Akcja Odcinka rozgrywa się w tym samym czasie, co OS'a "Boom Boom Japan" - po zakończeniu I Sezonu, a przed rozpoczęciem II Sezonu - wakacje.

 


OS. „V – Kacje”


Błękitny Ford Cougar ST200 mknął przez Przełęcz Białego Krzyża z prędkością sięgającą 160 kilometrów na godzinę. 205 konny silnik wył obłędnie. Opony piszczały nieco, utrzymując wóz na skręcającej odrobinę w lewo prostej. Reflektory rozświetlały kontury zasłaniających dalszą część trasy drzew. Przełęcz Salmopolska, pomyślał kierowca Forda. Był jednym z lepszych na tej długiej i wymagającej trasie, w wielu miejscach łączącej elementy uphill i downhill…
Zerknął w lusterko.
Przełknął ślinę.
Czerwony Dodge był co najmniej równie dobry…

- Prosta do końca czysta – stwierdził pasażer Dodge’a – Idź pełną mocą, dogoń go na zakręcie.
- OK.
Dodge Stratus R/T strzelił ogniem z rur wydechowych, wyrywając do przodu.

Przełęcz Białego Krzyża, zwana również Przełęczą Salmopolską, łączy Szczyrk z Wisłą. Bliskość trasy zarówno z aglomeracji Bielska-Białej, jak i z Istebnej, a także wysoki stopień trudności i nowa, położona dwa lata temu nawierzchnia sprawiły, że stała się ona (obok Serpentyn na Kubalonce) prawdziwą mekką wszystkich ścigantów w okolicy. Długa na 10 kilometrów trasa, pełna ostrych zakrętów, nawrotów, podjazdów i zjazdów, w kilku miejscach z nawierzchnią zalewaną przez strumyki, z wysokimi przepaściami i drzewami zasłaniającymi widok, pochłonęła już kilka ludzkich żywotów.
Nie odstraszało to jednak zapaleńców, którzy niecały miesiąc wcześniej zrzeszyli się we własnej Lidze Białego Krzyża. Nowa Liga stała się prawdziwym postrachem wśród okolicznych, niezrzeszonych w zespoły kierowcach. W kilka tygodni udowodnili, że są niepokonani na Salmopolu. A teraz zaczynali przyjeżdżać na Serpentyny, na Kubalonkę…

Trasa z płaskiej zamieniła się w delikatny uphill. Kierowca Cougara przycisnął hamulec, po czym odbił w lewo, pokonując krótki zakręt. Szybciej pokonać tego zakrętu się nie dało, jego Cougar z napędem typu FF wgryzał się tu w nawierzchnię niczym gokart…

- Droga czysta! Blisko wewnętrznej, dojdź mu do zderzaka! Wyprzedzamy na 500-tce, zaraz za tym odbiciem!
Kierowca musnął tylko hamulec, jednocześnie na sekundę puszczając gaz. Sporej wielkości amerykański wóz posłusznie reagował na delikatne ruchy kierownicą.
Blisko wewnętrznej barierki.
Bliżej.
Bardzo blisko.
- Nie – odparł spokojnie kierowca swojemu pilotowi – Dajmy mu szansę. Zrobimy to na
C-11.
- OK. – przytaknął pilot.

Facet w Fordzie poczuł, jak strużka potu spływa mu po kręgosłupie. To… ten Stratus… jego drift…
Nie spotkał nigdy wcześniej kogoś, kto driftowałby tak blisko wewnętrznej barierki. Przedni zderzak sunął ledwie 15 centymetrów od barierki. Najlepsi na Salmopolu tak nie potrafili…
Z kim przyszło mu walczyć?
Docisnął gaz do oporu. Następne pół kilometra to płaska prosta, z barem i parkingiem na końcu. Ten bar wyznaczał szczyt przełęczy. Do tego momentu trasa łączyła elementy uphill i downhill, ale nie obfitowała w gwałtowne zjazdy. Za nim, w kierunku Wisły, zaczynał się etap ostrego downhill, z wieloma ciasnymi i ostrymi zakrętami, według niektórych najbardziej wymagająca część przełęczy. Już pierwszy zakręt za barem, C-11, był prawdziwym pogromcą początkujących – ciasny skręt w prawo, na którym droga gwałtownie zaczynała schodzić w dół, pochłonął wiele uderzeń, obrotów i rozbitych aut.
Ale on nie był początkującym.
Światła Stratusa odbijały się mu w wewnętrznym lusterku, rażąc w oczy.
Postanowił. Opóźni moment, po czym gwałtownym hamowaniem dociąży przód i wejdzie w C-11 po wewnętrznej.

