Historia tego opowiadania jest co najmniej ciekawa. Powstało dokładnie w czwartek, 21 sierpnia 2008 roku, i zostało opublikowane na kultowym forum granturismo.pl, w temacie założonym przez mojego dobrego znajomego ze świata GT, Lukasa, pod tytułem "Nürburgring Nordschleife League". Był to niekończący się turniej, celem którego miało być ustanawianie coraz to nowych czasów na tym kultowym torze, korzystając z Gran Turismo 4. Zabawa była przednia, ale tak się złożyło, że zeszła się z moim...ehm...nieszczęśliwym zakochaniem. Plan pobicia rekordu toru za pomocą ogromnego BMW M5 E60 spalił na panewce, ale za to pod natchnieniem powstał zapis przejazdu - miniopowiadanie, pod tytułem "Powrót do Piekła". Spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem, choć z perspektywy czasu styl był straszny, a opowiadanie było zwykłą wiwisekcją. To, co zaraz będziecie mogli, Drodzy Czytelnicy, przeczytać, to niejako "Powrót do Piekła 2.0", czy też "Powrót do Piekła 2010". Po cięciach, przeróbkach i modyfikacjach, z jednego z rozdziałów serii "Trzeci" stała się OS'em "Za Zakrętem". Dość "miło" udało się ją złączyć nieco z realiami, które poznacie już niebawem, za sprawą "Trip To Hell". Ale nie uprzedzajmy faktów.

Gdyby kogoś interesował oryginalny tekst, bez zmian, a także historia bicia rekordów Nurburgringu przez userów granturismo.pl - polecam, świetna motoryzacyjna lektura - zapraszam tutaj:
http://www.granturismo.pl/forum/viewtopic.php?f=24&t=4787&st=0&sk=t&sd=a&start=240


A teraz - miłej zabawy...

 

OS „Powrót do Piekła [2.0]”

 

Był tu... znów. Jego czarne BMW M5 z lawetą zatrzymało się przy bramie wjazdowej.
- Witamy ponownie. Tor i garaż jest do pańskiej dyspozycji.
- Dziękuję.
Uśmiechnął się. Bycie milionerem, a na dodatek "dość" znanym kierowcą wyścigowo – rajdowym miało swoje plusy. Poprawka – miało same plusy.
Prawie same.
Jednym z nich była właśnie możliwość wynajmowania dowolnego toru „na wyłączność”.
Nawet Tego toru.
Zielonego Piekła.
Nurburgringu.

- Witaj, Norbercie. – powitał go stary znajomy. Wyskoczył z auta, gdy tylko go zobaczył. Miał do tego człowieka ogromny szacunek, a w kwestii tego toru traktował wręcz jak boga.
- Witam Pana, Panie Rohrl. Mam nadzieję, że moja rezerwacja nie przeszkodziła Panu w czymkolwiek? – zapytał szczerze.
- Nie – odparł – Właśnie skończyłem.
- W takim razie, cieszę się – odparł Norbert – Dawno się nie widzieliśmy.
- Racja. Chyba z pięć lat… miałeś wtedy ledwie dwadzieścia pięć na karku. – stwierdził Rohrl – Bodajże na 24 godzinach Le Mans, o ile mnie moja stara pamięć nie myli.
- Nie myli się pan. Dokładnie wtedy.
- To było piękne zwycięstwo – uśmiechnął się Walter Rohrl – W sumie, korona twojej kariery. Jak na ten wiek, to niesamowite osiągnięcie. Nie zajmuję ci czasu, pogoda nie jest dzisiaj zbyt pewna.
Spojrzał na niebo.
Rohl miał rację.
- Do zobaczenia – stwierdził, i uścisnął dłoń legendy Nurburgringu.
Zaiste, zabrzmiało to niezwykle cynicznie, pomyślał.
Z toru zjeżdżali właśnie ostatni kierowcy.
- To śmieszne – przemknęło mu przez głowę, widząc kierowców usportowionej Sierry, czerwonego Dodge’a i czerwonej Prelude – Coraz młodsi siłują się z Ringiem. Sporty samochodowe stały się… pospolite.
Z drugiej strony, czemu się dziwił? On zaczynał, będąc nawet młodszym od nich…

