Akcja Odcinka rozgrywa się bezpośrednio po wydarzeniach Sezonu Drugiego, a przed Sezonem Trzecim „Za Zakrętem”.

 

 

OS. „One Day, One Room”


Wielkie płatki śniegu cicho sypały na sporej wielkości parking. Zima, która stała się faktem dnia poprzedniego, rozpętała się na dobre, praktycznie paraliżując życie na Zachodnim Podbeskidziu. Stwierdzenie „klęska żywiołowa” było by wprawdzie przesadą…
… ale tylko niewielką.
Biały puch skrzypiał pod nogami, podczas gdy postać odziana w damski płaszcz wbiegała po śliskich schodach.
Nie poślizgnęła się, dotarła do rozsuwanych drzwi.
Istną paranoją było by upaść pod Szpitalem Wojewódzkim w Bielsku-Białej…

- … błagam panią. Muszę się z nim zobaczyć, chociaż dowiedzieć się, czy on… - jej głos załamał się. Tylko błagalnie wlepione w portierkę oczy sugerowały dalszą część wypowiedzi.
- Przykro mi – odparła kobieta z portierni – My mamy tutaj przepisy, których musimy przestrzegać. Nie należy pani do rodziny, żadnego udzielania informacji o stanie zdrowia czy śmierci.
Oczy młodej, około 17,18-letniej dziewczyny zawilgotniały jeszcze mocniej.
Urzędniczka nie była bez serca.
- Z czego go tutaj przywieźli? – zapytała cicho, rozglądając się bacznie.
- Wypadek samochodowy. – odparła krótko dziewczyna. W jej oczach znów pojawiła się nadzieja.
Portierka zmierzyła ją wzrokiem. Dziewczynę z całą pewnością można było określić słowem „piękna”, markowy, czerwony płaszcz i eleganckie, skórzane kozaki dopełniały obrazu.
Starsza kobieta pracująca jako portierka w szpitalu była pewna. Dziewczyna z całą pewnością przyjechała odwiedzić tego młodzieńca. W końcu, za taką partią…
- Proszę sprawdzić w pokoju 34 – stwierdziła półgłosem – O ile panią tam wpuszczą.
Kruczoczarna piękność momentalnie ruszyła w kierunku windy. Portierka usłyszała jeszcze tylko:
- Dziękuję… nawet nie wie pani, ile to dla mnie znaczy…

Mknęła korytarzem, czując wręcz wzbierającą w jej sercu nadzieję. Obraz Mateusza wyciąganego z wraku swojego samochodu, jęk syreny pogotowia…
- Kocham go – stwierdziła w duchu - Teraz jestem tego pewna. Nie zniosła bym świadomości, gdybym nie zdążyła mu tego powiedzieć, a on…
… zginął.
- Ale żyje! – zapewniła samą siebie – Jest w sali, czyli musiał przeżyć…
Ostrożnie pchnęła drzwi pod numerem 34, by znaleźć się w przestronnym, bogato urządzonym pokoju, z jednym łóżkiem…
… i stanąć jak wryta.
Chłopak leżący na szpitalnym łóżku z pewnością był przystojny.
Z pewnością był brunetem.
I z pewnością ubierał się tak elegancko, jak Mat.
Ale z pewnością to nie był Mat.
Młodzieniec, zaskoczony, uniósł głowę znad laptopa, i wlepił w nią swoje oczy.
Bystre. Intensywnie brązowe.
Poczuła, że oblewa się rumieńcem. Zdobyła się tylko na ciche:
- Przepraszam… chyba pomyliłam…
Chłopak nie odrywał od niej wzroku. Cały czas wpatrywał się prosto w jej oczy, jeszcze dobitniej uświadamiając Alicji, że wtargnęła do nie tego pokoju, do którego miała.
- Nie szkodzi. – odezwał się chłopak, uśmiechając się.
I nie przestając patrzeć jej prosto w oczy.
- Czy nie wiesz… - zdobyła się wreszcie na odwagę - … szukam chłopaka, którego przywieziono tutaj wczoraj… z wypadku samochodowego…
Młodzieniec zauważalnie posmutniał, a jego spojrzenie powędrowało gdzieś w bok, na ścianę.
- Sala numer 40 – stwierdził cicho, choć wyraźnie – Proszę tam sprawdzić…
- Dziękuję – uśmiechnęła się blado, wycofując z sali – Jeszcze raz przepraszam, że zakłóciłam panu…
- Nie – powiedział chłopak – Proszę, nie przepraszaj… i… czy gdy wrócisz już od tego nieszczęśnika, który i tak jest nieprzytomny… czy zechciałabyś… - ponownie, spojrzał jej prosto w oczy. Błagalnie. - … chociaż na chwilę… odwiedzić i mnie?
Zamarła na krótką chwilę.
Teoretycznie, nie znała tego chłopaka. Po co miała by…
- Tak – odparła szybko, unikając kontaktu wzrokowego.
I uciekła z sali.
- Po co się zgodziłam?! – pomyślała jeszcze, mknąc w kierunku sali 40…

- Pyta panienka o stan… - starszy doktor zawahał się – Cóż, pani brat, on… - przerwał, nie umiejąc wymyślić odpowiedniego łgarstwa.
Alicja wyczytała niepewność z jego oczu. Podanie się za siostrę Mateusza było jedynym sposobem, aby dowiedzieć się czegokolwiek o jego stanie zdrowia.
Chociaż sama widziała, że był beznadziejny.
- Proszę szczerze – stwierdziła.
- Wprowadziliśmy go w stan śpiączki farmakologicznej – wydusił wreszcie z siebie doktor – W szpitalu odzyskał na krótką chwilę przytomność, ale…
- Ale?
- … musieliśmy go uśpić.
Alicja spojrzała na lekarza, zdziwiona.
- Nawet nie wyobraża sobie panienka – powiedział – Jakim bólem jest złamanie kończyny górnej, połączone z zerwaniem ścięgien, wiązadeł i mięśni. Rozległe obrażenia wewnętrzne, obie kończyny dolne złamane, tożsamo z żebrami, uszkodzenia czaszki, podejrzewamy uszkodzenia mózgu…
- Jakie… jakie są rokowania? – zapytała cicho.
- Stan jest stabilny – podrapał się w głowę lekarz – Ale… nie wiemy jeszcze, jak mocno uszkodzony został układ nerwowy. Nawet jeśli od tej strony będzie zdolny do życia, nie możemy obiecać, że odzyska sprawność ruchową. To i tak cud, że… że w ogóle to przeżył.
- Kiedy on… odzyska przytomność? – jej oczy zrobiły się wilgotne.
Doktor pokręcił głową.
- To wszystko zależy. Musimy mieć gotową diagnozę, znać obrażenia… to może potrwać. Nie potrafię panience odpowiedzieć…
- Dziękuję – odparła głucho, i ruszyła do wyjścia.
Obraz Mateusza wyrył się jej w pamięci.
Sala pełna innych chorych. Pikanie urządzeń. Charakterystyczny zapach szpitala.
Zapach umierania.
I Mat.
Jego twarz, z długą raną, biegnącą po prawym policzku…
Brak jakiejkolwiek reakcji, przeszło godzina spędzona przy jego łóżku, obserwując tylko ledwo zauważalne poruszanie się klatki piersiowej…
Chciała spojrzeć w jego oczy. Poszukać w nich tego, co widziała tam kilka lat temu.
Czegoś, czego wtedy nie rozumiała. Czego nie doceniła.
Minęła jedną z sal, i raptownie się zatrzymała.
Numer 34.
Odwróciła się na pięcie, i pchnęła lekko drzwi.
- Po co? – zapytał ją wewnętrzny głos – Czy rzucona nieznajomemu na odchodnym obietnica jest dla mnie aż tak ważna?!
A może to dla jego…
- Nie wierzyłem, że przyjdziesz – uśmiechnął się promiennie, widząc ją.
… dla jego oczu?
- Obiecałam – odpowiedziała, sama lekko się uśmiechając.
Co mnie ciągnęło do tego człowieka? Co ja robię…?
- Wybaczy pani, że się nie przedstawiłem – zaczął zgodnie z konwenansem – Ale widok tak pięknej…
- Alicja – przerwała mu, wyciągając doń rękę.
Zaskoczył ją.
Ujął jej dłoń, i delikatnie ucałował.
- Konrad – stwierdził cicho…

