Akcja Odcinka rozgrywa się w tym samym czasie, co OS'a "V-Kacje" - po zakończeniu I Sezonu, a przed rozpoczęciem II Sezonu - wakacje.

 

 

OS. „Boom Boom Japan!”

 

1.„Zapoznanie”

Serpentyny, odcinek z Istebnej na Kubalonkę. Ryk silnika, przebijający nocną ciszę. Odbił w prawo. Przedni zderzak znajdował się teraz tylko kilka centymetrów od nasypu. Wóz szedł bokiem tylko chwilę, potrzebną do pokonania zakrętu – system ATTESA rozdysponował mocą pomiędzy osiami, a wóz nie tracąc prędkości wrócił na idealny tor jazdy. Gaz do oporu. Leciutki zakręt w lewo. Koła nie ślizgały się, podsterowność (w przeciwieństwie do innych egzemplarzy tego niesamowitego wozu) tutaj nie występowała. Wskazówka prędkościomierza, przy akompaniamencie ryku silnika, doleciała do 110 kilometrów na godzinę. Droga wznosiła się teraz pod niewielkim kątem, i była nieco zakrzywiona w lewo. Drzewa zasłaniały to, co znajdowało się kilkadziesiąt metrów dalej. Tylni zderzak srebrnej Supry znajdował się tylko kilka metrów od przodu czarnego wozu. Spojrzał przed siebie – droga była wolna. Czas na atak nadszedł.
Pewnym i silnym, choć stopniowym ruchem nogi dodał gazu do oporu. Auto wystrzeliło do przodu, rozkosznie sycząc turbosprężarkami. Supra musiała zwolnić na tym zakręcie, to była jego szansa na objęcie prowadzenia. Wygasił reflektory, maksymalnie koncentrując się na tym kawałku drogi, który oświetlały światła Toyoty. Gwałtownie odbił na wewnętrzny pas, by po chwili zrównać się z przeciwnikiem. Mocy ciągle przybywało, Skyline wysunął się już o długość maski przed Suprę. Drzewa śmigały po lewej, a pomiędzy nimi, na poboczu, nasypach, dziesiątki widzów. Tego pojedynku nie mogli ominąć. I nagle zobaczył ją. Julia.
Odwrócił wzrok ponownie na drogę.
Oślepiające światło wielkich reflektorów.
Panicznie wdusił hamulec, i rozpaczliwie szarpnął kierownicą.
Bez efektu.
Wóz z pełnym impetem wbił się pod ciężarówkę. Gniotące się blachy. Eksplozja poduszki powietrznej. I potężna siła, miażdżąca całe ciało. Przeżywał to już kiedyś.
Ale tym razem, nie przeznaczone mu było z tego wyjść.

Obudziło go delikatne szarpnięcie. Czuł jeszcze pot spływający mu strużką po plecach, wręcz odczuwał ból spowodowany wypadkiem… własną śmiercią? Koszmar. Przyśnił mu się koszmar, jest zmęczony, umysł po tak długiej podróży płata różne figle. Wyjrzał przez okienko – potężny Boeing 747, czyli słynny „JumboJet” wylądował właśnie w porcie docelowym. W Tokio, w Japonii.

Autor musi w tym miejscu ostrzec szanownych czytelników, że wszystkie rozmowy toczyły się w języku angielskim, chyba że napisano inaczej. Milczeniem trzeba zbyć nieliczne problemy ze zrozumieniem się, wynikające z różnic kulturowych sytuacje i nieporozumienia. Wizyta Mateusza w Japonii przebiegała raczej pokojowo… pominąwszy kilka sytuacji. Ale o tym nieco później.

