Akcja odcinka rozgrywa się kilka tygodni po wydarzeniach Odcinka 11 Sezonu Trzeciego "Fools For Love", kilka dni po maturze głównych bohaterów. Przedstawione zachowania i sceny, myśli i komentarze postaci NIE MIAŁY odwzorowania w rzeczywistości.
Ze względu na kontrowersyjne i obrazoburcze, nieetyczne zachowania NIE POLECAM lektury osobom wyczulonym na używki i szeroko pojmowaną rozpustę.

 


OS. „Unleashed”

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Biały Nissan Silvia Spec R, ostatnia, topowa generacja S15 kultowej Silvii, wypadł z ostrego w prawo na pełnym gazie.
Kierowca, czarnowłosy mężczyzna przed trzydziestką, pocił się jak mysz.
Presja była ogromna.
Jako przywódca najlepszego na przełęczy w Yokohamie zespołu, nie mógł sobie pozwolić na porażkę.
Znakomicie podkręcony, przeszło 300-konny silnik SR20DET dawał z siebie wszystko, kręcąc do blisko ośmiu tysięcy obrotów, ale to było…
… na nic.
Przeciwnik był znakomitym drifterem, a jego wóz…
… jego wóz był zupełnie niesamowity.
- Odpuść! – jęknął w duchu, widząc zbliżający się błyskawicznie ostry w lewo, a jednocześnie śledząc w lusterku klejący mu się do zderzaka błękitny pojazd – Błagam cię, odpuść!
Przydusił hamulec, zdając sobie sprawę, że i tak robi to zbyt późno. Silvia zanurkowała na wewnętrznym do zakrętu pasie, piszcząc rozpaczliwie oponami.
Obok niego przemknęło jasnobłękitne coupe.
Zupełnie nie wiedział, co to za marka samochodu. Niebieski, owalny znaczek, felgi egzotycznej firmy, BBS…
Najbardziej w pamięć wrył mu się jednak spojler.
Wielkie skrzydło, umocowane na tylnej klapie i szybie, tworzące jednak wraz z pakietem ospojlerowania, wlotami na masce i felgami spójną, idealnie pasującą całość.
Wręcz… seryjną całość.
Samochód nie był rodzimej, japońskiej produkcji, tego był pewien.
Auto złożyło mu się przed maską w pięknym, niezwykle szybkim i czystym drifcie, sunąc po wewnętrznej.
Widział teraz wyraźnie, patrząc praktycznie wprost do kabiny, kto prowadzi ten tajemniczy samochód.
Nie był to, jak przypuszczał, Europejczyk. Historia sprzed lat, o której opowiadali mu znamienici kierowcy z całego kraju, gdy wielki, ciemnozielony sedan pokonywał tuzy touge, nie miała więc na szczęście miejsca.
Kierowca był Japończykiem.
A raczej… Japonką.
Mistrz Yokohamy nie miał jednak czasu, by poświęcić jej tyle uwagi, ile w tym właśnie momencie zapragnął.
Auto błyskawicznie pomknęło przez zakręt, niknąc mu z oczu.
Gdy zaś on, ledwo opanowując wynikającą ze skatowanych już opon nadsterowność, wypadł z wirażu, zobaczyć mógł tylko gasnące w kolejnym odbiciu światła hamowania.
Przegrał.
Przegrał z…
Jedyne, co zapamiętał, to kruczoczarne włosy tej istoty.
Delikatne, szlachetne, piękne rysy twarzy.
I oczy.
Intensywnie fioletowe…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Słodka, musująca jeszcze Pepsi, schłodzona do idealnej temperatury, i wymieszana z lekką nutą wiśniowego soku stała w rzeźbionej, smukłej szklance na stoliku, tuż przed jego dłonią.
Muzyka uderzała jazgotem, feeria barw, roztańczony tłum, zalotne głosy i wyrażane niedwuznacznymi uśmiechami zgody, po których następowało oddalenie się w co bardziej ustronne miejsce wielkiego budynku, lub przylegających do niego zabudowań.
Szczęście?
Nie.
Pożądanie.
Szał.
Przyziemność.
Uwolnienie… instynktów.
Człowieczeństwa.
- Zdaliśmy maturę – powtórzył sobie w myśli, wyciągając coś z kieszeni marynarki – Skończyliśmy Osucha, zrobiliśmy to koncertowo, ze znakomitymi wynikami… już teraz wiem, że mogę iść na każdą uczelnię, o jakiej zamarzę, wynik jest… oczywisty przy takim…
… takim nakładzie pracy…
Pieprzysz.
Ostatnie tygodnie tylko dowiodły, że straciłeś wszystko.
Pociechy szukałem w pracy. W nauce. Nie pojawiłem się ani razu na przełęczy, uzależniłem od książki, pióra i kolejnych arkuszy egzaminacyjnych.
Pracowałem wytrwale przez ostatnie lata, łącząc touge ze szkołą, z przygotowaniami do matury. A nad tym wszystkim była miłość. Zwykła, ludzka, choć Platoniczna, miłość.
Gdy ta ostatnia mnie oszukała, wszystko się zawaliło.
Unikałem touge, unikałem walki na przełęczy od pamiętnej nocy z soboty na niedzielę, gdy zdałem sobie sprawę, że pomimo sukcesu… i tak poniosłem porażkę.
Zwątpiłem w inteligencję. Zwątpiłem w rozsądek i racjonalizm. Zwątpiłem w umiejętności.
Uwierzyłem, że istnieje przeznaczenie.
Moje fatum.
Uwierzyłem, że zginę, nie ważne, co.
Nauka pozwoliła mi o tym zapomnieć. Przez kilka tygodni w naiwności swej sądziłem, że to jeszcze nie koniec. Że mogę rzucić touge już teraz, sprzedać GT-R’a, udać się na wymarzone studia, ba, kto wie – może nawet ponownie zakochać.
Byłem naiwny.
Nie ma ucieczki od przeznaczenia. Choć próbowałem, choć starałem się zmienić swe życie, zawsze prowadziło mnie to do tragedii.
Czegokolwiek bym nie robił, i tak doprowadzi mnie to prosto do tego śnionego wyścigu, na drugą część Przełęczy Kubalonka, obok Supry MK.3, za kierownicą BNR32.
Na ten zakręt.
Pod tą ciężarówkę.
Po śmierć.
Nie ma ucieczki od przeznaczenia.
A raczej… jest. Konrad, który śnił o swej własnej śmierci… unika jej.
Unika jej dzięki… Alicji.
Dzięki miłości…
… odebranej mnie samemu.
Widziałem ich ostatnio, przypadkiem, wracając ze szkoły.
On tylko skłonił się.
Ona… rozpoznała mój wóz.
Spojrzała.
Opuściłem głowę, unikając wzroku.
Nie mogłem… nie miałem tyle siły.
Już nie. Nigdy więcej.
Byli razem. Byli szczęśliwi.
Ilość szczęścia w świecie zawsze musi być równa.
Ja wyrównuję ich rachunek.
Jeszcze raz spojrzał tępo przed siebie, wprawnym ruchem wrzucił do gardła trzy tabletki, po czym błyskawicznie zapił stojącym przed nim czarnym napojem.
Przymknął oczy.
Efekt, jak dawniej, był natychmiastowy.
Kolory ożywiły się, pieszcząc oczy, muzyka momentalnie stała się bardziej basowa, aksamitna i delikatna.
Ruchy par na parkiecie nabrały finezji, lekkości i dynamizmu.
Instynkty, pożądanie, człowieczeństwo… jakie to miało znaczenie?
Świat… wypiękniał.
Ból, od dawna już nie fizyczny, stricte psychiczny, nie zniknął jednak.
Przytępiał tylko, odchodząc gdzieś w głąb świadomości.
Wrócił do kontemplacji otoczenia, do napawania się tym upadkiem obyczajów i godności ludzkiej, tak rozkosznie w tym momencie zabawnym. Tak… tak nieludzko normalnym.
Odmówił kolejnej dziewczynie tańca. Nie była brzydka.
Ba, mogła by nawet uchodzić za bardzo ładną.
Nie czuł jednak… nie czuł już potrzeby bycia czy odczuwania kogokolwiek.
Nie był szczęśliwy.
Wiedział, że jego dni są policzone, że przeznaczenie może wręcz wyczuć w powietrzu.
Oszukiwał się, oszukiwał własny umysł tą iluzją zadowolenia i szczęścia.
Czym jednak… czym w swoim pragnieniu bycia szczęśliwym, choćby na moment, różnił się od wszystkich otaczających go jednostek ludzkich, którymi tak gardził?
Zmrużył oczy, i osunął się nieco na sofie, obserwując cały czas i tłum, i każdego z osobna.
Odpowiedź brzmiała…
Niczym.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Powoli sączyła kolorowego drinka, starając się zachować wszelkie pozory obojętności.
Od tygodnia była samotna. Rozstała się z chłopakiem, którego ponoć kochała, a który… według wszystkich… nie zasługiwał na nią.
Skoro tak, była więc pełnowartościową kobietą.
- Piękną i wartościową kobietą! – powtórzyła sobie w duchu, nabierając śmiałości.
Miała prawo do zabawy.
Miała prawo poszukać sobie następnego… godnego… jej samej.
Czarna, idealnie dopasowana sukienka, odsłaniająca spory dekolt i eksponująca kształtne piersi sprawiała, że czuła wręcz na sobie spojrzenia wszystkich facetów dookoła.
Schlebiało jej to, choć…
… czemu ten jeden przeklęty drań…?!
Odwróciła lekko głowę, niby to od niechcenia, wzniecając przy okazji burzę ciemnych włosów.
Wiedziała, jak to na nich działa.
… ten jednak nie poruszył się nawet, wciąż wpatrując tępo w koniec sali, znad kufla piwa.
- Czemu ty… - wysyczała, wiedząc, że i tak nie może jej usłyszeć. Nie chciała nawet, by słyszał - … czemu nie zwracasz na mnie uwagi?! Wystroiłam się dla ciebie, ta przeklęta sukienka, to całe poświęcenie, znoszenie spojrzeń wszystkich napalonych facetów, samotna kobieta na imprezie… daję ci szansę, ty durniu! Podejdź! Zrób ten pierwszy krok, zagaj rozmowę, poproś do tańca…
… co ci się we mnie nie podoba?! W czym jestem… nieodpowiednia? Brzydka? Gruba? Niezgrabna?
Czemu… czemu jesteś tak nieobecny, błądzisz gdzieś wzrokiem, gdy jednocześnie tyle razy prawie czułam twoje spojrzenie na sobie… czemu nie możesz zrobić tych kilku kroków i podejść do mnie… jedyna moja miłości?! Wiem, że zostawiłeś tamtą, wiem, jak nisko upadłeś, popadając w alkoholizm, ale…
… ja chcę spróbować. Spróbować mimo tego, a może właśnie… dlatego.
Bo wiem, że możesz być moim ideałem.
Musisz być!
On jednak nie spoglądał…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