Zebrani pod barem ściganci słyszeli już wyraźnie ryk dwóch widlastych szóstek, rozrywający nocną ciszę. Kierowca Cougara był ich dobrym kumplem i niezłym kierowcą, musiał więc wygrać ten wyścig. Upokorzeniem było by, żeby przegrał z jakąś przybłędą niewiadomo skąd. Z relacji tych, którzy stali na wcześniejszych parkingach i poboczach wynikało, że czerwony Stratus rzucił wyzwanie Cougarowi mrugając światłami, i ruszali startem lotnym, z Cougarem na prowadzeniu. Przewidywano szybką wygraną Forda, ale mylono się. Jego właściciel miał najwidoczniej zły dzień…
Oba auta przemknęły obok nich, z grubo ponad 150 na licznikach.
Cougar z przodu.
Stratus metr za nim.
To nie musiał być zły dzień. Przeciwnik był cholernie szybki…

Pięćdziesiąt metrów do zakrętu C-11.

- Czysto, żadnego pojazdu. Masz zamiar zrobić to?
- Ta… opony mają cały czas dobrą trakcję. Damy radę.
- Damy.

Niecałe dwadzieścia metrów przed zakrętem, kierowca Forda wdusił hamulec do oporu. Przeciążenie szarpnęło go do przodu, a ABS ledwo utrzymał trakcję. Skręcił kierownicą, mocno, pewnie. Robił ten manewr wielokrotnie, był nie do wyprzedzenia...
Czerwona plama śmignęła po jego lewej, po czym złożyła mu się tuż przed maską.
Patrzył na lekkie pochylenie wozu w zakręcie, charakterystyczne dla miękkich, amerykańskich zawieszeń.
Patrzył na lekki dym wydobywający się spod kół.
Patrzył na literki R/T na klapie bagażnika.
Patrzył na przód, sunący centymetry od znajdującego się po wewnętrznej rowu.
Patrzył na rejestrację zaczynającą się od „SCI”, oznaczającą Cieszyn.
Patrzył, jak wóz wprawną ręką zostaje wyprowadzony z uślizgu, bez utraty prędkości.
Patrzył na kierowcę i pilota, których ujrzał na krótką chwilę.
I nie wierzył.
Kierowca i pilot byli bowiem kobietami.
Niezwykle pięknymi kobietami...
Nie zobaczył wiele więcej. Zaraz za zakrętem Stratus odsadził go na ponad dwadzieścia metrów.
Odpuścił. Wyścig był przegrany.

Po tym wydarzeniu, dyskusje o tajemniczym Dodge’u Stratusie R/T tylko przybrały na sile. Informację, jakoby kierowcą i pilotem tego wozu były kobiety, uznano od razu za niedorzeczną, i pogrążającą i tak skompromitowanego już właściciela Forda Cougara ST200. Fama wozu rosła, a ci, którzy spotkali się z nim na Białym Krzyżu potwierdzali tylko, że jest on niesamowicie szybki. A jego kierowca, kimkolwiek jest, musi mieć znakomite umiejętności. Dodatkowej tajemniczości dodawał fakt, że Dodge Stratus był autem przednionapędowym, które z zasady było niezdolne do driftu – a już na pewno nie do ślizgania się w tak cudownym stylu. W końcu jednak na to pytanie znalazła się odpowiedź

W roku 2002 General Motors, właściciel marki Dodge, wypuścił krótką serię 1000 egzemplarzy Stratusów R/T, potrzebną mu do otrzymania homologacji w wyścigach NASCAR. Z zewnątrz nie różniły się one niczym od standardowych Stratusów Coupe R/T, prawdziwa rewolucja kryła się jednak pod karoserią. Trzylitrowy motor, po kuracji wzmacniającej, generował 240 koni mechanicznych, miękkie zawieszenie zostało nieco utwardzone, hamulce powiększone, a układ kierowniczy przerobiony pod kątem sportu. Największą jednak zmianą była przemiana układu FF w FR. Inżynierowie spisali się jednak na medal, i krótka seria naprawdę dobrych Dodge’ów Stratus’ów R/T RWD trafiła do klientów. Wóz dysponował blokadą mechanizmu różnicowego, a fabryczne przeróbki sprawiły, że z szybkiego, sporych rozmiarów coupe dla spasionych Amerykanów stał się bardzo szybkim, sporych rozmiarów coupe dla wielbicieli mocnych wrażeń.
A teraz najwidoczniej jeden egzemplarz trafił na Śląsk…

 