Japonia przywitała go bladym świtem, hałasem na lotnisku i okrutnym bólem głowy. Odebrał torby z „karuzeli” i zatrzymał się. Tutaj kończyły się jego pomysły. Nie miał, u diabła, pomysłu, jak znaleźć człowieka, który miał go zawieźć do wuja, ba – nie miał nawet działającego tutaj telefonu. Czując, że jest jedynym Polakiem w okolicy zmielił w ustach soczyste „wa mać” i zaczął rozglądać się po terenie ogromnego lotniska. Wyszedł z założenia, że łatwiej będzie człowiekowi wuja znaleźć europejczyka w Tokio niż jemu nieznanego z wyglądu skośnookiego w tłumie innych skośnookich.
Nie mylił się.
Niewysoki (jak na europejskie standardy) facet z kartonikiem. Mateuszowi wystarczyło spojrzenie. „Matahaeusz-san” i najdziwniejsze przekręcenie jego nazwiska, jakie w życiu widział.
Ten gościu musiał czekać na niego.
Ponownie, nie mylił się.

Mateusz z ogromnym zaciekawieniem obserwował przesuwający się za oknem krajobraz. Japonia rzeczywiście była zupełnie inna niż Europa. Wszechobecny, zalewający wszystko tłum ludzi, ciasnota i malutkie mieszkanka. Im dalej jednak od centrum, tym krajobraz robił się bogatszy. Mat powoli zaczynał dochodzić do wniosku, że wujek Paweł rzeczywiście czegoś dorobił się w tym śmiesznym kraju. Wóz, którym w tym momencie jechał, jasnozielona Toyota Celsior (odpowiednik Lexusa LS430) należał do tutejszych pojazdów luksusowych. Co więcej, za oknem co chwilę mijały go Mitsubishi GTO, FTO, Toyoty Supry, Hondy NSX… i Nissany Skyline.
Skyline.
Czym, do cholery, był ten sen?

- Mateuszu! Ile to już lat… a! Ostatni raz widziałem mojego chrześniaka… no, niech mnie piorun strzeli, na twoich dziesiątych urodzinach! Bardzo wyrosłeś, wykapany tata… właśnie, jak tam się miewa mój kuzyn?
- Dziękuję, wujku – odparł Mateusz postawnemu mężczyźnie w sile wieku – Ojciec ma się dobrze, jak na emeryta przystało. Wujka też zastaję, mam nadzieję, w dobrym zdrowiu?
- W najlepszym, Mateuszu. Jak widzisz, źle mi tu nie jest, chociaż ojczyzny brakuje… polskie kobiety… polskie powietrze… polska wód… a, mniejsza o to. Ale da się żyć.
Mateusz rozejrzał się po ogromnym domu. Rzeczywiście, wujkowi Pawłowi tutaj źle nie było. Zdecydowanie. Willa aż emanowała bogactwem, chociaż trzeba było wujowi przyznać – miał gust. Zawsze pamiętał go jako sympatycznego, dowcipnego gościa, z którym można się było powygłupiać. Fakt, ostatni raz widział go w swoje 10 urodziny, ale nie zmienił się on zbytnio od tego czasu, przybyło mu jedynie kilka siwych włosów.
- Podróż miałeś udaną? No, i jak pierwsze wrażenia ze stąpania po tej skośnej ziemi?
- A, dziękuję, lot spokojny, żadnych problemów z turbanami czy czymś takim… tylko spać mi się chce niesamowicie…
- Normalne, chłopcze. Zmiana strefy czasowej, cała ta misterna elektronika w czaszce fiksuje od tego. Pójdziesz spać…
Fajnie, pomyślał Mat. O to chodziło. O niczym innym nie marzył, jak tylko o ciepłym prysznicu i kilku… kilkanastu godzinach snu.
- … jak tylko zjesz z nami śniadanie. Muszę ci kogoś przedstawić.
„Wa mać”, pomyślał Mat. Goodbye, łóżeczko. Witajcie, dyskusje ze skośnookimi…

Wszedł za wujem do obszernej jadalni, oświetlonej delikatnym blaskiem lamp. Oczy piekły go niemiłosiernie, delikatne światło było wręcz prezentem od losu. W pomieszczeniu, pośrodku, stał bardzo niski stół, wokół którego siedziały (a raczej kucały) trzy osoby.
Na oko, w jego wieku.
Wysoki, postawny chłopak o ciemnych włosach na żelu.
Naprzeciw niego, po prawej, niski, dopakowany brunet.
Ale mniejsza o nich, pomyślał Mat.
168 centymetrów wzrostu, lśniące, kruczoczarne włosy, klasyczne, delikatne rysy twarzy.
Biała bluzeczka z motywem florystycznym i typowa dla Japonek króciutka czarna spódniczka, ujawniająca długie, kształtne nogi.
I oczy.
Jak długo żył, nie widział tak intensywnie fioletowych oczu.
Warto tu było przyjechać, pomyślał Mat.
Chociażby dla względów estetycznych, warto było.