 

Za oknem panował spokój. W tej dzielnicy miasta, hałas był rzeczą praktycznie nie występującą.
Honda NSX i Nissan 370Z zaparkowane pod domem również nie budziły niczyjego zaskoczenia.
Tożsamo ogromny, ze smakiem urządzony dom.
Wszystko w normie, jak przystało na najbogatszą dzielnicę Tokio.
- Kto jej to powie? – zapytał cicho Koichi, zatrzymując się w pół kroku od drzwi do pokoju.
- Ty – odparł Haruki – Tobie przekazał tą wiadomość Paweł-sama, więc do ciebie należy obowiązek poinformowania jej. Ja nie mam zamiaru…
- To twoja dziewczyna – stwierdził kwaśno Koichi.
Haruki milczał dłuższą chwilę.
- Gdyby Mateusz tu był – odparł wreszcie – Rzuciła by mną, nim zdążyłbym mrugnąć. Coś, co uważaliśmy za wakacyjny romans, okazało się… w każdym razie, ze mną jest tylko dla uniknięcia samotności. Jak więc sam widzisz…
- Nie bądź ciotą – uciszył przyjaciela Koichi – Udowodnij jej, że na nią zasługujesz! Lata za tobą pół Tokio, słyniesz jako jeden z najlepszych kierowców w prefekturze, a nie umiesz sobie poradzić z jedną dziewczyną? Co z ciebie za facet!?
Haruki nie odpowiedział. Zastukał do drzwi, i nacisnął klamkę.
- Fumi – stwierdził od progu – Musimy ci coś powiedzieć…
Na wielkim monitorze ciekłokrystalicznym, pierwszym elemencie pokoju, na który padał wzrok wchodzących, otwarta była strona internetowa. Jej twórca, przewidując widocznie, że tematyką interesować się będą również osoby spoza jego rodzimego kraju, przezornie umieszczał notki również w języku angielskim. Nagłówek prezentował białą Mazdę RX7 FC, ciągnącą za sobą tumany dymu, a napis głosił dumnie „Ray’s JDM Life”.
- Już wiem – odpowiedział mu cicho zapłakany głos – Nawet tutaj o tym informują…
Spojrzenie Harukiego spoczęło na notce, dodanej raptem wczoraj.
„Serpentyny and LBK duel ends with fatal crash”.
Zdjęcie, dodane poniżej, przedstawiało zawinięte na drzewie jasnobłękitne coupe. Wóz, trzeba było przyznać, wyglądał strasznie.
- Autor odpisał mi kilka minut temu… nie było go tam, ale informacje są z pierwszej ręki… - załkała Fumi – To jego auto! Mateusz, on… Mat nie…
- Żyje – stwierdził Haruki, siląc się na spokojny ton – Paweł-sama rozmawiał dzisiaj z jego ojcem. Jest w ciężkim stanie, nieprzytomny, ale żyje. Nie musisz tak rozpaczać.
Fumi momentalnie uspokoiła się, i spojrzała mu głęboko w oczy.
- W takim razie – powiedziała – Skoro przeżył, to… czas, abyś dopełnił obietnicy.
Haruki spuścił wzrok, i milczał, rozważając. Poruszała ten temat wielokrotnie, od końca wakacji i wyjazdu tego Polaka, zanim jeszcze nawet zostali parą. Za każdym razem udawało się mu ją zbyć. Ale tym razem…
Złowiła jego ukradkowe spojrzenie, i stwierdziła ciepło:
- Zrób to najlepiej, jak potrafisz. Zrób to… dla mnie.
A więc tak grasz, pomyślał Haruki. W takim razie i ja pokażę ci, czego nauczyła mnie wizyta tego Polaka. I ja zagram… va banque.
- Zrobię to – rzekł – Ale nie dla niego. Dla ciebie. Abyś wreszcie uwierzyła, że kocham cię do szaleństwa, i zawsze będę…
- Wiem o tym – przerwała mu – Wiem o tym doskonale. Kochasz mnie tak mocno, jak ja Mateusza.
Haruki zamilkł, czując jednocześnie, jak bolesny zadzior wbija mu się prosto w serce.
- Jesteśmy jednak razem – dodała po chwili Fumi – I będziemy tak długo, jak tylko zapragniesz. Z faktem, że jest ktoś oprócz ciebie, ktoś, kogo zapewne już nigdy nie ujrzę… musisz się po prostu pogodzić.
Nie odpowiedział. Kiwnął głową na znak zrozumienia, odwrócił się w stronę drzwi, i wyszedł bez słowa.
Złożył obietnicę. Zrobił to pod wpływem emocji, z głupia frant, ale…
Musiał jej dotrzymać.

Fala światła. Nie stopniowe rozjaśnienie, które delikatnie budzi, pozwala oku na akomodację, powoli, spokojnie wypiera resztki snu ze świadomości, często tak miłe dla uczuć i zmysłów. To było gwałtowne przebudzenie, niczym uderzenie obuchem, swą nagłością i brutalnością rzucające człowieka w sam środek świadomości własnego istnienia.
Która zupełnie do tego nie gotowa musi się z tym istnieniem zmagać.
Pierwszym odczuciem była świadomość tego, że wróciło się do krainy żywych.
Drugim był ból.
Paroksyzm bólu.
Nastał początek grudnia.
Ale z tego nie zdawał sobie sprawy.
Jeszcze.

- Rany goją się dobrze – stwierdził lekarz, wychodząc z sali – Nadspodziewanie dobrze, ma pan wyjątkowo silny organizm. Oprócz wstrząśnienia mózgu, uszkodzenia czaszki były powierzchowne. Może pan mówić o cudzie…
Spróbował unieść się na łóżku, ale próba spełzła na niczym. Odruchowo wsparł się rękoma, i wykonał ruch, który normalnie odpowiadał za odepchnięcie.
Prawa ręka posłuchała.
Lewa nie.
Spojrzał na nią, i mruknął niezadowolony.
Zdawał sobie sprawę, że cudem było, iż w ogóle nadal miał tą rękę. Złamana, wyrwana ze stawów, wiązadeł i mięśni…
Nie znosił jednak sytuacji, w której jakaś cześć niego nie funkcjonowała tak, jak by sobie tego życzył. Jeszcze raz, zmuszając swoją wolę, spróbował unieść rękę.
Kończyna podniosła  się o kilka centymetrów. Nie wierząc we własne szczęście, spróbował obrócić dłoń…
To był błąd.
Ból kopnął go prosto w świadomość, sprawiając wrażenie, że całe jego ciało jest rozrywane na kawałeczki.
Ryknął przeciągle, zwijając się na łóżku.
– Co się stało?! - do sali wpadł przywołany krzykiem lekarz.
- Nic – odparł Mat – Boli.
Doktor spojrzał na jego lewą rękę, spoczywającą bezwiednie na pościeli, po czym badawczo zerknął prosto w jego oczy.
- Mogę przepisać ci pewien środek – stwierdził powoli – Uśmierzy ból i pomoże w rehabilitacji. ..
Mat uniósł lekko brwi, w oczekiwaniu.
– Ale… musisz się z tym kontrolować. – zakończył lekarz.
- Dam sobie radę – odpalił Mateusz – Co to jest?
Lekarz wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kitla fiolkę i podał Matowi.
Odebrał ją zdrową ręką i zerknął na etykietę.
Oglądał „Doktora House’a”. Czegoś takiego jednak na oczy jeszcze nie widział.
- Dawkuj rozsądnie – rzucił lekarz – Im mniej, tym…
- Rozumiem – przerwał mu Mat, otwierając fiolkę – Tym lepiej.
Lekarz przytaknął i wyszedł z sali, zostawiając Mateusza sam na sam z opakowaniem.
Leworfanol, przeczytał jeszcze, łykając jedną z tabletek. Ciekawa nazwa…
… zaraz potem…
… odpłynął.