Benedykt był myślami daleko. W taki stan popadał zwykle wtedy, gdy w jego życiu pojawiały się problemy, a nie inaczej było i tym razem. Wakacje dzielił pomiędzy pracę w sklepie do południa, spotkania z Małgosią do wieczora, i rajdy na Serpentynach do świtu. Od tygodnia jednak, Małgorzata zaczęła go unikać, a co gorsza – pokłócili się solidnie na ostatniej randce. Owszem, był trochę nerwowy, ostatnie porażki na trasie i ciągłe docinki (najwidoczniej zazdrosnych) kumpli wpieniały go okrutnie, ale nie był to powód, żeby Gosia odwaliła focha, i to takiego z przytupem i galopkiem. Usłyszał wtedy trochę brzydkich słów, między innymi na temat jego umiejętności jako kierowcy, i beznadziejności jego Imprezy…
Zadzwonił telefon.
- Benek! – usłyszał głos Jacka – Jak długo jeszcze się będziesz pierd**lić na tej trasie? Najwidoczniej tego Stratusa tutaj dzisiaj nie ma, zjeżdżaj na dół i zmywamy się na dyskę. My z Adamem zaraz ruszamy. Gdzie ty w ogóle kur*a jesteś?
Zza zakrętu, który właśnie minął, oznaczonego numerem 11, wyskoczyła czerwona plama, błyszcząc światłami.
- Muszę kończyć. Znalazłem go! – wrzasnął do telefonu Benedykt, rozłączając się. Wreszcie, po dwóch godzinach na tym całym Białym Krzyżu znalazł to, czego szukał.

- Stara, uważaj, jakieś auto przed nami.
- OK, widzę. Wyprzedzam go, po co ma nas blokować?
- Wyprzedzaj, Nat. Wracamy do domu? – odparła dziewczyna siedząca na miejscu pasażera.
- Tak… - odparła prowadząca Stratusa piękność – starczy tego treningu na dzisiaj.
Wrzuciła kierunkowskaz i dodała gazu. 150 metrów prostej, dość szeroko… nie było żadnych przeciwwskazań…

- Po moim trupie! – warknął Benedykt, i szarpnął kierownicą w prawo. Impreza zapiszczała oponami, i gwałtownie zmieniła pas ruchu. Wyprzedzający go Dodge zanurkował, siadając nieco na przodzie. Pisk opon, przedni zderzak centymetry od jego bagażnika.
Niemożliwe, żeby po czymś takim słynny czerwony Stratus nie podjął wyzwania.

 

- A to drań! Patrz go, chama! I jeszcze na naszych, cieszyńskich numerach! Dajesz, Nat, nie odpuścimy mu teraz! – zirytowała się Joasia.
- Wiesz, stara – odparła Natalia – Skądś kojarzę to Subaru…
Dodała gazu, a trzylitrowa jednostka ochoczo zabrała się za rozpędzanie półtoratonowego auta…

Benedykt kręcił swoją Imprezę wysoko, a turbina syczała wściekle, dostarczając na cztery koła łączną moc 175 koni mechanicznych. Błyski w lusterku sugerowały jednak, że Stratus jest blisko. Ben obejrzał się do tyłu, chcąc sprawdzić jak blisko.
Dodge prawie dotykał jego zderzaka.
Bardzo blisko!

- Jest wolny – stwierdziła fakt Joanna – bardzo wolny. Co to jest za auto, Natalia?
- Subaru. Subaru Impreza, z napędem na cztery koła. Pewnie będzie dobra na zakrętach.
- Impreza? A jakie auto ma Benedykt? Coś mówił o jakimś Subaru, prawda?

Ben zorientował się, że będzie to cholernie ciężki pojedynek. Stratus był szybki, doszedł go już na pierwszej prostej. Zakręty na przełęczy Biały Krzyż różniły się jednak od tych z Serpentyn w Istebnej. Gęsty las, z drzewami i krzakami na poboczach sprawiał, że przed wejściem w niektóre zakręty nie wiedziało się, czy przypadkiem z naprzeciwka nie nadjeżdża jakiś samochód. Ten wiraż, ciasny, ostry zakręt w lewo zaliczał się właśnie do tych „niewidocznych”. Oznaczone symbolem C-12 odbicie Benedykt pokonywał już kilkakrotnie, i wiedział, że nie powinien tutaj ryzykować. Biorąc poprawkę na to, że przy ostrym downhill hamuje się znacznie trudniej, wcisnął hamulec 40 metrów przed wirażem. Opony zapiszczały, a nacisk przeszedł na przednią oś. Zaczął kręcić kierownicą, a wóz posłusznie, jak po sznurku wszedł w zakręt. Podsterowność, typowa dla 4WD, zaczęła go jednak znosić ku zewnętrznej barierce. Dodał jeszcze więcej gazu, szarpiąc nieco kierownicą, i auto, cudem unikając uderzenia, wyszło z zakrętu po zewnętrznym pasie. Czy kierowca amerykańca mógł to zrobić lepiej?

