim żywego ducha. Tylko świst przejeżdżających od czasu do czasu TIR’ów uświadamiał, że znajduje się tuż obok autostrady.
Adam spojrzał na zmieszanego nieco Tadeusza, i bez ogródek stwierdził:
- Liczę, że dowiodłem ci, ile jestem wart… i że teraz zechcesz mi pomóc… Tadeuszu?
Tadek przytaknął. Adam westchnął głęboko, z ulgą.
- Gość, który nawiązał z nami pojedynek na ostatnich kilometrach – odezwał się nagle kierowca Camaro – Ten z czarnego Pontiaca GTO… odpuścił wprawdzie, ale nie wynikało to chyba z niemożności dotrzymania nam tempa. Widziałeś go?
- Ta – przytaknął Adam. Nadal nie wiedział, o co chodzi Tadeuszowi.
- To mistrz tutejszej trasy. Prezes „Klubu >260”. Jeżeli byś chciał…
- Nie – przerwał mu twardo Adam – Wybacz, Tadeuszu, ale wyścigi już mnie nie interesują. Gdy odnajdę Kingę, kończę z nimi definitywnie. Słyszałem o tym słynnym „K>260”, ale…
Zawahał się, i przerwał na chwilę. Duma ściganta, i prawdziwego mistrza A2 nakazywała mu rzucić wyzwanie tutejszemu odpowiednikowi, zwłaszcza jeśli był szefem tak znamienitego klubu. Tym bardziej, że prowadził amerykańskiego Ponitaca GTO. Jako właściciel japońskiego imiennika, Mitsubishi GTO, powinien udowodnić wyższość techniki i trzylitrowego Twin Turbo nad brutalną siłą zapewne sześciolitrowej jednostki.
Wszystko to jednak zbledło w obliczu jednej obietnicy.
Powiedział Kindze, że wycofa się z tego.
- I słowa dotrzymam – pomyślał hardo, po czym dokończył:
- … ale mam w życiu inne priorytety. Dla najważniejszego z nich stoczyłem dzisiaj pojedynek z tobą. Liczę, że pomożesz mi ją odnaleźć…
- Pomogę, zgodnie z obietnicą – odparł Tadeusz – Ale o tej porze i tak już nic zrobimy. Zaczniemy od rana, ten cały „sebciu” to gość z mojej klasy. Masz gdzie nocować?
- Prześpię się w samochodzie.
- Oj, nie pier**l – odpalił Tadek, wyciągając telefon – Cześć mama. Nie, nic mi nie jest. Tak, okej. Oj, słuchaj, wracam do domu. Tak, teraz. Będzie u nas nocował mój kumpel. Tak, jest głodny – odparł, nie spoglądając nawet na zaskoczonego takim uprzejmym przyjęciem Adama – No, cześć, mamuśka.
Schował telefon do kieszeni, po czym stwierdził:
- Wsiadaj w brykę, jedziemy. Matka powiedziała, że zrobi nam coś do żarcia…

 

Nieśpiesznie wjechał na prowadzącą wzdłuż gmachu Osuchowskiego ulicę, i machinalnie wrzucił lewy kierunkowskaz. Jego miejsce parkingowe, pomiędzy czerwonymi Hondami Jacka i Adama, było respektowane przez wszystkich, zarówno w klasie, jak i poza nią. Błękitna Sierra, a potem niebieska Impreza i wreszcie czarny Skyline praktycznie nigdy nie musiały szukać innej luki.
Aż po dziś dzień.
Mat wcisnął hamulec, i zatrzymał się na środku drogi, kilkanaście centymetrów od tyłu srebrnego Mitsubishi.
Czerwony pas, łączący tylne światła, pokrywały litery „GTO”.
- To 3000GT, kretynie – sarknął pod adresem nieznanego właściciela – Mitsubishi GTO to wersja JDM. Kocham takie frajerskie szpanowanie.
Wycofał, wyprostował koła i wrzucił pierwszy bieg. Przydusił sprzęgło, i jeszcze raz spojrzał na intruza na jego miejscu.
- PKL – odczytał rejestrację – Znowu jakiś cham spod Poznania. Qui penis aquam turbat?
Powoli puścił sprzęgło i ruszył, by wykonać kolejną rundę dookoła szkoły, potrzebną, by dostać się na znajdujący się na jej tyłach parking dla pracowników.
- Cholera – pomyślał – Jak by ten czwartkowy dzień nie był dostatecznie schrzaniony sprawdzianami, to jeszcze jakaś niemota zajmuje moje miejsce. Bogu dzięki, to ostatni takie upierdliwy dzień w szkole, popołudnie i całe jutro mamy spokój… cholera – zdał sobie nagle sprawę z pewnego faktu – Dlaczego miejsce musi być zajęte akurat dzisiaj, gdy po raz pierwszy od tygodnia mam wracać razem z Alicją? Ba, to pierwsza okazja od tygodnia, żeby się tak naprawdę spotkać, a ja nawet nie mogę jej odebrać prosto „spod drzwi”, jak to zwykłem robić… jak dorwę tego drania z 3000GT, to mu nogi z rzyci powyrywam…