- Piiijemy za leeebszy czasss…. – zaintonował tubalnym, dość już bełkotliwym głosem Dawid, przystojny szatyn, chwiejąc się na krześle. Tadeusz uniósł dłoń, aby lekkim klepnięciem posłać do niedawna raczej „usztywnionego” pod względem manier i zachowania kumpla z klasy pod stół, ale Krzysztof, postawny brunet o szarych oczach, uspokoił porywczego właściciela Camaro:
- Spokojnie, Tadziu. Jak się bawić, to się bawić, matura zdana… mat-inf bawi się i basta - z aptekarską dokładnością nalał Dawidowi pół kieliszka Finlandii, po czym dopełnił Spritem, i przyłożył przepołowioną limetą, by następnie wręczyć kumplowi - … twoje zdrowie, Dawiś.
Dawid uśmiechnął się szeroko, po czym kilka razy wstrząsnął kieliszkiem, kończąc proces tworzenia drinka, i szybkim ruchem wypił zawartość.
Uśmiech na jego twarzy powiększył się jeszcze bardziej.
- To jeest.. przepysznościow…
Delikatnie osunął się pod stół, z błogim uśmieszkiem nie schodzącym z ust.
- Ale Sajgon. – sarknął Tadeusz.
- Jak i sama nazwa drinka wskazuje. – przytaknął większy z klasowych Marcinów, pijąc z Krzysiem kolejną kolejkę…

Adam wypuścił ustami obłok dymu, by zaraz potem ponownie zaciągnąć się trzymanym w dłoni skrętem.
- Bunkry są… hy-hy? – roześmiał się asystujący mu, całkowicie trzeźwy, Sebastian.
- Oj, spier**laj, Sebciu – jęknął Adam – Weź idź się nawalić, nadupczyć, najarać, cokolwiek… ale daj się człowieku kur*a cieszyć wreszcie zdaną maturą! Ja dobrze napisałem, ja, który opierda**łem się całe LO… czy ceną za to jest twoje towarzystwo, uniemożliwiające mi schill’out’owanie się? Daj żyć!
- Oj no… spokojnie, Adaśko! – usprawiedliwił się Sebastian – Ale ja… no nie piję, nie palę… narkotyku też do ust nie wezmę, więc wiesz…
- Rwij coś, Sebciu, rwij! – wymruczał z rozkoszą Adam, przyglądając się tłumowi dziewczyn – Choćby i na Golfa, powiedz, że jeździsz na przełęczy, masz Golfa Syncro w benzynie, bez gazu…
- Żarty żartami – przerwał mu Błażej, który na moment zostawił nawet swoją Karolinę, by przyłączyć się do tej z pozoru durnej rozmowy Sebastiana ze zjaranym już Adamem – Ale skoro matura z głowy, mamy tyle czasu wolnego… czas chyba na jakieś wielkie zawody. Starcie potęg touge, wyjaśnienie, kto tu w końcu jest… no wiecie… „da men”…
- Wystartujesz, Błażejko? – rzucił Andrzej, wywijający nieopodal na parkiecie jakąś wyjątkowo skąpo odzianą dziewczyną. Pomimo swego nieco „luzackiego”, żeby nie powiedzieć: „niedorosłego” języka, przeszło dwumetrowy król parkietu, jakim niewątpliwie był Andrzej, budził respekt – Dawno cię nie widziałem na traskach…
- Ja już nie – mruknął właściciel MR2 – Ale znam chyba kogoś, kto by to zrobił. Kto to powinien… kto to musi zrobić. – słowo „musi” zaakcentował z wyjątkową twardością w głosie.
- Kogo? – dołączył się do dyskusji Michał, jak zwykle trzymający klasę i względną (w porównaniu do reszty imprezowiczów) trzeźwość – Niewielu kierowców przełęczy w naszej… nomen-omen odchodzącej już klasie pozostało…
- Zobaczysz – odparł z lekka cynicznym uśmieszkiem Błażej, po czym zawołał w kierunku drugiego końca sali, i tamtejszych sof:
- Mat! Mroczny ty nasz szefie wszystkich szefów, ponura figuro przyprawiająca wszystkich o przygnębienie… chodź no tutaj…
Tłum zafalował, zaskoczony zaczepką. W budynku zapadła cisza, zakłócana tylko przez walącą z głośników muzykę.
- Czego chcesz, Błaż? – odparł zimny, pozbawiony uczuć głos. Ludzie rozstąpili się, ujawniając sunącego w kierunku dyskutantów bruneta w czarnej marynarce i białej, wyszywanej srebrną nicią koszuli w kwiaty. Nieco zmierzwione włosy i widniejąca na prawym policzku blizna były w jego przypadku na porządku dziennym.
Dziwny spokój i obojętność wobec Błażejowej zaczepki, trudny do określenia „śmiertelny uśmiech” na ustach i rozszerzone źrenice, ukazujące nienaturalnie wielkie, blade, zielone tęczówki – już nie.
- Znowu ćpa te prochy. – pomyślał momentalnie Błażej, po czym odezwał się:
- Lud oczekuje widowiska… niegdyś poprzysięgłeś zemstę niejakiemu Robertowi… czas chyba najwyższy, skoro jesteśmy po maturze i w ogóle, żebyś… no wiesz… spełnił to, o czym mówiłeś. Wyzwał go.
Mat milczał. Czyżby to miało być… tak niedaleko?
- Planujemy zorganizować wielkie zawody w touge… zlot wszystkich fanów i fanatyków, wyścigi i pojedynki połączone z ogromną imprezą. Największa tego typu… ehm… impreza tego roku, a kto wie… może nawet największa impreza wyścigowa, jaką powiat widział. Idealna okazja, żeby wyzwać Robercika… nie sądzisz?
- Sądzę. – odparł bez emocji Mateusz – Niech tak będzie. Ustalcie termin i miejsce, jutro wysyłam wyzwanie…
Może... – odezwał się głos gdzieś w jego duszy – Może jeśli zrobię to szybko, nie pojawiając się przecież na tamtej części przełęczy… uniknę … mogę uniknąć… przeznacz…
- Miejscówka! – wypalił nagle Sebastian – Mam znakomitego pomysła! Kojarzycie wielkie boisko piłkarskie, połączone z betonowym amfiteatrem, tam, w Istebnej? Mawiają na to „Amfiteatr Pod Skocznią”, bo niegdyś rzeczywiście była tam skocznia narciarska… świetnie miejsce na tego typu imprezę, a mój tatko zna gościa, co to wynajmuje… nie będzie z tym problemu, zrobi się tanie wejściówki…
- Wybacz, Sebastianie, ale jak chcesz się ścigać… - zaczął grzecznie Michał, ale przerwał mu Adam.
- Zajeb*ty pomysł, Sebciu! Wiesz jak, Michał? Przez całą Przełęcz Kubalonka… ten Amfiteatr leży praktycznie na końcu tejże, startując spod niego w kierunku Wisły lecisz 941’dynką przez śpiącą już wtedy dziurę, zwaną bodajże Andziołówka, droga coraz bardziej się wije i pnie, przez Słowaczonkę, w okolicy której ukrywali się ci porywacze… od tamtego momentu zaczyna się już prawdziwa Przełęcz, jakieś dwa kilometry dość krętej drogi w stromym uphill aż do Szczytu… a stamtąd już wiemy, jak, tą słynniejszą częścią Serpentyn do standardowej linii mety. Tak jak powiedziałem, zamiast zwykłej połówki, można lecieć przez całą Przełęcz Kubalonka… co wy na to?
- Idealnie! – rzucił gdzieś od parkietu Andrzej.
- Zaje*iście – przyklasnął pomysłowi Błażej.
- No… hy-hy… to dopiero będzie widowisko! – ucieszył się Sebastian, zadowolony, że jego pomysł się przyjął.
- Factum est. – wyszeptał na wpół oszalały Mateusz, po czym dokończył w myśli:
- I ty… ty, naiwny, chciałeś uciec fatum? Uciec… przeznaczeniu?!
- Co mówisz? – zapytał Błażej.
- Nic nic – odparł głucho Mat – Zgadzam się. Przygotujcie to tak, jak mówicie… podejmę wyzwanie.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

W rytm ostatnich dźwięków piosenki wyprowadził partnerkę z piruetu, wykorzystując jeszcze okazję, by wyczuć palcami jej figurę.
Nie była zła. Kształtna, zgrabna… brązowe oczy, pełne usta, średniej długości włosy…
… nie była zła, ale zdecydowanie nie była na tyle dobra, żeby go zadowolić.
Dziewczyna zamiotła biodrami, puszczając mu zalotne, niedwuznaczne spojrzenie.
Skłonił się lekko, odprowadził ją do stolika, po czym bez skrupułów oddalił się, w poszukiwaniu następnej okazji.
Po maturze miał pełne prawo się rozerwać, i zamierzał to zrobić, ale…
Był jednym z najprzystojniejszych, najbardziej atrakcyjnych i pożądanych facetów na tej sali.
Ba, jego niebieski wóz, świetne umiejętności i dziesiątki pokonanych przeciwników na przełęczach powiatów same sprawiały, że gdzie tylko by się nie pojawił, sprowadzał na siebie wzrok wszystkich laseczek.
„To on! Ten słodki, odważny, niesamowity chłopak”.
Nazywał się Benedykt, i jak już wspominał, zamierzał się dzisiaj rozerwać.
Należało mu się. Za maturę. Za pokonanie Błażeja i tych wszystkich frajerów.
Za odrzucenie przez Małgorzatę, za wyśmianie przez Iwonę.
To było kiedyś. Teraz było teraz.
Nie wykorzystał okazji, i nie oddalił się w ustronne miejsce z tamtą laską, bo…
… bo zasługiwał na kogoś lepszego. Znacznie lepszego.
Nawet na tą jedną noc.
Spojrzał w prawo, wiedziony naturalnym instynktem, i zawiesił wzrok na drobnej brunetce.
Uśmiechnął się.
Kojarzył tą dziewczynę.
Magda, przyjaciółka Karoliny i… Iwony.
- No no no – pomyślał, poprawiając kołnierzyk hawajskiej koszuli – Chyba znalazłeś, kogo szukałeś, Beniu.
Postąpił dwa kroki, zatrzymując się u jej stolika, po czym skłonił głęboko i przybrał najbardziej słodki i rozbrajający wyraz twarzy, jaki potrafił.
To zawsze działało.
- Można prosić? – wyciągnął w jej kierunku dłoń…