- Zakręt czysty! Idź wewnętrzną, Nat!
Natalia musnęła hamulec, na co Stratus zareagował lekkim „nurkowaniem” przodu. Skręciła kołami, i dodała delikatnie gazu, stopniowo. Przód przybliżył się do krzaków na odległość jakichś 15 centymetrów, a koła wypuściły z siebie malutkie obłoczki dymu. Pod koniec wirażu Nat skontrowała, dodając jednocześnie więcej gazu, a silnik z charakterystycznym, amerykańskim bulgotem przekazał tylnym kołom więcej mocy. Wóz zakończył drift na wewnętrznym pasie, a od Subaru dzieliła go odległość jeszcze mniejsza, niż przed manewrem…

Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Jak można iść w zakręcie szybciej od czteronapędówki? I jak odważny musiał być kierowca, skoro pokonywał te zakręty po wewnętrznej, nie mając pewności, czy nikogo za nimi nie ma?
Na wirażu musiał hamować, więc turbina w jego Subaru potrzebowała dłuższej chwili na osiągnięcie pełnej sprawności. Dwieście metrów prostej przed nimi. Kąt nachylenia drogi był teraz trochę mniejszy, mógł spróbować zwalniać nieco później...
Spojrzenie w lusterko…
Machinalnie odbił na sąsiedni pas, blokując wyprzedzającego Dodge’a…

Joasia zapiszczała, gdy przód czerwonego Stratusa ponownie minął się o centymetry z tylnim zderzakiem Imprezy.
- No co za cham! Gdybyś nie przyhamowała, staranowałybyśmy go jak nic! Jedzie jak zawalidroga, i jeszcze blokuje na prostych. To rzeczywiście podobne do Benedykta…
- Bardzo możliwe – przytaknęła Natalia, bezskutecznie próbując manewru wyprzedzania z drugiej strony – on ma turbinę w swoim Subaru, a to przed nami zauważalnie zwalnia po zakrętach, a następnie gwałtownie przyśpiesza. To może być on…
- A to co to jest ta cała turbina? – zainteresowała się Joasia.
- Mówiąc prosto, to takie urządzenie, dzięki któremu jest się szybszym na wyższych obrotach silnika, ale wolniejszym na niskich. My tego nie mamy, dlatego nie zwalniamy tak jak on po wyjściu z zakrętu. – mijały właśnie znajdujący się po prawej stronie parking. Właściciele zaparkowanych tam aut wiwatowali na ich widok.
- Aha. Tak w ogóle, to lubią nas tu, stara. – odparła Joasia.
- Ta, ale jak by wiedzieli, że jesteśmy dziewczynami, to pewnie padli by ze śmiechu.
Natalia zamyśliła się, w trakcie gdy ich Stratus delikatnym poślizgiem pokonywał C13, lekki zakręt w prawo. Tego Dodge’a kupiły na spółkę z Joasią trzy miesiące temu, ale cały czas utrzymywały to w ścisłej tajemnicy. Chciały uniknąć rozgłosu i docinków kumpli, że to nie jest sport dla dziewczyn. Natalia jednak uwielbiała jeździć autem, a wyścigi górskie sprawiały jej ogromna frajdę. Dodge nie był znowu taki drogi, a prowadził się jak marzenie. Sprzedawca mówił, że to specjalny egzemplarz, z tylnim napędem (szukała takiego wozu dość długo) i wieloma ulepszeniami – i miał rację. Zawieszenie, miękkie w porównaniu do aut kolegów z klasy, dobre hamulce i mocny silnik bez turbodoładowania a zwłaszcza osławiony tylni napęd z blokadą mechanizmu różnicowego były jakby stworzone pod nią. Z najlepszą przyjaciółką, Joasią, na fotelu pilota, zaczęły przygodę z driftingiem. Nieznana jeszcze kilka miesięcy temu Przełęcz Białego Krzyża pozwoliła im zachować to w tajemnicy.