- Ma pan gościa – zakomunikowała pielęgniarka. Mateusz podniósł wzrok znad książki, z nadzieją wpatrując się w drzwi wejściowe. Faktem było, że przytomność odzyskał ledwie dwa dni temu, pewnie mało kto oprócz najbliższej rodziny o tym wiedział, ale…
Miał nadzieję, że będzie to ona.
Wierzył w to.
Drzwi otworzyły się, i stanął w nich Mistrz.
- Witaj, Mateuszu. – stwierdził od progu.
- Witam pana, panie Rohrl – odparł Mateusz, nie kryjąc zaskoczenia. Mistrz zdecydowanie nie był osobą, której się spodziewał.
Jednak, jakkolwiek by nie patrzeć, poczuł…
… rozczarowanie.
Nie była to ona.
- Jestem ci winien przeprosiny – zaczął bez ogródek Mistrz – Nie powinienem was wybierać do tak trudnego i niebezpiecznego wyzwania. Wasze wypadki… a zwłaszcza twój… to moja wina.
- Podjąłem to wyzwanie z własnej chęci – odparł Mat – Zdawałem sobie sprawę z ryzyka. Nie ma się pan o co obwiniać… jeżeli jest w tym czyjakolwiek wina, to na pewno nie pana.
Mistrz zamilkł, bacznie obserwując Mateusza. Spodziewał się odpowiedzi w tym stylu, co jednak nie zmieniało faktu, że nadal czuł się winnym kalectwa tego młodego chłopaka.
- W takim razie – zapytał z wolna Mistrz – Czy zamierzasz… wrócić na Przełęcz?
Mateusz długo nie odpowiadał.
Bał się tego pytania.
Pytania, które zadawał sobie od momentu, gdy odzyskał świadomość.
Pytania, na które udzielił sobie odpowiedzi już w momencie, gdy przebijał barierkę.
- Nie – odparł głucho.
Zamierzał wyjaśnić. Spróbować się usprawiedliwić, dlaczego rzuca touge. To nie była kwestia strachu. Nie było w tym świadomości, że nie nadaje się do tego sportu. Nie było pewności, że otarcie się o śmierć było sygnałem, aby zaprzestał. To nie była nawet kwestia braku samochodu, podsycana przez rozbicie ukochanej Sierry.
To nie był głos rozsądku.
W imię miłości do Julii wszedł w świat wyścigów górskich.
A w imię miłości do Alicji te wyścigi miał zamiar porzucić.
To zamierzał Mistrzowi wyjaśnić.
Nie musiał.
Mistrz bez słowa sięgnął do kieszeni i rzucił mu na łóżko kluczyki.
- Nie tłumacz się – stwierdził – Widzę, że chcesz wyjaśniać. To niepotrzebne. Rozumiem doskonale… i pochwalam. A to przyjmij jako rekompensatę. Sprzedaj, używaj… jak uznasz za stosowne. Niech to będzie choć drobna podzięka za poświęcenie i godne reprezentowanie Serpentyn. Za poświęcenie… praktycznie swojego życia.
- Nie Mistrzu – odparł Mateusz – Kierowałem się egoistycznymi pobudkami. Nie działałem w imię wyższego dobra. Robiłem to… dla siebie. Dla zemsty. Przeciwnikiem nie było dla mnie LBK, tylko… Robert. Nie ma w tym nic z poświęcenia i godności. Nie zasługuję na pochwałę, a tym bardziej na nagrodę.
- Pobudki są nieistotne – odparł beznamiętnie Mistrz – Dobry czyn godny jest nagrody, nie ważne, w imię czego został dokonany. Zwyciężyłeś. Pokonałeś granicę własnych możliwości.
- To, co brałem za granicę możliwości – odparł z wolna Mateusz, przełykając ślinę – Jak się okazało, wcale nią nie było. Prawdziwa granica możliwości jest dalej, znacznie dalej. Prawdziwa granica jest dla mnie… nieosiągalna.
Mistrz milczał.
- Poza tym – dodał po chwili Mateusz, uświadamiając sobie nagle pewien fakt – Nie wygrałem tego wyścigu. Rozbiłem się. Przegrałem. Czy to oznacza, że… Serpentyny poniosły porażkę?
- Wykonałeś to, co mogłeś, najlepiej, jak się dało. Są granice, których nie pokonamy nigdy. Są rzeczy, które dzieją się niezależnie od nas. Wypadek nie był z twojej winy…
- Przegraliśmy? – ponowił pytanie Mat.
- Nie – odparł Mistrz, wstając – To powinno skończyć się po twoim pierwszym zwycięstwie. Z pewnością zaś, powinniśmy to zakończyć po tym, co ci dranie, reprezentowani przez gościa w WRX, zrobili w drugim wyścigu, widząc, że przegrali. Ale nie skończyło się.
- Kto… kto w takim razie… dokończył?
Rohrl nie odpowiedział.
Nie musiał.
Mateusz wyczytał to z jego oczu.
Powiązał fakty.
Audi S1, Sport Quattro.
Mógł domyślić się tego już wcześniej.
- Tak czy inaczej – stwierdził Mistrz, wychodząc – Byłeś jednym z najlepszych młodych kierowców, jakich miałem przyjemność poznać. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś… - zawahał się, przerwał. Odwrócił się w kierunku Mateusza, i rzekł krótkie:
- Miejsce parkingowe numer 58.  A teraz, żegnaj.
Wyszedł z sali, i ruszył swoją drogą.
- Zachowałem neutralność. – pomyślał jeszcze, schodząc po schodach.
… czy to było właśnie to, co powinienem zrobić?