Oszołomiona spojrzała na Benedykta, lekko niedowierzając.
Odkąd tylko przyszła, wszyscy faceci przyglądali się jej, ale żaden…
… żaden nie odważył się prosić.
- Czemu nie jesteś Jackiem?! – zapytała w myślach – Czemu zamiast człowieka, którego pokochałam, nie zamieniwszy z nim choćby słowa, do tańca chce mnie porwać były… i obecny ukochany Iwony?!
Czemu…
… ale z drugiej strony…
… spojrzała jeszcze raz w kierunku stolika, przy którym siedział Jacek.
Nawet nie zwrócił na nią uwagi, wciąż wpatrzony tępo w ścianę.
- Nie będę siedziała całej imprezy jak jakaś gorsza! – pomyślała, wzburzona jego obojętnością – Skoro sam Benedykt prosi… Iwona nie będzie chyba miała nic przeciwko, jeśli…
- Można – odparła, ujmując jego dłoń, i dając się lekkim, wprawnym ruchem wyciągnąć na środek parkietu.
Poczuła jego delikatną acz stanowczą dłoń w okolicach krzyża, po czym odpłynęła we wprawnym, szybkim piruecie.
Może i był chłopakiem, którego kochała jej najlepsza przyjaciółka, ale…
… jak on bosko tańczy…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Własna obojętność zaczynała go przerażać.
Wygodna kanapa, zimny, musujący napój, działający Leworfanol i perwersyjna radość z obserwowania, jak w każdym z jego znajomych, w tej całej masie ludzkiej ujawniają się podstawowe instynkty sprawiły, że spełniające się przeznaczenie… nie interesowało go już zbytnio.
Skoro ludzie byli tak prości, tak bardzo… zwierzęcy… skoro wszystkie pobudki i pragnienia, sprowadzały się do pożądania i popędu, najniższych żądz… jaka była wartość takiego życia?
Nie przystaję do tego, a może…
… może właśnie sam taki jestem?
Na ile czysta była moja miłość, czy rzeczywiście kochałem Alicję… bezinteresownie?
Platonicznie?
- Jakie to w ogóle ma teraz znaczenie?! – uciął własne rozmyślania, i podniósł wzrok, wiedziony przeczuciem.
Wysmukła dłoń z gładką jak alabaster skórą, wyciągnięta była prosto w jego kierunku.
- Na parkiet, Mat – usłyszał łagodny, acz stanowczy głos – Chyba nie powiesz mi, że przesiedzisz tutaj całą imprezę. To było by patetyczne.
- Jestem patetyczny, Karolino – z lubością spojrzał prosto w jej szare oczy, napawając się pięknymi, klasycznymi rysami twarzy. Nie wierzył w obiektywizm, ale jeśli kiedykolwiek był bliski uznania obiektywnego ideału piękna, to było to właśnie w jej przypadku.
Długie, ciemnobrązowe, mieniące się w świetle złotem włosy, układające naturalnie w leciutkie fale spinała urokliwa, dziewczęca kokarda. Idealną sylwetkę modelki opinała krótka, błękitna sukienka, eksponująca dodatkowo niezwykle zgrabne, długie nogi. Dekolt, iście łabędzie piersi, zdobił prosty, srebrny naszyjnik z niewielkim akwamarynem, całości obrazu dopełniał zaś delikatny makijaż, podkreślający niesamowite oczy.
I nawet on, uważający się za estetę, nawet pomimo swej obłąkańczej wręcz miłości do Alicji musiał to stwierdzić…
… Karolina była najpiękniejszą kobietą, jaką znał.
… na dodatek zajętą, co skutecznie ostudziło by wszelkie zamiary i chęci do choćby jednego wolnego kawałka na parkiecie.
Niejako sam uratował jej i Błażeja uczucie.
Przyjęcie „oferty” było by zwykłym draństwem, a na dodatek…
… nie tańczył.
- Dziękuję za propozycję – skłonił się dworsko, unosząc z kanapy – Ale, jakkolwiek serce aż się do tego rwie, dusza, umysł i cała reszta bardziej materialnych części mego człowieczeństwa nie pozwalają. Nie jest to, broń mnie Bóg, despekt dla ciebie, czuję się zaszczycony, ale…
- Oj, nie pier**l, Mateusz – roześmiała się przyjacielsko – Mi się nie odmawia, tobie zwłaszcza nie odpuszczę… ale zanim to nastąpi… swoim wywodem obudziłeś we mnie pragnienie dyskusji na poziomie wyższym niż właściwe dla tej nocy „piwo, fajki, seks i bajer z lansem”. Pozwolisz dotrzymać sobie towarzystwa?
Uśmiechnął się.
- Z przyjemnością.
Przysiadła się tuż obok, moszcząc sobie miejsce na kanapie. Jego zmysł powonienia momentalnie wyczuł delikatny, nieco słodkawy zapach perfum.
Była mistrzynią stylu.
- Instynkty wyzwolone, co? – rzuciła z nutą ironii w głosie, spoglądając na tłum.
- Atawizm – odrzekł – In vino veritas… burza emocji, potęga pożądania, wszystko wzmocnione i uwolnione przez alkohol i prochy.
- Alkohol i prochy nie powodują aż takiej… rozpusty.
Przytaknął.
- Matura – mruknął – Rok, a w wielu przypadkach nawet więcej niż rok stresu. Ciągłego lęku… o przyszłość. Teraz, post factum, to musiało znaleźć ujście. Właśnie w tych dzikich żądzach, w sposób tak zwierzęcy, a jednocześnie… bardzo ludzki.
- Nie potępiasz ich?
- Nie potępiam… Jestem daleki od potępiania kogokolwiek. Zawsze byłem. Dopóki oni nie szkodzą nikomu poza nimi samymi… dopóki na wszelkie szaleństwa jest przyzwolenie drugiej strony, choćby wynikało z otumanionego używkami umysłu… czemu miałbym potępiać?
- Oni nie mogą myśleć racjonalnie. Jako ścisłowiec powinieneś chyba wiedzieć, że promile we krwi i substancje narkotyczne skutecznie uniemożliwiają podejmowanie logicznych i przemyślanych decyzji…
- Właśnie, Karolino. Przemyślanych. Logicznych i racjonalnych. To, co widzimy… to, co możemy obserwować, nie powstrzymując się od cynizmu… to właśnie „właściwe” reakcje tych wszystkich ludzi. Tak zachowywali by się wobec siebie, tak działali, tego pragnęli, gdyby nie rozsądek, normy społeczne, wychowanie… religia. Teraz, gdy wszelkie ograniczenia zostały zdjęte, przez używki lub nawet zwykłe żądze i pragnienia, opadający stres i adrenalinę po egzaminie… oto ludzie. Prawdziwi ludzie.
Uśmiechnęła się ze zrozumieniem.
- Tak naprawdę… szczerze i między nami… nie znosisz ludzi?
- Tak naprawdę, szczerze i między nami… masz rację. Nie znoszę. Ale nie potępiam.
Spojrzeli przed siebie, prosto w roztańczony, bijący wręcz ciepłem, gęstą, przepoconą atmosferą, tłum.
- Odważnie. – mruknęła Karolina, lekkim ruchem podbródka wskazując na jedną z par.
Zmrużył oczy, wpatrując się w półmrok…

Nie było już między nimi żadnego dystansu.
Wyczuwał ją całym ciałem, jego dłoń gładko przesunęła się na jej kształtne pośladki. Satyna czarnej sukienki, tak miła w dotyku, zaczynała mu powoli przeszkadzać.
- Taak – pomyślał, czując jej słodkie perfumy, które łącząc się z ciepłotą ciała wściekle atakowały jego nozdrza zapachem… pożądania – To jest dziewczyna dla mnie.
Nachylił się jeszcze bliżej jej twarzy, zaglądając prosto w przymrużone, intensywnie szare oczy…

- On jest taki… - myślała gorączkowo, szukając usprawiedliwienia dla tego, co chciała właśnie zrobić - … taki męski, taki… pewny siebie… taki przystojny, śliczny…
… skoro Jacek nawet nie zwrócił na mnie uwagi… wystroiłam się dla niego, rozstałam… dla niego… a on wolał wpatrywać w ścianę…
… mam prawo rozerwać się dziś z kim chcę! Nawet z Benedyktem, skoro on…
… Iwona i tak nie ma na to wpływu, a ja…
… chcę tego!
Czuła pod palcami jego rozbudowane mięśnie klatki piersiowej, napięte jak u atlety.
- Jeden z największych przystojniaków odchodzącego rocznika Osucha – pomyślała jeszcze, składając wargi do pocałunku – I z całej sali leci… na mnie.
Schlebiało jej to.

Tylko na to czekał.
Wpił się jej w usta, nie przejmując konwenansami.
Tej nocy, żadne konwenanse nie istniały.
Przycisnął ją jeszcze mocniej do siebie, czując, jak spory biust pod obcisłą suknią faluje, w takt głębokiego westchnienia.
Wiedział, że jest w tym dobry.
Wiedział, że jest na idealnej drodze do…
… w każdym razie, pokonał kolejny krok…
… miał do tego przecież pełne prawo!