Mateusz kucał za tym durnym stołem i kontemplował zawartość stojącej przed nim miseczki. Jedzenie owszem, wyglądało apetycznie, i pachniało co najmniej zachęcająco.
Ale jak, do wszystkich diabłów, używa się tych cholernych pałeczek?
- Tak więc, Mateuszu, jutro wyjeżdżacie na północ. – zakomunikował nagle wuj Paweł.
Fajnie, pomyślał Mateusz. Zwiedzanie. Kocham zwiedzać. Ale, do stu diabłów, chciałbym sobie obejrzeć Tokio.
- Fajnie. – odparł tylko – A dokąd konkretnie?
- Prefektura Gunma. – stwierdził wujek – Mówi ci to coś?
Gunma! Initial D, jak babcię kocham, pomyślał Mat. Skonstatował nagle, że trójka jego nowych współtowarzyszy bacznie obserwuje jego reakcję na słowo „Gunma”.
Przedstawili mu się zaraz po jego wejściu. Ten postawny zwał się Haruki. Paker to Koichi. A piękność miała na imię Fumi.
Ładnie. Cokolwiek to znaczyło.
- Yhy. – odpowiedział Mat – Coś słyszałem.
Nie miał siły na okazywanie większych emocji. Cieszył się jak cholera, w końcu tam były najbardziej znane japońskie przełęcze… ale wątpił, czy tej trójce albo wujowi zaimponuje znajomość japońskiego touge i Initial D. Lepiej siedzieć cicho…
… czas iść spać, pomyślał nagle. Zdecydowanie, Mat, wyobraźnia płata ci figle. Właśnie wydaje ci się, że po raz kolejny łapiesz na sobie spojrzenie tej ślicznotki.
- Paweł-sama, czy nie ma pan nic przeciwko, żebyśmy zabrali wieczorem Mateusz-san do miasta? – odezwał się Koichi.
Mateusz-san, pomyślał Mat. Cholernie zabawnie to brzmi. Ciekawy ten skośny język.
- Ja nie widzę przeszkód, Koichi. Myślę, że Mateusz też z chęcią się przejedzie, ponoć marzył o zwiedzeniu Tokio. Co ty na to, Mat? – zwrócił się do niego wuj Paweł.
- Będę zaszczycony. – Mat skłonił się lekko w kierunku Koichiego. – Jak tylko się wyśpię, będę gotowy.
- Wspaniale! Cała przyjemność po naszej stronie, Mateusz-san! – ucieszyła się Fumi, uśmiechając się do niego.
Cholercia, pomyślał Mat. Albo to taki przyjacielski naród, albo coś tu jest nie tak…
… swoją drogą, miała ładny głos.
- Myślę też, że Mat nie będzie miał wam za złe, jeżeli przestaniecie używać formy grzecznościowej. Prawda, Mateuszu? – bardziej stwierdził niż zapytał wujek Paweł.
- Oczywiście. Mateusz lub Mat w zupełności wystarczy. – odpowiedział.
- Fumi. – znowu się uśmiechnęła, z lekkim ukłonem.
- Koichi – uścisnął Mateuszowi rękę.
- Haruki – najwyższy z trójki powtórzył gest uściśnięcia dłoni – No to jesteśmy umówieni na wieczór. Będziemy po ciebie o 19.
- Jest mi niezmiernie miło. A teraz wybaczcie, idę uderzyć w kimono…
Z dowcipu językowo-kulturowego zdał sobie sprawę poniewczasie.
Cała czwórka wybuchła śmiechem.
- … w sensie: „go to sleep”. „Schlafen gehenn”. A po Polsku: „iść spać”. W celach regeneracyjnych. Do wieczora… - odrzekł na odchodnym, po czym udał się na zasłużony spoczynek…

 