Ben wyskoczył z zakrętu C-14, o mały włos nie zderzając się z barierką. Jak, do wszystkich diabłów, Status mógł diftować w taki sposób? Facet za kierownicą musiał mieć jaja, żeby tak jeździć.
Średni downhill, króciutka prosta i długi zakręt w lewo, oznaczony numerem 15. Impreza poszła po wewnętrznej, piszcząc oponami. Ben wiedział, że czeka ich teraz 400 metrów prostej, i Stratus będzie wielokrotnie próbował go wyprzedzić. Pamiętał jednak, że ostatnie sto metrów jest zawsze wilgotne, a znajdujący się na końcu legendarny zakręt C-16 jest wręcz zalewany przez strumyk. Tam tylni napęd Stratusa nie mógł już pokonać 4WD. Na trudnej nawierzchni, nikt nie miał z nim szans!
Turbo syczało, a prędkościomierz przekraczał setkę.
- Wygram – pomyślał Ben – Wygram ze słynnym Stratusem, a to zaimponuje Małgosi. I wróci do mnie…
Stratus siedział mu na zderzaku. Ale nie atakował…

Opanowałyśmy w końcu tą trasę – myślała Natalia -  nauczyłyśmy się driftować, mówiąc nieskromnie, to  chyba nawet nieźle, samochód nie ma dla nas tajemnic. Nie przegrałyśmy ani razu. Z Joasią jako pilotem, który wypatruje aut z naprzeciwka i informuje o zakrętach, walki były proste.
- Nie atakujesz go tutaj? – przerwała jej rozmyślania Joasia .
- Nie – odpowiedziała Natalia – Zrobimy to na C-16.
- Tam jest mokro – stwierdziła Joasia – dasz radę?
- Dam. Robiłyśmy to już, prawda?
- Prawda. – Joasia pokiwała głową. Robiły. Nieraz…

- Jadą! Impreza! Impreza z przodu! Ale Stratus pół metra za nią!
Koło grupki ścigantów, zgromadzonych na parkingu w połowie prostej, przemknęły srebrna Impreza i czerwony Stratus.
- 4WD! Ciekawe, czy Dodge go wyprzedzi… teraz będzie ślisko.
- Coś ty, wątpisz w Czerwony Sztorm? On z nikim nie przegrał! – skarcił wątpiącego inny fan. „Czerwony Sztorm”, takie określenie przylgnęło do niepokonanego dotychczas, tajemniczego czerwonego Stratusa…

Impreza wyrzucała spod kół wodę, mknąc przez ostatnie sto metrów długiej prostej. Widział już jeden z najtrudniejszych zakrętów na Salmopolu, cholernie ciasny i ostry jak brzytwa nawrót w prawo. To, co znajdowało się za zakrętem, było zasłonięte przez gęste drzewa po wewnętrznej. Na jego zewnętrznej zaś znajdowało się błoto, i pościnane bale drzew. Poobdzierane i obite, nosiły znamiona wielu uderzeń nieostrożnych lub brawurowych kierowców. Cały zakręt był wiecznie mokry, bowiem zalewał go okoliczny strumyk. Nachylenie do wewnętrznej sprawiało, że woda niosła dodatkowo muł i błoto, ciekła, tworząc zupełnie nieprzewidywalną nawierzchnię.
Pięćdziesiąt metrów. Ben wdusił hamulec, w kwestii zablokowania kół zdając się na ABS, i przygotował do ostrego kręcenia kierownicą. Utrzyma wewnętrzną, zostawiając tańczącego Stratusa daleko w tyle…
Mylił się. Straszliwie się mylił…

- Żadnych świateł z naprzeciwka! Idź na całość, Nat!!
Dodge przemknął na pełnym gazie koło Imprezy, ochlapując jego boczne szyby mieszaniną wody i błota…

Ben ujrzał tylko, jak śmiga koło niego czerwona plama, by w następnej sekundzie zamienić się w zakręcającego tuż przed jego maską Stratusa. Wóz wszedł w zakręt driftem, po idealnej linii, sunąc centymetry od wewnętrznej barierki. Ben patrzył, jak auto, wyrzucając krople wody spod tylnich kół, znika w zakręcie. Gdy on pokonał wiraż – już go nie było.
Przegrał.

- Jupi! Pięknie to zrobiłaś, stara! – rozradowała się Joasia.
- Ten manewr z wyprzedzeniem i driftem tuż przed maską jest świetny, owszem – potwierdziła Natalia, mknąc dalej ku końcu przełęczy – ale dość ryzykowny. Musimy więcej ćwiczyć, Asia.
- Jasne. Ale dzisiaj było świetnie. Ciekawe, czy to rzeczywiście był Benek…

 

- Gdzie ten frajer jest? – zapytał oparty o swoją Prelude Adam. Od telefonu Benedykta minęło już ładnych kilka minut.
- A szlag z nim. Natknął się podobno na tego czerwonego Stratusa, słynny Czerwony Sztorm. Dostanie w dupę, i to ostro…
Koło parkingu, który wyznaczał jednocześnie linię mety od strony Wisły, przemknął czerwony Dodge Stratus. Na ten widok Adam i Jacek zerwali się z miejsc, ale zdążyli tylko zobaczyć fragment tablicy rejestracyjnej.
- SCI – stwierdził Jacek – Od nas. Z Cieszyna.
- Ta. A skoro już tu jest, a Bena nie ma, to znaczy, że ta faja przegrała. Jak zwykle, dał dupy.

