Opowiadanie, które niebawem przeczytacie, było zgłoszone do organizowanego przez Noizy Tribe i Ray's JDM konkursu na opowiadanie/komiks/obrazek związany z tematyką wyścigową. Opowiadanie miało opowiadać skończoną, wyjaśnioną historię, i nie być częścią większej serii. Co też uczyniłem. Tak czy inaczej, wiąże się on z tematyką "ZZ", a raczej jego poprzednika - nigdy niepowstałego "Trzeciego". Ponownie możecie spotkać Norberta, młodszego o kilka(naście) lat, gdy dopiero wyrabiał sobie opinię "the best of the best". Opowiadanie rzuca nieco światła na jego miłość do swej Nemezis, tajemniczej Bezimiennej, a także na...
Nie będę zdradzał więcej. Odkryjcie... sami.
Ze swojej strony chciałem podziękować autorom konkusu, portalom Noizy Tribe, Ray's JDM i drifters.pl za zorganizowanie konkursu i ufundowanie nagród.


OS „Kwestia psychologiczna”


Japonia, prefektura Gunma, kilka lat przed wydarzeniami serii „Za Zakrętem”

Czarny Skyline R32 GT-R zatrzymał się pod sporym jak na japońskie warunki, eleganckim domem. Pieszcząca uszy gra silnika RB26DETT ucichła, a rozświetlające wieczór reflektory zgasły. Na ulicę powrócił spokój, dzielnica należała do tych, które określało się mianem „bogatych”.
Drzwi auta otwarły się, i stanął w nich wysoki, szczupły brunet. Zmrużył lekko oczy, rażone przez latarnie, i postąpił krok w kierunku domu. Zanim jeszcze zdążył się zbliżyć, u wejścia stanął inny brunet.
- Witaj, Takeshi. – zwrócił się do przybysza.
- Ryosuke – odparł Takeshi Nakazato, japońskim zwyczajem kłaniając się lekko – Widzę, że zechciałeś ze mną porozmawiać.
- Zastanawia mnie po prostu – odrzekł Ryosuke Takahashi – Co cię sprowadza w moje progi.
- Przejdę od razu do sedna – zaczął Nakazato – Zapewne słyszałeś o ciemnozielonym sedanie, nieznanej marki, który pojawiał się na przełęczach na południu?
- Ibaraki, Saitama, Kanagawa. Tak, słyszałem coś. Wielka, pięciodrzwiowa limuzyna na zagranicznych numerach, ponoć aż z Europy, pokonująca w uphill i downhill asów tamtejszych tras. Zwykła niepotwierdzona plotka. Nie wierzę w to.
- Pojawił się przedwczoraj na Myogi. – stwierdził dobitnie Nakazato. Nie lubił, gdy Takahashi popadał w wywyższający ton.
Ryosuke milczał chwilę, po czym zapytał:
- I co? Czego szukał? Kogo?
Nakazato zawahał się. Z jednej strony, upokorzy się. Z drugiej… nie miał innego wyjścia.
- Mnie.
- I? – uniósł brwi Ryosuke.
- Przegrałem. Kimkolwiek jest kierowca, stanowi zupełnie nowy poziom, zarówno w uphill jak i downhill. Moim zdaniem jest lepszy nawet od AE86 z Akiny…
Nim zdążył dokończyć, Ryosuke przerwał mu:
- Nie rozpędzaj się, Zak. Twoja przegrana nie oznacza jeszcze, że ten przyjezdny jest rzeczywiście tak dobry, jak mówisz.
Nakazato zmielił w ustach przekleństwo. Jeśli chciał choć trochę zneutralizować swoją przegraną, musiał sprowokować samego Ryosuke.
- Wierz mi – odparł – Nawet twój brat nie da sobie z nim rady.
- Keisuke? – Takahashi uśmiechnął się lekko – Podczas Projektu D nie przegrał ani razu. Miałby nie poradzić sobie z jakąś przybłędą w czterodrzwiowym sedanie? Udowodnię ci, jak się mylisz… gdy tylko pojawi się na Akagi. My, Red Suns, zrobimy nawet dla niego wyjątek… pokonamy go na naszej rodzimej górze.
Nakazato wiedział już, że osiągnął swój cel. Bracia Takahashi nakręcą się teraz sami. Wystarczy tylko…
- Jeśli dobrze odczytuję jego zamiary – stwierdził – To pojawi się już dzisiejszej nocy. Przez poprzednie cztery dni zaliczył zwycięstwa na Usui i Myogi. Akagi jest następne na tej linii. Jeżeli rzeczywiście zamierzasz go powstrzymać…
- Nie ja – odparł – Keisuke sam da sobie radę. Dziękuję za twoją radę, Takeshi – udał wdzięczność – ale tutaj, na Akagi, powstrzyma go RX7. Pokonanie twojego BNR32 to jedno, ale FD3S to zupełnie inna rzecz.
Sukinsyn, pomyślał Nakazato. Nawet w takich okolicznościach nie przepuści okazji do dokopania GT-R’om. Cholerny drań z RX7.
- Rozumiem, Ryosuke – udał, że puścił kpinę koło uszu – Życzę wam w takim razie… powodzenia.
- Jedź na Akagi i sam to obejrzyj – odparł Ryosuke – Zaraz powiem Keisuke, że jest jeszcze jedno wyzwanie do podjęcia… po tym, co osiągnął w trakcie Projektu D, to będzie dla niego banał. Tak samo na Akinie, jeśli ten przyjezdny w ogóle tam dotrze… Fujiwara i jego Hachiroku nie dadzą mu szans. To tylko przyjezdny europejczyk. Jego zwycięstwa to plotki, nic poza tym.
Takeshi przytaknął lekko, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył do swojego Skyline’a. A żebyś wiedział, że pojadę, pomyślał. Zobaczę, jak twój wypacykowany braciszek dostaje tęgie baty.
Kimkolwiek był ten tajemniczy kierowca, z pewnością miał niesamowite umiejętności…
Przekręcił kluczyk w stacyjce, a sześciocylindrowy silnik zagrał przeciągle.
… i nawet jeśli był przyjezdnym europejczykiem, nie należało go lekceważyć…
Wrzucił bieg i dodał gazu, ruszając.
… pokonanie Mako Sato na Usui i jego samego na Myogi… i to dwukrotnie, w uphill i w downhill…
… czym, do diabła, jeździł ten człowiek?  I ile czasu zajęło mu wykształcenie tak znakomitych umiejętności?!
Odbił w pierwszą ulicę w lewo, prowadzącą w kierunku Przełęczy Akagi. Jeśli starszy Takahashi ma rzeczywiście zamiar wysłać Keisuke do walki z tym gościem…
… to srogo się zawiedzie. Nakazato był tego pewien.

- Wołałeś mnie, Ry? – rzucił wchodząc do jego pokoju Keisuke.
- Tak – Ryosuke odwrócił wzrok od monitora – Przygotuj się i jedź na Akagi.
Keisuke uniósł lekko brwi. Projekt D nauczył go, że ze starszym bratem się nie dyskutuje, ale Ryosuke rzadko nakazywał mu jechać „ot tak” na ich rodzime wzgórze.
- Czego się tam spodziewać? – rzucił.
- Zobaczysz.
- Coś ci powiedział ten cały Zak z Night Kids, tak?
- Tak. To i tak pewnie tylko plotki, ale udowodnimy mu, że my, Red Suns, nie damy przybłędom spoza kraju wałęsać się po naszych trasach. Według niego dzisiaj na Akagi ma pojawić się ciemnozielony sedan, który ponoć zwyciężył mnóstwo kierowców na południu i u nas, w samej Gunmie. Zrobimy wyjątek… i pokonamy go na naszej trasie.
- OK., braciszku – Keisuke uśmiechnął się paskudnie. Słyszał już conieco o tym czterodrzwiowym aucie nieznanego pochodzenia, które zwyciężało na południu…
Teraz on, Keisuke Takahashi, będzie tym, który powstrzyma tego tajemniczego przybłędę!
Z tymi myślami, ruszył w kierunku garażu…