2. „No One Sleep In Tokyo”

- Mat, przyjechali. Jesteś gotowy? – wuj wparował do pokoju.
Był gotowy. Ukradkiem spojrzał na zegarek. Na czarnej kopercie jego Casio widniała godzina 19. Punkt 19. Nieźli byli.
- Jestem, wujku. – poprawił marynarkę i ruszył schodami na dół, zastanawiając się, co może go zaskoczyć w tym kraju. Nacisnął klamkę i wyszedł na zewnątrz, dając się ogarnąć ciepłemu wieczorowi…
… i poczuł się zaskoczony. Totalnie.
Widok przed nim był miodem na serce każdego fana japońskiej (i nie tylko) motoryzacji. Na przydomowym parkingu stała żółta Honda NSX pierwszej generacji. Tuż koło niej najnowszy Nissan 370Z, w krwiścieczerwonym kolorze, a nieopodal nich srebrna Mazda RX7 FD.
A przy autach kolejno Haruki, Koichi i Fumi.
Stanął w drzwiach jak wryty, kontemplując ten niesamowity park maszynowy.

- Może on nie jest takim ignorantem motoryzacyjnym, jak nam się wydawało. – powiedział cicho Koichi do Harukiego.
- Moglibyście go przestać obgadywać? Nic o nim nie wiemy, a już go… - ochrzaniła ich Fumi.
- Spokojnie, Fumi! Nie obgadujemy go! Ale chyba zaczynam rozumieć, co miał na myśli Paweł-sama, mówiąc o naszych „wspólnych zainteresowaniach”… - odpalił Haruki
- Może ten gość siedzi w autach po uszy, ale i tak na touge nie zna się wcale. Słowo „Gunma” nie spowodowało żadnej reakcji. Pewnie nawet nie skojarzy miejsca, gdzie go jutro zabie… - ciągnął Koichi.
- Cicho. Zobaczymy. Idzie. – syknął Haruki.

- Piękne – stwierdził Mateusz, podchodząc do nich To nie były istebniańskie „tjunowane” BM’ki czy Golfy. To nie była jego stara Sierra czy nawet S13 Rob… tego człowieka. To były najprawdziwsze, pięknie utrzymane sportowe JDM. Żadnych zarysowań, zbędnego tuningu, nic. Sztuka użytkowa, piękno dzięki prostocie formy. Uwielbiał to.
- Dzięki. – odparł skromnie Haruki – Ale to nic specjalnego jak na Japonię. To jak, jedziemy?
- Jasne. Z kim… - zaczął Mateusz, ale nie zdążył dokończyć.
- Ze mną! – Fumi po raz kolejny obdarzyła go promiennym uśmiechem.
Co jest, do wszystkich diabłów? Japońska gościnność?