- Rzeczywiście, odważnie. – parsknął Mat – Zabrzmi to idiotycznie, ale Iww nie będzie zadowolona.
- Iww siedzi teraz pewnie w jakimś ustronnym miejscu, i obserwując tę parkę zalewa się w trupa.
- Dalej kocha Bena? – zdziwił się – Myślałem, że to… wybacz… zwykła, kobieca zazdrość.
Karolina wzruszyła ramionami.
- Skoro Magda bez skrupułów obmacuje i liże się z Benkiem – mruknęła – To jej afekt do Jacka również musiał zostać odstawiony na boczny tor.
- Ona… podkochiwała się w Jacku?!
- Dalej się podkochuje, ale tej nocy najwidoczniej straciła do tego nerwy. Jutro wróci płacz… ale dziś… niech się bawi. Tak jak ty, nie potępiam… no i właśnie, dochodzimy do sedna. Skoro nie potępiasz innych – rzuciła – To czemu sam nie… również wybacz… nie pójdziesz na parkiet, i nie zrobisz tego samego, co wszyscy? Upijesz się, znajdziesz jakąś ślicznotkę i…
- Nie. – przerwał jej – Ja… to i tak bez sensu.
- Bez sensu… bo co? To idiotyzm, Mat. Niczego ci przecież nie brakuje, więc…
- Ja zginę, Karolino. W ciągu najbliższych tygodni. Nie uważam za stosowne zostawiania po sobie złamanych serc.
Zamilkła, całkowicie zaskoczona.
- Co… za przeproszeniem, co ty pieprzysz, Mateuszu?!
- Przeznaczenie – odparł bez emocji – Moje właśnie się wypełnia, wszystkie śnione elementy zaczynają układać się w jedną, realistyczną całość. I nie, nie zaprzeczaj, że przeznaczenie nie istnieje, a oniryczne wizje to bujdy. Doskonale pamiętam z naszych dawniejszych rozmów, grubo ponad rok temu, że również w nie wierzysz. Wtedy się z tobą nie zgadzałem, teraz… wierzę w fatum.
- „Nie wierzę w los, który spada na ludzi jakkolwiek by działali. Ale wierzę w przeznaczenie, które ich dotyka, jeżeli nie czynią nic.”. Chesterton. – spojrzała mu prosto w oczy, cytując. – Zawsze jest sposób na uniknięcie nieuniknionego, Mat.
- Niby jaki? – mruknął, ponownie obserwując tłum – Ach tak… ja widziałem jeden. Ten sposób śpi teraz pewnie snem sprawiedliwej, marząc o swym przeznaczonym. O przeznaczonym, którym nie jestem ja, niestety… gdyż, jak się okazało, los jest silniejszy. I nie daje się, ot tak po prostu, uniknąć.
- Na jednej Alicji świat się nie kończy – rzuciła karcąco – Znajdź sobie nową ukochaną…
Wpatrywał się w dziewczynę, której partnerem w tym kawałku był akurat Błażej, chłopak Karoliny. Kwiecista suknia wirowała przecudnie w eleganckim, czystym obrocie, kobieta znakomicie tańczyła.
I była piękna. Bardzo piękna.
Znał tą dziewczynę.
Po raz czwarty w swoim życiu poczuł w sercu to… przedziwne uczucie.
Jak wtedy, na Nordschleife, a potem na sali tanecznej w Nurburg, a wreszcie w pojedynku na Zameczku…
… poczuł fascynację.
Natalia.
Ale to… bez znaczenia.
- Moja miłość – odrzekł, zwracając wzrok ponownie na swoją rozmówczynię – Jest już przegrana. Utracona… na zawsze. Jedyną… jedyną osobą, którą naprawdę kochałem, była Alicja. A człowiek… człowiek nigdy nie ma szans na powtórne, tak wielkie i prawdziwe… zakochanie. Więc, jak widzisz, i tak nie mam już po co… żyć.
- Brzmisz jak osiemdziesięcioletni, stetryczały wdowiec. – stwierdziła – Jesteś… do bólu patetyczny, Mat. W naszym wieku nie ma czegoś takiego jak czysta, całkowita i wieczna miłość, ba… coś takiego nie istnieje w praktyce… w ogóle.
Nie dowierzał temu, co słyszy.
Nie z jej ust.
- Wszystkie piękne słowa, które wypowiadało, wypowiada i będzie wypowiadać każde z nas, w obliczu „tego jedynego”, „tej jedynej”, „prawdziwej miłości”, „miłości życia”… to zwykłe poczucie chwili. Wszelkie związki, nawet te najpiękniejsze, w końcu się rozpadną… tak, owszem, istnieje niewielka szansa na ich przetrwanie aż do śmierci… dla mnie, jako humanistki, teoretycznie ma ona znaczenie. Ty jednak ze zwyczajnego rachunku prawdopodobieństwa wiesz, że ta „szansa” jest praktycznie pomijalna. W granicach… błędu statystycznego.
- Więc… tak samo jest między tobą i Błażejem? Piękne słowa, wieczna miłość… to mit?
Przytaknęła.
- Widzisz, Mateuszu… nie uznaj mnie proszę za zdzirę, za zdradliwą sukę… to nie jest tak, jak ci się pewnie w tej chwili wydaje. Ja go kocham, ale… już teraz widzę, że gdy wreszcie jesteśmy razem… uczucie zaczęło jakby… powszednieć. Stawać się prozaiczne i… zwykłe. Dopóki walczyliśmy o nie, dopóki pragnęliśmy tylko siebie samych, było to czyste i najważniejsze… ale gdy już jesteśmy razem… związek traci całą tą… magię. Magię, którą jak sam dobrze wiesz, tak ukochałam w moim życiu. I wybacz, że to powiem… tak samo, jak ze mną i Błażejem, było by zapewne z tobą i Alicją. To, co płonie wielkim ogniem, wypala się najszybciej.
- Może. – odparł.
Zamilkli na dłuższą chwilę, pogrążając się w przemyśleniach.
- Pozwól na jeszcze jedno, osobiste pytanie, Caroline.
- Pytaj, Mat.
- Czy ty… jesteś nieszczęśliwa, że związałaś się z Błażejem… że dla niego porzuciłaś swoje poprzednie życie, że… zmieniłaś się?
Pokręciła przecząco głową, uśmiechając się ciepło.
- Jestem szczęśliwa, Mateuszu. I nawet nie wiesz jak cieszę się, że dzięki Błażejowi… a raczej dla Błażeja udało mi się stać lepszym człowiekiem.
Zrobiła krótką pauzę, po czym dodała:
- Miłość to potężna siła sprawcza, prawda. Potrafi odmienić człowieka całkowicie, czy to na gorsze, czy… jak mam nadzieję jest w moim przypadku… na lepsze, ale jak każde uczucie… w końcu przygasa. Nie chce rozstania z Błażejem, ale… czuję w głębi serca, że kiedyś… im później tym lepiej, ale jednak nieuchronnie… to rozstanie nastąpi. Jak wspominałam, rachunek prawdopodobieństwa działa wbrew zakochanym, Mateuszu. Wiem to nawet jako humanistka…
- Wierzę w was.
- Ja też, ale… przyznaj szczerze – uniosła mu podbródek, tak aby spoglądał jej prosto w oczy – Ty też… też czujesz, że to się rozpadnie, prawda?
- Prawda.
Uśmiechnęła się blado.
- … ale dopóki trwa – dodał – Niechaj trwa… dla waszego szczęścia.
- Niech trwa. – przytaknęła.
Obok nich, w kierunku ustronnych pokoi, przeszedł Benedykt, wiodąc za rękę Magdę.
- Upadek społeczeństwa. – mruknęła Karolina, wracając na ziemię – Ale… jak już wspominaliśmy… co w tym złego?
- Unleashed – odparł – Ale… żałować nie będą teraz.
- Albo i będą – rzuciła jeszcze, spoglądając w kierunku stolika, przy którym siedział samotny, wiodący oczami za wychodzącą Magdą Jacek – Wiesz… natchnąłeś mnie właśnie, żebym choć odrobinę odpłaciła światu za całe dobro, które otrzymałam. Ale zanim to wprowadzę w życie… Koniec filozofii na tę noc, Mat… jeden taniec.
- I tak zginę. Nie wpłyniesz na przeznaczenie, biorąc lekomana na parkiet. – sarknął.
- Nie wpłynę. – roześmiała się, praktycznie wypychając go z sofy, i momentalnie przejmując prowadzenie w tańcu – Ale będę miała okazję powiedzieć ci coś, czego zanegować nie będziesz w stanie.
- Słucham z niecierpliwością… w zaświatach, jakiekolwiek one są, dyskusji z całą pewnością będzie mi brakować. – odwzajemnił uśmiech, wprowadzając ją w obrót. Z zadowoleniem stwierdził, że choć nie tańczył od dawna, nadal nie jest w tym jeszcze taki zły.
Wyśmianie faktu, że jego los jest przesądzony, przyniosło chwilową ulgę.
- „Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym z nich jesteś… ty”. – ponownie zacytowała.
Zamarł.
- Wiesz, czyje to słowa? – zapytała, zwalniając nieco tempo, i przechodząc w krok odpoczywający.
- Wiem – odparł głucho.
Po Tamtej nocy z soboty na niedzielę, po Tamtej pustułce i Tamtej Yennefer… nie mógł by zapomnieć.
Cytat niósł nadzieję.
On w nią jednak nie wierzył.
Już nie…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

- So by tu jeżdże sssrobić? – rzucił Marcin, patrząc znad stolika – Ropimy pszeeerwe… kiilka minutek na odechnięcie… so pszes ten czaz, cooo?
- Iziemy się ponawalać z Sebcia. – odrzekł mu nieco bardziej „kontaktujący” ze światem Tadeusz – Ja pojeszdżam mu od dresa z Golfa, a ty od zamotnego maczo…
- Nic z tego, chłopaki. – zgasił ich na odchodnym Krzysztof, ruszając w tan – Spójrzcie na parkiet…
Unieśli głowy, i wytrzeszczyli oczy ze zdumienia.
Sebastian tańczył bowiem w najlepsze.
Z dziewczyną.
Bardzo ładną dziewczyną.
I co najmniej zadowoloną z faktu, że tańczy z Sebastianem, dziewczyną.
- Oż kufa. – jęknął Tadek.
- Pszejepane – przytaknął Marcin – Aaale, braaawo Sebciu!

Obraz Magdy, wychodzącej z sali z Benedyktem, w celu doskonale Jackowi wiadomym, był ostatecznym kamieniem na jego głowę.
Nalał setkę wódki, po czym wrzucił ją do pełnego piwa kufla, i sięgnął po trunek, z jednym tylko pragnieniem.
Zniknięcia z tej cholernej rzeczywistości.
- Wstrzymaj się, stary. – usłyszał znajomy głos.
- Czego, kur*a? – warknął, spoglądając na przysiadającego się do jego stolika Błażeja i jego dziewczynę, Karolinę – Zostaw mnie w spokoju… z całym szacunkiem dla twojej dziewczyny. – skłonił się piękności, siedzącej teraz naprzeciw niego.
- Boli cię fakt, że ta śliczna brunetka puściła się z Beniem, a nie z tobą, co? – sarknął Błażej. Zaraz jednak skrzywił się z bólu, dźgnięty ostrzegawczo w bok przez Karolinę.
- A nawet jeśli – syknął Jacek, zdziwiony, skąd Błażej wie – To co ci, kut**ie, do tego?!
- Magda cię kocha – stwierdziła bez ogródek Karolina. Czuła, że musi mu to powiedzieć. Zrobić coś… dobrego. – Przyszła tu dla ciebie, Jacku.
- S…słucham?! – nie dowierzał.
- Czekała na twój pierwszy krok. Obserwowała, starała zwrócić na siebie twoją uwagę, ale ty…
- Przecież spoglądałem na nią non-stop! – jęknął Jack – Przecież…
- Oboje na siebie spoglądaliście. Tylko nigdy nie jednocześnie, bo jesteście… zbyt nieśmiali.
- Czemu… czemu ona nie… nie podeszła.
- Co z ciebie za facet?! – parsknął cynicznym śmiechem Błażej – Od kiedy to kobieta pierwsza podchodzi do mężczyzny?
- Czekała na twój pierwszy krok. – przytaknęła Karolina – Czekała na niego… od twojego rozstania z Moniką, po wyścigu z Błażejem właśnie… dla tego uczucia rzuciła nawet swojego poprzedniego chłopaka…
- Nawet jeśli tak jest – wyjęczał Jacek – To i tak już za późno. Poszła z Benedyktem, który teraz swoimi paskudnymi łapskami… - schwycił kufel, i podniósł do ust.
Nie mógł tego znieść.
- Nie bądź frajerem, Jack! – warknął Błażej – Mówię to jako kumpel… nie bądź kolejny raz frajerem!
- To co ja mam innego zrobić?!
- Walczyć o nią, ty idioto! Tak jak ja walczyłem o Karolinę… poddajesz się przy pierwszej przeciwności? Ciota!
Zaniemówił.
Nie wiedział już, czy ma wierzyć we własne… szczęście?
Pecha?!
Złowił spojrzenie Karoliny.
Choć zawsze miał tą dziewczynę za samolubną, zimną sukę, tym razem w jej oczach była… szczerość.
Rzeczywiście chcieli mi pomóc?!
- Zaryzykuj, Jacku – powiedziała – Chociaż ten jeden, ostatni raz…
Postanowił.
- Wezmę się w garść – pomyślał, obalając kufel. Piwo wyciekło na stół, spływając na i tak już ociekającą alkoholem podłogę – Raz jeden… spróbuję szczęścia… pójdę do niej, gdy tylko wróci…

- Wielkie zawody, powiadasz?
- No, najświeższy news! Sam przed momentem słyszałem, jak Błażej z MR2, Michał z Eclipse i Adam z Prelude… ten, co lata na S1, to ustalali… ponoć walczyć mają sami Robert z Istebnej, ze srebrnej Supry Mk.3 i Mateusz…
- Ten Mateusz? Ten, który… no wiesz… mawia się, że on…
- Ześwirował. Taa, tak to wygląda, od kilku tygodni… ale prowadzi pewnie nawet jeszcze lepiej. Obejrzeć jego niepokonanego dotychczas Skyline’a GT-R w akcji…
- To będzie walka!!