Blask jarzeniówek rozświetlił sporej wielkości halę, wyciągając na światło dzienne dziesiątki kształtów nakrytych płachtami. Wszystko pokrywała warstewka kurzu, nie czyszczona od wielu długich lat.
Pomieszczenie to, leżące na samym końcu, na najniższym poziomie byłej fabryki Nissan Motors Company w Zama’ie, w prefekturze Kanagawa, z pewnością należało do miejsc, które określało się mianem „tajemnicze”.
Dla zwykłych śmiertelników, była to tylko jeszcze jedna część starej fabryki, przekształconej obecnie w centrum inżynierii Nissana, i skład „modeli historycznych”.
Dla pracowników tej fabryki, był to tak zwany „składnik na nic”, gdzie trafiały projekty części nigdy nie wdrożonych do produkcji.
Tylko garstka najwyżej postawionych osób w koncernie Nissana wiedziała, że stoją tu także samochody.
O tym, jakie to samochody, wiedziały może trzy-cztery osoby.
Fakt bycia synem szefa firmy znacząco ułatwiał „zwiedzenie” tego niesamowitego miejsca.
- Haruki, to wszystko tonie w kurzu – stwierdził z nutką odrazy w głosie Koichi, gdy jego biała bluza po raz kolejny przesunęła się po ciemnej płachcie, działając jak ściereczka – Czy ty naprawdę sądzisz, że trzymali by coś takiego tutaj? Ba, moim zdaniem, to bajka. Niemożliwe, żeby to w ogóle istniało.
- Gdy byłem małym chłopcem – odparł Haruki – Ojciec opowiadał mi o magazynie, w którym trzymano dziwne samochody. Nie tylko nieudane prototypy… także prototypy… zbyt udane. Skoro on powiedział, że to coś istnieje, i to w kilku sztukach, i jest gdzieś w tej byłej fabryce, to nie ma innego miejsca. Musi być… gdzieś tu.
- Taa. Wierzysz w tę opowiastkę? Kilka-kilkanaście egzemplarzy samochodu, który z miejsca podbił by Stany, wtoczone do magazynu zaraz po wyprodukowaniu, gdyż… - zawiesił głos, stając przed jedną z płacht – Właściwie sam nie wiem, po co. Mogę zerknąć? – zapytał, zaintrygowany wypukłym kształtem, kryjącym się pod materiałowym okryciem.
- Taa – odrzekł Haruki, nie patrząc nawet w jego stronę. Wypatrywał znajomych kształtów, które byłby w stanie rozpoznać nawet spod kurzu i płachty. Nawet pomimo tego, że szczerze tych aut nie znosił.
Usłyszał odgłos ciągniętej płachty, po czym ciche „O fuck”.
Odwrócił się w kierunku Koichiego.
Samochód, który krył się pod trzymaną przez niego w ręku płachtą, był małym, trzydrzwiowym hatchbackiem. Szerokie widebody nadawało karoserii wygląd wręcz kosmiczny, zaś obniżone praktycznie do samej ziemi zawieszenie sprawiało, że wóz wyglądał niezwykle rasowo. Zaglądając przez wloty w przednim zderzaku, widać było sporej wielkości intercooler, okryty sporą warstewką wszechobecnego kurzu.Srebrny lakier pokrywały szaro-czerwono-czarne pasy, a na samym koniuszku maski, tuż nad lewym reflektorem widniał malutki napis.  
- March – stwierdził Koichi, z niedowierzaniem w głosie – Nismo March K11. Taki samochód… taki samochód nie istnieje!
- Oficjalnie, nie. – odparł Haruki – To pewnie jedyny egzemplarz.
- Czemu… czemu nie wprowadzili tego do sprzedaży? Przecież to wygląda na kompletne! – pociągnął za klamkę Marcha, a drzwi z delikatnym kliknięciem odskoczyły. Środek auta pachniał jeszcze nowością, wszystko było w idealnym stanie. Dźwignia otwierania maski zadziałała bez zarzutu.
Koichi z najwyższym zainteresowaniem pociągnął pokrywę silnika do góry, i jego oczom ukazała się jednostka.
- O w mordę – stwierdził – O jasny gwint.
Zajmujący całą gródź silnik wyposażony był w turbosprężarkę.
I kompresor.
- Przecież… nie, to niemożliwe… turbo i sprężarka mechaniczna w jednym samochodzie… w tamtych latach? – dokończył, niedowierzając.
- Odpal i sprawdź – odrzekł Haruki. Bardziej od March’a interesował go namierzony wreszcie kształt. Szybkim krokiem ruszył w kierunku znajdującej się nieomal pośrodku magazynu płachty. W momencie, gdy do niej dotarł, w hali rozległ się ryk 1,3-litrowej jednostki.
Świst turbo.
I kompresora.
- To działaaa! – usłyszał ryk Koichiego – Słuchaj tego dźwięku!!
Mówiąc to wdusił pedał gazu do oporu.
Śpiew niewielkiego silnika był niezwykle czysty i rasowy, zwłaszcza jak na kilkanaście lat samotności.
Haruki pociągnął materiał, i mruknął niezadowolony.
Nie tego się spodziewał.
- A to co za nowe diabelstwo? – mruknął Koichi, stając obok niego, na widok czerwonej, sportowej maszyny.
- MID-4 – odparł beznamiętnie Haruki – Słyszałem o tym. Wyprodukowali najpewniej dwa egzemplarze, to ten starszy. Ale nie tego szukamy – dodał, zakrywając ponownie wóz.
- Wiem – stwierdził Koichi, ruszając w kierunku najciemniejszego kąta hali – Ale chyba domyślam się, gdzie jest nasz prawdziwy cel.
Chwilę później zatrzymali się przy rzędzie dwudziestu wyglądających praktycznie jednakowo sporej wielkości „wzgórków” przykrytych płachtami.
- To to – stwierdził Haruki, nim jeszcze dotknęli materiału okrywającego auta.
Koichi bez słowa ściągnął wprawnym ruchem płachtę.
- Nie myliliśmy się – zagwizdał z podziwu Koichi – Choć przyznaję, nie wierzyłem w ich istnienie…

W roku 1989, Nissan zaprezentował Japonii najpotężniejszy model Skyline’a w swojej dotychczasowej historii – R32 GT-R. Planowany początkowo jako krótkoseryjny model, potrzebny do uzyskania homologacji w Grupie A, praktycznie z marszu stał się przebojem, ujmując krytyków i zwykłych kierowców swoimi właściwościami trakcyjnymi, osiągami i mocą. Rewelacyjny i rewolucyjny system ATTESA-ETS łączył zalety napędów FR i 4WD, a potężny silnik RB26DETT dawał wręcz niewyobrażalne pole do popisu dla tunerów.
Wóz święcił triumfy w dziesiątkach wyścigów, ustanowił także rekord przejazdu toru Nurburgring Nordschleife, pobity zresztą później przez swego następcę, model R33 GT-R.
Produkcja została zakończona w roku 1994, po wyprodukowaniu 43 930 egzemplarzy.
Wszystkich z kierownicą po prawej stronie, na rodzimy rynek japoński.
Tak brzmiała oficjalna wersja.
Nieliczni, najwyżej postawieni pracownicy Nissana wiedzieli, że R32 GT-R powstał w liczbie 43 950 sztuk.
Dwadzieścia z nich było wersją LHD. Z kierownicą po stronie „kontynentalnej”.
Nikt nie wiedział dokładnie, dlaczego te dwadzieścia egzemplarzy, będących pierwszą, krótką serią próbną, było jednocześnie ostatnimi egzemplarzami Skyline’a LHD.
Oficjalnie wyjaśnienie, zapisane w nocie „do prywatnej wiadomości” ówczesnego szefa koncernu brzmiało:
„W związku z projektem o kryptonimie „Gorgo”: Model BNR32 GT-R był by na rynku Amerykańskim konkurencją dla naszego best-sellera, modelu 300ZX Z32. Na rynku Europejskim zaś, konkurencja modeli rodzimych jest zbyt silna. Z tego względu, a także wysokich kosztów produkcji modelu Skyline R32 GT-R, proponuję nieodwołalne zarzucenie projektu „Gorgo”, określanego także jako „GT-R LHD”
Podpis głównego księgowego firmy był dostateczną rekomendacją.
Dwadzieścia wyprodukowanych R32 GT-R, rocznik 1992, trafiło do magazynu, by zostać zapomnianymi na wieki.
Wszystkie miały tak skończyć.
Oprócz jednego…

- Ten jest biały – stwierdził Koichi, patrząc na wóz, który odsłonili – bierzemy go?
Haruki milczał chwilę. Pamiętał doskonale, w jakim kolorze Skyline pokonał go wtedy, w wakacje.
Biały R32 GT-R.
Jeżeli miał mieć jakikolwiek wpływ, to niech chociaż…
- Nie – odparł zimno, odsłaniając kolejną płachtę.
Ten Skyline był czarny.
Upiornie czarny.
- Ten? – zawahał się Koichi. Obraz zachowanego w idealnym stanie potężnego BNR32, w czarnym jak noc kolorze napawał…
… pasją. I lękiem.
Haruki bez słowa wsiadł do auta i przekręcił kluczyk.
Rozrusznik obrócił, ale silnik nie zapalił.
Powtórzył ruch.
Silnik zadławił się lekko, niczym budzący się z długiego snu potwór.
Ułamek sekundy później, głośny, czysty i potężny ryk RB26DETT strząsnął kurz, który osiadł w całym magazynie…

Nikt nigdy nie dowiedział się, że czarny BNR32 LHD opuścił swój grobowiec, a w jego miejsce postawiono innego, identycznego Skyline’a, ale RHD.
Temu jedynemu egzemplarzowi niepisana była powolna śmierć w magazynie, w zapomnieniu i ciszy.
Pisany był mu los dokładnie odwrotny.
Ale o tym nie traktuje już to opowiadanie…

- Zgodnie z życzeniem – stwierdził Haruki, wręczając jej kluczyki – Co planujesz z nim zrobić?
- To – odparła spokojnie Fumi – Co zrobiliśmy z Matem wtedy.
Wsiadła do czarnego Skyline’a, i ruszyła w kierunku Tokio.
Tylko ona w pełni poznała jego styl jazdy.
Tylko ona mogła dostroić ustawienia ATESSA’y tak, jak…
… tak, jak Mat by sobie tego życzył.
Tylko tyle mogła dla niego zrobić.