Wjechał do przygotowanego już przez pracowników toru garażu. Opuścił lawetę i stoczył z niej drugie M5.
Ciemnobłękitne. Interlagos Bleu.
Oryginalne felgi były tu zamienione na sportowe, czarne, a opony – na niskoprofilowe. Wyścigowe.
Komplet takich opon kosztował 45 tysięcy, ale były tego warte. Owszem – zużywały się bardzo szybko, to była bardzo miękka mieszanka, ale zapewniały niesamowitą wręcz przyczepność. A przyczepności na Nurbie nigdy za wiele. Wtoczył wóz na kanał i wszedł pod spód. Dostrajanie tego auta było dziecinnie łatwe. Otworzył kluczykiem klapkę, znajdującą się w centrum podwozia, i w widniejącą tam wtyczkę wetknął kabel. Wyszedł z kanału najazdowego, i drugi koniec kabla wetknął do stojącego na biurku laptopa. Uruchomił odpowiedni program i wziął się za przestrajanie. Najpierw obniżył zawieszenie, praktycznie maksymalnie, do 83mm. Następnie ustawił na maksimum nacisk sprężyn. Nurburgring miał wiele garbów, nierówności i hopek, na których twarde zawieszenie było samobójstwem, ale też wiele ciasnych zakrętów, na których samobójstwem było zawieszenie miękkie. Następnie zmniejszył nastawy stabilizatorów, i wyszedł z sekcji „Suspension”. Włączył cześć zatytułowaną „Brake Balance Controler”. Balans siły hamowania. Należał do tej grupy kierowców, którzy woleli maksymalną siłę hamowania z przodu. Ostatnim razem miał ją ustawioną bardziej na tył, dla eksperymentu – może to właśnie w tym tkwił problem? Wyszedł z tej sekcji i włączył „Handling”. Tu nie bawił się w ustawienia, wydłużył tylko wszystkie przełożenia poprzez „Auto-settings” na poziom „13”. Nacisnął „Apply” i spojrzał na niebieskie M5. Wóz obniżył się. Ustawienia zadziałały. Wyglądało to jak science-fiction, jeszcze kilka lat temu nikt o takim dostrajaniu aut nawet nie myślał. Technika biegła do przodu w szaleńczym tempie. Wyłączył laptopa, zszedł ponownie do kanału, wyjął kabel i zamknął klapkę na kluczyk. Wóz był gotowy.
Ale on nie. Jeszcze nie.

Stał na „Antoniusbuche”, patrząc w niebo. Słońce świeciło delikatnie, nie oślepiało. Było ciepło, gdzieś tak z 23 stopnie. Idealna temperatura. Przyklęknął i dotknął palcem toru. Tego się spodziewał. Nurburgring był jak kobieta. Nieprzewidywalny. Tor był wilgotny, co sprzyjało wpadaniu w poślizgi. Rocznie życie traciło tu około 10 osób. Rocznie. Tor był otwarty dla każdego – płacisz kilkanaście Euro, wjeżdżasz swoim samochodem i jedziesz sobie cztery okrążenia. Stop, źle. Nie „jedziesz sobie”. Walczysz o przeżycie.
Bo Nurb to walka. Walka z samym sobą.