Ostatni raz poprawił kołnierz koszuli, i spojrzał w lustro. Całość prezentowała się całkiem nieźle, jego upodobanie do kwiecistych koszul i lekkich marynarek, niezwykle dziwaczne jak na ten rodzaj sportu, brało górę nad sportowym odzieniem. O ubieraniu kombinezonu wyścigowego nawet nie myślał. W kręgach fanów i fanatyków wyścigów górskich, zwłaszcza tu, w ojczyźnie tej dyscypliny, było to traktowane jako faux – pass i objaw amatorskiego szpanu.
Gdy był na prawdziwym torze wyścigowym, sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Tutaj jednak ubiór był dodatkowo wyrażeniem osobowości, tak samo jak samochód czy styl jazdy.
Zawsze lubił oficjalno – sportowy styl, idealnie pasujący do jego charakteru.
Przyzwyczaił się do jazdy w marynarce. Stała się niejako jego drugą skórą.
Wykonał jeszcze kilka „młynków” to prawą, to lewą nogą, sprawdzając, czy czarne skórzane buty dobrze leżą. Znakomite gatunkowo połączenie obuwia sportowego z wyjściowym dawało mu wręcz idealne czucie pedału gazu i hamulca. Nie ślizgały się, zapewniały stuprocentową kontrolę. Kontroli zaś nigdy w touge za wiele.
Stwierdziwszy, że wszystko idealnie leży, ruszył w kierunku drzwi prowadzących do garażu. Nacisnął klamkę, ale nagły szmer z prawej strony zwrócił jego uwagę w kierunku pokoju.
W drzwiach do niego prowadzących stała kobieta nieprzeciętnej urody. Drobna i niewysoka istota spojrzała na niego, mrużąc lekko swoje wielkie, bursztynowe oczy.
Uniósł lekko brwi, w oczekiwaniu.
- Gdzie jedziesz? – rzuciła. Głos miała mocny, śpiewny. Ćwiczony. – Niezależnie od odpowiedzi, jadę z tobą.
Zmierzył ją wzrokiem, z nieukrywaną przyjemnością. Krótka, liliowa sukienka i narzucony na nią czarny żakiet tylko podkreślały jej znakomitą figurę.
- Tam, gdzie kobiety nie są odpowiednimi towarzyszkami. – odparł, patrząc jej prosto w oczy.
Zarzuciła głową, a burza czarnych loków omiotła jej śliczną twarz. Zaraz potem jeszcze bardziej zmrużyła oczy, przybierając charakterystyczny dla kobiet wyraz „focha” i stwierdziła:
- Albo pojadę – stwierdziła zimno – Albo nie masz co liczyć na porządek w tym domu. I na ugotowany obiad. Ani na nic innego.
- Jest sprzątaczka – odparł obojętnie – I jest catering.
- Zniesiesz tą japońską kuchnię? – uśmiechnęła się paskudnie.
Zastanowił się krótką chwilę.
A raczej udawał, że się zastanawia.
- Nie. – odparł – Ani ich kuchni, ani ich sprzątaczek. Skoro musisz, to chodź.
Spojrzeli na siebie, i prawie jednocześnie wybuchli śmiechem.
- Oj, Norbercie – podeszła do niego – Naprawdę, słaby z ciebie negocjator. Nic się nie zmieniasz.
- Ty też nie, Wiktorio – odparł Norbert, otwierając przed nią drzwi – Nadal tak samo postrzelona i uparta. Dzisiaj mogę cię wziąć ze sobą, nie spodziewam się większych trudności. Ale potem nie narzekaj, że…
- Że co? – roześmiała się – Że jeździsz za szybko? Ja?! W życiu!

Kolejne kliknięcie odesłało go do strony szkoły Todo, profesjonalnie przygotowana witryna internetowa zawierała wszystkie informacje na temat pojedynków uczniów i absolwentów tej znamienitej szkoły jazdy. Ry Takahashi wciąż miał w pamięci walkę z nimi za czasów Projektu, najpierw na Enna’ie, a potem wyścig z prowadzoną przez profesjonalistę Tomoyukiego Tachi Hondą CTR Spoon na Happogaharze. Zwycięstwo przyniosło im wtedy wielki rozgłos…
Jego ręka zawisła w połowie drogi do popielniczki, popiół z papierosa upadł na biurko. Ostatni zapisany pojedynek, sprzed raptem tygodnia.
Trasa: Enna. Przeciwnik: nieznany. Samochód: nieznany.
Przeciwko: Tomoyuki Tachi. Samochód: Honda Civic Type R Spoon
Wynik…
Papieros zgasł.
Przegrana Szkoły Todo.
To nic, pomyślał Ryosuke. To wcale nie musiał być akurat ten człowiek, o którym wspominał Nakazato. Nieznanych kierowców jest w Japonii zatrzęsienie, często nie podają swego imienia…
Jeśli ten gość wygrał z kimś tak doświadczonym jak Tachi, to sam musi być co najmniej półprofesjonalistą. Kto wie, może skoro nie ujawnił nazwiska, to jeden z japońskich mistrzów, chcący po prostu anonimowo powalczyć w touge?
To nie musi być ten europejczyk. To wcale nie…
Jego telefon nagle rozdzwonił się, w takt „Burning Desire”. Spojrzał na wyświetlacz.
Kyoichi Sudo, Emperor.
Odebrał.
- Ryosuke Takahashi. Słucham.
- Kyoichi Sudo. Jakkolwiek sam czekam na okazję do skopania ciebie i twojej przeklętej FC – Sudo z zespołu Emperor przeszedł od razu do rzeczy – to jest coś, co musisz wiedzieć. Ten nieznany nikomu Diabeł z Europy udał się dzisiaj na Akagi, gość z mojego teamu minął się z samochodem pasującym do opisu na autostradzie prowadzącej w twoim kierunku jakąś godzinę temu. Powinien już tam być.
- Mówisz o tym Europejczyku – odparł spokojnie Ry – Który ponoć zwyciężył już między innymi na Usui i Myogi? Nadal brakuje mi potwierdzenia. Z kim takim on wygrał, żeby w ogóle był warty mojej uwagi? Nakazato nie liczę, to dobry kierowca, ale nerwowy i ze skłonnością do przesady…
- Z moim zastępcą. Z Seijim Iwaki, z LanEvo IV. To powinno ci dać do myślenia. – odparł zimno, bez emocji Kyoichi.
Ryosuke wystarczyła tylko krótka chwila, żeby odeprzeć:
- Dobrze więc. Na Akagi ta przybłęda zostanie powstrzymana. Zrobi to Keisuke… to powinno ci dać do myślenia. – odwzajemnił „uprzejmość”.
Głos w słuchawce po drugiej stronie milczał dłuższy moment. W końcu, zimny ton Sudo stwierdził:
- Opowiem ci dobry dowcip. Ta „przybłęda” była też w Kanagawie.
- I co z tego? – odparł Ry.
- Rin Hojo. Shinigami Hojo.
Ryosuke przełknął głośno ślinę na dźwięk tego imienia. I tego przydomka.
- Srebrne BNR32 ponoć rozbiło się raptem w połowie trasy, nie umiejąc się utrzymać za wielkim, ciemnym sedanem. To powinien być dla ciebie ostateczny argument, Takahashi.
Ryosuke nie odpowiedział. To nie mogło być prawdą. Shinigami, jakkolwiek by się nienawidzili, niezależnie od tego, co wydarzyło się w przeszłości, był kierowcą, z którym równać nie mógł się prawie nikt w Japonii. Niemożliwe, żeby… rozbił się, w pojedynku z jakimś Europejczykiem. Jak…
- Tak czy inaczej – stwierdził bez emocji Sudo, niezwykle zadowolony z efektu, jaki udało mu się wywołać – Gdy otrzesz łzy swojemu bratu po jego niechybnej porażce, i sam ruszysz się spróbować sił w walce z tym Diabłem… przekaż kierowcy sedana, że nie pokonał jeszcze najlepszego kierowcy na Irohazace. Przekaż mu to, Takahashi. Kyoichi Sudo z Emperor czeka na niego z niecierpliwością.
Krótkie piknięcie, i rozmówca rozłączył się. Ryosuke westchnął przeciągle, i wybrał numer swojego brata, Keisuke.
Skoro Rin Hojo nie dał rady…
To nabierało to wymiaru osobistego. Musiał odwołać Keisuke.
Młodszy Takahashi jednak nie odbierał…