Impreza pojawiła się na parkingu dopiero dwie minuty później. Wóz zatrzymał się koło Prelude i Civica, a ze środka wysiadł Benedykt.
- Przegrałeś, frajerze – dobił go jeszcze Adam – ten Dodge był tu już dwie minuty temu, z zegarkiem w ręku licząc.
- Zamknij się, nigga! – odreagował stres Benedykt.
- Ale przegrałeś, co nie? I dupa z twojego planu imponowania lasce. Przykro mi, stary. – odezwał się Jacek.
- Ten gościu ze Stratusa – stwierdził w końcu Benedykt – jest chyba nie do pokonania. Jak on driftował… i jak w zakręty wchodził… ta trasa jest cholernie trudna, a on wjeżdżał w zakręty jakby wiedział, że nikt nie jedzie z przeciwka! Niesamowity kierowca!

 

Księżyc w pełni rozświetlał ciemną, sierpniową noc, przebijając się przez drzewa wprost na linię mety wytyczoną u podłoża Serpentyn. Pisk opon sięgał apogeum. Ostatni zakręt Przełęczy był właśnie świadkiem pięknego wyprzedzenia po wewnętrznej, dokonanego przez bordowe Mitsubishi. Fani filmów spod znaku „Wolnych i Spokojnych” byli w stanie od razu rozpoznać w nim „Eklipse”, słynny, nieduży model japońskiego producenta. Znawcy tematu, już po krótkich oględzinach mogli tylko zagwizdać z podziwu – bordowy wóz był bowiem topową wersją Eclipse, oznaczoną literkami GSX, i dysponującą turbodoładowanym silnikiem 4G63 DOHC 16V o pojemności dwóch litrów i mocy (bagatela) 210 koni mechanicznych, przekazywanej na wszystkie koła. Po krótkim sprincie do mety publika mogła już składać gratulacje młodemu, lecz niezwykle utalentowanemu kierowcy Mitsubishi. Chłopak ten w ciągu miesiąca pokonał pięciu przeciwników, a i doniesienia z Przełęczy Biały Krzyż wskazywały, że i tam dopiekł niejednemu kierowcy. Młodzieniec z Eclipse, niezwykle przystojny (więc automatycznie uwielbiany przez fanki) uśmiechnął się promiennie do kibiców, pomachał do nich, po czym podszedł do swojego przeciwnika, właściciela niebieskiego Audi A4 3,0 V6, by uścisnąć mu dłoń i podziękować za niezwykle emocjonujący wyścig. Chłopak był tutaj lubiany przez wszystkich, nawet pomimo tego, że nie był „stela”. Jego niezwykle grzeczne zachowanie, a także przestrzeganie zasad fair-play sprawiało, że lubili go nawet pokonani. I bez większych nerwów oddawali określoną stawkę, o którą toczył się pojedynek.
W tym przypadku, właściciel Audi stracił tysiąc złotych. Dla bogatego biznesmena, zafascynowanego wyścigami, nie był to duży wydatek.
A dla Michała, ucznia klasy (już niebawem) IIIe (w I LO w Cieszynie) piękny zarobek, niezwykle mu teraz potrzebny. Dorobek zgromadzony przez ostatnie lata przeznaczył na tego Eclipse. Ale wóz był tego warty…
… a jeszcze kilka takich wyścigów, i koszt zakupu zwróci mu się całkowicie.
Michał rozumiał już swój wóz. Dość prosty w prowadzeniu, dzięki świetnemu wyważeniu nie cierpiał na trapiącą większość czteronapędówek podsterowność przy wyjściu z zakrętu.
Naprawdę fajne autko, pomyślał, wsiadając do środka. I ładne. Jego dziewczynie, Amelii, też się podobało…

 