- … ciemne włosy, brązowe oczy… niewysoka, ledwie ją było widać przez szybę auta… miała chyba niebieską bluzkę i damski, rozpinany sweter, tyle pamiętam. Ten gość błyskawicznie ją uciszył i przydusił do fotela, zresztą tak zaraz dali po garach i zniknęli nam z oczu. – skończył opowieść Sebastian. Większość męskich przedstawicieli IIIe otaczała szczelnym kordonem znajdujących się w centrum zainteresowania Sebastiana i nieznanego przyjezdnego, którego Tadek przedstawił jako swojego kumpla, Adama. Powód jego przybycia wywołał szczere zainteresowanie i współczucie zebranych.
- To ona! – wypalił Adam – Wszystko się zgadza, opis, ubiór… czy… pamiętasz może markę tego samochodu, Sebastianie?
Sebastian podrapał się po głowie. Auta pamiętał dokładnie, nie był to codzienny widok w tych okolicach.
- W sumie, to były dwa, jedno za drugim… Mazdy, biała RX8, podobna do tej, którą jeździł nasz Mistrz, i żółta, ta, w której siedziała dziewczyna… RX7.
- A więc to Karol! – wpadł we wściekłość przybysz – Czemu ja tego od razu nie spojrzałem… wrócił, przegrał, i w ramach zemsty… moją Kingę… zabiję drania! – ton, jakim to wypowiadał sugerował wyraźnie, że mówi całkowicie serio – Dziękuję wam, skoro Sebastian powiedział, że jechał po tych Serpentynach w kierunku wsi Istebna, to nie powinienem mieć już problemów. Znajdę ją… - odwrócił się na pięcie, gotowy biec w kierunku wyjścia, wskoczyć do auta i ruszać na poszukiwania, ale powstrzymał go zimny, lekko cyniczny głos.
- Czekaj, koleś – odezwał się dobrze zbudowany przystojniak o sylwetce sportowca. Adam nie mógł wiedzieć, że gość nazywa się Błażej – Serpentyny i owszem, prowadzą prosto do Istebnej, ale to wcale ci sprawy nie upraszcza. Istebna, a raczej cała Trójwieś, która się za Serpentynami znajduje, to wielka powierzchniowo wiocha. Ba, to na dodatek ogromne tereny gęstych lasów i zadupi wszelkiej maści, gdzie znalezienie czegokolwiek poza guzem graniczy z cudem. A już miejsca przetrzymywania porwanej laski to z całą pewnością nie znajdziesz…
- To co ja mam niby robić?! – odpalił z irytacją Adam. W jego głosie pobrzmiewała jednak nutka bezradności.
- Przede wszystkim – odparł jasny brunet, najwidoczniej kolejny tutejszy przystojniak – Poczekać na znawcę tego zadupia…
Słowom Benedykta nie można było odmówić sensu.

Wyszedł schodami na pierwsze piętro, i skierował swe kroki w kierunku sali fizycznej, gdzie za kilkanaście minut rozpocząć mięli pierwszą lekcję.
Widok męskiej części swojej klasy, otaczającej nieznanego gościa, na oko w jego wieku (lub może nawet nieco starszego) od razu wzbudził w nim czujność. Wiedziony przeczuciem zbliżył się na kilka kroków, po czym grzecznie stwierdził:
- Czy zastałem może kretyna z Koła, który w łaskawości swojej zaparkował srebrne 3000GT na moim miejscu parkingowym? Jeśli tak, byłbym wdzięczny, gdyby raczył z tego miejsca wypier**lać.
Chłopak odwrócił się do niego, z wściekłością wypisaną na twarzy, po czym odpalił:
- Po pierwsze, koleś, to nie 3000GT tylko GTO. Zapamiętaj to sobie dobrze. A po drugie, w imię jakich kur*a zasad mam ustępować miejsca na publicznym parkingu jakiemuś fajfusowi?
Mateusz bez słowa zrzucił z siebie szarą marynarkę, podał ją Michałowi, i ruszył w kierunku intruza, szukając miejsca, w które najlepiej będzie uderzyć. Wściekłość spowodowana zajęciem jego miejsca, zwłaszcza wtedy, gdy miał wracać z Alicją po wielu dniach nie widzenia się, musiała gdzieś zostać rozładowana. Morda tego chłopaka wydawała mu się odpowiednim do tego miejscem.
Gdy był już o krok od przeciwnika, a prawa pięść, zaciśnięta, powędrowała do tyłu, w celu nabrania prędkości poczuł, jak ktoś go przytrzymuje.
- Odpuść, Mat – usłyszał spokojny, acz stanowczy głos Michała – Ten gość przebył pół polski, żeby odnaleźć swoją porwaną dziewczynę. Okaż odrobinę zrozumienia.
Zatrzymał się, spojrzał jeszcze raz na przyjezdnego, po czym wykonał głośny wdech. Po chwili zastanowienia sam zdziwił się swojemu wybuchowi nerwów.
- Nie potrafiłem nad sobą zapanować – pomyślał – Tak wkurzył mnie fakt, że nie mogę się pokazać przed Alicją i jej znajomymi, że chciałem wpierdzielić nieznanemu kolesiowi w mojej szkole… nie rozumiem, dlaczego tak się zirytowałem… przecież Ala wie, że ją odbieram, umówiliśmy to już wracając w sobotę, z wyścigu z M3 Karola… nie zapomni o tym, zrozumie, że widać nie było miejsca i zaczeka… po diabła te nerwy?
Chyba naprawdę cholernie ją kocham…
- Pardon – odezwał się wreszcie, spokojniejszym już tonem – Wkurza mnie po prostu wożenie się kolejnego kolesia w sportowym wózku z Trójkąta Energetycznego.
Reakcja chłopaka całkowicie go zaskoczyła.
Adam momentalnie się uspokoił, gniew z oczu ustąpił miejsca uprzejmości, po czym spokojnie zapytał:
- Kolejnego? Jak to… kolejnego?
- Wczoraj, na końcu prostej startowej, przed samym szczytem Serpentyn, dogoniła mnie żółta FD. Nie jechałem szybko, ale ten drań wyprzedził mnie prawie setką, po czym pomknął dalej, robiąc ogólnie pojmowany burdel na publicznej drodze. Jako że nie znoszę, gdy ktoś robi chaos w mojej rodzinnej miejscowości, to dopadłem go na drugiej części Serpentyn i wyprzedziłem. Ta RX7 miała numery PKN, czyli Konin, jeśli dobrze kojarzę, to gdzieś obok Koła.
- Gdzie… gdzie pojechała ta RX7? – zapytał z nadzieją w głosie Adam.
- A po cholerę ci to… - Mat spojrzał w oczy przyjezdnego. Malowała się w nich autentyczna prośba – Po wyprzedzeniu skręcił w boczną odnogę, gdzieś w głąb Słowaczonki.
Zachowanie chłopaka po raz kolejny zaskoczyło wszystkich.
Wyrwał do przodu, i biegiem ruszył w kierunku schodów.
- Ej, ty, kur…na… zaczekaj! – ryknął za nim Mateusz.
- Przepraszam… - odparł chłopak – To mi wystarczy, muszę ją znaleźć, nie mam czasu do stracenia… dziękuję za wszystko…
- G*wno prawda, nie wystarczy – sarknął Mat – Jak widzę „Słowaczonka” jest dla ciebie konkretnym rejonem poszukiwań, ale to nie takie proste. Odnoga, w którą skręciła FD, prowadzi w kilkanaście miejsc, i rozdziela się na wiele innych dróg i ścieżek. Większość z nich to błotniste, leśne drogi, wiodące do różnych domków letniskowych, leśniczówek i innych pipidów. A Słowaczonka to właśnie głównie lasy, otaczają cały ten przysiółek. Przetrząśnięcie tego wszystkiego to Syzyfowa praca, dla sporej grupy ludzi na kilka dni…
- Masz lepsze rozwiązanie? – odparł zimno chłopak.
- Na początek – usłyszał odpowiedź – Proponowałbym wybrać się z nami na Serpentyny… poobserwować wyścigi.
- Nie mam czasu na takie przyjemności. – warknął z irytacją.
- Wiesz… osobiście, na miejscu kierowcy FD – mruknął zimno Mat – Szukałbym bym rewanżu na tym, kto go objechał. W tym względzie kierowca FD mnie nie zaskoczył, bez problemu znalazł mnie na turbokillersach, i wczoraj wieczorem rzucił mi wyzwanie na dzisiejszą noc,. Na Serpentyny właśnie. Planowałem odrzucić, ale skoro tak wygląda sprawa…
- Dobrze – twardy głos przyjezdnego przerwał mu wywód – Ale to moja zemsta. I nie pozwolę, by ktokolwiek mi ją odebrał. Zapewne osoba twojego pokroju tego nie wie, ale zemsta dla nas, Poznaniaków… to rzecz święta…
Niezwykły chłód w spojrzeniu i zmiana w wyrazie twarzy Mateusza sprawiły, że Adam postąpił o krok w tył.
- Doskonale wiem – odparł Mat – Co to znaczy świętość zemsty.
O szyby szkoły zaczęły uderzać pierwsze krople deszczu...