- Po co ci tak w ogóle te wypady w góry? – zapytała Wiktoria. Auto w szybkim tempie wspinało się po jednej z charakterystycznych dla Japonii górskich dróg – Dla czystej frajdy, czy…?
- Też – odparł, wchodząc w zakręt – Ale głównym celem są pewne zawody. Jak wiesz, jestem kierowcą.
- Wiem. – roześmiała się – Ciężko zapomnieć.
- Co zresztą podsuwa mi pytanie – kontynuował Norbert – dlaczego ostatnie tygodnie spędzasz ze mną, w domu gdzieś w prefekturze Gunma, gdzie żaden fan nie umie cię znaleźć. Masz trasę koncertową, nawet ja to wiem, mimo że – zrobił krótką pauzę i uśmiechnął się filuternie – nie lubię tego gatunku muzyki. Ładnie to tak rzucać robotę w diabły i ukrywać się z obcym facetem?
- Po pierwsze, mam przerwę w koncertach – odparła – A miałam już serdecznie dość tych wszystkich cholernych fanów, menadżerów, dziennikarzy i reszty pijawek. To taki mój urlop. A po drugie, nie jesteś obcym facetem. Chyba że już zapomniałeś liceum… i nasz pamiętny Bal? Albo twój powrót do rodzinnej miejscowości, na wakacje dobrych kilka lat temu… tak się złożyło, że wtedy byli wszyscy. Zapomniałeś?
Nie zapomniał. Pamiętał doskonale.
- Nie.
- No. Bo już myślałam – kontynuowała zadowolona – Jak więc sam widzisz, nasze przypadkowe spotkanie w Tokio to zrządzenie losu. Świat jest mały.
Nie zaprzeczył. Kłótnie z nią były z góry skazane na niepowodzenie.
Był w tej samej sytuacji, przed rozpoczęciem sezonu postanowił zrobić to, co właśnie robił. Zostawił zespół w Tokio, wynajął dom… Wiktoria była więc znakomitym towarzystwem.
Był facetem. Kobieca ręka w kawalerskim domu oznaczała porządek i pewność co do obiadu.
A ona świetnie gotowała, nawiasem mówiąc.
Zabawnym był tylko fakt, że za jego „pomoc domową” i towarzyszkę w wynajmowanym domu robiła znana na całym świecie gwiazda pop, która na swojej muzyce dorobiła się bajońskiej fortuny.
Fakt, że była cholernie ładna, stanowił tylko dodatkową atrakcję. Nie była Bezimienną…
Nikt nie był. A tylko Bezimienna się liczyła.
- Masz może jakiś kontakt z Tomkiem? – rzuciła niespodziewanie.
Tomek. Musiał powstrzymać się od parsknięcia śmiechem. Jego pierwszy przeciwnik, chodzili do tej samej klasy w gimnazjum. Człowiek, który śmiał się z niego najgłośniej, gdy we wsi rozeszła się wieść, że miast na studia Norbert chce zostać „rajdowcem”. Sam Tomasz był okolicznym ścigantem. Prowadząc swoją Silvię nie dałem mu szans, uśmiechnął się Norbert. Uciekł z podkulonym ogonem.
Ale nie. Nie wiedział, co się z nim teraz działo.
- Nie – odparł krótko.
Wiktoria, widząc grymas na jego twarzy, błyskawicznie zmieniła temat:
- Jak nazywa się ta góra?
Norbert nie odpowiedział. Pokonał ostatni zakręt, i jego oczom, na samym środku parkingu na szczycie góry, ukazała się żółta Mazda RX7 FD3S.
Uśmiechnął się paskudnie. Zgodnie z przewidzeniem, dzisiaj będzie krótko.
- Góra Akagi – odparł wreszcie.
Zatoczył kółko na parkingu i ustawił się za Mazdą.
- Teraz się trzymaj. I cokolwiek by się nie działo, nie krzycz. Ze mną nic ci nie grozi. Nie tutaj, nie dziś. – spojrzał Wiktorii w oczy.
- Nie traktuj mnie jak tchórzliwej cizi! – syknęła.
- Spokojnie, Wiki. Ja tylko ostrzegam.
Sięgnął ręką do przełącznika świateł, i szybkim ruchem wyłączył je i włączył.
Kierowca Mazdy najwidoczniej tylko na to czekał. Wóz wystrzelił do przodu, w kierunku, z którego przyjechali.
- Zabawę czas zacząć – uśmiechnął się Norbert, ruszając za nim…

Stopniowo dodawał gazu, cały czas zerkając w lusterko.
Więc to jest ten słynny Diabeł z Europy, pomyślał Keisuke.
Nic nie wskazywało, żeby rzeczywiście był tak dobry, jak mówiono.
Wielki, czterodrzwiowy sedan, o kolorze tak ciemnozielonym, że aż czarnym.
Keisuke nie miał pojęcia, co to za wóz. Na pewno nie był to twór ich rodzimej motoryzacji, to musiało być coś z Europy. Mercedes? BMW?
Tak czy inaczej, przez całą długość pierwszej prostej przeciwnik trzymał się daleko z tyłu.
Banał, pomyślał Keisuke, strzelając ze sprzęgła, i inicjując w ten sposób drift. Ten gość nawet nie potrafi się utrzymać…

- Ale fajniee! – stwierdziła Wiktoria, obserwując Mazdę przed nimi – To się nazywa drift, jeśli dobrze kojarzę?
- Taa – odparł Norbert. Umiejętności młodego Takahashiego były całkiem niezłe, ślizgał się po tym zakręcie po najbardziej optymalnej linii…
Co nie zmieniało faktu, że jego grip w tym miejscu był znacznie bardziej odpowiedni.
I szybszy.
Nie dociskał wozu na długiej prostej po starcie, pozwalając Maździe się oddalić, ale zaraz za pierwszym zakrętem zbliżył się do niej na mniej niż 10 metrów.
Bez najmniejszego wysiłku.
- To dla tego przeciwnika tutaj dzisiaj przyjechałeś? Szybki jest, trzeba przyznać.
- Nie. Nie dla tego – odparł Norbert, znudzonym tonem. Ciasny, ostry, 180’ nawrót w lewo zbliżał się do nich w zastraszającym tempie – To tylko drobnica. Chłopak jest niezły, ale to zupełnie nie mój poziom. Jego porażka ma po prostu przywołać tutaj większą… zwierzynę.
- Jesteś pewny siebie – stwierdziła Wiktoria – To do ciebie niepodobne.
- Zmieniłem się – wyrzekł Norbert.
Odpowiedź ze strony Wiktorii nie padła. Norbert wdusił na krótką chwilę hamulec, skręcił gwałtownie kierownicą i z pełną mocą wszedł w nawrót, sunąc po najszybszej możliwej linii.
Był pewny siebie. Ta pewność wynikała z profesjonalizmu. Ta pewność wynikała z jasno określonego celu…

Keisuke, całkowicie zaskoczony patrzył, jak ogromne auto wypada z ciasnego nawrotu ledwie dwa metry za nim.
- Jak – zapytał głośno sam siebie – Jak do wszystkich diabłów mógł on tak szybko nadrobić stratę?! Jechałem najszybszymi możliwymi liniami! Mam pod maską przeszło 360 koni mechanicznych, przy niskiej masie i znakomitym jej rozkładzie, zapewnianym przez Wankla!
On po prostu nie mógł tak łatwo mnie dojść…
… ale doszedł.
Keisuke dodał gazu do oporu. Przeciwnik zbliżał się szybko. Wystarczyły mu dwa zakręty od startu, żeby siąść mu na ogonie.
Ale nie podda się tak łatwo. Był na swojej rodzimej górze. Nazywał się Keisuke Takahashi, był asem Projektu D, pokonywał mistrzów na przełęczach w całej Japonii.
Nie przegra z jakimś europejskim przybłędą w wielkim sedanie!!

- Jego wóz jest znacznie mniejszy – stwierdziła fakt Wiktoria – I nie ukrywam, ładniejszy. Co to za…
- Mazda RX7. FD3S Type R, ale to pewnie mniej cię interesuje. Znakomity japoński wóz do driftu, świetny rozkład masy zapewniany przez silnik Wankla – opowiadał znudzony, mknąc po długiej, łukowatej prostej. Do przeciwnika tracił raptem metr – Na oko, ma jakieś 350 koni mechanicznych. Całkiem nieźle.
- Mimo tego, doganiasz go. Jedziesz tak niezgrabnym samochodem, a…
- To że wygląda niezgrabnie – odparł Norbert, obserwując zbliżający się ciasny nawrót w prawo – nie oznacza wcale, że jest niezgrabny. To auto ma grubo ponad 400 koni, jak sama widzisz jest ogołocone z wszystkiego, co zbędne, i dostrojone pod drifting. Rozmiar zaś i wygląd zewnętrzny… nie mają większego znaczenia. Przynajmniej dla mnie. A teraz przygotuj się. Czas skończyć tą zabawę, było miło, ale chłopiec z Mazdy powinien wiedzieć, że przed nim jeszcze długa droga…

Keisuke przyhamował, gapiąc się we wsteczne lusterko. Europejczyk był już uczepiony jego zderzaka
- Nie pozwolę ci wyprzedzić od wewnętrznej! – ryknął, wprowadzając RX7 w drift – Patrz na mój wspaniały, wyćwiczony przez lata poślizg dwa centymetry od wewnętrznej!
W jego słowach nie było ani grama przechwałki. Dystans pomiędzy przednim zderzakiem a barierką wynosił dokładnie dwa centymetry.
Ale Keisuke nie mógł wiedzieć, że jego przeciwnikiem jest człowiek, dla którego samochód był praktycznie częścią ciała.
I którego umiejętności wykraczały daleko poza przewidywania i zdrowy rozsądek.

Norbert był pewien, że przy tym manewrze Wiktoria zacznie krzyczeć.
Mało która kobieta wytrzymywała gwałtowne odbicie połączone z ostrym dohamowaniem, a następnie kolejną potężną, szarpiącą ciałem siłę, wynikającą z maksymalnego skręcania w zakręcie.
Nie doceniał jej odwagi.
I frajdy, jaką czerpała z takiej jazdy.