Błażej wiedział już, że ta kieszonkowa rakieta była świetnym wyborem. Wielokrotnie odgrażał się kumplom, że jego auto ich zmiażdży, ale długo zastanawiał się, na który wóz się zdecydować. W końcu jego dylemat ograniczył się do jednej marki i modelu – Toyoty, i jej sportowej MR2 SW20. Jak na złość jednak, wersje, które spotykał w Polsce, miały odpowiednio po 138 i 158 koni. 158 to było mniej nawet od szajsowatego Subaru Benedykta, któremu obiecał upokorzenie na serpentynach.
Gdy już chciał zrezygnować z tego modelu, w jego oczy na allegro rzuciła się MR2 z silnikiem 200-konnym. Piękny, fioletowy lakier, ulepszone hamulce i utwardzone zawieszenie, ale co najważniejsze – silnik. Jednostka o oznaczeniu 3S-GE, więc nie jakaś europejska z niefabrycznym turbo, lecz oryginalny, niezwykle rzadki silnik N/A (bez turbo) z Japonii, wolnossący. Zmienne fazy rozrządu i moc w każdym zakresie obrotów, a zwłaszcza położenie silnika przed tylnią osią sprawiły, że dotychczas nikt, zarówno na Serpentynach jak i na tym nowym Białym Krzyżu nie dał sobie z nim rady. Nie miał wprawdzie okazji spotkać się ani z tym Robertem, ani z osławionym Czerwonym Sztormem, ale czuł, że jego świetnie wyważony i niesamowicie szybki wózek nie dałby im najmniejszych szans. MR, rzadko spotykany układ silnika, stosowany chociażby w Formule 1 sprawiał, że auto prowadziło się jak po szynach, nie tracąc praktycznie (samo z siebie) trakcji. Delikatna podsterowność przy wchodzeniu w zakręt była jedynym problemem, z którym (po miesiącu) potrafił już sobie poradzić…
Stojącą na Górze Toyotę oświetliły elipsowate reflektory. Punktualnie o 23, 13 sierpnia, jak obiecywał, zjawił się Michał. Przyszedł czas na wspólny trening…

Michał z zaciekawieniem obserwował, w jaki sposób MR2 Błażeja pokonuje zakręty. Wóz jechał jak po sznurku, podobnie trochę do Imprezy Benka i jego Eclipse, ale opony Toyoty praktycznie nie piszczały w zakrętach, a dodatkowo cały czas płynnie przyśpieszała. Ten układ MR i zmienne fazy rozrządu rzeczywiście działały niesamowicie.
Ale Błażej nie potrafił mu uciec. A to go całkowicie satysfakcjonowało.

Gdy pokonywali serię małych zakręcików, w lusterku wstecznym Eclipse zamrugały nagle światła jakiegoś samochodu. Jechali dość szybko, ale pomimo tego światła błyskawicznie się przybliżały. Na ostatnim z małych zakręcików, Michał mógł już zobaczyć kolor auta i znaczek na jego masce.
Błękitny Ford.
Błażej najwidoczniej również zorientował się, jaka jest sytuacja, bo gwałtownie przyśpieszył.

Na krótką prostą przed Patelnią wpadli w jednym rządku, odstęp między autami wynosił nie więcej niż 20 centymetrów. Błażej leciutko przyhamował, tak samo uczynił Michał. Toyota poszła środkiem jezdni, Eclipse zaraz za nią, tylko trochę bliżej barierki.
Ale to nic nie dało.
Patrzyli z niedowierzaniem, jak ich przeciwnik mknie z niesamowitą prędkością po wewnętrznym pasie, a spod jego kół nie wydobywa się nawet odrobina dymu. Auto nie zboczyło ku zewnętrznej nawet o centymetr, by na końcu zakrętu w niewytłumaczalny sposób podskoczyć, i wystrzelić w kierunku kolejnego zakrętu. Nawet nie próbowali go ścigać. Jak jeden mąż zatrzymali się, i wysiedli ze swoich aut.
- O kur*a! – stwierdził Błażej – To nie jest możliwe! Tak się nie da! On jechał po wewnętrznej na pełnym gazie, i nawet nie stracił przyczepności! Nie wyniosło go! To duch! Omam! Tak się nie da…
- Duch – stwierdził Michał – Duch srebrnej Sierry. To był Ford Sierra, Błaż. Taki jak…
- Nie! – zaprzeczył Błażej – To nie mógł być prawdziwy wóz. Poza tym, Sierra Mateusza, o której chciałeś mówić, była powolna, i wyglądała inaczej. To coś… ten duch… on był niższy od tej Sierry Mateusza… i miał inne felgi, sportowe … i sportowy body-kit, zderzak przedni, tylni, boczki, wloty powietrza na masce… no i ten wielki spoiler na tylnej masce… nie, to nie mogła byś Sierra Mateusza. To jakaś nowa, nieznana siła… duch, nie ma innego wyjaśnienia, nie da się tak jeździć!
- Ale Błaż – stwierdził spokojnie Michał – ona miała numery rejestracyjne takie same jak Sierra Mateusza. 72 na końcu rejestracji. To był Mat. Nie wiem, jak to zrobił, i co to za wóz, ale to był on.  Nawet kolor, jasnobłękitny, się zgadza.
- Michał – powiedział hardo Błażej – Mateusz jest w Japonii. Wraca dzień przed rozpoczęciem roku. I co teraz powiesz?
- Nie wiem. Ale to była jego Sierra.
- Nie była. Wierz mi, że to było… a, sam kur*a nie wiem, co to było!

