11. „Promised”

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Teatr im. Adama Mickiewicza w Cieszynie był pełen po brzegi. Koncert Jesienny, przygotowane z olbrzymim rozmachem widowisko, jednoczące we wspólnym, charytatywnym celu wszystkie cieszyńskie szkoły, zgromadził na widowni nieprzebrane tłumy. Pomysł, który wyszedł ze strony Osucha, w realizacji przeszedł najśmielsze oczekiwania.
Na scenie, rozświetlonej reflektorami, wśród grobów, pod wielką, kamienną kryptą, kończyło się właśnie przedstawienie, które miało przejść do historii cieszyńskich spektakli.

Błyskawiczną blokadą zatrzymał cięcie przeciwnika tuż przed tchawicą, by następnie wejść w piruet i uderzyć prosto w kierunku jego serca.
Przeciwnik był jednak szybki. Bardzo szybki.
Wprawnym, ćwiczonym ruchem sparował jego cios. Ich miecze zwarły się, rzucając snop iskier, przez krótką chwilę mógł wpatrywać się w jego pełne szaleństwa i nienawiści oczy.
Ten drań doprowadził do śmierci Julii. Nie mógł mu tego wybaczyć.
Odepchnął go mieczem, i wykorzystał ten impet, żeby półobrotem, z płaskiego cięcia, rozpłatać tętnicę szyjną,
Trenował ten sztych wielokrotnie.
Przypominał mu nieco przejście w czterokołowym drifcie. To samo wykorzystanie działających sił… do własnych celów.
W tym pojedynku jednak, wygrana nie była mu pisana.
Poczuł, że miecz wroga wbija mu się między żebra, rozrywając narządy wewnętrzne. Szybkie pchnięcie z wykroku, prosto w serce.
To koniec, pomyślał. Przegrałem.
Posoka zaczęła bić prosto z miejsca, w którym utknęło ostrze. Wróg wyrwał je, a Mateusz cicho jęknął.
Tak naprawdę, tępione miecze nie miały żadnej zdolności mordowania. Pchnięcie, które powinno przebić serce, przeszło pod zgięciem ramienia. Dla widowni jednak, rażony przez Romea Parys padł na ziemię, przebity na wylot.
- Zabity jestem. O, jeśli masz litość – wyszeptał, charcząc lekko - Otwórz grobowiec i złóż mię przy Julii.
Zaiste, pomyślał Mateusz, brzmi to tragicznie. W rzeczywistości nigdy nie zdobył by się na…
… w rzeczywistości, nie był Parysem. Robert nie był Romeo. Julia…
… Julia nie była Julią.
Przymknął oczy, zakrztusił się z lekka… i umarł.

- Cholera, dobry jest – stwierdził cicho siedzący na widowni Błażej – W sumie nawet za dobry, chwilami przyćmiewał samego Romea.
- On zawsze był dobry, jeśli chodzi o teatr – odparła siedząca po jego lewej Joasia – Nawet w drugiej klasie, gdy zaczęliście codzienne wypady na wyścigi, dalej udzielał się we wszelkich przedstawieniach. Ale w tej roli przeszedł samego siebie.
- Był znakomity – przyznała Natalia z błogim uśmiechem, siedząca po jego prawej – Niesamowicie autentyczny.
- W sumie, to był w podobnej sytuacji. Zakochany, i bezlitośnie odrzucony przez swoją Julię na rzecz innego faceta. – zauważyła Joasia.
Błażej chciał coś odpowiedzieć, skomentować… ale zamarł. Zamilknął.
Po raz kolejny tego dnia. I z pewnością nie ostatni.
Może i Mat był dobrym aktorem. Ale przy Niej, przynajmniej dla Błażeja, bledło wszystko.