Czarny BNR32, rocznik ’92, trafił następnie do warsztatu NISMO.
Pracownicy nie zadawali pytań.
Zleceniodawcą był syn szefa ich firmy – matki.
Nierozsądnie było by zadawać pytania.
O wizycie R32 GT-R z kierownicą po tej „drugiej stronie” szybko zapomniano, i wymazano ją z rejestrów.
Gdyby zapytać któregokolwiek z pracowników, co zrobione było wtedy w tym aucie, zaprzeczyłby nawet, że takowy samochód w warsztacie się znalazł.
O tym, że auto zostało dostosowane do niesamowitego połączenia specyfikacji wersji „NISMO” i „V-Spec II”, nie powiedział by nikt.
Nie piśnięto by o wymianie hamulców na Brembo, z V-Spec II.
Ani o pakiecie aerodynamicznym z NISMO.
Ale było to faktem…

Ból nasilał się. Ból pulsował, sprawiając, że każdy kolejny krok był męką. Wyszedł właśnie z przeszło godzinnej sesji rehabilitacyjnej, i powoli zmierzał na dół.
Po raz pierwszy pozwolono mu samodzielnie chodzić po szpitalu.
Robił postępy. Czucie i kontrola w ręce wracały, rany goiły się, kości regenerowały.
Blizna na twarzy przygasła i zagoiła się nieco, przestając tak paskudnie szpecić.
Nadal jednak była widoczna.
Nadal także odczuwał ból.
Straszny ból. Ból fizyczny, a także…
Leworfanol sprawiał, że cały ból, wszelkie problemy i cierpienie odpływały.
Nie powinien go jednak nadużywać.
Z każdą kolejną dawką, każdą tabletką, wszystko stawało się jednak łatwiejsze.
Rehabilitacja. Nadrabianie zaległości szkolnych.
Zmaganie się ze świadomością, że…
… że ona nie odwiedziła go ani razu.
Miał już dziesiątki gości. Rodzina, Mistrz, kumple z klasy, koleżanki…
… wizyta Natalii.
- Mój Boże - pomyślał Mat – Gdyby ona nadal startowała w touge, kto wie, czy…
… czy nie wrócił bym do tego sportu.
Była niezwykle zatroskana. Sympatyczna. Rozmowna.
Fascynująca.
Jak wtedy, w Nurburg. Jak na Zameczku.
Jak… zawsze?
Odwiedzali go też inni. Ludzie z Serpentyn, znajomi z for, ślązacy zrzeszeni w fanklubach Sierry…
Wszyscy mu współczuli. Życzyli powrotu do zdrowia, do „niesamowitej kariery ściganta”, do driftingu…
Nie tego oczekiwał.
Oczekiwał Jej.
- Czy ja zawsze muszę tak kończyć? – zadał sobie retoryczne pytanie, wychodząc na przyszpitalny parking – Czemu wszystkie moje miłości kończą się w ten sposób?
Co ja, do wszystkich diabłów, robię nie tak?!
Myśli i świadomość stały się nie do zniesienia.
- W końcu – pomyślał, sięgając do kieszeni – To tylko środek przeciwbólowy. Uśmierza ból. Ja mam problem z bólem, i to bólem podwójnym, fizycznym i psychicznym.
Łyknął tabletkę.
Leworfanol działał szybko.
Cudowny efekt ponownie kopnął jego świadomość. Kolory stały się bardziej czyste, światło delikatniejsze. Problemy odeszły, pozostała tylko myśl, że szuka właśnie miejsca parkingowego 58.
Spodziewał się, że Mistrz sprezentuje mu Sierrę. Lub cokolwiek innego, przyziemny wóz, „drobny”, choć jakże miły gest ze strony starego, legendarnego rajdowca wobec nic nieznaczącego młodego gówniarza.
Znalazł miejsce 58.
I stanął jak wryty.
- Jestem na prochach – pomyślał – Mam narkotyczne wizje.
Subaru Impreza WRX STi była jednak całkowicie prawdziwa.
Błękitna Impreza WRX STi.
- Ta sama, którą… - pomyślał.
… pokonałem wtedy na Serpentynach.
Która doprowadziła mnie do sytuacji w której jestem.
Która chciała mnie… zabić.
Otworzył auto z kluczyka, który otrzymał, i usiadł na fotelu kierowcy.
Zapisana kartka papieru rzuciła mu się w oczy momentalnie.
„Podejrzewam, że nie zechcesz przyjąć tego auta. Wiedz jednak, że nie jest to prezent. To rekompensata. Potraktuj ją jako skromną próbę wynagrodzenia cierpienia, dar ze strony Serpentyn, Ligi i mnie samego. Tak, to ta sama Impreza, z którą pojedynkowałeś się tego tragicznego dnia. Jest twoja, dokumenty i umowa kupna są w schowku. Poprzednimi właścicielami było LBK, nie będą jednak w żaden sposób próbowali tego auta odzyskać. Zobowiązuje ich dżentelmeńska umowa. Nie musisz znać szczegółów.
Baw się dobrze. Pisząc te słowa nie wiem jeszcze, jaką decyzję podejmiesz. Mimo wszystko jednak wierzę, że będzie to decyzja właściwa.
Pozdrawiam, Rohrl”.
Złożył list i wrzucił go do schowka. Dokumenty wozu były tam, razem z umową.
Powinien cieszyć się. Stał się właśnie posiadaczem jednego z najlepszych wozów, jakie widziały Przełęcze.
Bez jakichkolwiek emocji wysiadł z samochodu, i zamknął drzwi.
To wszystko było już przecież przeszłością.
Zrobił krok w kierunku szpitala, ale nagły, charakterystyczny dźwięk powstrzymał go od dalszej wędrówki.
Na parkingu pojawił się duży, ryczący pięknym dźwiękiem V8 samochód. Wóz w ułamkach sekund znalazł się tuż obok niego, nadrzucił tyłem, i bez problemu zaparkował naprzeciw, pomiędzy dwoma SUV’ami.
Pontiac GTO 5,7.
Czarny metalik.
Z auta wysiadł chłopak jego wieku i postury, odziany podobnie jak on sam, w stylowy płaszcz i czarne spodnie. Obaj, pomimo śniegu, na nogach mieli sportowe, lecz niezwykle eleganckie skórzane buty. Na twarzy tego gościa, podobnie jak u Mata, widniała blizna.

Konrad zatrzymał się, i spojrzał na stojącego obok błękitnej Imprezy chłopaka. Podobieństwo stylu i postury było uderzające.
Po niesprawnej ręce i bliźnie szybko domyślił się, z kim ma do czynienia.
Sportowy wóz upewnił go w tym przekonaniu.
Przed nim stał ukochany Alicji.
Ukochany kobiety, którą sam…
… którą sam niedawno pokochałem – pomyślał gorzko.