Alicja przekroczyła próg szkoły i stanęła na ostatnim ze stopni. Zdobiony daszek gmachu Osucha chronił ją przed szalejącą na zewnątrz ulewą.
Zmrużyła oczy,  które po chwili przyzwyczaiły się do jaskrawego światła, i przeniosła spojrzenie na parking.
Mateusza nie było.
Poczuła się… dziwnie.
Z jednej strony wiedziała, że powinno ją to ucieszyć. To, że odjechał bez niej, potwierdzało teorię o utracie zainteresowania z jego strony.
To ją… usprawiedliwiało.
Pozwalało swobodnie związać się z Konradem, któremu ledwie wczoraj wyraźnie dała odczuć, że czuje do niego… coś więcej.
Powinna być wdzięczna losowi.
Powinna poczuć ulgę.
Powinna teraz uśmiechnąć się, i z lekkim sercem wrócić do domu.
Powinna...
A jednak zamiast tego czuła gorycz i żal.
Smutek?
- Jeżeli wolę Mateusza – przemknęło jej przez głowę – To dlaczego o niego nie walczę, dlaczego nie mogę przestać myśleć o Konradzie? A jeśli jednak kocham Konrada… to czemu tęsknię za widokiem Mata, czekającego na mnie przed szkołą? Czyżbym nie była zdolna do obdarzenia prawdziwym uczuciem… żadnego z nich?
Nie jestem zdolna do… kochania?
Do… podjęcia decyzji?
Nie wiem, co robić. Nie wiem, dlaczego Mat nagle przestał się mną interesować, choć wykonał tak wiele pięknych gestów, powiedział tak wiele pięknych słów… jaki ma powód, żeby umawiać się za moimi plecami z tą całą Natalią?
Nie wiem, czemu nagle tak bardzo garnę do Konrada. Czemu daję mu nadzieję, skoro zapewniałam sama siebie, że to właśnie z Mateuszem chcę… być.
Czemu nie jestem w stanie po prostu postawić sprawy jasno, rozwiązać jej jedną, bolesną rozmową.
Sama nie zdała sobie sprawy, że skierowała swoje kroki ku przystankowi autobusowemu.
Nie dbała o pogodę. Nie w tej chwili.
Krople deszczu spływały po jej kruczoczarnych włosach, skutecznie kryjąc błyszczącą na policzku, pojedynczą łzę.
Zatrzymała się dopiero na pustym o tej porze przystanku, i sama nie rozumiejąc swojej reakcji, spojrzała z nadzieją w stronę skrzyżowania, od strony którego przyszła.
Deszcz. Mat. Przystanek pod Osuchowskim.
Realia były dokładnie te same.
I choć nie rozumiała tego, zaklinała los, by znów pojawił się tu, spojrzał tym swoim czułym, tak uroczo bezbronnym spojrzeniem, i objął ją ciepło i mocno, odsyłając ten cały świat, problemy i deszcz w diabły.
Tak jednak się nie stało.
Autobus leniwie wtoczył się do zatoczki.
Wsiadła.