Po płomiennym monologu Romea, gdy tragiczny kochanek, wypiwszy truciznę, ucałował swą wybrankę i padł martwy na ziemię, oczy wszystkich utkwione były w grobowcu, i leżącej na nim istocie. Nie inaczej było w przypadku Błażeja.
- Gdzie mój kochanek? Wiem, gdzie być powinnam – zaczęła smutno Julia, budząc się - I tam też jestem. Lecz gdzie mój Romeo!?
Co się ze mną dzieje, pomyślał Błażej. Przecież nie powinienem… przecież sam wtedy powiedziałem jej…
- Cóż to jest? Czara w zaciśniętej dłoni mego kochanka? – głos grającej Julię Karoliny stopniowo narastał, pełen bólu, miłości i szaleństwa - Truciznę więc zażył! O skąpiec! Wypił wszystko, ani kropli nie pozostawił dla mnie…
Wpatrywał się w nią, zafascynowany. Była genialna, tak przerażająco autentyczna, że…
… że zazdrościł draniowi z Kopera, grającemu Romea.
- Przytknę usta do twych kochanych ust, może tam jeszcze… znajdzie się jaka odrobina jadu… - zawiesiła głos - Co mię zabije w upojeniu błogim…
Złożyła na ustach Romea pocałunek tak autentyczny, tak pełen miłości i uczucia, że…
Błażej drgnął. Zabiłbym go, pomyślał. Bo to ja powinienem…
Co się ze mną dzieje?!
Dlaczego nie panuję nad swoimi emocjami?! Przecież to tylko sztuka teatralna! To przecież nic nie znaczy, zresztą sam ją odrzuciłem…
To nic nie zmieniało. Nadal morderczo zazdrościł martwemu Romeo. Nienawidził tego człowieka, nienawidził go za…
… sam nie wiedział, za co.
- Twe usta ciepłe. – wyszeptała Julia, gładząc Romea po policzku.
Szmer, zbliżające się kroki zza sceny.
- Gdzie to? Pokaż, chłopcze! – twardy, męski głos dowódcy straży.
- Idą… czas kończyć. – wyszeptała Julia ustami Karoliny. Głos jej był tak pełen bezdennego smutku, że…
Nie. Był facetem. To po prostu jeszcze jedno „lawstory”. To tylko gra!
- Zbawczy puginale! Tu twoja pochwa!
Drgnął, patrząc jak ostrze przebija Karolinę na wylot, a szkarłatna posoka plami jej jedwabną suknię.
Coś w jego sercu chciało zacząć wrzeszczeć.
Co ja do cholery robię?!
- Tkwij w tym… futerale. – dokończyła szeptem Julia, osuwając się na ciało Romea.
Zapadła głęboka cisza.
- Ona też była niesamowita. – cichutko stwierdziła Natalia.
Błażej milczał. Jego oczy wyrażały wszystko.
- Nędzna, zbyt emocjonalna i przesadzająca z gestami aktoreczka. – stwierdziła zimno, głośno jak na warunki teatralne Joasia – Nie pokazała nic oprócz wątpliwej urody. I ten dekolt…
Błażej spojrzał na nią tak, że zamilkła.
Baran, pomyślała. Siedzi obok Natalii, dziewczyny po stokroć wartościowszej, a zachwyca… Karoliną.
Zerknęła na niego ukradkiem. Wpatrywał się w scenę, ale była pewna, że nie interesowały go ostatnie momenty widowiska. Oczy mu błyszczały, znała to spojrzenie.
Karolina miała go w kieszeni. Nadal ją kochał, bezdennie i nierozsądnie.
Zmieniła się, to fakt. Ale Joasia nadal uważała, że Błażej zasługuje na kogoś znacznie lepszego.
Na… Natalię.
Postanowiła.
Musi wziąć sprawy we własne ręce.

 