Ciemnozielony pocisk przemknął po jego zewnętrznej.
Nim zdążył jakkolwiek zareagować, czterodrzwiowy sedan był już przed nim, mknąc po zewnętrznym pasie.
Szczęka mimowolnie powędrowała mu w dół.
Ten kierowca… zaprzeczał prawom fizyki.
Nikt nie potrafił wyprzedzać po zewnętrznej. Nie jego, K.T. z Projektu D.
Nie na trzecim zakręcie po starcie.
Nie wtedy, gdy ślizga się maksymalnie po wewnę…
Uświadomił sobie nagle, co wykorzystał przeciwnik.
Blokując wewnętrzną, odsłonił zewnętrzną.
- Przegrałem – stwierdził ze smutnym niedowierzaniem, prostując po wyjściu z zakrętu. Ciemnozielone auto niknęło już w kolejnym zakręcie, jednocześnie dając mu jednoznacznie do zrozumienia, że jego umiejętności zupełnie nie liczyły się w tym pojedynku.
Nawet jednak tak kretyński błąd nie wyjaśniał fenomenu mknącej po zewnętrznej limuzyny.
Tak wielki i zapewne ciężki wóz nie mógł przecież zaatakować po tej linii… podsterowność, znoszenie, ciągnące go przeciążenia…
Czyżby nie docenił samochodu?
A może nie docenił… przeciwnika?
W tym samym momencie poczuł wibracje z kieszeni. Jego telefon dzwonił.
Zatrzymał się na środku jezdni, i spojrzał na wyświetlacz.
Ryosuke.
Westchnął ciężko, zaklął siarczyście i odebrał…

- To… już? – zapytała zaskoczona Wiktoria.
- Mhm. – odparł Norbert. – Gdybym chciał, zakończyłbym to już na pierwszej prostej. Miałem ochotę zapewnić ci jednak choć odrobinę rozrywki. I co najciekawsze… rzeczywiście nie krzyczałaś. Ba, nie okazałaś nawet grama strachu. To…
- Fajne, nie? – uśmiechnęła się do niego filuternie.
- Raczej szalone i nieracjonalne. Ale przy okazji fajne.
- Diabelnie podoba mi się ten sport – stwierdziła, uśmiechając się do niego promiennie.
- To dopiero szalone. I zupełnie nieracjonalne. – odparł, unosząc w charakterystyczny dla siebie sposób brwi. Gest ten oznaczał w jego wykonaniu dawkę ironii dla rozmówcy.
- Możesz się śmiać! Tak czy inaczej, muszę sama spróbować tych wyścigów górskich! – wypaliła, ponownie udając focha.
- Spokojnie, Wiki! – wybuchnął śmiechem – Przecież tylko się przekomarzam! Cholernie fajnie, że ci się to podoba. Ale to niebezpieczny sport.
Wiem, że to niebezpieczny sport, pomyślała Wiktoria. Ale dla mnie, samotnej, opuszczonej i zagubionej w wielkim showbiznesie kobiety to będzie punkt oderwania od tej przeklętej rzeczywistości. Nie mam nikogo.
Nie potrafię kochać nikogo innego.
Tomasz. Tomek.
Zabawne, pomyślała. On też pasjonował się wyścigami.
Gdy widziałam go ostatni raz, kilka lat temu, tych pamiętnych wakacji… właśnie podpisał pierwszy kontrakt z jakimś zespołem.
Może w ten sposób… zauważy mnie? Dostrzeże to, czego nigdy nie dostrzegł?!
Nie. To niemożliwe. On…
Wiktoria w głębi duszy była romantyczką. W tym momencie jednak, przyzwyczajenia realistki wzięły górę.
On mnie nie kocha. Odrzucił mnie wtedy, odtrącił, nie zechciał.
Ta miłość nigdy nie zostanie spełniona.
Kocham bez wzajemności człowieka, którego nie widziałam już od kilku długich lat!
Jestem sama. Czuję się sama. Samotna.
Wóz wszedł w poślizg, by po chwili wyprowadzony wprawnym, delikatnym ruchem wrócić na środek jezdni. Mimowolnie spojrzała na Norberta.
Zmienił się. To nie był już ten lękliwy inteligencik z dawnych czasów.
Koło niej siedział rozpoznawany w świecie, pewny siebie i cholernie przystojny kierowca wyścigowy.
Uśmiechnęła się do swoich myśli.
W końcu, ona też była sławną na świecie piosenkarką, pewną siebie i – wiedziała to – piękną kobietą.  
Co jej szkodzi spróbować?

- Wejdź, K.T.
Powoli wszedł do pokoju brata. Ryosuke, jak zwykle, siedział przed laptopem. Na monitorze Keisuke widział otwartą stronę. Europejskie samochody sportowe. Więc brat szukał tego… potwora.
Przegrał, dopiero teraz zaczynało to do niego docierać. Po wielu długich latach ponownie przegrał pojedynek.
Przegrał na własnej, rodzimej trasie, którą jeździł tysiące razy!
Przegrał po raptem trzech zakrętach!!
- Popełniłem błąd, wysyłając cię – odwrócił się w jego kierunku Ryosuke.
- Wybacz, starszy bracie. – odpowiedział sciszonym tonem Keisuke, skłaniając głowę.
- To ty wybacz. Wysłałem cię do walki, w której nawet ty, As Projektu D nie miałeś szans. Nakazato miał rację, twój wynik tylko to potwierdza. Mamy do czynienia z kimś niesamowitym. Przegrywali z nim nawet lepsi od ciebie.
- Kto, starszy bracie?! – zainteresował się Keisuke.
Ry nie odpowiedział.
- Tak czy inaczej – stwierdził – Teraz nabrało to osobistego wymiaru. Jutro sam rzucę wyzwanie temu przyjezdnemu.
- Ale Ryosuke… - zawahał się Keisuke – Skąd pewność, że on pojawi się na Akagi ponownie? Dzisiaj wygrał, to nie ulega wątpliwości, zmiażdżył mnie wręcz! Skąd wiesz, czy nie pojedzie dalej?
- Przeczucie – odparł Ryosuke – Po prostu, przeczucie…

 