Wzrok Mateusza spoczął na naklejce, widniejącej na tylnym nadkolu GTO.
„K>260”.
Znał to oznaczenie. Nawet pomimo faktu, że autostrada nigdy go nie ciągnęła.
O tym klubie, słyszał chyba każdy interesujący się wyścigami w Polsce.
Klub >260. Najszybsi ludzie na autostradach na Śląsku.
- Ścigant? – bardziej stwierdził niż zapytał Mateusz, nawiązując kontakt wzrokowy z chłopakiem.
Byli w tym samym wieku.
Gość przytaknął, by zaraz potem wykonać głową i brwiami charakterystyczny gest.
Gest – odwrócenie pytania.
- Były – odparł Mateusz…
Śnieg wciąż sypał.
Zima osiągała swoje apogeum…

- Wyjaśnij mi jedno – stwierdził Koichi, stając pośrodku pokoju – Dlaczego Fumi sama nie zawiezie Mateuszowi tej gabloty? Skoro ona rzeczywiście tak go kocha, to czemu nie chce się z nim… zobaczyć?
- Właśnie dlatego – stwierdził gorzko Haruki, zapinając podróżną torbę – Nie chce, żeby uczucia znowu odżyły. I nie wie, jak on by zareagował. Dlatego wysyła tam mnie…
- W takim razie, musisz być cholernie wkurzony. Wywaliłeś kupę hajsu na wóz dla Mata, a teraz jeszcze musisz mu go zawieźć, co jest wyprawą diabelnie długą. Biorąc pod uwagę, że robisz to dla kolesia, za którym szaleje twoja własna dziewczyna… upokarzające, muszę przyznać. – skomentował Koichi.
Haruki milczał chwilę, po czym stwierdził:
- Wolę zrobić to sam. Gdyby do Europy ruszyła Fumi, to… już by stamtąd nie wróciła.
- Została by z nim?!
- Z pewnością – przytaknął kwaśno Haruki – Wbrew rozsądkowi, wbrew… wszystkiemu… ale została by.
Koichi pokiwał głową, ze zrozumieniem.
W tym samym momencie, rozległo się pukanie do drzwi, które zaraz potem otwarły się na oścież.
- Chciałbym się przyłączyć – stwierdził stojący w nich wysoki brunet, dzierżący w dłoni podróżną torbę. – Jeśli nie masz nic przeciwko temu, Haruki...
Haruki ze zdumienia rozwarł szeroko oczy, ale odparł:
- To dla mnie zaszczyt…

Z radością w sercu pchnęła delikatnie drzwi, i raźnym krokiem przekroczyła próg…
… by stanąć jak wryta.
Mateusza nie było w sali.
Jego łóżko było zaścielone.
A karta pobytu… zabrana.
Jej myśli zawirowały, a serce załomotało.
On nie mógł przecież…
… dzisiaj dopiero dowiedziała się, że odzyskał przytomność, a on miałby…
… umrzeć?!
- Spokojnie panienko – odezwał się jeden ze starszych panów, znad „Dziennika Zachodniego” – Jeżeli szukasz tego młodego chłopca, to wczoraj przenieśli go do innej sali.
- Do… gdzie? – zapytała, odzyskując nadzieję.
Emeryt rozłożył bezradnie ręce.
- Nie wiem – odparł – Ponoć przeniesiono go do prywatnej sali jakiegoś bogatego młodzieńca, na wyraźne życzenie tegoż… ale lepiej niech pani zapyta lekarza…
Nie musiała.
Wyleciała z sali, kierując swe kroki prosto pod numer 34...

Podniósł oczy znad książki, słysząc charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi.
Liczył, że w drzwiach zobaczy Tą osobę.
Wierzył w to.
Nie zawiódł się
„Okruch lodu” z tomu opowiadań „Miecz Przeznaczenia” Andrzeja Sapkowskiego musiał poczekać.
Uśmiechnął się promiennie, i skłonił lekko. Była piękna.
Najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widział.
- Przepraszam… czy to tutaj przeniesiono niejakiego… - zawahała się, rozglądając po obszernej sali.
- Mateusz jest na zabiegu. – odparł z uśmiechem Konrad – Powinien wrócić w ciągu kilkunastu minut…
Na krótką chwilę, ich spojrzenia spotkały się.
- Co ja robię – pomyślał Konrad – Przecież ona jest dziewczyną Mateusza… nie mogę przecież zalecać się do ukochanej gościa, którego osobiście zaprosiłem do sali, i z którym przegadałem już kilka nocy…
… a może właśnie z powodu niej sprowadziłem go tutaj?
Z każdą kolejną sekundą spędzoną na wpatrywaniu się w jego oczy, jej serce przepełniało coraz większe przerażenie.
I coraz trudniej było jej oderwać wzrok.
- Co się ze mną dzieje?! – zapytała się w duchu Alicja – Dlaczego nie czuję żadnego, najmniejszego nawet rozczarowania, że Mata nie ma, dlaczego nie ciągnie mnie do wyjścia… dla kogo ja tutaj przyszłam?
Czy ja… czy ja w ogóle chciałam się zobaczyć z nim, czy z…
… Konradem?
- Nie powinnam się obwiniać – stwierdziła nagle – Przecież on… zanim nastał ten pamiętny dzień, nim runął w przepaść… ignorował mnie. Unikał, przestał się mną interesować, zabiegać o względy, zapraszać…
… i zaczął pokazywać się z tą lasencją z humana – zauważyła gorzko.
Skoro on nic do mnie nie czuje…
Skoro los po raz kolejny nie pozwala mi się z nim zobaczyć…
To musi być znak.
- Muszę o nim zapomnieć – postanowiła – Tak jak on pewnie zapomniał o mnie…
Dlaczego więc nie odwracam się, i nie wychodzę z tej sali?
Świadomość tego, co się z nią dzieje, dotarła do niej niespodziewanie.
Nie chcę zostać w tej sali dla Mateusza.
Osobą, dla której przybyłam do tego szpitala jest tak naprawdę… Konrad.
Konrad, z którym widzę się już chyba po raz dwudziesty w ciągu tych kilku tygodni.
Konrad, z którym tak dobrze mi się rozmawia.
Konrad, którego…
… co ja do niego czuję?!
- Może zechcesz poświęcić te kilkanaście minut mnie – stwierdził Konrad z uśmiechem – Zanim on wróci, będę… najszczęśliwszym człowiekiem w tym szpitalu. A także na świecie.
Nie spodziewał się takiej jej reakcji. Liczył się z tym, że dostanie po pysku. Że odpowie coś obojętnie, że zignoruje go.
Nie spodziewał się w jej oczach takiego przestrachu.
Nie spodziewał się, że ucieknie z sali, bez słowa pożegnania.
Nie mógł wiedzieć, że w jej sercu powstało nieopisane wręcz cierpienie.
Gwałtowne poczucie winy, świadomość, że kogoś kiedyś bardzo mocno skrzywdziła, nie będąc w stanie odwzajemnić jego miłości.
Ból, pochodzący prosto z myśli, że tym razem to jej miłość została odrzucona, przez tego samego człowieka, którego zraniła.
I katharsis, nakazujące jej zapomnieć.
Było to zbyt wiele, jak na tak krótki czasokres.
Niezrozumiałe uczucie, jeden jego uśmiech, jedno zdanie… to przepełniło miarę.
Drzwi zamknęły się. Pozostał po niej delikatny zapach perfum.
I dziwna świadomość, że oto całkowicie stracił kontrolę nad swoimi uczuciami.
- Całe swoje dotychczasowe życie poświęciłem szkole i autostradzie – pomyślał Konrad, wzdychając ciężko – Oprócz przelotnych związków, bez cienia uczucia, dla samych fizycznych doznań, nigdy nie… nigdy nie kochałem.
Aż do teraz…