- Byłaś niesamowita – stwierdził Mateusz, gdy znaleźli się już za kulisami, w pomieszczeniach dla aktorów – Tak brawurowej i autentycznej gry nie widziałem od bardzo dawna. A tak pięknej i emocjonującej szekspirowskiej Julii nie widziałem nigdy.
- Dziękuję, Mat – Karolina obdarzyła go bladym uśmiechem. Ciągle była jeszcze pod wpływem emocji, wywołanych przez ostatnie kilkadziesiąt minut na scenie – Ale przesadzasz. To nic specjalnego… i z tym pięknem to też…
- Dobra dobra. Skromność zostaw dla innych, wszyscy wiemy, jak jest. – uśmiechnął się – Fakty są takie, że publika oszalała na twoim punkcie, już wiem, że to przedstawienie zapisze się w historii… i to głównie twoja zasługa.
Zarumieniła się. Autentycznie, pierwszy raz widział, by pewna siebie Karolina straciła rezon.
- Może i tak, to przedstawienie było znakomite… ale to wasza zasługa… wszystkich aktorów… ty sam zawsze byłeś niepokonany na scenie, ale dzisiaj przeszedłeś samego siebie… miło mi, że tak twierdzisz, ale ja naprawdę nie sądzę, żebym…
- Zmieniłaś się – zauważył nagle Mat – Bardzo się zmieniłaś, Karolino. W ciągu niespełna miesiąca diametralnie zmieniłaś towarzystwo, poprawiłaś oceny z chyba wszystkich przedmiotów, i wróciłaś do aktorstwa. Co więcej… wybacz śmiałość, ale stałaś się znacznie mniej wyzywająca. Spokojniejsza. Bardziej… dystyngowana. I skromniejsza, chociaż akurat to ostatnie nie jest w moim odczuciu niezbędne czy konieczne. – uśmiechnął się nieco ironicznie – Nie ukrywam, zmieniłaś się… na lepsze.
Nie oczekiwał odpowiedzi. Stwierdził to szczerze, bezinteresownie.
Tym bardziej zaskoczyła go jej odpowiedź:
- Czy Błażej… – zawahała się, spojrzała mu w oczy. Znał to spojrzenie. W tym momencie, zaufała mu – Czy Błażej… znalazł sobie kogoś… już?
Mat zastanawiał się tylko krótką chwilę.
- Nie – odparł – Nie znalazł.
Ulga, która pojawiła się na jej twarzy, wyjaśniła mu wszystko.
Oni rzeczywiście się kochają.
To dla niego ona się zmienia.
To… dobre.
- Dziękuję – stwierdziła cicho – Dziękuję, Mateuszu… nawet nie wiesz, jak to dla mnie ważne…
Wiedział. Domyślał się. Ale nie powiedział jej tego.
- Aktorzy na scenę! Publika prosi! – zawołał ktoś w ich kierunku.
Mat podniósł się z krzesła, i ruszył w kierunku wejścia na scenę.
- Mat – zatrzymał go jej głos. – Czy ty… wybacz pytanie… czy ty jedziesz dzisiaj na Przełęcz Salmopolską?
Wie o wyścigu Błażeja z Benedyktem, pomyślał Mateusz.
- Tak – odparł.
- Czy ja mogłabym… o ile nie sprawi ci to problemu…
- Będę po ciebie o siódmej. – stwierdził.
Obdarzyła go uśmiechem tak ślicznym, że mógłby ją wozić wszędzie do końca świata.
- Dziękuję. – powiedziała. – Ale czy ty… nie masz własnych planów? Nie chciałeś tam jechać… z kimś innym?
Z kimś innym, pomyślał, i zachmurzył się.
Alicja.
Obraz Alicji, wsiadającej do Corrado jakiegoś synka, synka, z którym była oglądać jego wyścig na Zameczku…
Nie wiedział, co czuje do Alicji. Ale to…
… to go zabolało. Pozbawiło…
… nadziei? Uczuć?
W co ja wierzyłem? stwierdził nagle. Że ona mnie pokocha?
W imię czego? Ona nic do mnie nie czuje! Powiedziała mi to już raz, kilka lat temu…
To nigdy nie miało szans. Muszę… zapomnieć.
Poza tym, kocham Julię!
… czy aby na pewno…?
A może… czy to, że tak zazdroszczę gościowi z Corrado, że tak reaguję…
… czy ja… kocham Alę?
Nie wiedział. Nie chciał wiedzieć.
Nie okazał po sobie rozterki sercowej. Odparł:
- Gdybym chciał tam jechać z kim innym, powiedział bym ci to. Twoje towarzystwo będzie dla mnie przyjemnością…
Kolejny raz obdarzyła go pięknym uśmiechem.
Podał jej dłoń i pomógł wstać, po czym ruszyli w kierunku sceny.
Publika wyła z zachwytu…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Silnik Coswortha mruczał równo, podczas gdy auto sunęło w dół drogi przez Zameczek.