Jeden, dwa, trzy obroty kluczem. Ten typ zawieszenia był bardzo podatny na zmianę ustawień, mając do dyspozycji zestaw specjalistycznych kluczy mógł własnoręcznie dostroić nastawy idealnie pod swoje potrzeby.
Auto było już dostrajane wielokrotnie. Najpierw w fabryce, gdzie wyprodukowano tego krótkoseryjnego potwora, w Norwich. Samopoziomujące, zaawansowane i twarde zawieszenie było znakomite… ale nie dla niego. Wóz trafił do najlepszego zakładu tuningowego w Anglii, gdzie został gruntownie i profesjonalnie przerobiony. Z oryginalnego silnika C36GET, 3,6 litra, DOHC i twin turbo, generującego seryjnie 377KM wyciśnięto 450. Można było więcej, znacznie więcej… ale do driftingu i touge nie było to konieczne, zwłaszcza kosztem niezawodności. Odchudzone do maksimum auto, z niezmienionym wyglądem zewnętrznym, schudło z 1650 do niecałych 1400 kilogramów. To nadal było dużo, jak na te dyscypliny nawet bardzo dużo, ale tym samym stanowiło odpowiednie wyzwanie. I zapewniało, że wóz będzie rozpoznawalny. Potem ustawienia dostosowano pod jego potrzeby już w zespole, na japońskiej ziemi, kilka tygodni temu.
Nie należał jednak do osób, które zdają się w sprawie ustawień na zespół. Z początków kariery pozostało mu przyzwyczajenie do osobistego dostrajania auta. Nawet teraz, gdy profesjonalny team był na jego usługach, wolał ostatnie „szlify” nadawać sam.
Zresztą, tak czy inaczej, zespół siedział obecnie w Tokio, nie mając dokładniejszego pojęcia o tym, gdzie jest jego szef.
Nie musiał mieć. Sezon rozpoczynał się dopiero za kilka dni. Nie potrzebował ich w tym momencie.
Ostatnie kilka tygodni, dzień w dzień przemierzał Japonię, nawiedzając, niczym duch, praktycznie wszystkie przełęcze we wszystkich prefekturach. Stoczył setki pojedynków.
Oficjalnie, ćwiczył przed sezonem. W rzeczywistości jednak, pokonywanie japońskich Legend Touge miało tylko jeden cel.
Zdobycie rozgłosu. Wytworzenie legendy. Stworzenie plotek.
Wynikało to z jednej strony z jego czystej pychy. Ze świadomości, że to auto stało się dla niego częścią ciała, reagującą dokładnie w taki sposób, w jaki tego oczekiwał. Że nikt i nic nie może mu dorównać.
Z miłości do Niej.
Bezimienna.
Mógł podbijać Japonię każdym samochodem, o którym tylko sobie zamarzył.
Mógł kupić dowolny driftowóz – HKS, Top Secret, Spoon, Amuse… ale nie chciał.
Nie było by w tym za grosz wyzwania. Nie wyróżniało by go nic poza geniuszem prowadzenia.
Chciał się wyróżniać. Miał zamiar wyryć się w pamięci tym skośnookim drifterom, zdobyć rozgłos i zwyciężyć wszystko, co się da, jednocześnie robiąc to autem, którego nikt się nie spodziewał. Żeby mówili o tym wszyscy i wszędzie. Żeby usłyszała o tym nawet Ona.
Dlatego wybrał właśnie ten samochód, Wielką, niezwykle rzadką limuzynę z lat 90’. Samochód, który powstał w ledwie 950 sztukach. Jego wersja, z kierownicą z prawej strony, odpowiednia do lewostronnego ruchu Japonii, była ledwie jednym z 320 takich egzemplarzy.
Wóz ten znali tylko prawdziwi fascynacji. Ale nawet oni nazywali go Lotusem Omegą.
Jego egzemplarz był jednym z nielicznych, które nawet nazwy nie miały wspólnej z plebejską podstawą dla tego potwora.
Carlton.
Lotus Carlton.
Legendy japońskiego touge leżały u jego stóp. Na deser został mu jeszcze tylko jeden przeciwnik.
Biała Kometa Akagi.
Ryosuke Takahashi.
Ostatni pojedynek. Z pewnością nie najtrudniejszy. Kozo Hoshino, Toshiya Joushima, Rin Hojo, oni wszyscy byli równi umiejętnościami Takahashiemu. Pokonał ich.
Tak samo będzie jutro.
Nie mogło być inaczej.
Wykonał jeszcze pół obrotu kluczem. Powinno być… idealne.
Westchnął głośno.
Nie wiedział, czy obrał właściwą drogę, by zdobyć Jej serce.
Ale żadnej innej drogi nie widział.
Do jego uszu dotarł nagle dźwięk stukających obcasów. Z początku cichy, narastał coraz mocniej, wyraźnie się zbliżając.
To urojenie, pomyślał. Taki dźwięk wydawały Jej buty, gdy szli bulwarem pewnego europejskiego miasta lata temu.
Razem.
Zanim jeszcze wyznał, co do niej czuje.
To urojenie. Bezimiennej tu nie ma.
Poczuł, że wózek, na którym leżał, zaczyna wyjeżdżać spod auta. Odruchowo przycisnął do niego głowę, żeby uniknąć uderzenia o jakąś wystającą część podwozia.
Gdy ją podniósł, ujrzał nad sobą ubraną jedynie w króciutką, zwiewną białą sukienkę istotę. Długie, czarne kręcone włosy spływały jej na ramiona, a wielkie bursztynowe oczy były utkwione w nim. Miała znakomitą figurę, choć zdecydowanie nie należała do najwyższych kobiet, jakie znał.
Była piękna.
Budziła pożądanie.
Nie była Bezimienną.
Wpatrywała się w niego, w oczekiwaniu. Charakterystyczna, słodka woń jej perfum docierała do nozdrzy, dobitnie uświadamiając mu, że to nie Ona.
Milczał.
Czekała.
W końcu, zapytał:
- Coś się  stało, Wiki?
Rzuciła się na niego, wpijając mu się w usta, przyduszając do podłogi, tuż obok samochodu. Nim zdążył zareagować, zrozumieć sytuację, miał już rozpięte trzy guziki koszuli, a jego zmysły atakowała cała gama doznań.
Odepchnął ją lekko, tak, by nie zrobić jej najmniejszej choćby krzywdy.
Straciła równowagę i przysiadła mu na nogach, całkowicie zaskoczona.
- Co ci się we mnie nie podoba? – zapytała z wolna.
Milczał krótką chwilę, dochodząc do siebie.
- Wszystko mi się podoba – odparł, czując bijące od niej gorąco – Powstrzymuje mnie jednak fakt, że nic do siebie nie czujemy, Wiktorio. Ani ty do mnie – zrobił krótką pauzę, nieustannie patrząc jej w oczy – ani ja do ciebie. Znamy wybranków swoich serc, oboje. To chyba powinno być dla nas dostatecznym powodem do powstrzymania się od…
- A może ja nie chcę się powstrzymywać?! – stwierdziła dobitnie Wiktoria – Może mam już dość samotności? Może długie lata życia ze świadomością, że nie mam najmniejszych szans na bycie z Tomkiem, w końcu przebrały czarę goryczy?! Moje uczucia i emocje szaleją, Norbercie! – przerwała – Przepraszam. Myślałam, że jesteś w tej samej sytuacji, że dwukrotne odrzucenie przez Bezimienną również i ciebie zostawiło w stanie całkowitego rozbicia uczuciowego, że czujesz się tak samo jak ja, niesamowicie samotny. Że nie będziesz miał nic przeciwko… zwłaszcza że wiem, że kiedyś, dawno temu, i ja nie byłam ci obojętną. Ale myliłam się. – przerwała na moment, po czym kontynuowała, niezwykle kwaśnym tonem - Zapomniałam, że przecież ty jesteś tak dozgonnie wiernym, beznadziejnie zakochanym, nieżyciowym romantykiem, który nie pozwala sobie nawet na… chwilę zapomnienia. Na krótki, niezobowiązujący związek. Ale to przecież ty, Norbert, ponury, cyniczny, pozbawiony uczuć dla świata kierowca, w ciągłej pogoni za sławą, która ma mu zapewnić… miłość. Całe swoje życie, wszystkie działania podporządkowujesz jednej kwestii, jednemu pragnieniu. Miłości Bezimiennej. Przepraszam, że o tym zapomniałam. – zakończyła rozczarowana, i zaczęła wstawać.
Delikatnym, acz stanowczym ruchem dłoni usadowił ją ponownie na jego nogach. Straciła równowagę i wylądowała na jego piersi.
Ku jego zadowoleniu, została już w tej pozycji, ostrożnie się do niego przytulając.
- Wszystko co powiedziałaś, to prawda. – zaczął – Jestem beznadziejnym romantykiem, ale dokładnie to samo można powiedzieć o tobie. Nie umiesz kochać nikogo innego, tylko tego jedynego, Wiktorio, i wciąż łudzisz się, że coś z tego będzie, wbrew własnemu rozsądkowi. Tak, robisz karierę, spełniasz się zawodowo, ale czynisz to dokładnie z tych samych co ja pobudek. Z przekonania, że tylko poprzez sławę i rozgłos on może stwierdzić, że jesteś warta bycia razem. Z naiwnej wiary, że tylko w ten sposób możesz zdobyć jego serce.
Poczuł jak ciepła łza z jej policzka styka się z jego ciałem. Mimo tego, usłyszał jej ciche:
- Jest dokładnie tak…
Zaraz potem spróbowała ponownie wstać, odwracając głowę, unikając jego wzroku.
Mój Boże, pomyślał Norbert. Muszę to zrobić. Muszę tak powiedzieć, chociaż…
Nie pozwolił jej wstać, i silnie przytulił. Bez oporu, jakby licząc na to, wtuliła się w niego. Momentalnie wyczuł, że jej oddech uspokoił się nieco.
- Nasze starania – wyszeptał cicho, czule gładząc jej włosy – Nasze poświęcenie, nasza beznadziejna miłość… nasze całkowite im oddanie, poświęcenie wszystkiego, co mamy, żeby tylko z nimi być… to zaprocentuje, Wiki. To wszystko w końcu sprawi, że będziemy z nimi… razem. I wtedy, wierz mi, będziemy szczęśliwi. Będziemy niesamowicie wręcz szczęśliwi…
Uniosła głowę, i spojrzała mu prosto w oczy.
Przeraził się. W bursztynowej toni tkwił głęboki, pełen rezygnacji… smutek.
- Sam nie wierzysz w to, co mówisz. – wyszeptała.
Milczał. Milczał długo, rozważając.
- Nie – odparł w końcu – Nie wierzę.

 

Wpatrywał się w wylot na szczycie Akagi, w oczekiwaniu. Otaczająca jego Mazdę RX7 FC noc była cicha i ciemna, jakby zupełnie nieprzystająca do tego, co za chwilę miało rozegrać się na trasie.
O ile on przyjedzie, przemknęło przez myśl Ryosuke.
Przyjedzie, odpowiedział sobie sam. Z pewnością wygrana z Keisuke nie zadowoli go… w stu procentach.
Nie mylił się.
Wyjazd rozjaśniły reflektory dużego sedana.
Przyjechał.
Wóz tak ciemnozielony, że aż prawie czarny, zaparkował tuż obok jego FC. Ryosuke pociągnął za klamkę i wysiadł z auta.
Nikt , żaden z kierowców, nie widział twarzy kierowcy tego auta. Czy i tym razem nie ujawni…
Drzwi sedana otwarły się z delikatnym kliknięciem, i stanął w nich mężczyzna jego postury i wieku, o równie ciemnych co on włosach. Charakterystyczne, europejskie rysy twarzy potwierdzały wieść, że kierowca sedana był cudzoziemcem, zaś oczy…
Ryosuke nie mógł się powstrzymać od westchnienia. Jedno z nich, o kolorze błękitnego nieba, nadawało twarzy przybysza delikatności, ale drugie… zwężona nieznacznie powieka skrywała stalowoszare, pełne cynizmu i pewności siebie oko.
Różne kolory tęczówki. Nawet pod tym względem, przyjezdny różnił się od wszystkich innych.
Kierowca ciemnozielonego czterodrzwiowca stanął tuż koło swojego samochodu, zachowując wymagany konwenansem dystans, i uśmiechnął się nieznacznie.
Nie był to jednak przyjacielski uśmiech.
Zdecydowanie nie był.
Czuć w nim było cynizm. Pewność siebie. I ironię.
Pierwsze wrażenie, pochodzące od niesamowitego spojrzenia tego człowieka, nie było mylące.
Ryosuke nienawidził tego typu ludzi.
- Liczyłem – zwrócił się do niego po angielsku – Na spotkanie z kierowcą, który narobił szumu w całej Japonii. I oto jesteś.
Milczenie. Zupełny brak reakcji.
- Nie myśl, że pokonanie mojego brata onieśmieliło mnie – ciągnął znacznie zimniej już Ryosuke – Wręcz przeciwnie, przybyszu. Jest dla mnie tylko sygnałem, żeby udowodnić ci dobitnie, na co mnie stać.
Milczenie. Nie mógł powstrzymać się od wrażenia, że uśmiech tego człowieka robi się szerszy. Jeszcze bardziej złośliwy.
- Przez długie lata spędzone na touge, doprowadziłem swoją „teorię najszybszej jazdy na przełęczy” do perfekcji. Nie zajmuję się wyścigami już od kilku dobrych lat – zrobił przerwę, mającą sprowokować przeciwnika – Ale dla ciebie postanowiłem zrobić wyjątek.
Tym razem, przeciwnik odezwał się wreszcie. Jego głos był zimny, pobrzmiewała w nim charakterystyczna nuta cynizmu i pewności siebie:
- Pokonanie Keisuke Takahashiego – stwierdził lekceważąco – Miało na celu tylko i wyłącznie wywabienie ciebie, Ryosuke Takahashi. Wiele słyszałem o twoim geniuszu, niesamowitej technice, o całej tej „teorii najszybszej jazdy”... i dlatego mam cię za finalnego przeciwnika w całym waszym, niewątpliwie utalentowanym, kraju. Przekonajmy się, ile jest warta twoja teoria. Ile jesteście warci… wy wszyscy.
Prowokuje mnie, pomyślał Ryosuke.
Nie ze mną te numery, draniu.
Jego uwagę przykuła rejestracja auta tego mężczyzny. Biało-czerwona flaga na błękitnym tle, charakterystycznym dla zjednoczonej Europy, a pod nią litery „PL”.
Odparł więc z lekceważeniem:
- Jeżeli uważasz moich rodaków za utalentowanych, to może sam raczysz wyznać, skąd przybywasz?
Mężczyzna uśmiechnął się paskudnie:
- Z Polski.
Polska, roześmiał się w duchu Takahashi. Biedny kraj gdzieś na wschodzie Europy. To musi być jakaś kpina. Ktoś z pogranicza Rosji pokonał tuzy touge w jego ojczyźnie?! Nie ma mowy.
Skopiował grymas swojego oponenta, i równie cynicznie odrzekł:
- Jedźmy więc, cudzoziemcze. Skoro masz mnie za finalnego przeciwnika… to wystąpię jako obrońca całej mojej ojczyzny. I wierz mi, z całą pewnością mogą stwierdzić, że przegrasz. Kimkolwiek jesteś i nie ważne, ile jeździsz. Nie przegram z cudzoziemcem na rodzimej trasie, na której się wychowałem! Wybierz pozycję startową.
Nie zareagował tak, jak Ryosuke oczekiwał. Bez jakichkolwiek emocji odrzekł tylko:
- Tył.