Cyfrowy zegar w RX7 wskazywał kwadrans po północy. Silnik Wankla pieścił uszy wysokim brzmieniem, a kubełkowe fotele Bride rozkosznie obejmowały plecy. Ostatnie kilka wypełnionych wrażeniami godzin wymęczyło go, ale był zadowolony. Tokio było niesamowite. Nie zasypiało. Ich „wycieczka” była pasmem niekończących się dyskotek, sklepów, salonów gier i restauracji. Szalone miasto, owszem. Ale zdecydowanie warte zwiedzenia…
Świst turbo i potężny ryk silnika. Gaźnikowego silnika. Instynktownie spojrzał w lusterko, które po krótkiej chwili całe wypełniło się światłem. Tuż obok nich, po lewym pasie, przemknął ciemnobłękitny Nissan Z, S30Z, a zaraz za nim czarne jak noc Porsche 911.
Znał te wozy.
Ale nie wierzył w ich istnienie.
- Blackbird – wyjąkał wreszcie. Czarne Porsche 911 (964) Turbo było już tylko kropką na horyzoncie, podobnie jak legendarny błękitny Nissan – I Piekielny Z. One istnieją? – bardziej stwierdził niż zapytał.
Fumi spojrzała na niego zaskoczona. Skąd wiedział… skąd zna legendy Wangan?
- Devil Z – powiedziała wreszcie – I Blackbird. Legendy autostrady, od wielu lat w conocnym pojedynku na Shuto. Skoro je znasz, Mateuszu, to znaczy, że oglądałeś Wangan Midnight… mam rację?
Mateusz przytaknął.
- A to pozwala mi sądzić, że Initial D również jest ci nieobce?
- Uwielbiam ten serial – stwierdził Mat – Dlatego cieszy mnie niezmiernie, że zabieracie mnie do prefektury Gunma.
- Nie okazałeś tego po sobie dziś rano. – zażartowała Fumi.
- Wybaczcie, rano byłem nie do życia. Przełęcze, touge, jak to nazywacie, są moją pasją. A w prefekturze Gunma są te najsłynniejsze… Akina. Akagi. Usui. Czy nadarzy się okazja…
- Będzie mnóstwo okazji. – przerwała mu ze śmiechem Fumi – Po to tam jedziemy.
- Nie rozumiem.
- Paweł-sama przed twoim przyjazdem mówił nam, że łączą nas wspólne zainteresowania. Dlatego uznaliśmy, że ucieszy cię wyjazd  do Shibukawy… prawda?
Shibukawa. Rodzinne miasto Takumiego Fujiwary. Miasto u stóp Mt. Haruna. Akiny. To musiał być sen.
- Ucieszy? – wyjąkał wreszcie – Marzyłem o tym! Ech… gdybym tylko miał tutaj mój wóz…
- Tam gdzie mieszkasz też są przełęcze? – zainteresowała się Fumi.
- Tak… nie tak wspaniałe, ale są… wyścigi się odbywają.
- Wyścigi górskie?! – była zaskoczona - To nawet w Europie zaczęto uprawiać touge?
- Ta… nie na takim poziomie jak u was, to jasne. Ale fanów przybywa.
- A ty, Mateuszu?
- Ja? Ja też się ścigam… czasem.
Paweł-sama miał rację, pomyślała Fumi. Mieli mnóstwo wspólnych zainteresowań.
Czas więc mu pokazać, że i ona zna się na tym i owym.
Mazda wystrzeliła w noc. Wangan sprzyjał popisom…

3. „Feel The Difference”

Shibukawa przywitała bohaterów piękną, słoneczną pogodą. Wypakowując bagaże, Mateusz mógł oglądać z okna zbocza Mt. Akina. Zawsze marzył o przejażdżce po tej górze.
Wynajęty apartament był wielki. I niezwykle luksusowy. Musiał przyznać, że wuj się postarał. Zwiedzając, zabrnął aż na sam dół. Nacisnął klamkę i wszedł do przepastnego pomieszczenia. Promienie światła wpadały tutaj tylko przez znajdującą się naprzeciw niego niedomkniętą bramę. Na oślep wymacał włącznik, i pomieszczenie rozświetliły dziesiątki lamp.
- O kur…de. – wyrwało mu się. Pomieszczenie okazało się bowiem garażem.
Dobrze wyposażonym garażem.
Przed nim stały cztery wozy.
Honda Civic EG6.
Nissan Silvia K S13.
Subaru Impreza WRX.
Toyota MR2 SW20.
Niby nic specjalnego, w porównaniu do aut Koichiego, Harukiego czy Fumi, ale i tak takie nagromadzenie usportowionych wozów z zacięciem do touge robiło wrażenie.
Pytanie brzmiało tylko: w jakim celu ktoś je tutaj trzymał. Odpowiedź zaś przyszła po krótkiej chwili, w osobie Harukiego.
- Jak ci się podobają, Mateuszu? Nie są to jakieś potwory, ale chyba całkiem niezłe, nieprawdaż?
- FF, FR, 4WD i MR. Praktycznie wszystkie spotykane w touge typy aut. Nawet lepsze niż niezłe.
- Po tym, co mówiła nam wczoraj Fumi, doszliśmy do wniosku – stwierdził Haruki – że jako fan touge nie będziesz miał pewnie nic przeciwko małym szkoleniom w technice jazdy? Oczywiście nie obrazimy się, jeśli odmówisz…
- Odmówić? Szkolenie w Japonii, wszystkimi typami aut, pod okiem takich znawców? Musiało by mnie chyba popier…dzielić. Oczywiście, ze się zgadzam!
- No – uśmiechnął się Haruki – Tak właśnie myślałem. No to zaczynamy tej nocy. Civic idzie na pierwszy ogień.
Mateusz uśmiechnął się szeroko. Te wakacje będą naprawdę ciekawe…