Jeszcze dwa dni temu pojedynkował się na tej przełęczy z Natalią, prowadzili na poziomie, o którym wcześniej nawet nie myślał.
Gdyby nie odpuściła w czasie mojego nieprzemyślanego ataku…
… nie było by mnie tutaj.
Ale jednocześnie nie zobaczyłbym Alicji z tym… facetem.
Westchnął głośno. Teoretycznie nic do niej nie czuł.
Dlaczego więc tak go to bolało?
Nienawidził sytuacji, gdy tracił kontrolę nad własnymi uczuciami.
- Coś się stało? – zapytała siedząca na fotelu pasażera Karolina.
- Nie nie… tak sobie błądzę myślami. – odparł.
Jej uśmiech skierował jednak myśli Mateusza ku konkretnej kwestii.
W Nurburg ochrzanił Joasię, że próbuje majstrować przy uczuciach Błażeja, łącząc go z Natalią. Owszem, było też w jego reakcji sporo emocji, od pojedynku z Natalią na Nordschlefie wielbił ją i podziwiał, i nie uważał, żeby to właśnie Błażej miał być dobrym kandydatem na chłopaka dla niej, ale…
… lubił Karolinę. Miał wrodzony sentyment do humanistów (a raczej humanistek), była ona typem kobiety, które podziwiał – z własnym zdaniem, inteligentną, oczytaną i utalentowaną, choć zdecydowanie nie bez wad. Do tego niesamowicie wręcz piękną, czuł to jako esteta.
Pasowała do Błażeja, równie inteligentnego i utalentowanego sportowca, pożądanego przez pół żeńskiej części Osucha. Wiedział, że spotykają się, chodzą razem na imprezy…
Od czasu wyścigu 200SX z Justy nie widział ich jednak razem.
Błażej przycichł nieco, choć jednocześnie stał się nawet jeszcze bardziej cięty, niż zwykle.
Karolina natomiast… zmieniła się nie do uwierzenia. W tym, co powiedział jej po występie, nie było ani słowa przesady. I pytała o Błażeja…
Coś było na rzeczy.
Nie powiedział tego głośno, ale kibicował temu związkowi.
Jakiekolwiek mieli problemy, warto było, aby je przezwyciężyli…
Jego przemyślenia przerwał nagły rozbłysk w środkowym lusterku.
Co u diabła?
Mimowolnie zerknął na prędkościomierz. Jechał szybko, zwłaszcza jak na trasę tak ciasną, jak Zameczek.
Światła zbliżały się w zastraszającym tempie
Dogania mnie na Zameczku? Przy tej prędkości?
- Trzymaj się. – stwierdził krótko, i dodał gazu. Silnik ryknął przeciągle, a Sierra wystrzeliła do przodu, wgniatając ich w fotele.
Nie zmieniło to zupełnie nic.
Mat oniemiały patrzył, jak światła przesuwają się w prawo.
Do tej pory myślał, że auto za nim jedzie szybko.
Usłyszał… diabelski śpiew.
Potężny, nieopisany ryk, przeplatany tylko sykiem turbodoładowania.
Po jego prawej przemknął biały kształt, i momentalnie znalazł się przed jego maską. Nim Mat zdążył zareagować, wóz był już kilkanaście metrów z przodu.
Sekundę później, zniknął w zakręcie, idąc pięknym, niesamowitym driftem.
Mat zdjął nogę z gazu, i zatrzymał się.
Musiał ochłonąć.
Został dogoniony, wyprzedzony i zostawiony w tyle w niecałe pięć sekund.
Niesamowity wóz wyprzedził go po najkrótszej „mijance” dla autobusów, jaka była na tej trasie, kierowca miał do dyspozycji niecałe 15 metrów na cały manewr.
Następnie pomknął w dół niewyobrażalnie wręcz szybko, wóz przyśpieszał w niepojętym tempie.
Drift, jaki wykonał na końcu tej długiej prostej, w miejscu, gdzie on z Natalią ledwie się mieścili, na ostatnim zakręcie przed prostą do bramy, był idealny. Bezbłędny.
Moc tego potwora z pewnością przekraczała 400 koni mechanicznych. Opanować go na trasie tak trudnej, jak Zameczek…
Znał ten samochód. Nie do uwierzenia, żeby coś tak rzadkiego pojawiło się w Polsce, ale…
Prostokątne reflektory, kanciaste kształty, charakterystyczny dźwięk pięciocylindrowca…
Audi Sport Quattro.
Legenda rajdów za czasów kultowej, nieodżałowanej i nieposkromionej Grupy B.
Kto jednak był kierowcą?
- Jezu – wyszeptała cicho Karolina – Co to było?
- Nie wiem – odparł zgodnie z prawdą Mateusz – Marka samochodu pewnie cię nie interesuje, ale to Audi. Co do kierowcy… nie mam pojęcia. Ale kimkolwiek był…
… był geniuszem.
Profesjonalistą?!