 

- Tadek, podaj mi nasadową trzynastkę… i weź no zerknij, czy ten tłumik się będzie dobrze trzymał. – rozległ się głos spod podniesionego BMW 760i.
- Jasne, Łukasz. – Tadeusz wsadził w rękę kuzyna odpowiedni klucz, po czym ruszył w kierunku bagażnika topowego BMW. Złapał tłumik i spróbował nim szarpnąć.
- Trzyma jak sam sku*****n! – odpowiedział po chwili.
- Świetnie! To za chwile możemy odpalać tego dziada. Swoją drogą, dzwonił mi dzisiaj kumpel z USA. Pod koniec wakacji będę miał dla ciebie prawdziwe cacko. To tak w ramach zapłaty za pomoc… spodoba ci się, chociaż czeka nas z nim trochę pracy.
- Wyrąbiście, dzięki, kuzynie! – rozradował się Tadek – A co to za wózek?
- A, tego ci nie zdradzę. Wyrąbisty, i tyle. Może niezbyt na przełęcz, ale jak go dociśniesz na autostradzie, to dziuniom będzie stringi z dupy zrywać, takiego to ma kopa. Spodoba ci się.
- Z USA, mówisz? Bosko… - Tadek zaczynał już sobie wyobrażać, jaki super wózek wpadnie w jego ręce.
- Swoją drogą, miałem ostatnio ciekawe zamówienie – stwierdził kuzyn Łukasz, wyjeżdżając spod BMW. Był to człowiek w sile wieku, chociaż rozbiegane oczy i ciągły uśmiech wskazywały, że ma raczej naturę wesołka i dowcipnisia – Jakiś gościu zlecił mi załatwienie silnika 2,9 litra Coswortha. Takie silniczki to jest fajna zabawka, ładowali je do Scorpio, i miały po 207 koni, ale z dobrym wydechem i po dostrojeniu wyciśnięcie z nich 250 koni nie sprawia żadnych problemów. Załatwiłem temu gościowi silnik i wydech, i parę innych bajerów. Ciekawe, co z tym zrobi, co nie?
- Nie mam pojęcia – powiedział Tadeusz – sam silnik to sobie może w dupę wsadzić. Scorpio to duże i ciężkie auto… do czego to jeszcze można władować?
- No, i tutaj się zaczyna najciekawsza część historii…

- Prawy 90, sto! Tnij, tnij, tnij!
Czerwono – biała rajdówka w barwach Marlboro Team najechała przednim kołem na kamień. Wóz podskoczył gwałtownie, tracąc sterowność, po czym z całym impetem wyrżnął w drzewo. Pilot popełnił błąd. Kamienie na poboczu, typowe dla Rajdu Wisły, stały się powodem kasacji Forda Sierry Cosworth. Kierowca i pilot wyszli z tego z drobnymi obrażeniami. Wóz, odholowany gdzieś na pobocze, stracił dla bogatego zespołu wartość. W ferworze rajdu, Anno domini 1992,  zostawiony w szczerym polu, został zapomniany…

- Wyobraź sobie – ciągnął Łukasz – że ostatnio jakiś facet z Istebnej znalazł w stodole dziadka rozbitą rajdówkę klasy WRC, Forda Sierrę Cosworth. Wieść rozeszła się po gminie, i rychło znalazł się na to kupiec. Wóz bez papierów, ze zniszczonym silnikiem, bez żadnych praw do rejestracji… wieśniak dostał za niego tysiaka, nawet się cieszył, że tak dużo. Od tego czasu niewiadomo, co z tym autem się dzieje. Może ktoś to odbudowuje?
- Z tym silnikiem 2,9? – zapytał Tadeusz.
- To by mogło być interesujące– odparł kuzyn – ponoć sporo części z tej rajdówki, felgi, hamulce, sportowy wał, zawieszenie, część spoilerów była nieruszona i w świetnym stanie. Z silnikiem 2,9… to by było ciekawe auto. I cholernie szybkie…

 

Po tym Odcinku Specjalnym przeczytaj:
OS. "Boom Boom Japan"