Koła RX7 zebrały się do błyskawicznego przyśpieszania, katapultując wóz do przodu w niesamowitym tempie. Po krótkiej chwili zerknął w lusterko, i z nieukrywanym uśmiechem zdjął nogę z gazu. Ten człowiek nie umiał nawet przyśpieszać, jego wóz został daleko z tyłu. Utrzymał prędkość na poziomie 90km/h, i obserwował przeciwnika.
To, co zobaczył, było dla niego szokiem.
Wielki sedan w ciągu ułamka sekundy wystrzelił w pościg za Mazdą, i w mgnieniu oka znalazł się na jego zderzaku. Wszystko to było tak szybkie, a przyśpieszanie tak ogromne, że wręcz nierealne.
Gdyby nie widział tego na własne oczy, nie uwierzyłby.
Wóz nie próbował go jednak wyprzedzać. Przysiadł na zderzaku, i zrównał się prędkością.
Nie dzieliło ich więcej niż 5 centymetrów.
Ten Europejczyk dawał wyraźny sygnał, że zabawa się skończyła.
Sięgnął do manetki zmiany biegów, i rozpoczął błyskawicznie przyśpieszanie.
Zobaczymy, co potrafisz, pomyślał. Nie utrzymasz tego tempa.
Ostatnią chwilę poświęcił na zlustrowanie wzrokiem tajemniczego auta.
Wóz z pewnością był modelem ze Starego Kontynentu, ale… kierownica była po właściwej, prawej stronie.
Monstrualny ryk silnika i przebijający się syk dwóch turbosprężarek… pod maską musiała pracować niezwykle mocna jednostka.
Wyrwanie do przodu sprawiło, że w lusterku widział już całe auto.
Sedan był wielki, znacznie większy niż jego FC. Pięć drzwi, szeroki na cały pas drogi… nie ważne, co było pod maską, taki potwór zdecydowanie nie nadawał się do touge. Masa, wielkość… samochód był większy nawet niż GT-R, a już nawet Skyline był duży i ciężki jak na przełęcze. Przy tej masie, zużycie opon i hamulców musiało być błyskawiczne, a gabaryty utrudniały, ba, uniemożliwiały wyprzedzanie. A już z całą pewnością, szybki drifting
Cały samochód widoczny był w lusterku tylko przez krótką chwilę.
W mgnieniu oka wrócił dokładnie tam, gdzie był, pięć centymetrów od jego zderzaka.
A by cię diabli, pomyślał Takahashi. Ale na prostej to nie sztuka!
Kilkanaście metrów przed nimi znajdował się ostry, ciasny nawrót w lewo.
- Patrz na to. – mruknął Ryosuke, muskając hamulec, i wprowadzając auto w drift. Wóz zaczął ślizgać się po idealnej, bliskiej wewnętrznej linii, jednocześnie jednak nie zostawiając z tyłu na tyle miejsca, żeby wyprzedzić.
Opanowanie takiego driftu, łączącego jednocześnie maksymalną prędkość, idealną linię, minimalne zużycie opon i niemożność wyprzedzenia, zajęło mu długie lata.
Niewielu mogło mu dorównać.
Zerknął w lusterko.
Wielki sedan sunął driftem po dokładnie tej samej linii, pod tym samym kątem.
Skąd on wiedział, która linia…?
Na wyjściu z zakrętu dodał delikatnie gazu, i skończył drift, nie tracąc praktycznie prędkości, na zewnętrznej.
Światła wrogiego auta błysnęły, przesuwając się nieco w lewo, jakby zaczynając wyprzedzanie, ale zaraz potem wróciły na jego tylny zderzak.
- Co do diabła?! – R.T. był autentycznie zszokowany. Mógł wyprzedzać zaraz po wyjściu z zakrętu?! Wyszedł po jeszcze lepszej linii?! Niemożliwe, to auto było za ciężkie, on sam w swojej FC pojechał praktycznie idealnie, przecież…
Samochód mknął tuż za nim, nie odpuszczając ani na moment. Łatwość, z jaką przyśpieszał i trzymał się jego zderzaka sugerowała, że miał pod maską około 450KM, o 100 więcej niż jego RX7, ale jednocześnie masa była o co najmniej kilkaset kilogramów większa.
Gdzie tkwiła więc siła przeciwnika? Czyżby…
… w umiejętnościach kierowcy?
Kolejne sześć zakrętów pokonywał idealnie, na każdym praktycznie stosując inną technikę to driftu, to gripu. Dozowanie gazu i zmiana biegów na prostych, zwłaszcza na długiej, trzystumetrowej przed kolejnym nawrotem, były idealne.
Wszystko było idealne. Nawet jego stara już RX7 FC3S prowadziła się i przyśpieszała jak marzenie.
Co było nie tak?!

Norbert bez emocji spoglądał na tył auta Takahashiego.
Byli mniej-więcej w tym samym wieku, i, musiał to przyznać, starszy Takahashi potrafił prowadzić samochód.
Jego styl i umiejętności były najlepsze, jakie do tej pory widział w Japonii. Porównywalne jedynie z tym... Hoje? Hoja?
A. Hojo. Rin Hojo. As Kanagawy. Srebrny BNR32.
Niestety, rozbity w pościgu za jego Carltonem.
Tak czy inaczej, utrzymanie się zarówno za Hojo, jak i za Takahashim, nie stanowiło żadnego problemu.
Przed nimi wyrósł stosunkowo szeroki nawrót w prawo o 180’.
Zabawę czas zacząć.
Światła stopu Mazdy rozbłysły czerwienią, a wóz wszedł w poślizg.
Norbert musnął hamulec, i odbił kierownicą, wprowadzając Lotusa w drift równoległy do FC.
Już sam drift równoległy był trudną sztuką. Na tak ostrym zakręcie, przy tej szybkości, wręcz niesamowicie trudną.
Ślizganie się trzy centymetry od siebie, wykraczało poza wszelkie granice…

Ryosuke, wstrzymując oddech patrzył, jak wrogi wóz sunie tak blisko, jak jeszcze nikt nie driftował z nim w drifcie równoległym. Ale to był tylko szpanerski trik, nie dający nic oprócz podziwu tłumów…
Jego uwagę przykuł niewielki znaczek tuż koło przedniego koła. Zielone logo na okrągłym, żółtym tle.
Lotus.
Angielska marka. Kojarzył ją tylko dzięki niezwykle zwinnemu w touge modelowi Elise. Brytyjski rodowód wyjaśniał kierownicę po prawej stronie, nadal jednak Takahashi nie miał pojęcia, z jakim modelem ma do czynienia…
Zbyt dużo uwagi poświęcił rozważaniom. Wyszedł z zakrętu kilka centymetrów zbyt bardzo po zewnętrznej.
Po jego wewnętrznej zobaczył rozbłysk świateł. Rzut okiem w prawo wystarczył.
Lotus zrównał się z nim. Choć było to nieprawdopodobne, cięższy samochód wyszedł po jeszcze lepszej od niego linii…

Norbert uśmiechnął się nieco.
Czas na drugi krok.
Dodał gazu, a Carlton bez problemu zaczął wysuwać się przed Mazdę…

Takahashi w milczeniu patrzył, jak Lotus wysuwa się przed niego.
Jeśli przeciwnik pokona następny zakręt na pierwszym miejscu, będzie to oznaczało przegraną.
Wdusił gaz do oporu, ale wrogie auto kontynuowało wyprzedzanie bez większych problemów.
Zdąży, pomyślał R.T. Do zakrętu, szerokiego, 180’ wirażu w lewo, zostało raptem kilkadziesiąt metrów, ale w tym tempie zdąży wyprzedzić…
Lotus nagle gwałtownie zwolnił i wrócił na swoje stałe miejsce, a Mazda ponownie znalazła się z przodu.
Zaskoczenie Ryosuke było tylko chwilowe.
Przełknął głośno ślinę.
Przeciwnik ewidentnie odpuścił. Przedłużył wyścig…

Cyniczny uśmiech nie znikał z jego twarzy. Kolejna część planu poszła jak z płatka.
Mógł to skończyć już teraz…
Ale po co?
Wygrywanie na prostych było dla frajerów. Nie stanowiło żadnego wyzwania.
Ostatnia Legenda Touge, przemknęło mu przez głowę. Za trzy dni będzie już w Tokio, na pierwszych zawodach.
Najważniejsze zawody motorowe dla Japończyków.
D1GP.
Mógł sobie być całkiem znanym i nieźle ustawionym kierowcą, ale to na pewno mu nie wystarczyło. Potrzebował rozgłosu. Potrzebował uznania. Potrzebował sławy.
Wszystko dla Niej.
Bezimienna.