Wpadł na parking pod Osuchem z butem w podłodze, klnąc okrutnie woźnego, który swoim starym Golfem zastawił mu wóz. W sytuacji takiej jak ta miał ochotę użyć całej potęgi mocy i momentu GT-R’a, przepchnąć diabelnego rzęcha, i ustawić się choćby na środku jednokierunkowej pod gmachem.
Był jednak zbyt uprzejmy. Zbyt przepisowy. Musiał zaczekać, aż starszy pan łaskawie przepakuje swoje zafajdane auto.
Spojrzał na schody, dusząc jednocześnie hamulec. Sky rozbryzgnął kałużę, nieznacznie nurkując przodem.
Alicji nie było.
Wiedziony przeczuciem, wdusił gaz, i wyrwał w kierunku odległego o ledwie dziesięć metrów skrzyżowania.
Nie mylił się.
Na ułamek sekundy, nim drzwi liniowego Autosana domknęły się, widział rąbek jej czarnej spódnicy, ociekającej wodą.
Zaraz potem autobus włączył się do ruchu, i zniknął w kolejnym skrzyżowaniu.
- Kur*a mać – zaklął – Mateusz, ty cholerny, tępy idioto! Spóźniłeś się! Zamiast powiedzieć jej, że stoisz za szkołą, chciałeś zgrywać księcia na białym koniu i teraz masz, kur*a…
Jednocześnie jednak, poczuł ukłucie żalu.
Nie zadzwoniła nawet. Nie puściła sygnału, nie zaczekała choćby pięciu minut. Zapewne wyszła, stwierdziła, że go nie ma i… odjechała.
Czy w ten sposób oznajmiała, że… nie zależy jej na powrocie z nim?
A może nawet… zapomniała, że byli na to umówieni?
- Sam zgodziłem się na jeszcze tydzień teoretycznej osobności – odezwał się głos rozsądku – Może miała powody, żeby wracać sama. Milion przyczyn mogło sprawić, że zamiast ze mną wybrała powrót z tłumem ludzi w zatłoczonym „WisPolu”.
Może było to konieczne, żeby dokończyła swoje sprawy… może ten drugi adorator z wczorajszego spotkania jeździł potężnym, turbodoładowanym Trampem, i właśnie w nim musi mu powiedzieć, jak bardzo go nie kocha – zironizował.
I choć komentarz był idiotyczny i żałosny, uspokoił go w dostatecznym stopniu.
- Niebawem, już w tą niedzielę – obiecał sobie – Zabiorę ją do Bielska, tak, jak ustaliliśmy już dawno, i wszystkie tego typu problemy odejdą w niebyt. Problemy… przestaną mieć znaczenie.
Ostrzegawcze trąbienie przywróciło go na ziemię.
Stał na środku skrzyżowania.
Wrzucił kierunkowskaz, i nieśpiesznie ruszył w kierunku Istebnej…

 