- No. Miło było. – uśmiechnął się, na myśl o tym, co przed chwilą zrobili – Jesteś w tym świetna… Magda, tak?
- Taak… - zawahała się. Czemu ma nawet problemy z przypomnieniem sobie mojego imienia?
- Diablo miło mi było poznać… super laska z ciebie, zapewniłaś mi tego wieczora wspaniałe wrażenia… wpadnij kiedyś popatrzeć, jak karam tych frajerów na przełęczach… może się nawet przejedziemy… powtórzymy to.
- Ale… - zająknęła się – Czekaj, Benek, to ty mnie…
- Co, maleńka? – rzucił – Coś jest nie tak?
- No… nie, ale… wracamy na parkiet?
- Wiesz, jak już wspomniałem, miło było… ale sama widzisz, tyle tu jeszcze osób… dziewczyn, których nie znam… wierz mi, jesteś chyba najlepszą, z jaką miałem okazję to zrobić, twoja figura… wygimnastykowanie, delikatna skóra… aż do teraz mam dreszcze… ale wiesz chyba, że tu nie ma żadnych zobowiązań, no nie?
Milczała.
Nie dowierzała temu, co słyszy.
- No – uśmiechnął się ponownie, ujmując jej dłoń, i składając na niej pocałunek – To do następnego… ehm… razu, Magda…
Odwrócił się na pięcie.
I odszedł w głąb budynku, niknąc w tłumie.
Serce waliło jej jak oszalałe, ale podniecenie tym, co przed kilkoma minutami robiła jeszcze z Benedyktem…
… momentalnie uszło z niej całe powietrze, dotarło, w jak idiotycznej sytuacji się znalazła.
Nie dość, że Jacek, w którym się zakochała do szaleństwa, nie zamieniwszy z nim choćby słowa… jak kompletna idiotka, od pierwszego wejrzenia… nie odzywał się do niej, ba, nie zwracał nawet uwagi, to została jeszcze…
Została wykorzystana przez Benedykta, którego zawsze uważała za sympatycznego i dobrego chłopaka… do którego nic nie czuła i… nie czuje…
Dała się ponieść emocjom, dała się ponieść pożądaniu, zamknęli się w jednym z pokoi i oddali dzikiej żądzy… bosko całował, był nieziemskim wręcz kochankiem, marzeniem praktycznie każdej dziewczyny… wprawnym, delikatnym, doświadczonym…
- Głupia – powiedziała sama do siebie – Uwierzyłam, że mogę stworzyć związek z gościem, który zdarł ze mnie sukienkę, rozpiął stanik i zrzucił majtki, po czym najzwyczajniej w świecie przeruchał, jak zwykłą cizię, owszem, sprawiając ogrom przyjemności, ale teraz…
Ale teraz zupełnie mnie zignorował.
Jestem idiotką.
Jestem… żałosna.
Znowu… znowu cierpię przez tych cholernych mężczyzn, co ja im takiego… co ja im zrobiłam, czym sobie zasłużyłam…
Odwróciła się na pięcie, poprawiła wygniecioną sukienkę, zakryła wychodzący spod niej czarny stanik, po czym ledwie powstrzymując się od płaczu, ruszyła do drzwi wyjściowych.
Nie dotarła tam jednak.
Poczuła delikatny dotyk, ktoś schwycił ją za rękę.
Odwróciła się gwałtownie, zaskoczona.
Ciemny brunet o nażelowanych, zmierzwionych włosach ukłonił się jej głęboko, po czym spojrzał prosto w oczy i stwierdził nieśmiało:
- Czy… czy mogę prosić… do tańca?
Przytaknęła, bez słowa.
Jacek…

Pierwszy taniec, szybki, dyskotekowy kawałek, tańczyli w oddaleniu, niepewne jedno drugiego.
W drugim, wymagającym pewnego i wprawnego prowadzenia partnera, odważył się ponownie wziąć ją za rękę.
Okazał się znakomitym tancerzem.
To, co na parkiecie pokazał Benedykt, bledło wobec umiejętności Jacka. Delikatne, płynne przejścia z klasycznej „ramy” do obrotów i zawinięć, bezproblemowe zmiany tempa wraz z muzyką, i idealna wręcz synchronizacja.
Czuła się… pewnie.
Czuła się dokładnie tak, jak chciała się czuć. Jak marzyła, gdy śniła o tańcu z nim.
Uśmiechał się niepewnie. Odpowiadała na to takim samym, niepewnym uśmiechem.
Przetańczyli kilka kawałków, nie odzywając choćby słowem.
Z głośników zaczęły sączyć się nuty „Hallelujach” Leonarda Cohena, w wykonaniu Jeffa Buckleya.
Tego było im trzeba.
Powolne, łagodne tempo piosenki, delikatny głos wokalisty, sprzyjały…
… nieprzypadkowo kawałki takie zwano „przytulankami”.
Zrobiła to, na co miała ochotę od samego początku.
Przysunęła się bliżej niego, i złożyła głowę na jego piersi.
Zareagował tak, jak… jak powinien.
Objął ją ostrożnie, i przytulił.
Kołysali się tak kilka minut, wciąż bez słowa.
Piosenka była jednak długa.
Byli za to wokaliście niewysłowienie wdzięczni.
W końcu, przemógł się.
Skoro miał ryzykować… nie uznawał półśrodków:
- Kocham cię, Magdo – wyszeptał – Kocham od pierwszego wejrzenia, i… ja… jestem skłonny… chciałbym zrobić wszystko… dla ciebie, żeby…
Przytuliła się jeszcze mocniej.
Wstrzymał oddech.
Nie uciekła.
- Też cię kocham, Jacku… odkąd tylko zobaczyłam…
Słowa uwięzły jej w gardle, zduszone nagłym wybuchem emocji. Zamilkła, i…
Rozpłakała się.
Zrobił to, co jako facet zrobić powinien.
Objął ją ostrożnie ramieniem, po czym ruszyli w kierunku wyjścia…

- Wychodzą – mruknęła Karolina.
- Nareszcie ta ciapa wzięła się w garść. – przytaknął Błażej. – Spełniłaś swój dobry uczynek, Caroline… wracamy na parkiet.
- Wracamy, Błaż… spłaciłam losowi … dług wdzięczności.
- Dług wdzięczności… za co?
- Za bycie z tobą…

Na zewnątrz było chłodno.
Księżyc w pełni rozświetlał parking pod budynkiem, gdzie rozgrywała się impreza.
Milczał, nie puszczając jednak jej dłoni. Podświadomie czuł, że ona tego potrzebuje.
Że zapewnia jej… bezpieczeństwo.
W końcu, odezwała się:
- Nie możemy być razem.
Nie spodziewał się tego.
Nim jednak załamał ręce i uciekł, zapytał tylko:
- Dlaczego… czemu nie chcesz… choć spróbować, skoro…
- Zbyt cię kocham, żeby pozwolić ci być z taką… dziwką jak ja.
- Czemu… Magda, dlaczego tak… nie mów tak o sobie, bo…
Spojrzała na niego, swoimi wielkimi, smutnymi, szarymi oczyma:
- Nie powiesz mi chyba, że chcesz być z dziewczyną, która kilkanaście minut wcześniej puściła się z pierwszym lepszym…
Było więc dokładnie tak, jak przewidywał w najgorszych wizjach.
- Benedykt… on z tobą… kochaliście się?
- Tak.
Więcej słów nie potrzebował.
Nigdy nie lubił tego cwaniaczkowatego Casanovy, teraz zaś…
… miał tylko powód, by go nienawidzić.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Była pewna, że po prostu odwróci się, i odejdzie.
Zagrała w otwarte karty. Nie będzie mogła mieć do niego żalu, gdy wiedząc o tym, co zrobiła, po prostu odejdzie.
Błagała los, żeby tak jednak nie było, żeby… żeby wybaczył jej to jedno szaleństwo.
Dał szansę…
Rzeczywistość przeszła jej najśmielsze oczekiwania.
- Czekaj tu… proszę. – rzucił tylko, odwracając się – Ja… daj mi choć… odpłacić temu draniowi w jedyny sposób, jaki wydaje mi się sensowny…
I nim zdążyła odpowiedzieć cokolwiek, wpadł ponownie do środka budynku…