Ryosuke bez hamowania odbił kierownicą, i wprowadził RX7 w czterokołowy drift. Ta technika, niezwykle ryzykowna, pozwalała na odpowiednie zmniejszenie prędkości już w trakcie poślizgu.
Niewielu ją potrafiło.

Ładnie, pomyślał. Pełny, czterokołowy drift. Zgodnie z oczekiwaniem, Ryosuke.
Przyhamował odrobinę, i wprowadził Lotusa w najzwyklejszy, niezbyt szybki drift.
Opony, oburzone tak prostackim stylem, zapiszczały z cicha.

Takahashi wyszedł z zakrętu, i momentalnie spojrzał w lusterko.
Od Lotusa dzieliło go dobre pięć metrów.
A więc to tak, pomyślał. Masz problemy z czterokołowym driftem!
Nie dziwił mu się. Nie znając trasy, ciężko było wykonywać drift wszystkimi kołami, a co dopiero robić to synchronicznie z innym autem. Polak bał się podchodzić bliżej w momencie, gdy on robił czterokołowy poślizg. W wykorzystaniu tej jego słabości tkwiła szansa na zwycięstwo.
Z całej puli technik i stylów Ryosuke postanowił wykorzystywać tylko i wyłącznie four Wheel drift. Inicjowany przyhamowaniem, na linii pośrodku zakrętu, nie dający żadnej możliwości wyprzedzenia.
Wygrana była już praktycznie jego.
Przed nimi był długi, dwukilometrowy odcinek, praktycznie prosty, przeplatany tylko niewielkimi zakrętami.
Dodał gazu do oporu, wystrzeliwując do przodu.

Carlton znajdował się pięć metrów za tyłem białej Mazdy. Norbert nie okazywał tego po sobie, ale Takahashi chwycił przynętę. Przestał łączyć swoje techniki, wszystkie następujące zakręty pokonywał tak samo, czterokołowym driftem z przyhamowaniem, po środkowej linii.
Norbert wiedział, że teraz czas zacząć prowadzić tak, jak prowadził zawsze, gdy pożądał wygranej.
Prowadzić emocjami. Uczuciami.
Dać im dojść do głosu. Wsłuchać się w nie.
Tylko one pozwalały na osiągnięcie pełni potencjału. I jeszcze więcej.
Wcisnął gaz, a Carlton z rykiem i sykiem momentalnie podgonił driftującą środkiem w małym zakręcie RX7, podchodząc maksymalnie blisko od zewnętrznej.

Ryosuke, widząc dochodzącego go w zakręcie Lotusa, dodał momentalnie gazu. Wóz ryknął, i wyszedł z driftu, jęcząc oponami.
Nie mógł pozwolić mu na wyprzedzenie na zakręcie. Tak czy inaczej, ciężkie auto, zgodnie z przewidzeniem, traciło już przyczepność.
- To nie potrwa długo – mruknął R.T.
Mógł więc w ten sposób odchodzić mu w zakrętach. Grzał opony i hamulce, ale i tak wyścig nie potrwa już długo.
Z pewnością.

Norbert z paskudnym uśmiechem po raz kolejny dodał gazu. Carlton podszedł do Mazdy na centymetry, a ta ponownie gwałtownie uciekła, wychodząc wcześniej z poślizgu, wypuszczając spod opon obłoczki dymu.
Piąty zakręt ponawiał ten „atak”, i za każdym razem kończył się on tak samo.
Takahashi musiał być już pewien, że ogumienie w Lotusie straciło przyczepność.
Prosta kończyła się niebawem. Jeszcze 3-4 zakręty, po których nastąpi ciasny, 180’stopniowy nawrót w prawo.
Dostatecznie szeroki.
Wykonując tak gwałtowne ucieczki, Takahashi zużywał opony. Nie będzie miał dość przyczepności.
Ogumienie w jego Lotusie było najlepszej jakości, dostosowane dokładnie do parametrów auta. Mimo tego, wyraźnie czuł, że również ma problemy z trakcją. Masa, pomimo znacznego zmniejszenia, nadal była dość wysoka.
Do tego, co planował zrobić, trakcja nie była jednak najważniejsza.
Liczyły się nerwy.
Stalowe nerwy.

Ryosuke wyszedł z ostatniego zakrętu w szybkiej sekcji, i jego oczom ukazał się ostry nawrót w prawo, o 180 stopni. Lotus na tą chwilę tracił do niego ponownie 5 metrów. Dystans nie zmniejszał się, ale też nie zwiększał. Nie miał już trakcji w tym ciężkim aucie, nawet jeśli podejdzie na prostych, to nie wystarczy mu przyczepności, żeby wyprzedzić w zakręcie. Co więcej, czterokołowy drift po środkowej linii skutecznie to uniemożliwiał.
Krótko przyhamował, i odbił kierownicą, wchodząc w drift…
Jak się później dowiedział, stał się ofiarą jednej z najgenialniejszych walk psychologicznych w historii touge.
Ślizgająca się cały czas po środkowej linii, pełną szerokością Mazda, dociskana i zmuszana do gwałtownych zmian prędkości i wychodzenia z driftu, straciła przyczepność znacznie szybciej, niż przewidział to Ryosuke. Wóz zaczęło znosić ku zewnętrznej.
Opanował znoszenie.
Ale to wystarczyło.

Lotus przemknął driftem o centymetr przed przednim zderzakiem Mazdy. Norbert zaraz po tym wdusił mocno hamulec, i poczuł, że wszystkie koła wpadły w poślizg.
Teraz, wszystko zależało od precyzji.
Od wyczucia.
Dał pełen ogień na wszystkie koła, i skontrował nieznacznie.
Jeśli wóz ześlizgnie się, runie w przepaść.
Jeśli przesadzi z kontrą, obróci go, i zostanie trafiony przez RX7.
Ryzyko było ogromne.
Ryzyko było dla niego standardowe.
Leciał driftem wszystkimi czterema kołami, ustawiony praktycznie bokiem. Wszedł w ten zakręt z tak wysoką prędkością i tak małą przyczepnością na oponach, że tylko ustawienie praktycznie bokiem przy czterokołowym drifcie mogło wytracić prędkość na tyle, żeby nie wypaść.
Jednoczesnie, gwarantowało niesamowitą prędkość na wyjściu.
Tylko odpowiedniemu wyprowadzeniu w pole Ryosuke zawdzięczał fakt, że FC zniosło na zakręcie ku zewnętrznej, tworząc odpowiednią ilość miejsca dla jego Carltona.
Jego oczom ukazał się koniec zakrętu, i rozwarła przed nim dłuższa prosta.
Dodał gazu, a wóz zamielił kołami, i wyszedł z poślizgu po idealnej linii, na pełnym gazie.
Po czole spłynęła mu malusieńka, drobniutka kropla potu.
Całe to ryzyko.
Cały ten wyścig.
Wszystko, co robił.
Tylko w jednym celu.
Bezimienna.