Przeżegnał się i wytoczył wóz na odcinek rozbiegowy.
Chciał bić rekord, wiedział, że jest w stanie to zrobić.
Wsiadł do auta i wsadził kluczyk do stacyjki. Z kieszeni garnituru wyjął płytę CD i wsadził ją do odtwarzacza w aucie. Był to specjalny odtwarzacz i specjalne głośniki.
Najlżejsze z możliwych.
Nacisnął „Play” i zaczął się wsłuchiwać w pierwsze takty „Ghost Love Score” z albumu „Once” zespołu Nigthwish.
Ten utwór praktycznie w pełni oddawał ducha Nurburgringu. Z tą muzyką bił poprzedni rekord, więc i z nią pojedzie tym razem. W końcu czym miał on różnić się od wszystkich poprzednich?
- Będzie się różnił – skarciłby go głos sumienia.
Ale Norbert pozbył się sumienia już dawno temu.
Nacisnął starter. Orkiestra symfoniczna 10 cylindrów zaczęła grać swój piekielny koncert. Siedemset dwadzieścia cztery konie obudziły się do życia. Ilekroć słyszał ten dźwięk, przywodził on mu na myśl ostrzegawcze porykiwanie lwa.
- Uważaj, bo cię zabiję – zdawał się mówić.
- Nie zabijesz.
Tu wrogiem nie był samochód. Wrogiem był tylko i wyłącznie kierowca.
Niegdyś myślał, że pojedynkuje się tu z torem, że to Nordschleife jest przeciwnikiem, którego musiał pokonać. Ale mylił się.
Nurb nie był wrogiem.
Nurb był wyzwaniem.
Wyzwaniem, które na własne życzenie podejmował.
Nacisnął gaz, a automatyczna, siedmiostopniowa skrzynia biegów wrzuciła jedynkę. Często śmiano się z niego: „Co z ciebie za kierowca wyścigowy, skoro jeździsz na automacie? Nie umiesz zmieniać biegów?!”.
Umiał. Ale wolał poświęcać sto procent uwagi trasie, a nie zerkać co chwila na obrotomierz lub dekoncentrować się słuchając obrotów silnika, czy to już czas zmienić bieg.
W tej kwestii, w stu procentach zdawał się na elektronikę.