Kierującą się w jego stronę rozwścieczoną postać początkowo uznał za alkoholowy omam.
- Oż kurde. – mruknął, rozpoznając w końcu Jacka.
Zachował resztki rozsądku, złożył pięści w gardę, i przygotował do wywalenia do niedawna kumplowi z klasy prosto w szczękę.
Wiedział, że lata na siłowni nie poszły w jego przypadku na marne.
- Ben! – ryknął Jacek – Ty zawszony, psi ch**u! Stawaj do walki, w tym…
Rozdzielono ich, nim do czegokolwiek doszło.
- Spokojnie, Jacuś. – zarechotał Benedykt – Czyżbyś wytrzeźwiał wreszcie, po kilku miesiącach delirium, i miał pretensje do całego świata?
- Zamknij mordę! Doskonale wiesz, o co chodzi, skur**synu! Jeśli myślisz, że pozwolę ci tak wykorzystywać kobiety… kobietę… kobietę, którą kocham, to się grubo faj*usie mylisz! Puszczajcie mnie!!
- Och och… o naszą drogą Madzię ci się rozchodzi… czyżbym uraził twoją męską dumę? Wierz mi, jeśli chodzi o seks, jest znakomita, i nie żałuję tego, co zrobiliśmy… ale nie, nie mam zamiaru masakrować ci twojej ślicznej buźki w czymś tak prostackim, jak bójka. Nie, Jack, jeśli chcesz komukolwiek coś udowadniać, zróbmy to po staremu…
- Co proponujesz? – warknął kierowca Integry Type R.
Ben doskonale wiedział, co powinien proponować.
Jacek, uznawany za najlepszego kierowcę FF w powiecie, był niezwykle łakomym kąskiem do jego listy pokonanych…
Zwłaszcza, że kilka miesięcy niejeżdżenia, związane z chlaniem na umór, na pewno odbiło się na jego umiejętnościach.
- Szykują nam się Wielkie Zawody, Jacusiu – sarknął – Tam każdy będzie mógł wyrównać rachunki, przy odpowiedniej publice, i na odpowiednio długiej i trudnej górskiej przełęczy… Mat wyzywa Roberta, czemu więc my nie mielibyśmy wyzwać siebie? Twoja ITR kontra mój WRX STi. Tylko o to, kto jest lepszy… udowodnienie, że Magda jest twoja, w gruncie rzeczy mnie nie obchodzi, ale owszem, możesz to uznać za rycerską walkę. Co ty na to?
Wszyscy dookoła zamilkli. Nawet DJ, fan touge, wyciszył muzykę.
- Przyjmuję. Podejmuję wyzwanie.
Zebrani zaryczeli, wiwatując…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Wyszedł na zewnątrz w nadziei, że ona będzie czekać.
Nie zawiódł się.
Objęła go, wtulając się w niego, i stwierdziła cicho:
- Słyszałam, co zrobiłeś… co masz zamiar zrobić… dla mnie. Nie musiałeś tego robić. Nie powinieneś nawet…
Mówiła szczerze.
- Muszę zemścić się na Benedykcie za to, co ci zrobił.
Nim zdążyła zaprzeczyć, stwierdzić, że to również jej wina, dodał:
- Nie… nie mów nic. W moich oczach jesteś… bez winy. Nie ważne, co…
Milczała, nie chcąc zniszczyć tej chwili.
W końcu jednak, zapytała:
- Po co… po co to robisz, Jacku?
- Kocham cię, Madziu. Mówiłem to już… i będę powtarzał zawsze, dopóki tylko pozwolisz. Muszę… muszę udowodnić, że zasługuję na odwzajemnienie tego uczucia… a nie potrafię, nie wiem nawet, jak zrobić to… w inny sposób, niż upokarzając Benedykta na drodze.
Uśmiechnęła się szeroko, najpiękniej, jak potrafiła.
Nie wierzyła własnemu, niczym niezasłużonemu, szczęściu.
- Czy… - zapytał nieśmiało - … czy jeśli uda mi się… jeśli zwyciężę… mogę liczyć, że zostaniemy… kimś więcej? Zbliżymy się do siebie, lub… gdybyś również tego pragnęła… zostaniemy razem?
- Nie – odparła.
Opuścił głowę, kolejny już tej nocy raz upadając na duchu.
Przytuliła się do niego, i dodała:
- Nie kiedy zwyciężysz… ja chcę być z tobą już teraz, głuptasie… pragnę tego tak samo, jak ty, a nawet… nawet bardziej. I żaden wyścig, żadne wyzwanie nie ma na to wpływu… chcę ciebie i tylko ciebie, nie zwycięstwa czy… zemsty. Ciebie, Jacku.
Nie spodziewał się tego.
Nie potrafił nawet nazwać, jak bardzo go to uradowało.
Nachylił się ku niej, i delikatnie pocałował.
Uniosła się na obcasach, i wpiła mu w usta, osuwając w ramionach.
To, co było wcześniej, straciło na znaczeniu.
Liczyło się to, co teraz.
I to, co przed nimi.
Czuł jej miarowy oddech na karku, wznoszenie się i opadanie kształtnych piersi, przyśpieszone bicie serca. Nawet satynowa sukienka nie dorównywała w delikatności skórze jej ramion…
Była piękna, piękniejsza nawet, niż jej obraz w jego pamięci.
Westchnęła głośno, z rozkoszą.
Miał więc szansę… kochała go!
A sam wiedział, że… że tym razem, nie pozwoli sobie samemu tego zniszczyć.
- Odwieziesz mnie do domu? – zapytała – Wybacz, ale… to za dużo wrażeń, jak na jedną noc… nawet, jeśli zakończenie jest tak… tak fantastyczne i… piękne.
- Z przyjemnością, ale… kiedy… kiedy spotkamy się ponownie, Meg?
- Jutro, Jacku. A potem pojutrze. I popojutrze. I każdego dnia potem … miej na uwadze, że będziesz musiał być ze mną zawsze i wszędzie… jesteś na to gotowy? – zapytała jeszcze, całkowicie serio.
Chciała zaangażować się w to całym sercem, ale wymagała i oczekiwała dokładnie tego samego.
Obustronnego poświęcenia. Obustronnej miłości… bez ograniczeń. Bez… kompromisów.
Ponownie pocałował ją, dużo odważniej, znacznie mocniej i dłużej, wkładając w ten pocałunek wszelkie pozytywne emocje, jakie nim targały.
- Nie „gotowy”, Magdo. Ja pragnę tego ze wszystkich sił…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Pociągnął łyk piwa z kufla, odłożył go na bar, i wrócił do lustrowania wzrokiem roztańczonego tłumu.
Jacek zareagował dokładnie po jego myśli, praktycznie sam rozwiązując za niego problem wyzwania. Kolejny sukces, jakim niewątpliwie będzie zwycięstwo z najlepszym kierowcą FF sprawi, że ranga jego i błękitnego „Bug-Eye’a” urośnie do niebotycznego wręcz poziomu.
Nie miał do siebie żalu, że w dość bezwstydny i zwyczajnie świński sposób wykorzystał tą całą Magdę. Dziewczyna sama wręcz się paliła do małego teet’a’teet na osobności, gdy tylko znaleźli się sami w pokoju nie miała najmniejszego oporu, by zrobić to z nim.
I, musiał przyznać, była cholernie dobra.
- Napaliła się na mnie jak podlotek – mruknął – Choć to, co potrafiła w łóżku… no, doświadczenie to ona na pewno miała.
Tak czy inaczej, połączył przyjemne z pożytecznym…
- Zostaw mnie! – podniósł wzrok, słysząc znajomy głos. – Nie chcę, więc łapy przy…
- A to ci psikus – parsknął Ben.
Sporych gabarytów koleś, od nadmiaru alkoholu poczerwieniały już na twarzy, ciągnął w kierunku „pokoi odosobnienia” nikogo innego, jak jego własną… „byłą”.
Iwonę.
- No i doigrałaś się…. – pomyślał. Chłopak, jak wiedział, był obecnym „facetem” Iww.
Koks szarpnął ją za rękę, a drobna, delikatna szatynka przeleciała kilka metrów, zamiatając po podłodze.
- Ruszaj się, szmato! Czas wreszcie skonsumować ten zafajdany związek, nie mam zamiaru się…
Nie dosłyszał, czego nie ma zamiaru robić koks. Nagły pomysł, który przyszedł mu do głowy, gdy spoglądał na Iwonę, pochłonął go w tym momencie całkowicie.
Bez skrępowania ruszył w kierunku rozgrywającej się sceny. Ludzie dookoła nie zauważali, lub po prostu nie chcieli tego zauważać, Iww była więc zdana sama na siebie…
Nie był przecież totalnym sk**wysynem, prawda? Wypadało pomóc kobiecie w potrzebie, nie ważne, co kiedyś zrobiła, i jak go traktowała.
- Ej, koleś, zostaw ją w spokoju. – rzucił zimnym tonem – Jak nie ma ochoty ci dawać czy też brać, to oznacza, że nie będzie dzisiejszej nocy miło. Zaakceptuj ten fakt, OK.?!
- Wypier**laj. – odparł krótko chłopak.
- Ja nie żartuję! – warknął Ben, pod wpływem krążącego w krwi alkoholu czując się niezwykle pewnie.
Nie zdążył nawet zareagować.
- Ja też nie! – ryknął również mocno wstawiony koks, i z całej siły przywalił mu w szczękę.
Poczuł, jak podlatuje do góry, i leci plecami do tyłu.
Zadziałał odruchowo.
Wystawił nogi, i wraz z pierwszym uczuciem zderzenia ze ścianą, odepchnął się z całej siły.
Sam nie wiedział nawet, jak, ale znany z filmów trik powiódł się stuprocentowo.
Nabrał impetu, rozpędził, błyskawicznie złożył palce w pięść, i przy**rdolił draniowi prosto między oczy.
Koleś zachwiał się i upadł na ziemię, ale momentalnie z niej wstał, z wyrazem wściekłości na twarzy, biorąc wielki zamach…
A na to Ben tylko czekał.
Żadnej ochrony, żadnej gardy. Nie myśli, zwyczajny idiota, nie potrafiący się bić…
Wyprost z przygotowanej lewej pięści, ponownie między oczy, wkładając w to całą siłę, jaką miał.
Chłoptaś zadygotał jak galareta, ale ustał na nogach.
- Mało ci? – zdziwił się Ben – A to masz jeszcze, gratis, od firmy…
I kopnął koksa prosto w przyrodzenie.
Wystarczyło.
Przeciwnik zwinął się na ziemi, piszcząc z bólu jak baba.
- Będzie spokój, czy nie będzie?! – warknął do niego.
- Ja pier**le! – jęknął chłopak – Ty chory człowieku…
Kop prosto w du*ę rzucił nim w kierunku drzwi. Gość podskoczył, wstając z podłogi, ślizgnął na parkiecie, ledwo utrzymując na nogach, po czym, przy akompaniamencie śmiechu zebranych na sali, uciekł z budynku.
- Noo – mruknął zadowolony Ben, wstrząsając głową. Czuł, że jest na solidnym rauszu, ale z drugiej strony, nie przeszkadzało mu to wcale – To teraz jesteś wolna, Iww… możesz robić, na co masz ochotę… widzisz, jaki jestem dobry dla ciebie?
Uśmiechnęła się do niego.
- Panuję nad sytuacją – pomyślała jednocześnie – Jestem tylko lekko wstawiona, myślę trzeźwo… okazja jest… idealna.
Skoro Benedykt tak niespodziewanie wystąpił w mojej obronie, to musi mnie…
Mam szansę, na którą czekałam!
- Pozbawiłeś mnie faceta, ty kretynie – zaczęła swoim hipnotycznym głosem, mrużąc zalotnie oczy – Nie mam się z kim bawić… a jako że to twoja wina, to zastąpisz mi partnera, Beniu.
Tak naprawdę, to była mu niezwykle wdzięczna.
Po pierwsze dlatego, że rzeczywiście pozbył się gościa, z którym tu tej nocy przyszła, a którego tak naprawdę miała szczerze dość. Najpewniej uratował ją od oddania się temu oblechowi, wcale nie była pewna, czy udało by jej się… uciec.
Ale co ważniejsze, dał wreszcie szansę na ponowne zbliżenie.
Choć Benedykt był koszmarnym draniem i sukinsynem, to jednocześnie był koszmarnym draniem i sukinsynem, którego kochała. Owszem, wbrew rozsądkowi, ale kochała.
Pal cię sześć, że przeleciałeś Magdę. Jesteś mój, i tylko mój!
- Mus to mus. – uśmiechnął się rozbrajająco, ciągnąc ją na parkiet.
I, zgodnie z tym, czego oczekiwała, od razu wziął się do roboty.
Zawinął nią tak, że praktycznie zetknęli się twarzami. Puściła mu zalotne „oczko”.
Odpowiedział porozumiewawczym mrugnięciem, a następnie wywijając nią piruet i momentalnie przechodząc do bliskiego trzymania, oczywiście bez klasycznej „ramy”.
Jego dłoń bez skrupułów powędrowała po jej plecach prosto na pośladki, a usta zaczęły całować szyję.
- Nie zmieniasz się, Ben. – mruknęła z rozkoszą.
- Nie rozśmieszaj mnie stwierdzeniem, że chciałaś, żebym się zmienił. – odbił piłeczkę, przyciągając ją bliżej ku sobie. Chwilę tańczyli „oko w oko”, krokami i rytmem rumby. Z satysfakcją stwierdziła, że jej praca bioder, eksponowana przez obcisłą, czarną sukienkę w stylu „bombka”, nie ma sobie równych wśród dziewczyn w innych parach.
- Ostro, Iwwy – mruknął, obracając nią. Czuła teraz jego oddech na tyłu karku, bez wstydu przesunął dłońmi z jej talii wprost na ledwo zakrywane przez gorset w kształcie serca piersi.
- I kto to mówi, Benek. – zamruczała. – Ty niewyżyty samcze…
- Przeszkadza ci to?
- Nie. Kontynuuj.
Znów obrócił nią, w sposób tak energiczny a zarazem bezbłędny, że co gorsi tancerze dookoła uciekli ze wstydem z parkietu. Spotkali się ponownie twarzą w twarz.
Przyciągnął ją ku sobie i pocałował namiętnie, przygryzając leciutko wargi, i przesuwając językiem po zębach. Jednocześnie uniósł, bez najmniejszych problemów, i zakręcili się we wspólnym obrocie.
- No no no – wydyszała – Co jeszcze masz… w zanadrzu?
Kawałek dobiegł końca, muzyka przycichła na moment.
- Na parkiecie… nic. – mruknął.
- W takim razie… wracam do domu. – zamruczała, niby to z pretensją, mrugając jednak porozumiewawczo.
Tylko na to czekał.
- Odwiozę cię – powiedział, choć jednocześnie zdawał sobie sprawę, że o prowadzeniu auta w tym stanie nie powinien nawet myśleć.
Ale tu nie o to chodziło.
- Z przyjemnością skorzystam…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Wyszli na cichy, pełen samochodów parking przed budynkiem, a chłód nocy momentalnie uderzył w ich rozpalone ciała.
- Zimno. – mruknęła.
Bez słowa oddał jej swoją bluzę, po czym w samej tylko hawajskiej koszuli powiódł za rękę, prosto w kierunku stojącej na samym, ciemnym końcu parkingu niebieskiej Imprezy.
- Zachowuje się dokładnie tak, jak powinien… - pomyślała – Jak powinien zachowywać się zakochany, szalejący za mną facet.
Już jest mój.
I tym razem… nie dam mu powodów, aby zrobić kolejne głupstwo.
Otworzył jej „dwornie” drzwi, jak to w Imprezach, bez ramek szyb. Zajęła miejsce w głębokim, sportowym fotelu, zrzuciła buty, i położyła długie, zgrabne nogi na desce rozdzielczej.
Ben wsiadł do auta, i bez zaskoczenia przesunął po niej wzrokiem.
- Wracamy? – zapytał, z błyskiem w oku.
- Zgadnij.
Przeskoczyła na jego fotel, zahaczając przy okazji nogą o dźwignię ręcznego.
- Ciasno tu jak diabli. – sarknęła, zaczynając go całować.
- Nie narzekaj, Iww. – odparł, rozwiązując kokardę sukienki – Chyba nie wmówisz mi, że żeby robić to, potrzebujesz pokoju i łóżka?
- Nigdy w życiu. – zamruczała, wstrząsając ramionami. Suknia zsunęła się, ujawniając czerwony, jedwabny stanik.
Rozpięła jego koszulę kilkoma wprawnymi ruchami. Z rozbawieniem stwierdziła, że nawet po spożyciu nie nastręcza to większych problemów.
- Nieźle. – skomentowała, przesuwając palcami po klacie – Czyżby jedyną rzeczą, którą robiłeś po naszym rozstaniu, była jazda autem i pakowanie na siłowni?
- Maybe. – sprzączka odskoczyła, a biustonosz spadł na fotel.
Dłuższą chwilę całowali się jak oszalali. Czuł, jak jej kształtne piersi falują coraz szybciej, a oddech staje się płytki i coraz cieplejszy.
- Powiedz, że od naszego rozstania nie miałeś piękniejszej, i bardziej… zdolnej kobiety – prawie zażądała, rozpinając jego spodnie. Czy ten kochany głąb nawet na imprezę musi brać skejterskie jeansy z długim krokiem?
- Powiem tylko tyle – wydyszał, zsuwając z niej całkowicie sukienkę, i ujawniając tym samym zgrabną talię i nogi – Że jak na razie, jesteś nawet lepsza od Magdy.
Zagryzła go w wargi, za co odwdzięczył się tym samym. Jęknęła lekko, ale zaraz potem przycisnęła się do niego mocniej, nie przestając całować.
- „Nawet lepsza”? Nie ma lepszej ode mnie, Ben! – roześmiała się, ściągając mu spodnie. Pomimo ciemności i koszmarnej ciasnoty kokpitu, nierozkładalnych, kubełkowych foteli i uwierającej w plecy kierownicy, szło im to całkiem sprawnie.
- Może – wyszeptał, dobierając się do jej ostatniej części garderoby, i przeciągając palcami po udzie. Miała tak cudowną, elektryzującą skórę. Jak… dawniej. – Zobaczymy za chwilę…
- Zobaczymy – uśmiechnęła się jeszcze.
Szalała dla jego brązowych oczu.
Kochała go… pomimo wszystko.
I on… on ją również. Musiał!
Westchnęła głośno, ściągając z niego bokserki, po czym oddali się temu, na co od początku mieli ochotę.
Twarde zawieszenie Imprezy WRX STi „Bug Eye” zaś, skutecznie zamaskowało przed ewentualnymi obserwatorami to, co działo się w samochodzie…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