Wyciągnął lewą rękę, i nacisnął klamkę. Drzwi prowadzące do jego nowej sali otwarły się, choć musiał w to włożyć ogrom wysiłku.
Odzyskiwał powoli czucie i swobodę ruchów w tej ręce.
Nadal jednak nie było to to, czego oczekiwał.
Wyciągnął z kieszeni fiolkę, i łyknął kolejną tabletkę.
- Należy mi się – usprawiedliwił się przed samym sobą – Jestem po kilkugodzinnej rehabilitacji. Bolesnej rehabilitacji.
Wszedł do sali, i rzucił się na swoje łóżko.
- I jak? – zapytał Konrad – Są postępy?
- Są – odparł Mateusz, z błogim uśmiechem. Kochał to uczucie… odpływania. Ubarwienia rzeczywistości – Nie takie, jak bym chciał, ale są.
- Yhm – odchrząknął jego towarzysz z sali – To fajnie.
- Coś się stało? – zapytał Mateusz, czując niepewność w jego głosie.
- W sumie… nie. – zełgał Konrad.
- Nie mogę mu tego powiedzieć – pomyślał – Zresztą, chyba zabił by mnie, gdyby dowiedział się, że…
… że jestem kawałem sku***syna, który zaprosił go do prywatnej sali nie z powodu altruizmu, samotności czy wspólnych zainteresowań. A przynajmniej nie były to główne powody.
Zaprosiłem go, bo…
… bo naiwnie liczyłem, że gdy on tu będzie, to Ją będę mógł widywać jeszcze częściej.
Zadziałałem wbrew rozsądkowi, wbrew realiom. Widywanie ich razem sprawiało by mi…
… ból. Czułbym zazdrość. Gniew do człowieka, który w niczym mi nie zawinił.
Jednakże… mam obowiązek poinformować go… nawet jeśli go tym zranię.
- Przyszła do ciebie w odwiedziny dziewczyna, Alicja – stwierdził.
Twarz Mateusza, do tego momentu dość wesoła, momentalnie została rozpromieniona nieopisaną wręcz radością i nadzieją.
Tego właśnie Konrad najbardziej się bał.
- Gdzie ona jest? – zapytał Mat, zrywając się z łóżka – Gdzie na mnie czeka?!
- Ona… uciekła – odparł smutno Konrad.
Tego smutku nawet nie musiał udawać.
Mateusz przysiadł ciężko na łóżku, a jego wyraz twarzy momentalnie wyzbył się goszczącej na nim ledwie chwilę wcześniej radości, stężał i stał się ponownie ponurą maską.
Ekstatyczny wręcz entuzjazm, podsycany przez leworfanol, zniknął.
Powróciło załamanie.
Poczucie beznadziei. I samotności.
- Czy to twoja… dziewczyna? – zapytał po chwili milczenia Konrad.
Nie liczył nawet na odpowiedź. Zdawał sobie sprawę, że pytanie było nietaktem.
- Ukochana – odparł zgodnie z prawdą Mateusz, wpatrując się w sufit – To długa historia.
- Mamy mnóstwo czasu – zauważył Konrad.
- Skoro tak stawiasz sprawę… - Mateusz wziął głęboki wdech. W końcu, zwierzanie się z problemów ponoć przynosiło ulgę - … kilka lat temu, jeszcze w gimnazjum, w trzeciej klasie, zabiegałem o względy pewnej dziewczyny. Musisz wiedzieć, że nigdy nie byłem dobry w sprawach uczuciowych, tak więc skończyło się to dość… marnie. Ta dziewczyna to była…
- Alicja? – zapytał Konrad.
- Nie – odparł Mat. Wspomnienie nadal było dość silne, choć czasy Gimnazjum były już obecnie dość odległe, i z perspektywy czasu… dziecinne.
Julia.
To za nią szalałem już w Gimnazjum. To przez nią wybrałem Osuchowskiego. To dla niej…
Nie powiedział tego jednak. Konrad nie musiał wiedzieć.
– Ktoś… inny. Tak czy inaczej, głupie, porzucone serce chciało sobie znaleźć nowy obiekt westchnień. I znalazło. Alicję poznałem pewnego słonecznego dnia, na szkolnym korytarzu, gdy przedstawił mi ją kolega… na tamten moment jej największy adorator. Nie lubię tego infantylnego określenia „miłość od pierwszego wejrzenia”, i skłamałbym, gdybym powiedział, że to właśnie taka miłość była. Jednakże… wspólne zainteresowania, teatr, muzyka, czas, który spędzaliśmy razem nad pewnym projektem – Mateusz zamyślił się chwilę – Dość powiedzieć, że zakochałem się w niej. I o ile moja pierwsza miłość była gwałtowna i burzliwa, to ta… gdy już zdałem sobie sprawę, że nie potrafię przeżyć chwili bez myślenia o niej, bez rozmowy, choćby przez Internet… gdy zdałem sobie sprawę, że uzależniłem się od niej… wyznałem jej to. Jak zapewne wiesz, człowiek zakochany zawsze działa nieracjonalnie i bezsensownie. Człowiek zakochany, i na dodatek bez doświadczenia w sprawach uczuciowych, działa podwójnie nieracjonalnie i bezsensownie. I ja, wielki mówca i aktor, nie potrafiłem w piękny sposób wyznać swoich uczuć. Zrobiłem to w najgorszy sposób, przez Internet. Domyślasz się pewnie, że nie było happy endu… odrzuciła wyznanie. Zraniła mnie, ale poniekąd… nie dziwię się jej.
Konrad milczał. „Człowiek zakochany działa nieracjonalnie i bezsensownie”.
Boże, czy to oznacza, że ja… ja rzeczywiście zakochałem się… w Alicji?! Moje zaproszenie Mata, by częściej ją widywać, nawet z nim… pasuje do jego własnej definicji tego uczucia.
- Życie toczyło się dalej – kontynuował beznamiętnie Mateusz – W pierwszej liceum myślałem, że potrafię już panować nad swoimi uczuciami, że takie zawirowania sercowe już mi nie grożą. W drugiej, zdałem prawo jazdy i kupiłem pierwszy wóz, starą Sierrę. Musisz wiedzieć, że samochody zawsze były moją wielką miłością. Zająłem się wyścigami touge, a raczej uczęszczaniem każdej nocy na Serpentyny, by je obserwować, sam nawet nie myślałem o startowaniu. O następnym… - zawahał się – nieszczęściu zadecydował przypadek. Zakład z kumplem o to, kto jest lepszy za kółkiem, jego durny warunek wyścigu z pasażerką… los chciał, że odnowiłem w ten sposób kontakt ze swoją pierwszą – odchrząknął – miłością. Tą z początku trzeciej gimnazjum. Jak wiadomo, stara miłość nie rdzewieje… kolejny raz serce znalazło sobie obiekt westchnień. Zapisałem się z nią na kurs tańca, robiłem sobie nadzieje… to właśnie dla niej zacząłem się ścigać. By udowodnić, ile jestem wart, ja, ostrożny, wychuchany inteligencki elegancik. Rzuciła mnie dla mojego najlepszego przyjaciela. Co ja mówię… nawet nie „rzuciła”. Jak sama stwierdziła, byłem dla niej tylko sposobem, aby się do niego dostać. Gość był jednym z najlepszych młodych talentów na Serpentynach. Rzuciłem mu wyzwanie… nie wytrzymał silnik. Ale nie o tym jest ta żałosna opowieść. Znudziłem cię już?
- Nie – odparł zgodnie z prawdą Konrad.