Od linii, po przekroczeniu której ruszał zegar, dzielił go raptem zakręt i sto metrów prostej. Odbił lekko, nadrzucając tyłem, i wyskoczył na prostą startową. Na linii startu miał 150km/h. Timer ruszył.
Zaczęło się.
Zwolnił do 110, aby wejść w pierwszy zakręt. Od razu poczuł, że to błąd. Tył wozu lekko zaczął uciekać, i tylko mocne wciśnięcie gazu uchroniło go od wypadnięcia z trasy.
M5 było nadsterowne, i choć uwielbiał takie samochody, tym razem przeszarżował.
Zaklął pod nosem, zdając sobie sprawę, że właśnie stracił pół sekundy.
- Ten, kto popełnia błąd na pierwszym zakręcie, nie doczeka ostatniego. – przypomniały mu się słowa jakiegoś starego kierowcy wyścigowego.
Ale czy go to martwiło?
Nie.
Docisnął gaz do oporu. Wóz z rykiem wystrzelił do przodu, biorąc kolejny zakręt. Czyściusieńko.
Jego M5 prowadziło się znakomicie. Następny zakręt. Lekko puścił gaz i skręcił koła.
Poczuł… poślizg. Nawet systemy kontroli trakcji i im podobne, najnowocześniejsze zdobycze techniki, miały by problemy z opanowaniem tak brutalnej mocy.
Dlatego z nich nie korzystał
To on panował nad tą mocą, jego ręce i nogi zastępowały wszelkie ABS’y, ASR’y i inne przeszkadzacze.
Delikatną kontrą, muśnięciem gazu, przywrócił autu trakcję.
Kolejne zakręty brał jak po szynach. Lekkie dotknięcie hamulca, skręt kołami, gaz, kontra kierownicą. Po chwili był na Hocheichen. Pierwsze wyzwanie.
Twarde i niskie zawieszenie nie lubiło takich miejsc. Zdradliwy podjazd, potem szybki opad na niezbyt równy beton, a następnie znów podjazd i opad.
Inne wozy robiły tu widowiskowe podskoki. Ale on nie mógł sobie na to pozwolić.
To mogło by oznaczać utratę kontroli.
Nie mógł sobie na to pozwolić. Jeszcze nie tutaj.
Nie chciał tego zrobić z własnej inicjatywy. Przez głupotę.
Zwolnił, o ile prędkość zmniejszoną do 200km/h można było nazwać „zwolnieniem”. Zawieszenie lekko przysiadło, by następnie podskoczyć. Pierwszy garb pokonany.
Czas na drugi.
210km/h. Najazd. Szczyt.
Poczuł, że koła straciły kontakt z ziemią. Leciał.
Wiedział, że nie może skręcić kierownicą.
Tylko mając wyprostowane koła mógł liczyć na kontrolę nad autem po lądowaniu.
Twardo przywalił o beton. Wóz ani na chwilę nie stracił przyczepności.
Wdusił hamulec, i ze 150 na liczniku wybrał zakręt za drugim garbem.
- Pierwsza przeszkoda wzięta. – pomyślał.
Gaz do oporu.
Kolejne zakręty to łatwizna. Nawet ich się nie zauważa.
Jego oczom ukazała się Schwedenkreuz. Jedna z dłuższych prostych Nurbu.
I jedna z najbardziej zdradliwych.
Pamiętał, jak rozbił tu swoje białe M5. Wtedy, nie zwolnił.
Popełnił błąd.
Nie okazał szacunku.
A teraz miał jeszcze zawieszenie, dla którego pułapką była mała hopka przed zakrętem na Schwedenkreuz. Jeśli przesadzi, wóz wypadnie z zakrętu niczym wystrzelony z procy
260km/h. Ocenił odległość do małego, praktycznie niewidocznego garba.
270km/h.
Wyczuł moment. 240. 220. 200.
Przejechał garba czyściutko, ani na chwilę nie stracił kontroli nad wozem.
Ponownie wcisnął gaz, przyśpieszając na drugiej połowie prostej. 240. 250.
Szybciej się nie dało. Zwolnił do 130 i wszedł w Aremberg.
Zakręt ten, bardzo ostry nawrót w prawo, nowicjuszom wydawał się zabójczo trudny.
Ale taki nie był. Świetnie wyprofilowany, więc nawet pomimo sporego kąta – łatwy.
Mimo tego, tylne koła znów zaczęły uciekać. Delikatnie skontrował, i musnął gaz. Tył znów stał się posłuszny.
Wyszedł z zakrętu i znów docisnął gaz. Łatwa prosta za Aremberg pozwalała spojrzeć na timer. 1’23.817. Nieźle. Bardzo nieźle. To rzeczywiście może być nawet…
Popełnił błąd.
Zamyślił się.
Tego Nurb nie wybaczał. Wjechał na jeden z „krawężników” na jakimś poślednim zakręcie, lewe koła znalazły się na trawniku.
Zadziałał machinalnie, ostro kontrując.
Nieco za ostro.
Przy tej prędkości, małe błędy stawały się wielkimi problemami.
Wóz wpadł w poślizg, stawiając się praktycznie bokiem do kierunku jazdy.
- To już? – był bardziej zaskoczony niż przestraszony.
Założył kontrę i wcisnął gaz, a auto posłusznie wróciło na środek trasy.