 

- Pogoda się utrzyma? – rzucił Tadeusz. Ciężkie, deszczowe chmury wisiały na nocnym niebie, przesłaniając księżyc. Dookoła było ciemno, naprawdę ciemno. Gdyby nie latarnie, na szczycie Salomopolu nie widać było by nic.
- Ta, raczej tak. – odpowiedział mu Jacek, który z racji braku samochodu korzystał obecnie z podwózki Michała. Udało mu się sprzedać Civica za naprawdę ładny pieniądz, i szukał obecnie nowej maszyny. Nie miał jeszcze jednak określonej marki czy modelu. FF, tylko tego był pewien.
Prawie wszyscy obecni na wyścigu uczniowie IIIe zgromadzili się tym razem na linii startu, na samym szczycie. Dzisiejszy wyścig rozegrać się miał ze Szczytu w kierunku Wisły.
- Jak widzicie rezultat? Kto wygra? – rozpoczął dyskusję Michał.
Jak zauważyli niektórzy, znów nie było z nim jego dziewczyny, Amelii. Przyjechał z Jackiem, któremu również nie towarzyszyła Monika.
- To chyba jasne, He He – roześmiał się Sebastian – Błażej! Przecież ta oferma, Benedykt, nie umie nawet jeździć! No i jego Impreza to złom!
Fakt, że Sebastian i jego Golf VR6 Syncro zostali zeszłego roku pokonani przez Imprezę Benedykta, został przez litość przemilczany przez klasę.
- Nie do końca jest tak, jak powiedziałeś, Sebastianie – stwierdził grzecznie, choć z lekką dozą wyższości Maciek, oparty o swoje BMW 3 E46 – Impreza Bena ma jednak 50-konną przewagę w mocy. Benek jednakże nie umie nad nią zapanować. Co więcej, układ MR w Toyocie Błażeja ma na tego typu trasie, w tych warunkach pogodowych przewagę nad 4WD Subaru. Co innego, gdyby warunki się zmieniły.
Maciek, jeden z klasowych prymusów, od niedawna również uczestnik nocnych wyścigów, był postacią szanowaną i lubianą w klasie. Zawsze doskonale zorientowany w większości tematów i skory do pomocy, więc klasa potrafiła mu wybaczyć jego ton znawcy i pewność siebie, które w połączeniu z potężną budową nadawały mu aparycję mentora. I tym razem, jego analiza była praktycznie bezbłędna.
- Zmiana warunków? Chodzi wam o deszcz? – rzucił Michał.
Karol, znawca motoryzacji, w zadumie przytaknął. Teoretycznie, wygrana Błażeja była pewna. Praktycznie… również. Umiejętności Błażeja były znacznie lepsze od tego, co potrafił Benedykt. Różnica w mocy nie miała w tym przypadku znaczenia, masa i położenie silnika działały na korzyść MR2. Wynik był przesądzony.