Deszcz ustał około godziny siódmej, tak więc o jedenastej, gdy czarny Skyline wtoczył się nieśpiesznie na Szczyt od strony Istebnej, typowa dla Serpentyn mgła zaczęła już ustępować. Temperatura, na szczęście dla ścigantów, była sprzyjająca, tak więc widoczność szybko się poprawiała. Tempo kolejnych pojedynków wzrastało, oprócz jednego Audi A3, które wpakowało się prosto na barierki, „mleko” w powietrzu nie zebrało większego żniwa.
Wbrew swemu nawykowi skręcił w prawo, na najmniejszy parking, pod barem, gdzie zbierali się zawsze najlepsi kierowcy i najlepsze auta. Choć zdawał sobie sprawę, że niewielu może dorównać jemu czy jego kumplom z klasy, zwyczajowo zajmowali miejsca na górnym parkingu. Po pierwsze dlatego, że najlepszą jego część, z której świetnie było widać linię startu i pierwszą prostą, mieli już wedle niepisanych zasad dla siebie. A po drugie, stawanie pod barem „Beczka” było odbierane w co bardziej znaczących kręgach jako szpan i brak jakiejkolwiek skromności.
Było tam ciasno, głośno i tłoczno.
I było się na widoku wszystkich przybywających tego dnia na wyścigi, niezależnie od której strony: od Istebnej, od Wisły czy od Zameczku przyjeżdżali.
A tego właśnie tej nocy potrzebował.
Przebolał otaczające go „tjunowane fury”, roznegliżowane blachary i chłopaków w dresach. Darzono go jednak na tyle wielkim szacunkiem, że nikt nawet nie odważył się rzucić mu wyzwania.
Jego GT-R był jak dotąd niepokonany. Żadne z tych Audi, Volkswagenów czy Mercedesów nie było w stanie nawiązać z nim choćby wyrównanej walki.
A co dopiero z kierowcą, który w przeświadczeniu wielu zginął kilka miesięcy temu, w glorii obrońcy Serpentyn.
Robił wyjątek, parkując tutaj, by pomóc cholernemu przyjezdnemu o imieniu Adam, przez którego nie udało mu się odebrać ze szkoły Alicji. Przez którego kolejny raz nie miał okazji z nią w tym tygodniu porozmawiać.
- Skąd we mnie tyle, kurna, empatii? – sarknął pod nosem. – Robię za wabik na FD, cholera jasna…
Jakby na te słowa, od strony Istebnej rozległ się wizg silnika Wankla, a po chwili na Szczycie pojawiła się żółta RX7, w całej swojej krasie.
- Łaaa – westchnęli jak jeden mąż właściciele Golfów i A3 – Ale ma glebę! Prawdziwa Corvette!
Nie skomentował. Dyskusje z idiotami nigdy nie były jego mocną stroną.
Mazda zjechała na parking, nadrzuciła tyłem na ręcznym, i ustawiła się tuż obok Skyline’a.
Obserwując wóz z bliska, Mat był już całkowicie pewien. Zarówno 3000GT Adama, jak i RX7 jego zaciekłego wroga, były autami do wyścigów autostradowych. Rozbudowane pakiety aerodynamiczne, spojlery na klapach, niskie, twarde zawieszenia i głośne, wielkie turbosprężarki, generujące ogrom mocy kosztem potężnego lag’a.
- I ty, frajerze, chciałbyś wyzwać GT-R’a? – pomyślał, obserwując wysiadającego z FD blondyna – Nawet samochód w tej specyfikacji nie jest w stanie nawiązać walki na Przełęczy, a co dopiero wychowany na autostradzie kierowca…
- Cześć, wieśniaku – zaczął bez ogródek blondas, przybierając cwaniacki wyraz twarzy – To ja wyzwałem cię na turbokillersach, zwą mnie Karol, i mam zamiar skopać ci tą spasioną, GT-R’ową rzyć. Wzięcie mnie z zaskoczenia na prostej nic nie znaczy, więc…
Mat uniósł brwi, ledwie powstrzymując się od śmiechu. Zbierająca się dookoła dresiarnia nie poszła jednak za jego przykładem, i wybuchła głośnym śmiechem:
- Ty, ci*ko, chcesz wyzwać Mateusza na Serpentyny? – zarechotał jeden z nich, zupełnie Matowi nie znany – Słuchaj, gościu, ten koleś to nasz tutejszy debeściak, stela chłop. Skopał dupy wszystkim frajerom w autach wielokrotnie lepszych od tej twojej Corvetty, spuścił łomot Imprezie WRX STi, Lancerowi Evo III i M3 E36, prawdziwym legendom touge. I ty chcesz wyzywać go tą spasioną, zglebioną Corvettą? Odpuść lepiej, póki możesz.
Mat z satysfakcją stwierdził, że stojący nieopodal Robert zacisnął z wściekłości pięści.
Blondyn zmieszał się nieco, i niepewnie spojrzał na Mateusza. Ten nawet na moment nie zmienił lekko kpiącego, obojętnego wyrazu twarzy.
- Blefuje – pomyślał Karol, po czym wypalił:
- Jestem ścigantem autostradowym, najlepszym na autostradzie A2 w Poznaniu! Nie boję się…
- Czyżby? – usłyszał za sobą zimny, znajomy głos.
Odwrócił się, i spojrzał na ostatniego człowieka, którego spodziewał się w tej okolicy.
- Adam – udał pewnego siebie – Kopę lat. Co za spotkanie…
- Zamknij ryja, skur***ynu. – warknął Adam, biorąc Karola „za szmaty” – Jeszcze słowo, a zabije cię na miejscu, gołymi rękami. Gdzie jest Kinga!?
- Jaka Kinga? – uśmiechnął się paskudnie.
- Ty skur… - właściciel 3000GT wziął zamach, i wycelował prosto w wypacykowaną twarz drania z FD, ale powstrzymał go jeden z dresów.
- Ej, ochłodnij, kolo! – powiedział – My są kulturalni ludzie! Tutaj się nie bije, my tu spory rozwiązujemy na Serpentynach!
- Uspokójta się, albo obaj dostaniecie solidny wpier**l, innymi słowy. – dodał drugi.
Liczebność i wymiary chłopaków Adidasa, Pumy i Nike były dostatecznym argumentem. Adam spojrzał na Mateusza, szukając w nim wsparcia. Ten przytaknął głową, bez emocji.
Puścił Karola, a ten otrzepał się, i łypnął groźnie na niego.
- Nie waż się mi nic zrobić – warknął cicho, tak, by słyszał go tylko sam Adam – Jeden fałszywy ruch, a twoja maleńka będzie zadowalać oblechów na wschodzie.
- Ścigajmy się – twardy, zimny głos zaskoczył go. Nie wierzył, że ten frajer odważy się to zaproponować – Wygram, to oddajesz mi Kingę i znikasz na zawsze z naszego życia.
- A jeśli przegrasz? – wycedził Karol.
- Bierzesz mój wóz. Moje GTO.
- Ha. Niech tak będzie, Adasiu. Ale ja ustalam warunki pojedynku.
- Słucham uważnie.
- Tutaj, na tej trasie. Pojedyncza runda touge, uphill.
Adam uniósł dumnie głowę, spoglądając prosto w oczy Karola. Choć nigdy nie jeździł na Przełęczy, po tej trasie jechał tylko raz, jego spojrzenie było pełne wiary we zwycięstwo.
Nie mógł przegrać. Nie o tak wysoką stawkę, jaką była Kinga.
- Przyjmuję warunki.
- No to ruszajmy… trzeci raz ci się nie uda…
- Zdziwisz się.

- Zaczynam odliczanie!

- Trzy!
- Dwa!
- Jeden!
- START!!

Adam dodał gazu, a czteronapędowe, 380-konne Mitsubishi GTO wyrwało do przodu, z rykiem widlastej szóstki i sykiem dwóch turbin. Błogosławił teraz w duchu, że nie wydłużał przełożeń standardowej skrzyni swojego japońskiego potwora, dzięki czemu przyśpieszenie wręcz wgniatało w fotel.
Spojrzał w lusterko.
Mazda zostawała w tyle.
- Będę z przodu! – wrzasnął radośnie, hamując przed pierwszym zakrętem, ostrym nawrotem w lewo, po czym dając na wyjściu pełny gaz. – Jeżeli tylko nie dam się wytrącić z równowagi, to mogę blokować jego ataki samymi rozmiarami auta…
Przyhamował przed „dziewięćdziesiątką” w prawo, nadrzucił tyłem za pomocą ręcznego, i pomknął dalej, w kierunku bliźniaczego odbicia w lewo.