4. „FF”

Wzgórze Haruna, znane także jako Akina. Istna Mekka dla każdego fana mangi i serialu Initial D, ba – dla każdego wielbiciela wyścigów po górach. Kombinacja bardzo szybkich prostych, licznych nawrotów i zakrętów, a także multum niezwykle szybkich tutejszych kierowców sprawiała, że trasa ta stanowiła prawdziwe wyzwanie. Nie odmówił by sobie, gdyby go nie podjął.
Silnik B16 w Civicu kręcił się niesamowicie. Zmienne fazy rozrządu, słynny VTEC, były rzeczywiście potężną bronią. Ponad 160 koni, wyciśnięte bez turbiny, zapewniały w lekkim hatchbacku przyśpieszenie w praktycznie każdym zakresie obrotów. Owszem, moment obrotowy czuł dopiero blisko czerwonego pola, ale to był szczegół. Jacek miał sporo racji, gdy zachwalał swojego Civica. To był mocny argument na przełęcz.
Nissan 370Z przed nim złożył się do driftu, i wszedł w nawrót bokiem. Ostatni ostry zakręt na przełęczy. Zwolnił, wdusił na chwilę hamulec, dociążając przód, po czym zaatakował wiraż od wewnętrznej.
Błąd.
Podsterowność wyniosła go aż  na zewnętrzny pas, i tylko pulsacyjne dodawanie gazu uratowało go od przykasowania w barierki. Odzyskał przyczepność i wyjechał z zakrętu, ale strata była na tyle duża, że jadący za nim Haruki wyhamował o centymetry od bagażnika Civica.

FF zachowywały się jak gokarty, i prawie idealnie trzymały się nadawanej w zakręcie linii (po odpowiednim zwolnieniu przed zakrętem, oczywiście). Problem pojawiał się jednak pod koniec trasy. W pierwszym przejeździe, Mat korzystał z techniki gripu na każdym zakręcie. W efekcie, nagrzał opony do tego stopnia, że pod koniec trasy dopadł go główny problem FF.
Podsterowność.
Właśnie z powodu tego zjawiska nie lubił FF. Zawsze łatwiej przychodziło mu opanowywanie nadsterowności. Co więcej, nadsterowność, w postaci driftu, można było wykorzystywać do pokonywania zakrętów. Podsterowność, czyli zjawisko przodu nie reagującego na komendy wydawane kierownicą, można było zaś wykorzystać co najwyżej do przywalenia w barierkę.
Ale także i w tym typie aut działała technika dociążania przodu, ba, dawała nawet lepsze rezultaty niż w jego Sierrze. Po takim manewrze, Civic szedł po nadawanej linii jak po sznurku. Ale i tak czuł, że mógłby pojechać tutaj szybciej własną FR Sierrą.
Gdyby ją tutaj miał.
I gdyby jej nie rozwalił.
Zatrzymał się na dolnym parkingu i wysiadł z auta.
Z żółtego NSX’a wyłonił się Haruki. Bez słowa podszedł do Civica i dotknął opony, po czym szybko cofnął rękę.
- Całkiem nieźle – odezwał się wreszcie – Powiem szczerze, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyłeś. Spróbuj wchodzić w zakręty bardziej od zewnętrznej do wewnętrznej. Atakujesz od razu w kierunku wewnętrznej, po czym musisz odbijać w drugą stronę. Nie minę się chyba z prawdą, jeśli powiem, że to nawyk z pojazdu tylnonapędowego?
- Nie – odparł Mat – Nie miniesz się.
- W takim razie – uśmiechnął się Haruki – za kilka dni, gdy przejdziemy do Silvii, pokażesz, na co cię naprawdę stać.
Mat pokiwał głową, po czym wsiadł do Civica i ruszył na kolejną rundę po Mt. Haruna…

 

To be continued…