Uwielbiał ten wóz. Ogromna limuzyna. Wygodna. I niesamowicie szybka. A jednocześnie, słuchająca wprawnego kierowcy niczym znakomity chór dyrygenta.
Znał jeszcze tylko jeden wóz, który łączył wszystkie te cechy.
Aston Martin DB9.
Jej Aston Martin DB9.
List, który zastał go w Niemczech, gdy przyjechał tu kilka dni temu. Pisał stary przyjaciel.
Zanim dotarło do niego to, o czym był informowany, musiał przeczytać te kilkanaście zdań sto razy.
Człowiek z Mercedesa CLS.
Człowiek, którego pokonał już dwukrotnie, w ważnych momentach swojej kariery, pojawił się ponownie.
I ponoć kręcił się w pobliżu Niej.
Od tego, czy uda mu się zrobić to dzisiaj uzależniał dalsze działanie.
Uzależniał to, co postanowi.
Uzależniał wszystko.
- Cholera – zaklął pod nosem. To nie był moment na wspomnienia.
Był na Ringu.
A Ring nie tolerował, gdy ktoś nie poświęcał mu całej swojej uwagi.
Kallenhard. Siódmy kilometr. Zdradliwy zakręt.
Szybko. Bardzo szybko.
Skrzynia wrzuciła wyższy bieg, a silnik ryknął przeciągle.
Gaz do oporu.
Koncentracja.
Wehrseifen.
Ex – Muhle.
Mknął z prędkością, o której większość śmiertelników nawet nie myślała, będąc na Nurburgringu.
Ten kawałek Trasy był stosunkowo łatwy.
240km/h. 250km/h.
Bergwerk. Jeden z najbardziej zdradliwych zakrętów.
Wjeżdżając człowiek nie spodziewa się, ze nagle staje się on tak ostry. I tak źle wyprofilowany.
Ale on wiedział.
200km/h.
Wszedł z gazem w podłodze, i poczuł poślizg.
Nadsterowność.
Delikatnie, z wyczuciem skontrował, i przez Bergwerk przeleciał eleganckim driftem 3’06.739.
Bardzo nieźle. Czas dobry jak nigdy dotąd.
Dlatego jeszcze przyśpieszył.
Był na Kesseichen. Długa prosta z serią łagodnych i średnich zakrętów.
250. 260. 270. Klostertal. 270. 240. 210. 190. 170. Zakręt.
Za szybko.
Przód wyleciał na trawnik, ściągnięty tym, czego najbardziej nienawidził.
Podsterownością.
Odbił kierownicą, i dodał gazu.
To był paradoks. Zwiększanie prędkości pomagało kontrolować auto.
Wrócił na trasę ale wiedział już, że zaczyna tracić koncentrację.
190. 200. 230.
„Tarka”.
Wycelował i dał pełny gaz, jednocześnie skręcając. Wóz, idealnie wpasowując się w pochylony fragment na wewnętrznej, przeszedł zakręt z ogromną prędkością, wbijając go w fotel.
Wyjście z „tarki”.
I znów przyśpieszenie.
Zakręty. Łatwe. Banalne.
Pfanzgatten.
Nie lubił tego zakrętu. Hopka i ostry zakręt w prawo, z piachem na poboczu.
Piachem, który mógł zniweczyć tak dobry wynik. Chwila nieuwagi, zbyt wysoka prędkość, za słabe odbicie, i lądowało się na poboczu, z którego wyjazd był kwestią kilku minut.
Czyli porażką.
Zwolnił. Koła nie straciły przyczepności. Hamowanie na granicy przyczepności.
Pfanzgatten zostało pokonane, bez jakiegokolwiek problemu.
Teraz będzie prosto.
Chwila relaksu.
Względnego spoko…
Podrzuciło go. Na hopce, której nie pamiętał.
Wykazał się ignorancją godną amatora.
Wóz poleciał bokiem, nad drogą.
Zacisnął ręce na kierownicy. Prędkościomierz pokazywał 280km/h.
To już?
W ten sposób?
Nie. Niemożliwe.
Nie tak!
BMW M5 przysiadło na drodze, a on założył błyskawiczną, ostrą kontrę, jednocześnie pulsując gazem.
Wóz wpadł w rotację, obracając się wokół własnej osi.
Wyczuł moment.
Wdusił gaz do oporu.
Auto odzyskało trakcję, i wystrzeliło do przodu, zostawiając za sobą tumany dymu.
Kolejny błąd.
Kolejna stracona sekunda.
Kolejna stracona okazja.
Czy on się… bał?
Czy może był to atawizm, wyuczony odruch?
I znów przyśpieszanie. Zakręty. Poślizg. Kontra.
Schwalbehschwanz. Trudny zakręt. Zdradliwy. Źle wyprofilowany. Jeden z ostatnich
180km/h. 200. I ona.
Dottinger – Hohe.
Długa, 3 kilometrowa prosta.
Prosta, która zadaje pytanie:
- Gdzie kończy się twoja odwaga? Ile jesteś w stanie pojechać?.
On odpowiedział.
- Przy 336km/h.
Na więcej nie pozwalały przełożenia skrzyni biegów.
Gaz do oporu. Siódmy bieg.
Lekki, zdradliwy zakręt w lewo. Tiergarten.
314. Hohenrain.
Ostatnie zakręty.
190.
Ciasno.
Ostatni zakręt.
140. 190.
Ostatnia prosta.
200.
Meta.
6’47.550.
Zrobił to.