- A żeby cię diabli! – warknął Karol zza kierownicy swojej RX7 – Nie dam ci wygrać, po moim trupie wsypiesz mnie i mojego brata…
Docisnął gaz, ale reakcja FD była niezwykle ospała, jak na przeszło 400 koni mocy.
Długie, autostradowe przełożenia skrzyni robiły swoje…

Zacisnął ręce na kierownicy, widząc już przed sobą mocne odbicie w lewo. Dystans, jaki wypracował nad Karolem wciąż rósł. Z krótkiej rozmowy z nowymi znajomymi z Cieszyna wiedział, że sto metrów przewagi oznacza zwycięstwo przez walkower, największe upokorzenie dla przeciwnika.
Do tego dążył.
Przemógł się, nie musnął nawet hamulca, i odbił kierownicą w lewo, atakując zakręt z przeszło setką na liczniku.
Opony zapiszczały przeraźliwie, a wielkie Mitsubishi zaczęło momentalnie znosić ku barierkom.
- Co jest?! – jęknął głośno, pulsując hamulcem.
Opanował wóz w ostatniej chwili, i minął zewnętrzne barierki o centymetry. Ciśnienie turbodoładowania sięgnęło praktycznie zera, GTO w okamgnieniu straciło całe „kopyto”. Lag dwóch turbin o zwiększonym ciśnieniu sprawił, że zanim odzyskał moc, w środkowym lusterku rozbłysły znajome światła żółtej FD...
- Nie! – wrzasnął.

- O ty kuta*ie! – ryknął Karol, hamując przed zderzakiem Mitsubishi – Nie myśl, że gabaryty tej kolumbryny pozwolą ci wygrać bez walki!
Przed sobą, jakieś sto metrów dalej, widział najbardziej charakterystyczny zakręt na tej trasie, szeroki, długi i ostry wiraż w prawo. Docisnął gaz, i zbliżył się do GTO na kilkanaście centymetrów.
Po żadnej ze stron nie widział jednak możliwości wyprzedzenia.
- Skoro tak – syknął – To zrobimy to po mojemu.
Światła hamowania srebrnego wozu rozbłysły czerwienią.
Musnął tylko hamulec, i odbił leciutko w prawo, celując prosto w tylną prawą część zderzaka.

Adam poczuł gwałtowne uderzenie, po czym Mitsubishi zaczęło obracać się przeciwnie do wskazówek zegara, w kierunku wiszących nad przepaścią barierek.
- Jezuu! – jęknął, zakładając kontrę, i wciskając gaz do oporu.
Być może czuwała nad nim opatrzność.
Bardziej jednak prawdopodobny był fakt, że doskonale czuł swój wóz…

- Wybronił się, frajer. – mruknął Karol, spoglądając w lusterko. 3000GT wykonało pełny obrót dookoła własnej osi, ale nie wypadło z trasy, ba, stanęło przodem do kierunku wyścigu – Ale to nic nie zmienia. Jestem z przodu, a ten ciołek już mnie nie ma szans dogonić…
Dodał gazu, ledwie unikając uderzenia uciekającego tyłu Mazdy w nasyp na zewnętrznej, po czym wyjechał z zakrętu, i pomknął w kierunku ostrego w lewo…

- Zabiję drania! – miotał się bezsilnie Adam, pokonując ostry zakręt w lewo najlepiej, jak potrafił. Kolejny już raz GTO zniosło w kierunku barierek, ale gwałtowne kopnięcie pedału gazu przywróciło trakcję, i wyprowadziło wóz z podsterowności.
Widział teraz przed sobą serię niewielkich odbić, to w prawo to w lewo.
RX7 mrugała światłami stopu jakieś 30 metrów przed nim.
- Jeszcze nie wszystko stracone! – pomyślał, nacierając na pierwszy z zakręcików – Mam napęd na cztery koła i twarde zawieszenie, takie zakręciki to pestka…
Kilka odbić później zdał sobie jednak sprawę, że ogromna moc GTO sprawia, że wóz tańczy po całej drodze, ledwie dając się kontrolować.
A dystans nie malał…

- Baran – sarknął Karol, pokonując jeden z ostatnich małych zakrętów. Zdawał sobie sprawę, że jechał w nich całkiem wolno, długie przełożenia sprawiły, że mógł korzystać tylko z części mocy i momentu, ale mimo tego GTO nie zbliżyło się do niego choćby o centymetr, ledwie mieszcząc się na drodze. – I który z nas jest tu mistrzem prostej, co?!
Był tak pewny siebie, że w kończący serię zakręcików ostry wiraż w lewo wszedł bez dohamowania.
I podobnie jak Adam, popełnił błąd…

Wypadł z ostrego w lewo, i prawie wrzasnął z radości. Nie wiedzieć czemu, Mazda wykonywała głębokie poślizgi od jednego do drugiego skraju drogi, zostawiając za sobą obłoki dymu.
- Teraz cię mam! – pomyślał Adam, wciskając gaz do oporu.
GTO, z radosnym rykiem, wyrwało do przodu…

Opanował wreszcie poślizg, i zaklął szpetnie. Ostry w lewo pokonał pięknym driftem, ale zaraz za nim, próbując wyprostować poczuł, że tył wozu żyje własnym życiem. Założył kontrę, ale sprawiło to tylko, że RX7 zaczęła się ślizgać na przeciwnym boku. Kolejna kontra, z gazem w podłodze, dała dokładnie ten sam efekt. Dopiero wduszenie hamulca, przez które stracił impet i ciśnienie w turbo, pozwoliło mu odzyskać trakcję…
… a wtedy, na ogonie ponownie miał już Adama…