- I jak to oceniasz, Mateuszu? – rzucił Karol, przysiadając się ze szklanką Jasia Wędrowniczka – „Dziękuję, nie tańczę” mam rozumieć?
- Yep – odparł głucho Mat - Każdy interes tej nocy został już załatwiony, pomiędzy tymi wszystkimi aksamitnymi amantami i ich gwiazdeczkami… niebawem prehistoryczne śmieciarki zawładną miastem, a raczej tą zapadłą dziurą, sam już nie pamiętam, gdzie…
- Ano, zgadza się – przytaknął jeden z najlepszych kierowców, jakich Mat znał, właściciel czarnego M3 E36 - Echa, wrzaski i dinozaury tej imprezy składają się na jednolitą masę, a…
- A większość taksówkarzy i kur*w pracuje tylko za gotówkę. Zgadza się, Karolu. Taksy nie potrzebuję, i tak jestem praktycznie trzeźwy… a gdybym miał ochotę na zwykłe, ludzkie rżnięcie, to było po temu dziś dość okazji, z których nie skorzystałem…
- Nie skorzystałeś, gdyż czekasz na jej „latest trick”? – wplótł w pytanie tytuł wyrecytowanej przez nich piosenki.
- Nie – powiedział z pewnością w głosie Mateusz. Zaraz potem jednak zawahał się – Zresztą… sam nie wiem. To i tak bez znaczenia…

- Ojojoj – wymruczała jak kocica, zapinając na szyi srebrny łańcuszek, i kończąc w ten sposób ubieranie się. Poprawiła w lusterku wewnętrznym zmierzwione jego dłonią włosy, i wyprostowała dekolt sukni, by ponownie idealnie eksponował piersi – To było coś…
- Było – przytaknął z zadowoleniem – Zdecydowanie, było…
- Jestem lepsza od Magdy… teraz to chyba przyznasz?
- Jesteś jesteś – przyciągnął ją jeszcze ku sobie, i pocałował – Przyznaję, nie ma lepszej kochanki od ciebie…
- Spróbowała by być. – sarknęła.
- Dalej chcesz wracać do domu? – zapytał.
- A możesz prowadzić?
Zapalił silnik, a bokser zagrał rasowo.
- Nie będziemy szaleć. Zapinaj pasy… do domu?
- Do mojego. Tak.
- Twojego… rozumiem, że nikogo nie ma?
- Wszyscy wyjechali… - puściła mu oko – Możemy… sam wiesz, co możemy.
- To mi wystarczy za argument – rzucił zadowolony, ruszając w kierunku drogi…

Wóz wtoczył się na żwirową szosę, wiodącą przez ciemny las.
Szos takich wiele było w powiecie Cieszyńskim. Nieoświetlona, nieutwardzona, łącząca po prostu jakieś zadupie z większymi fragmentami cywilizacji.
Dla czteronapędowego Subaru – żaden problem.
- Wiesz Ben – zaczęła nowy temat – Pomimo tego, co mówiłam na imprezie… zmieniłeś się jednak. Nie chodzi mi tu tylko o dopakowanie się i posiadanie chyba najlepszej klaty w szkole, choć to akurat też jest świetne… zmieniłeś się pod względem charakteru. Nie ukrywam, na znacznie lepsze… wydoroślałeś. Stałeś się taki męski, pewny siebie… imponuje mi to, wiesz?
- Wiem. – mruknął, zadowolony.
Nareszcie widzi, jaki błąd popełniła, tak mi wtedy pojeżdżając.
Klepnęła go, niby to obrażona w rękę, śmiejąc się przy tym.
- Powinieneś zaprzeczyć, ot tak, ze skromności! A… i gratuluję pokonania Błażeja i wyzwania Jacka… wyrastasz na najlepszego kierowcę, jakiego…
- To nie wszystko, Iww – przerwał jej, z satysfakcją w głosie – Dopiero zaczynam. Najpierw ten szpaner, Błażej, teraz ta zapijaczona ciota, Jack… potem będzie Karol, który specjalnie dla mnie będzie musiał wrócić, Robert i… Mateusz. W dowolnej kolejności. Upokorzę tych wszystkich przereklamowanych frajerów. Michałowi odpuszczę… choć również nie stanowił by problemu. Jako jedyny po prostu nigdy mi nie pojeżdżał…
- I jest taki słodki. – zamruczała Iwona, chcąc nieco podrażnić Bena – Taki męski… i w ogóle…
- Że niby tak męski jak ja?!
- Ależ nie, Beniu… tobie nie dorównuje… nikt. – pogładziła go przymilnie po policzku, na co zareagował uśmiechem.
Uwielbiał jej pieszczoty.
- Błędem było wątpienie we mnie już przed pierwszą walką z Błażejem – rzucił – Mam nadzieję, że zdajesz sobie teraz z tego sprawę?
Nie zdawała. Dla niej, w tamtym momencie, Ben zachowywał się jak idiota, zupełnie nieracjonalny dureń.
Ale wtedy nie czuła jeszcze, że go kocha.
- Nie popełnię tego samego błędu – pomyślała – Dla świętego spokoju powiem, że…
- Zdaję… i liczę, że o tym zapomnimy… a tak w ogóle, to dziękuję za dzisiejszy ratunek od tego napalonego kretyna… nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.
- Nie lubię po prostu, jak ktoś pomiata kobietą – rzucił – Zwłaszcza taką kobietą… - zaakcentował słowo „taką”, co było dla niej kolejnym dobrym znakiem.
Kocha mnie!
- No … kto inny tak doskonale wie, co lubisz, i jak… - uśmiechnęła się filuternie – Jak doprowadzić cię na skraj ekstatycznej radości? A… nie wiem, czy już ci tego przypadkiem nie mówiłam, ale jesteś znakomitym kochankiem, Ben.
- Ty też, Iwwy. Będę szczery, z nikim tak… no wiesz. – zamilkł.
Wypowiedź zawarła się w jego szerokim uśmiechu człowieka spełnionego.
Uznała, że to najlepsza okazja. Najwyższy czas.
- Skoro tak do siebie pasujemy w… ehm… alkowie… to chyba oznacza, że stanowilibyśmy idealną parę również w pozostałych aspektach życia? Nie sądzisz, Beniu?
Od początku czuł, że ona w końcu zaproponuje mu bycie razem.
Że wreszcie… zrozumie swój błąd.
Odparł więc wymijająco:
- Może.
Spojrzała na niego, i ciepłym, delikatnym głosem wyznała:
- Beniu, ja… liczę, że wybaczysz mi moje błędy i wypaczenia… wiesz doskonale, znamy się przecież tyle lat, że wynikają one z trudnego charakteru, i… nie zawsze nad tym panuje… jak choćby wtedy, gdy tak cię obraziłam, nie zapewniłam oparcia, tam, na Salmopolu…
- Nareszcie – pomyślał Ben – Wreszcie przyznajesz się, że błądziłaś! No… ten związek może mieć szan…
- Mi wystarczy tylko – ciągnęła dalej, cały czas uśmiechając się do niego – Tylko to, że przeprosisz mnie za to, jak potraktowałeś mnie na Salmopolu, po tym właśnie pojedynku z Błażejem. Wystarczy mi, że przyznasz, że to był błąd, twój błąd… również twój… a ja momentalnie zapomnę wszystko, co było złe pomiędzy nami... I zaczniemy wszystko od nowa. I będzie tak idealnie, jak…
Gwałtowne wduszenie hamulca do oporu sprawiło, że autem zarzuciło na sypkim żwirze. Wóz ślizgnął się, by w końcu zatrzymać prawie w poprzek drogi, w samym środku lasu.
- Wysiadaj. – stwierdził zimno.
Nie wierzyła temu, co słyszy.
Spojrzała na niego w niedowierzaniu, szukając w oczach, w wyrazie twarzy żartu.
Nie znalazła go.
Mówił… mówił całkowicie poważnie.
Dlaczego?!
- Wysiadaj z samochodu! – powtórzył pozbawionym uczuć i emocji tonem – Wynocha!
Głos uwiązł jej w gardle, a szare oczy stały się niebieskie.
Łzawo niebieskie.
W szoku pociągnęła za klamkę, i wysiadła z Imprezy, cały czas czekając na moment, gdy i on wysiądzie, przytuli ją, i powie…
… nie wiedziała nawet, co.
Ale że…
… że nie zamknie za nią drzwi.
Nie zostawi w tym ciemnym lesie, samej.
Nie odjedzie, wyrzuciwszy żwir spod kół…
Drzwi Imprezy zamknęły się, a kliknięcie centralnego zamka zablokowało je od środka.
Wóz ruszył, wyrzucając żwir spod kół, i zostawiając ją samą.
Samą, w ciemnym lesie…