Siedział w barze „Grune Holle” i powoli sączył Pepsi przez słomkę. Deszcz, który lunął w chwilę po jego powrocie do garażu, który przepowiedział Walter Rohl, bębnił o szyby baru. Patrzył na tablicę wyników, gdzie zawisł już i jego czas.
- Nie jesteś najszybszy, Norbercie – usłyszał znajomy głos.
- Nie to było moim zamiarem, panie Rohrl – odparł.
- Pokonałeś Mercedesa CLK – GTR, mającego 40 koni więcej, ale z Alfą Romeo 155 GTA o mocy 210 koni mniejszej już nie dałeś sobie rady. Pan Lukas cię pokonał. Chyba, że nie pobicie jego czasu było twoim celem? .
- Ma pan rację, panie Rohrl. – odparł - Nie chciałem pokonać Lukasa. – przerwał na chwilę, patrząc na tablicę wyników - Ani Tommekemota. Ani Dreadlocka. Ani nikogo innego. Chciałem pokonać samego siebie. Swój strach. Swoje opory przed pojechaniem jeszcze szybciej. Przed wyciśnięciem z tej ciężkiej, ogromnej bestii pełnego potencjału.
- W takim razie gratuluję znakomitego czasu – powiedział Walter Rohrl, mistrz i legenda Nurburgring Nordschleife. Uścisnął mu rękę i odszedł.
- Tak – pomyślał Norbert  – Pokonałem siebie.
- Ale nie tego chciałeś – powiedziało sumienie. Lub coś, co je udawało.
- Nie. Nie dokładnie tego. – odpowiedział w duchu.
- Chciałeś zejść z tego świata, w kuli ognia, w chwale, bijąc rekord, jadąc autem, które uwielbiasz, a które w ogóle do bicia rekordu Ringu się nie nadaje. Chciałeś zapisać się w historii, chciałeś zamanifestować swoje nieszczęście. Bo jesteś tchórzem, Norbercie. Bo pod pozorem wyzwania i pokonywania samego siebie ukrywasz swój lęk przed problemami. Lęk przed powrotem do niej. Lęk przed odrzuceniem. Lęk przed tym, że pomimo tego wszystkiego, do czego doszedłeś, ona i tak cię nie zechce – przemówił wewnętrzny głos.. - Zgadza się – potwierdził Norbert – Ale nie udało się. Wielki Nurburgring znów okazał się niełaskawy.
A to oznaczać mogło tylko jedno.
Musiał zmierzyć się ze swoim strachem. Pojechać do niej, spróbować raz jeszcze…
… ale nie teraz. Jeszcze nie teraz.
Nie był gotowy.
Ale było to nieuniknione.
Pewne.

 

Po tym Odcinku Specjalnym przeczytaj:
OS. "Trip to Hell"