Koniec prostej zbliżał się w zawrotnym tempie. Rozpędzone GTO, któremu standardowa skrzynia zapewniała przewagę podczas przyśpieszania, siedziało RX7 na ogonie niczym Cerber.
Od mety dzieliły ich jednak tylko dwa zakręty, i dłuższa prosta.
- Nie mogę przegrać! – ryknął kolejny raz tego dnia Adam, wciskając hamulec, i wchodząc w pierwszy z nich najciaśniej, jak potrafił…

Założył kontrę na wyjściu z pierwszego zakrętu, a Mazda przeszła w drifcie na drugi bok, idąc ślizgiem przez odbicie w prawo, i ustawiając się przodem w kierunku wyjścia na ostatnią prostą.
Z całej siły depnął gaz, chcąc wystrzelić w ostateczny sprint do mety.
Skrzynia, zawieszenie, rozkład masy, a przede wszystkim brak umiejętności sprawiły jednak, że efekt był odwrotny do zamierzonego.
RX7 zapiszczała oponami, kończąc poślizg dopiero na zewnętrznym pasie.
I odsłaniając wewnętrzną…

Ślizgająca się FD, lecąca wprost na nasyp na zewnętrznej, była dla Adama zaskoczeniem.
Był prawie pewien, że to już koniec. Że przegrał.
Pojawiające się na wewnętrznej miejsce dawało mu ostatnią szansę.
Zaryzykował wszystkim, odbijając gwałtownie kierownicą, i dając pełny gaz.
Wóz i szczęście nie zawiodły go…

GTO przeszło o centymetry pomiędzy RX7 a barierkami na wewnętrznej, i wystrzeliło do przodu, prosto w kierunku mety.
Na prowadzeniu…

Z wściekłością patrzył, jak srebrne Mitsubishi przecina linię mety, jako zwycięzca.
- Nie – wrzasnął – Nie, tym razem nie dam się tak po prostu zbyć…
Wdusił gaz do oporu, i odbił na prawy pas…

Zaraz za linią mety zahamował, i triumfalnie nadrzucił tyłem, stając w poprzek drogi, w oczekiwaniu na Karola i jego FD. Manewr na ostatnim zakręcie był ryzykowny, spontaniczny i nieprzemyślany, ale… skuteczny.
Mazda przemknęła tuż przed jego maską, i z wizgiem silnika Wankla pomknęła dalej, w kierunku Istebnej.
- Nie! – ryknął – Nie możesz, przecież zakładaliśmy się… jaki ja jestem naiwny! – wykręcił i wcisnął gaz, rzucając się w pościg.
Nie ujechał nawet dziesięciu metrów.
Srebrna Toyota Supra Mk.3, której kierowca akurat wyjeżdżał z parkingu zgasła nagle, blokując mu przejazd.
- Bierz to gó*no! – jęknął rozpaczliwie.
Nim jej kierowcy udało się ponownie zapalić silnik, minęła dłuższa chwila. Gdy w końcu pokonał zakręt i spojrzał na długą prostą za nim, FD już nawet nie było widać.
Zatrzymał się, otworzył drzwi, i z jękiem padł na kolana.
- Nieeeeeeeee! – ryknął głośno, wznosząc bezsilnie ręce do nieba.

- Cholera – zaklął Michał, autentycznie przejęty – Ciężko będzie dopaść RX7 po tym, co nie wiedzieć czemu odstawił Robert… że też musiał wyjeżdżać akurat w tym momencie… i co to za silnik, który gaśnie na wysokich obrotach pierwszego biegu?
- Chyba wiem, czemu. I to wcale nie jest kwestia silnika. – mruknął Mateusz, obserwując ponownie parkującego na swoim miejscu, zadowolonego z siebie Roberta.
- Hm? – zdziwił się Tadeusz.
- Michał, Ben, Sebastian… chcecie mu pomóc? – rzucił Mateusz, cały czas obserwując prostą w kierunku Istebnej.
Przytaknęli.
- Odpalajcie auta, lecimy do Istebnej. Każdy, kto ma ochotę na małą rozwałę, niech wsiada do waszych, do mojego albo do 3000GT tego rozpaczającego frajera. – podniósł głos, i zawołał:
- Adam! Przestań się mazgaić, wsiadaj do auta… wiem, gdzie znajdziemy tego drania.
Chwilę później, konwój pięciu aut pomknął w kierunku Istebnej…