Pożegnał się z towarzystwem, i w burzy oklasków, związanej zapewne z jego rychłym, ostatecznym rozrachunkiem z Robertem, wyszedł z budynku.
Zimne powietrze owiało go, cisza parkingu była wręcz niesamowita.
Nieśpiesznie dotarł do auta, otworzył drzwi, i zajął miejsce za kierownicą.
Był trzeźwy, nie pił praktycznie nic.
Co zaś do Leworfanolu…
… jeździł na nim miesiące temu. Czym różniło się to od… teraz?
Wtedy cierpiał fizycznie.
Teraz zmienił się tylko typ bólu…
Mógł prowadzić.
Odpalił silnik, rzędowa szósta obudziła się do życia z miłym dla ucha pomrukiem.
Wrzucił bieg, i powoli wyjechał na żwirową drogę, po czym zatrzymał się.
- Przeznaczenie zamówiło mi rendez-vous ze Śmiercią w pojedynku z Robertem, tak? – zapytał sam siebie, z upiornym uśmiechem – Więc… hulaj dusza…
Wbił gaz w podłogę, a ATESSA umożliwiła katapultowanie auta do setki w pięć sekund, kreując przy okazji dookoła prawdziwe żwirobicie.
- … piekła nie ma. – dokończył, zmieniając bieg.
120.
Lekki w prawo.
140.
Średni w lewo.
150.
Lekki w lewo.
130.
Ostry w prawo, pokonany półpoślizgiem.
140.
150.
170.
Średni w prawo.
190.
Wjechał do lasu.
200.
Świst turbo.
Zbliżający się ostry zakręt w prawo.
190.
180.
170.
Kopnięcie w hamulec, odbicie kierownicą, gaz.
Driftem, wyjście po środkowej, przerywając za pomocą ATESSY-ETS.
180.
190.
200.
Średni w prawo.
Odbił kierownicą, prostując na wyjściu z zakrętu.
Rzut oka przed siebie.
Hamulec do podłogi.
ABS wariuje.
Nie zatrzyma się.
Dwadzieścia metrów.
110km/h.
Dziesięć.
60km/h.
Pięć.
Przymrużył oczy. Może należało odbić na drzewa?
Dwa.
Nie!
Zero…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Otworzył drzwi, i wysiadł z auta.
Zrobił dwa kroki, i przystanął przed klęczącą postacią.
Dwa centymetry, które dzieliły ją od grilla GT-R’a, były wyznacznikiem… jego idiotyzmu.
Mógł ją zabić.
A raczej…
- Następnym razem, gdy zechcesz popełnić samobójstwo, nie angażuj w to innych – stwierdził bez choćby grama emocji – Po prostu przedawkuj środki przeciwbólowe.
- Dlaczego… dlaczego musiałeś się zatrzymać?! – rozpłakała się. Mówiła całkowicie serio.
Miała do niego żal.
Widział teraz doskonale, jak dowcipny bywa los.
Przykucnął przy kole, i poprzez felgę RO_TA zerknął na hamulce.
Brembo.
- Miej pretensję tylko do tych, którzy składali ten egzemplarz. Gdybyś miała do czynienia ze zwyczajnym GT-R R32, było by tak, jak chciałaś. Niestety, Iwono… niełaskawi Japończycy zrobili ci wredny, niesmaczny żart.
Nie rozumiała.
Nie chciała nawet rozumieć, nie miało to dla niej w tym momencie żadnego znaczenia.
Pomyślała po prostu, że zgodnie z plotką, on naprawdę oszalał.
Fakt, że przed wyjazdem z rodzimego kraju, BNR32 Mateusza trafił do NISMO, gdzie zamiast standardowych hamulców otrzymał większy i wydajniejszy układ z wersji V-Spec II Skyline GT-R R32, w rzeczywistości uratował jej życie.
I tak by tego jednak nie pojęła.
- To Benedykt… - wychlipała, pozwalając się podnieść z ziemi - Potraktował mnie w tak okropny sposób… ponownie. On… on kazał mi wysiąść w samym środku lasu. Wiesz po czym, Mateuszu? Po tym, jak stwierdziłam, że wystarczy… wystarczy, aby… - zachlipała głośniej, rozumiejąc dopiero teraz całość sytuacji… aby przeprosił, przyznał do błędu. Ja… ja wierzyłam, że po tym wszystko będzie między nami idealnie… czekałam tylko na to jedno „przepraszam”, przyznanie, że… że zachował się wobec mnie okrutnie, wtedy, na Salmopolu… a on… on zranił mnie jeszcze mocniej! – wybuchła głośnym płaczem, i zalała się łzami.
Była załamana.
Była zrozpaczona.
Choć dla świata wydawała się twardą i niedostępna, zimną suką, miała uczucia.
Była bardzo delikatną, młodą kobietą, czułą i, mimo zewnętrznej wredności i egoizmu… dobrą.
Odważyła się odsłonić swoje uczucia do Benedykta, podjęła spontaniczna decyzję, prosto z serca.
Po tym, co zrobił na Salmopolu, gdy go straciła… dopiero wtedy dotarło do niej, że pomimo wszystkich jego wad, kocha go. A potem, w niejako powtórce tego samego pojedynku, z Błażejem, gdy ryzykował, prowadząc na sto procent swoich możliwości zdała sobie sprawę, jak bardzo się o niego boi.
Jak bardzo nie chce go stracić… ponownie, i… na zawsze.
Ale to niemiało już teraz znaczenia.
Wyznała uczucia. Otwarła serce.
Została w okropny sposób odrzucona i upokorzona.
Tego… tego nie mogła pojąć.
Nie mogła przeżyć.
- Co… co ja mam zrobić? – zapytała, spoglądając na Mateusza intensywnie błękitnymi oczyma.
- Odwiozę cię do domu. – stwierdził krótko.
Tylko w taki sposób mógł i potrafił jej pomóc…

Ciszę na osiedlu domów jednorodzinnych na obrzeżach Cieszyna zakłócał tylko szmer silnika.
Znawcy rozpoznali by w nim kultowe, japońskie RB26DETT.
W okolicy jednak, nie było znawców.
Ponowiła pytanie:
- Co ja mam zrobić, Mateuszu? Błagam, doradź… powiedz, cokolwiek… dlaczego, skąd w nim tyle… tyle zła…
- Wiem jedno, Iwono – odparł, nie wkładając w wypowiedź choćby cienia emocji. Nie było w nim emocji - Przeznaczenia nie da się uniknąć. Tak najwidoczniej miało być… Benedykt nie działa racjonalnie, nawet jeśli cię kocha… co jest prawdopodobne… nie ujawni tego. On chce udowodnić, jak się myliłaś. Jak… jak my wszyscy się myliliśmy. On oczekuje pełnych przeprosin. Ukorzenia się. Benedykt pragnie… pełnego triumfu. Stąd jego furia. Dlatego tak a nie inaczej zareagował. Nie chce widzieć swoich błędów. Chce przeprosin za twoje, bez zwrotnego proszenia o wybaczenie dla swoich wypaczeń. Bo wtedy… wtedy musiał by się do nich przyznać.
Przytaknęła smutno, ale wydusiła:
- Ja… ja nie ukorzę się. Jestem na to… zbyt dumna. Nawet w imię miłości… nie. Nie mogę.
Kiwnął głową, na znak zrozumienia, ale nie odpowiedział.
Zaczął obrót przez prawe ramię, chcąc wsiąść do samochodu, gdy nagle poczuł dotknięcie jej delikatnej dłoni na swym ramieniu.
- Nie… nie miałbyś ochoty wpaść do mnie… na chwilę? – zapytała.
Żaden mięsień na jego twarzy nawet nie drgnął.
Spojrzał jej prosto w oczy, które powoli na powrót stawały się ślicznie szare, i stwierdził bez emocji:
- Żegnaj, Iwono.
Odwrócił się.
Wsiadł do auta.
Odjechał…

Otwarła furtkę, i wolnym krokiem ruszyła w kierunku drzwi do domu.
Nie miała pojęcia, co ją podkusiło, by proponować Mateuszowi „wpadnięcie na chwilę”.
Nic do niego nie czuła, ba… nie podobał jej się nawet.
Czemu zaproponowałam mu zostanie na noc?
Nie działasz racjonalnie, Iwono.
Odrzucenie wywołało w tobie skrajne emocje. Działałaś nietrzeźwo.
Ale to już skończone. Od dziś, skończone.
Postanowiła.
- Wracam do swojego poprzedniego życia – stwierdziła głośno, wiedząc, że nikt nie ma jej prawa słyszeć - Femme fatal, modliszki, która bywa, z kim chce. Kobiety pożądanej, obiektu westchnień, który potrafi tylko ranić i krzywdzić innych, bo…
Bo miłość potrafi tylko ranić i krzywdzić mnie samą...

 

- Cholera jasna! – ryczał na całe gardło – A to wredny, sku**siały skur**syn! – gniótł w ręku zapisaną kilkoma zdaniami papeterię, miotając w bezsilności.
List był autorstwa człowieka, którego nienawidził.
W liście zaś, było wyzwanie.
Wyścig. Za tydzień, w sobotę, pod Skocznią.
Na całą Przełęcz Kubalonka, od Skoczni aż po linię mety na Dole.
Nie wiedział, co robić. Zdawał sobie doskonale sprawę, że ten zawszony drań ma przewagę…
- Tylko w samochodzie! – powtórzył sobie.
- Co ja mam robić, maleńka? – zapytał.
- Tunning auta. To jedyne rozwiązanie, a potem… potem musisz podjąć wyzwanie, niezależnie od wyniku… chyba że chcesz, żeby wszyscy dowiedzieli się, że nie jesteś tak dobry, jak twierdzisz. – zabrzmiała odpowiedź.
- Co?! – warknął, zirytowany – Co to według ciebie znaczy?!
Wzruszyła ramionami, i odrzekła:
- Masz po prostu okazję na udowodnienie, że jesteś lepszy. I tyle…
Postąpił dwa kroki, i przyciągnął ją ku sobie.
- Wiem! – pomyślał, zaczynając rozpinać jej bluzkę – Mam rozwiązanie! Wiem, jak dłubnąć Suprę… i wprowadzę tą modyfikację… zdążę!
Rzucił zaś:
- Dla ciebie, moja droga, zawsze przynajmniej oczywiste jest, kto jest tym najlepszym…
Wyślizgnęła się z jego objęć, i stwierdziła szczerze:
- Nie jest to dla mnie oczywiste, Robercie.
Odepchnął ją, co przyjęła z zadowoleniem. Nie miała już tego dnia ochoty na kochanie się z nim.
To, co nastąpiło po tym, było już jednak całkowicie nieprzewidywalne.
Zobaczyła tylko, jak jego dłoń nabiera impetu.
Dojrzała jeszcze, jak składa się w pięść.
Poczuła potężne uderzenie w twarz, zachwiała się na nogach, i upadła ciężko na ziemię.
Natychmiast otoczyły ją ciemności…

 

Po tym Odcinku Specjalnym przeczytaj:
OS. "Trzy Historie"