- Ech… - Mateusz westchnął po raz kolejny. Wspomnienia sprawiły, że fantastyczny efekt Leworfanolu odszedł w niepamięć – Tak czy inaczej, kolejny już raz byłem zranionym, porzuconym, przegranym i żałosnym facetem. Wyjechałem na wakacje, gdy wróciłem okazało się, że ojciec przygotował dla mnie nową wersję mojej Sierry. W drugiej liceum powróciłem do wyścigów, pałając żądzą zemsty. Mój przegrany wyścig, gdy rozwaliłem silnik uświadomił mi, że odrzucając ostrożność i lęk, jestem w stanie jeździć… naprawdę szybko. Sam nawet nie wiem jak to się stało, że zacząłem spotykać się  ponownie z Alicją. Może fakt, że poszła do tej samej szkoły co ja, jako pierwszoklasistka… może zadecydował przypadek, a może… sam nie wiem. Durne serce znowu zaczęło mocniej bić. Sam nie wiem, czemu, sam nie wiem, jak… stara miłość odżyła… po raz drugi w moim życiu. Przykład sprzed ledwie roku niczego mnie nie nauczył. Spotkania, rozmowy, wspólne powroty ze szkoły moim autem, kino… było inaczej, niż za pierwszym razem. W tym przypadku rzeczywiście czułem, że jest mną zainteresowana. A przynajmniej tak mi się wydawało. Może to moja wątpliwa sława na trasach, może odrobina pewności siebie i dystansu, jakiego nabrałem po pierwszym wypadku… tak czy inaczej, wszystko toczyło się ku kolejnemu wyznaniu. Aż pewnego dnia rąbnęło i zawaliło się. Pojedynkowałem się z pewnym czerwonym Stratusem, ukończyłem wyścig jako zwycięzca, a wracając zobaczyłem ją… z innym kolesiem, z Volkswagena Corrado. To oznaczało dla mnie… koniec.
- Pojedynek z czerwonym Stratusem! – pomyślał Konrad – Czy to może być ten kierowca… właściciel Sierry Cosworth z Serpentyn?!
- Mniej więcej od tego momentu, ona również zmieniła swój stosunek wobec mnie – ciągnął opowieść Mat – Nie widywaliśmy się, zaczęła mnie unikać, nie pisaliśmy… nadal czułem jednak, że… kocham ją. Wzbierało się to we mnie, aż w końcu kilka tygodni temu, podczas podwójnego pojedynku na Serpentynach, z Ligą Białego Krzyża, po pierwszym wyścigu, wygranym przeze mnie…
- To on! – dotarło do Konrada – Jeden z najsłynniejszych kierowców touge w województwie… gość z błękitnej Sierry Cosworth!
- … postanowiłem, że muszę jej wyznać swoje uczucia. Nawet jeśli miała ponownie je odrzucić, nawet pomimo tego, że widziałem ją z tym frajerem z Corrado. Ale… po pierwszym wyścigu uniemożliwił mi to tłum fanów. A w drugim…
- Wypadek. – dokończył za niego Konrad.
Mat przytaknął.
- Gdy traciłem przytomność, przyrzekłem sobie… że jeśli to przeżyję, to wyznam jej swoje uczucia, i rzucę wyścigi w diabły…
Westchnął ciężko. Postanowił.
Zmienił zdanie.
- Ale skoro ona nawet nie zechciała mnie odwiedzić… uciekła stąd, nie widząc się ze mną… to muszę wrócić na przełęcze. Nic innego mi nie pozostało. – zakończył swoją opowieść.
Konrad zwiesił głowę, a w jego myślach rozpoczęła się gwałtowna batalia.
Zdawał sobie sprawę, ile razy Alicja była w szpitalu, gdy Mateusz był nieprzytomny. Ile godzin spędziła przy jego łóżku. Ile razy płakała.
Powinien mu to powiedzieć. To z pewnością sprawiło by, że zmieniłby decyzję.
Zadzwonił by do niej. Napisał. Dał znać, że również ją kocha.
Ale nie powiedział mu tego.
- Sam ją kocham – pomyślał Konrad – Działałbym wbrew…
… własnemu szczęściu.
- Po co tak właściwie się ścigasz? – zapytał więc Mateusza.
Ten milczał chwilę, myśląc nad odpowiedzią.
- Z początku był to sposób na oderwanie od problemów, hobby, pasja – zaczął -  Potem sposób na zdobycie uznania i serca tej dziewczyny… Julii – zdradził wreszcie jej imię – Ale po rozwaleniu silnika i wypadku… gdy na wakacjach w Japonii udowodniono mi, że mogę być naprawdę dobrym kierowcą, gdy odrzucę strach i znajdę sobie cel… gdy oddano do mojej dyspozycji Coswortha… moim jedynym celem stała się zemsta na Robercie, moim byłym przyjacielu, i Julii, jego nowej dziewczynie, a mojej starej ukochanej. Zdałem sobie sprawę, że tylko to zapewni mi satysfakcję, od tej zemsty uzależniłem wszystko, co robię. Myślałem, że moje zdolności za kierownicą stały się znakomite, że prowadzę najlepiej, jak potrafię, że pokonałem granicę własnych możliwości. Ale teraz zdaje sobie sprawę, jak bardzo się myliłem. Wciąż rządzi mną strach, opory psychiczne, czego dowodem mój lęk i przestrach w momencie, gdy traciłem przytomność, wbity w drzewo na Patelni… - przerwał, i spojrzał na Konrada – A po co ścigałeś się ty… i czy zamierzasz to nadal robić?
- Dla mnie od początku była to pasja – zaczął Konrad - Sposób na oderwanie od rzeczywistości. Od bycia synem własnego ojca – bogacza, grzecznym i ulizanym kujonem z V LO w Bielsku – Białej. Nigdy nie miałem innego nałogu, niż wyścigi, nigdy też nie kochałem żadnej dziewczyny. Autostrada była dla mnie wszystkim. Chciałem zdobyć najwyższe zaszczyty, zostać najlepszym w „K>260”… i byłem bliski osiągnięcia tego celu… ale wystarczyła jedna noc, jeden wyścig, ze słynnym Audi S6…
- O kurna – pomyślał Mat – A więc… t o jest jeden z najlepszych na autostradzie C-BB… gość, który ponoć zginał w wyścigu z S6 Andrzeja!
- … jeden TIR, jeden błąd… przekreśliło to moje szanse na osiągnięcie tego celu, odesłało tutaj, do szpitala, na wielomiesięczną rehabilitację.
- Czy ten wypadek czegoś cię nauczył… coś zmienił? – zapytał Mat.
-  Nauczył, że życie jest kruche – odparł Konrad – I że skończyć się może w każdej chwili. Ale nie zmienił… nic. Wracam na autostradę spełnić swe marzenie o zostaniu najlepszym, właśnie za kierownicą tego Pontiaca GTO.
- A więc na niczym ci w życiu tak nie zależy, jak na wyścigach… i jesteś im w stanie poświecić… wszystko? – zapytał bez emocji Mat.
Konrad milczał.
Myślał o Alicji.
O uczuciu, jakie się w nim zrodziło, odkąd ujrzał ją po raz pierwszy.
- Chyba jednak nie wszystko – westchnął.
Mateusz pokiwał głowa, ze zrozumieniem, gotów zadać następne pytanie.
Na to Konrad nie mógł pozwolić. Wiedział, o co zapyta. „Co nie jest tym wszystkim”. Musiałby odpowiedzieć.
A nie mógł.
- A ty – zapytał Konrad, uprzedzając Mata – Co w tobie zmienił wypadek… co teraz planujesz?
- Uświadomił tylko i wyłącznie to, że nadal nie jestem tak dobry, jak być powinienem – odparł Mateusz – I że nadal gra we mnie strach. A co planuję? Wracam do wyścigów górskich. Chciałem rzucić to, dla miłości, dla Alicji… ale skoro tak się to skończyło, to… dokończę moją vendettę. Muszę dokończyć.
- Czy nie obawiasz się, że… zginiesz? – zapytał Konrad.
Mateusz milczał.
W myślach wciąż miał sen, który śnił mu się tej nocy.
Sen, który śnił mu się już od wielu miesięcy.
Sen, który stał się ostatnimi czasy jeszcze częstszy. I jeszcze… intensywniejszy.
Sen kontrolowany, który jednak zawsze kończył się tragicznie.
Sen o Skylinie i Suprze.
- Śmierć – odparł Mateusz – Jest zawsze o krok za mną…
Śnieg sypał bez przerwy.
Wiatr zrzucał śnieg z parapetu.
Zima rządziła tą częścią świata.
Dla dwóch młodych mężczyzn w pokoju 34 nie miało to jednak żadnego znaczenia.
Obaj cierpieli. Dla obu powodem nie były rozliczne obrażenia, których doznali w wypadkach samochodowych, z których cudem ocaleli. Powodem była miłość.
Miłość do jednej kobiety.
Nie mogli wiedzieć, co przygotował dla nich los. Jak zamierzał zakpić z ich planów, ich marzeń.
Tego dnia nie liczyło się to dla nich.
Tylko tego jednego dnia.
W tym jednym pokoju…

 

Po tym Odcinku Specjalnym przeczytaj:
Odcinek Pierwszy Sezonu Trzeciego "Wyścig zbrojeń"