Prowadzący Skyline zwolnił, po czym wrzucił prawy kierunkowskaz, i zjechał na boczną, utwardzoną drogę na Słowaczonce. Podobnie postąpiło srebrne 3000GT, Golf Syncro, Eclipse GSX i zamykająca sznur niebieska Impreza WRX STi. Przejechali około trzystu metrów, po których czarny GT-R niespodziewanie zatrzymał się na wysokości ciasnego, błotnistego traktu, prowadzącego w las.
Mat otworzył drzwi, i wysiadł z auta. Reszta postąpiła ponownie.
- Tędy będzie wracać FD, jeśli by do tego miało dojść – stwierdził bez ogródek – Ktoś powinien zablokować ten wyjazd, i w razie czego… no, nie dopuścić, żeby wyjechała.
- Czekaj czekaj – zaprotestował Adam z 3KGT, z którego ponownie jakby uszła nadzieja – Powiedziałeś, że wiesz, gdzie on jest. Tutaj nie widzę choćby śladu tego skur****na. Sami mówiliście, że ta Słowaczonka to kawał terenu, w którym nijak nikogo nie da się znaleźć. Skąd pewność, że pojechał akurat tą odnogą?
- Srebrna Supra. – odparł krótko Mateusz.
- Hm?! – oczy Adama przybrały rozmiary spodeczków do kawy. – Co ma do tego ta Mk.3?
Mateusz powędrował myślami do dawnych, gimnazjalnych czasów, gdy z Robertem byli jeszcze parą najlepszych przyjaciół. Sam Robert pochodził z centrum Istebnej, ale tutaj, w głębi lasu na Słowaczonce, jego rodzina od pokoleń miała domek wypoczynkowy w lesie. To tam często urządzali klasowe imprezy, zresztą bardzo często wynajmowali go przyjezdnym…
- Nie wierzę w przypadki. Znam tego kolesia z Supry. Zajechał ci drogę, uniemożliwiając pościg za FD, po czym jak ostatni idiota wrócił na swoje miejsce parkingowe. Wyjechał stamtąd tylko po to, żebyś nie był w stanie znaleźć tego gnoja. Ergo, ma coś do ukrycia. Skoro twoją dziewczynę porwał gość z Mazdy, to wynajęta leśniczówka Roberta była by idealną kryjówką, na uboczu, z daleka od ludzi. Jeśli tam znajdziemy twoją ukochaną, i zechcielibyście wnieść pozew, kierowca Supry lub jego rodzina mogli by zostać oskarżeni o współudział. A to nic miłego, i cholernie ciężko się z tego wykaraskać. Jedyna droga do tego domku… to ten trakt. Jak widać, cholernie błotnisty po dzisiejszym deszczu.
- To zbyt skomplikowane. – zaprotestował Adam – Opierasz to domniemanie tylko i wyłącznie na swojej niechęci do niejakiego Roberta, którego wyjazd i zablokowanie mi drogi mogło być czystym przypadkiem…
- O nie, mój drogi Adamie. – uśmiechnął się Mateusz – Nie jestem aż tak nieracjonalny. Spójrz na to… - wskazał na błotnisty wjazd.
Świeżo odciśnięte ślady szerokich, sportowych opon były doskonale widoczne w świetle reflektorów.
- Kur… trzeba było od razu…
- Nie. Kocham dowodzić na podstawie rzeczy nieoczywistych. I uwielbiam mieć rację.
- Co robimy? – zapytał rzeczowo Sebastian.
- My zablokujemy ten wyjazd, Sebciu – podjął decyzję Michał – Mamy najmniej mocy, więc gdyby… o. Teraz widzę genialność planu, Mat. Dlaczego wziąłeś akurat nas.
- Deszcz zrobił tu małe bagienko – uśmiechnął się Mat – Podobnie jak w zimie, bez napędu na cztery koła ani rusz. Was dwóch powinno tu chyba wystarczyć… zostaniecie?
Przytaknęli.
- Dobra. Ja dalej poprowadzę, bywałem tu już. Adam za mną, też masz napęd na 4 koła, powinno być OK. Benek z Tadkiem jako trzeci. To wąska droga, nikt w drugą stronę nie przejedzie, jeśli pojedziemy w trójkę. Może być?
- Jasne. – przytaknął Adam.
- Dopadniemy sk****syna. – autentycznie ucieszył się Tadek, ładując się do STi Benedykta…

Dusił gaz do oporu, ledwie mieszcząc się na wąskiej jak diabli droga. Błoto bryzgało na wszystkie strony, chlapiąc na szyby i reflektory.
Po chwili musiał zwolnić, nie widząc już prawie nic.
Nacisnął hamulec, jednocześnie naciskając spryskiwacze...
I wtedy się zaczęło.

Trzy potężne czteronapędówki sunęły czterdziestką błotnistym traktem. Sportowe opony ślizgały się nieco, ale trakcji było dość, by posuwać się naprzód.
W tym względzie, 4WD były niezastąpione.

Skręcił  lekko kierownicą, a reflektory Skyline’a omiotły strumieniem światła żółty kształt.

Oślepił go snop światła.
Przez moment, nie posiadał się ze szczęścia. Zatopiona po osie w błocie, tylnonapędowa RX7, choć dusił gaz do oporu, nie ruszała się już choćby o centymetr.

- Jest! – ryknął Adam – Mam cię, draniu!
Konwój zatrzymał się.

- Cholera, z nieba mi… - zaczął.
I nie dokończył.

Przerzucił stronę magazynu „GT”, i zagłębił się w poświęcony RX7 Tery’ego artykuł.
- Jak można wywalić Wankla, i wsadzić… – mruknął.
Odpowiedział mu nieopisany huk otwieranych drzwi, i do środka wleciał Karol.
Dosłownie wleciał, waląc głową o ścianę, i tracąc przytomność.
Otwieranie drzwi głową nigdy nie sprzyjało zdrowiu.
- Dzień-kur*a-doberek! – rzucił radośnie Tadeusz, wskakując do środka domku.
Zawsze marzył o otwarciu drzwi w ten sposób.
- Co… nie życzę sobie… kto wam u diabła pozwolił wchodzić na teren prywatnej posesji?! – pisnął Damian, podnosząc się z krzesła.
Odniósł efekt odwrotny do zamierzonego.
Potężny prawy sierpowy pozbawił go przytomności i kilku zębów, kładąc na podłogę.
- Nareszcie – mruknął Mat, masując pięść – Od tygodnia miałem ochotę tak swojsko walnąć komuś w mordę.
- Zastałem Kingę? – zapytał Adam, choć zarówno Karol, jak i Damian, nie mogli mu odpowiedzieć.
Odpowiedział mu za to radosny okrzyk zza drzwi, które natychmiast otworzył.
I przytulił znajdującą się za nimi osobę, mocno i czule.
- Wiedziałam, że mnie znajdziesz.
- Nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie znalazł…

 

Po tym Odcinku Specjalnym przeczytaj:
Odcinek Dziewiąty Sezonu Trzeciego - "Maniery"