Ryosuke wysiadł z auta, na dolnym parkingu pod Górą Akagi, i wolnym krokiem ruszył w kierunku swojego przeciwnika.
Przegrał. Dotarł raptem do połowy trasy. Przegrał z obcokrajowcem, okrył hańbą siebie i cały swój kraj, ojczyznę touge.
Jednocześnie wiedział, że był to najlepszy pojedynek, w jakim brał udział.
- Gratuluję – zwrócił się do kierowcy Lotusa – To było niesamowite. Ale przyznaję, zawiodłem się na sobie samym.
- Nie – odparł bez emocji Norbert – Nie przegrały twoje umiejętności. Twoja przegrana to kwestia psychologiczna.
- Słucham?! – nie dowierzał temu, co słyszy, Ryosuke – Możesz… wyjaśnić?
- Działałeś pod presją. Moja fama pogromcy wszystkich asów touge przybyła przede mną. Porażka twojego brata tylko wzmocniła wrażenie, że nie jestem zwykłym, nawet najsilniejszym, przeciwnikiem. Nawet jeśli tego po sobie nie okazywałeś, czułeś to. Fakt, że jestem obcokrajowcem, przeświadczenie, że nikt nie jest lepszy od was, Japończyków, w touge, a także mój niezgrabny i wielki samochód nie nadający się na pierwszy rzut oka do wyścigów górskich dał ci jednocześnie myśl, że będę banalnym przeciwnikiem, ale z drugiej strony nie wiedziałeś, co dokładnie sprawiło, że pokonałem wszystkie tuzy touge w Japonii. Potem, podczas wyścigu, było to już tylko kwestią obserwacji. Pokazałem ci moc mojego auta, zrównując się na prostej, jednocześnie dając do zrozumienia, że mogę cię wyprzedzić na prostych, i na wyjściach z zakrętów. Zastawiłem misterną pułapkę. Udałem, że nie potrafię nadążyć i wykonać czterokołowego driftu, odpuszczając w tym zakręcie, a ty pomyślałeś, że rzeczywiście mam z tym problem, i ze wszystkich swoich genialnych technik wybrałeś tą jedną, podświadomie myśląc, że będzie najlepszą bronią. Nie sprawdzała się ona jednak na wszystkich zakrętach, tak, jak to robiłeś. Traciłeś trakcję, ale sądziłeś, że już nie dam rady wyprzedzić, z powodu większej masy, a co za tym idzie, problemów z przyczepnością. Potem wystarczyło poganiać cię w szybkiej sekcji, co całkowicie zużyło twoje opony, pozbawiając rytmu jazdy. Wyprzedzenie na nawrocie, korzystając z czterokołowego driftu z pełnym tarciem… - Norbert uśmiechnął się – Zagrałem va banqe. Gdyby cię nie zniosło, zderzyłbym się z twoim autem. Gdyby moje opony nie dały rady, gdybym odbił za mocno, wypadłbym. Tak czy inaczej, porażka nie jest winą twoich umiejętności. Nie całkowicie. Inicjatywa cały czas była po mojej stronie. Pozbawiłem cię twoich silnych stron, przyczepności FC, mnogości nieprzewidywalnych technik z twojej „teorii najszybszej jazdy”, a następnie wykorzystałem przeciwko tobie twoją pewność siebie. Wykorzystałem odpowiedni moment.
- To wszystko? – zapytał w zadumie Ryosuke. Teraz dopiero zaczęło do niego docierać, jak został ograny.
- Tak. I nie. Jeśli mogę zasugerować… twoja „teoria najszybszej jazdy na przełęczy” zawiera w sobie jeden błąd. Z jedną rzeczą się nie zgodzę.
- Z którą? – zainteresował się Takahashi. Porada kogoś, kto jeździ w taki sposób mogła być naprawdę warta usłyszenia.
- Nigdy nie będzie ona kompletna, jeśli prowadzić będziecie bez jakichkolwiek emocji. Spełniona miłość spowalnia kierowcę. Walka o uczucie jest jednak potężnym motywatorem. Pozwala na zrobienie o kroku więcej. O zagranie podobne do mojego ataku. Niesie to jednak ze sobą ryzyko… które musicie przemyśleć sami.
Ryosuke skłonił się lekko, i zapytał:
- Co teraz… jeśli zechcesz zdradzić? Pokonałeś wszystkich… zdradź, po co.
- Z czystej pychy. Dla własnego rozgłosu. A co teraz? D1GP. Już za trzy dni.
Ryosuke nie rozumiał pierwszej części odpowiedzi. Druga była jednak aż nader jasna.
- W takim razie, powodzenia – stwierdził – Pewnie jeszcze o tobie usłyszymy. Drift przestaje być domeną Japończyków.
- To kwestia celów, do jakich dążymy. Tak czy inaczej, to był znakomity pojedynek, Ryosuke Takahashi Dziękuję, i… żegnaj.
- Żegnaj… - zawahał się R.T. Nie znał nawet imienia przybysza.
- Norbert.
- Norbercie. A… czy możesz jeszcze powiedzieć…
- Tak?
- Co to za samochód?
- Ha – Norbert nie umiał ukryć uśmiechu – To Lotus Carlton. 450KM, 1400 kilogramów. To nie była uczciwa walka wobec ciebie.
- Była – odparł Takahashi – Z pewnością, była.
Norbert odwrócił się, i ruszył w kierunku Lotusa. Nagle, zatrzymał się i stwierdził:
- A, jeszcze gdybym… szukam samochodu dla kierowcy w touge. Płci żeńskiej. Możesz mi coś doradzić?
Ryosuke obrócił się na pięcie, zaskoczony, ale odparł:
- Cappuccino. Suzuki Cappuccino.

 

Od drzwi dzieliło ją raptem kilka kroków. Lekka podróżna torba w jednej ręce, przewieszona przez ramię torebka, tylko tyle potrzebowała, żeby spakować się w drogę powrotną, do Tokio.
W drogę powrotną do „normalności”. Koncerty. Fani. Powrót do zabiegania. Do samotności.
- Czekaj, Wiki. Nie tak szybko – zatrzymał ją męski głos.
Norbert.
- Chciałaś tak się wymknąć… bez pożegnania? – stwierdził, podchodząc do niej.
- Nie chciałam ci przeszkadzać. – zełgała. Tak naprawdę liczyła, że uda jej się uniknąć tego spotkania. Po tym, co zrobiła wczoraj, nie mogła mu spojrzeć w oczy.
Zmierzył ją wzrokiem, i uśmiechnął się.
- Przeszkadzać? Maleńka, dzisiaj są twoje urodziny! Myślałaś, że o tym zapomniałem?
Zaskoczył ją. Nikt nie pamiętał. Nie spodziewała się…
- Żałuję, że musisz już wyjeżdżać, i nie mamy czasu odpowiednio uczcić tej okazji – zawiesił głos – Ale przyjmij chociaż ten… drobiazg.
Wręczył jej małe, eleganckie zapakowane pudełeczko. Uśmiechnęła się do niego i odpakowała…
Kluczyki do samochodu.
Uniosła delikatnie brwi.
- Jest na podjeździe.
Nacisnęła klamkę i wyszła na zewnątrz.
Malutki kabriolet w kolorze liliowym spoglądał na nią podłużnymi reflektorami.
Był śliczny.
- Pomyślałem, że skoro tak podobało ci się latanie bokiem po przełęczach – stwierdził stojący za nią Norbert – To może sama zechcesz spróbować… to dobry sposób, żeby zapomnieć. Żeby się… oderwać od rzeczywistości. Przynajmniej dla mnie.
Odwróciła się, i rzuciła mu na szyję.
- Dziękuję – wyszeptała – Nie wiem, skąd wiedziałeś, że szukam sposobu na zapomnienie, o samotności… o Tomku… że odkąd wziąłeś mnie na tą górę, marzyłam o tym, żeby sama się ścigać… jest cudowny.
- Jest dokładnie taki, jak ty. – uśmiechnął się.
- A właśnie – nawet nie próbowała wyrwać mu się z objęć – Jak wczorajszy wyścig?
- Wygrałem – odparł – Właśnie dzięki prowadzeniu emocjami, dzięki tej beznadziejnej miłości do Bezimiennej… to wielka siła, Wiktorio. Dopóki nad nią panujemy, nic nie jest nas w stanie zatrzymać.
- Będę o tym pamiętać – powiedziała – A to autko sprawi, że nigdy nie zapomnę… tego co powiedziałeś… i naszego spotkania… - zawahała się – I dziękuję ci za wczoraj.
- Przecież ja… nie zrobiłem tego z tobą… - zmieszał się Norbert.
- Właśnie dlatego. To było by dla mnie przyjemnością, fascynacją, nie wątpię… ale odmawiając, dałeś mi znacznie więcej. Teraz wiem, że będę wiernie czekać na miłość Tomasza… choćby i do końca świata. Skoro ty potrafisz tak kochać Bezimienną… to i ja dam sobie radę.  Nawet jeśli ty nie wierzysz w spełnienie swoich uczuć… będę optymistką, Norbercie. Uda nam się. Z pewnością!
Nie odpowiedział. Przytulił ją mocno, i delikatnie pocałował w policzek:
- Szerokiej drogi, Wiki…

Norbert zginął niecałe dziesięć lat później, w Wyścigu Podwójnego Ryzyka, w pojedynku z Mercedesem CLS innego znanego rajdowca. To wiedzieli wszyscy, sprawa była niezwykle głośna w wyścigowym półświatku. Ledwie garstka znała powód wyścigu, wspólną miłość obu śmiałków do pewnej tajemniczej piękności z Aston Martina DB9. Nikt nie wiedział, że tych dwóch kierowców było niegdyś znajomymi, a pierwszy pojedynek odbyli w wieku lat osiemnastu.
Kilka dni po tragicznym w skutkach wypadku BMW M5 i Mercedesa CLS, w luksusowym apartamencie w Nowym Jorku znaleziono martwą światowej sławy piosenkarkę. Przyczyną zgonu było jednoczesne przedawkowanie narkotyków, alkoholu i środków przeciwbólowych.
Fani byli zrozpaczeni. Nikt nie znał powodów. Układano teorie spiskowe, podejrzewano któregoś z odrzuconych przez nią wielbicieli, który miał niejako upozorować jej samobójstwo.
Wszyscy byli w błędzie. Ale nie mogli wiedzieć.
Kierowca CLS’a zwał się Tomasz…