- Nabijają się z ciebie – stwierdziła beznamiętnie Iwona, stojąca tuż obok Benedykta. Wyścig miał rozpocząć się lada chwila, zarówno Błażej jak i Benedykt byli już na Szczycie.
- Słyszę – odparł cicho Benedykt. Wiedział, że nie jest faworytem tego pojedynku, ale jednocześnie osąd kumpli bolał go – Ale nie dbam o ich zdanie. – zełgał.
- A o czyje dbasz? – odparła słodko Iwona.
Benedykt zastanowił się krótką chwilę, rozważając wszystkie za i przeciw, po czym odparł:
- O twoje. Może i lekkomyślnie przyjąłem wyzwanie Błażeja, ale ja nie tchórzę. Potrafię walczyć… i nie boję się porażki. – odparł hardo. To musiało na niej zrobić wrażenie.
- O moje?! – wybuchnęła śmiechem – To słuchaj mojego zdania: jesteś bezmyślnym kretynem, skoro przyjąłeś wyzwanie, które z pewnością przegrasz, bo nie masz ani krzty umiejętności. Jesteś beznadziejnym frajerem, Benek.
Spojrzał na nią zaskoczony i zdruzgotany jej osądem. Szukał w jej oczach charakterystycznego błysku, który oznaczał, że żartuje.
Nie znalazł go. Mówiła całkowicie serio.
Bez słowa wsiadł do samochodu, zamknął drzwi i przejechał na linię startu.
Był przybity. Czyżby rzeczywiście był tak bezdennie beznadziejny?
Jeśli ten wyścig skończy się całkowitą porażką…nie zniesie tego wstydu. Dotarło to do niego dopiero teraz.
I to, co powiedziała Iwona… choć myślał, że nie zależy mu na jej zdaniu… załamało go.
Przewaga w samochodzie, umiejętnościach i znajomości trasy leżała po stronie Błażeja.
Przegrał, nim jeszcze rozpoczął pojedynek!
Po jego lewej ustawiła się Toyota Błażeja. Pewność siebie, malująca się na twarzy kierowcy MR2 była niezwykle dołująca.
Spuścił głowę, godząc się powoli z wizją upokorzenia.
Usłyszał pacnięcie o szybę.
Potem drugie.
Trzecie.
Spojrzał przed siebie.
Krople deszczu, jedna po drugiej, coraz szybciej uderzały o szybę.
Przypomniał sobie nagle słowa Macieja, wypowiedziane kilka chwil wcześniej. „Co innego, gdyby warunki się zmieniły”.
Według niego, miał szansę w deszczu?
Czy 4WD rzeczywiście będzie sobie na takiej nawierzchni radzić lepiej, niż MR?
- Zaczynam odliczanie! – ryknął koleś, dający sygnał do startu.
Teoretycznie, jeździł sporo w takich warunkach.
- Trzy!
Z Mateuszem wygrał na śniegu. To coś znaczyło.
- Dwa!
Czy idealny rozkład masy i napęd na wszystkie koła był w stanie w warunkach deszczowych pokonać lekką MR2?
- Jeden!
Wycieraczki odgarnęły zalewające przednią szybę krople coraz intensywniejszego deszczu.
Czy był w stanie opanować wóz, który, musiał to przyznać, schrzanił poprzez podkręcenie z seryjnych 120 do 250KM za pomocą mocnego lag-turbo?
- START!
Błyskawicznie wbił bieg i dodał gazu, stopniowo i jednocześnie mocno, najlepiej jak potrafił.
Nie przekonam się, dopóki nie spróbuje!

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Subaru wystrzeliło do przodu, przy akompaniamencie dwulitrowego boksera i syku turbodoładowania. Trakcja, zapewniana przez 4WD i świetny rozkład masy, bez większych problemów rozdysponowała moc na wszystkie koła.
Warunki deszczowe nie zrobiły na Subaru większego wrażenia. Wóz, po początkowym osłabieniu wynikającym z laga, zaczął gwałtownie nabierać prędkości…

- Ale to ma odejście! – ryknął Sebastian. Subaru zostawiło w tyle pozbawioną turbo MR2, której znacznie mniejsza moc, a zwłaszcza mniejszy moment obrotowy i napęd na tył uniemożliwiły tak błyskawiczny start.
Gwałtowna ulewa, która rozpętała się na chwilę przed startem, była zaskoczeniem dla wszystkich.
- Zaczęło padać – stwierdził fakt Jacek – I co teraz?
- Nie mam pojęcia – odparł Karol – To będzie kwestia… - zastanowił się.
I nie znalazł odpowiedzi.

To nic, myślał Błażej, podczas gdy MR2 nabierała prędkości. To tylko start i długa prosta, na której jego cholerne Subaru z dużym turbo i 4WD ma przewagę. Zaraz zacznie się prawdziwa walka, wraz z pierwszym zakrętem cała przewaga tej ciamajdy zostanie zniwelowana.
Wycieraczki zebrały krople z szyby.
- Cholerny deszcz – mruknął pod nosem – Że tez musiało zacząć lać akurat teraz…

Niecałe dwieście metrów, które dzieliły linię startu od pierwszego zakrętu, pokonał błyskawicznie. Światła Toyoty we wstecznych lusterkach zrobiły się malutkie, odsadził Błażeja na kilkanaście metrów.
Teoretycznie, to była tylko prosta. Miał większą moc, trakcję w deszczu. Na zakrętach nie ma z nim najmniejszej szansy…
Nagle, zupełnie niespodziewanie, nabrał niesamowitej chęci skopania tyłków całej swojej zasranej klasie, która wyśmiewała go przy każdej okazji, z tym dupkiem, pewnym siebie czarusiem, Błażejem. Wezbrała w nim gwałtowna wściekłość, chęć zemsty za wszystkie niepowodzenia i kpiny.
Pragnienie udowodnienia Iwonie, ile jest naprawdę warty. Uświadomienia, że popełniła wielki błąd, tak się z niego nabijając.
Żądza zwycięstwa.
Skoro miał lepszą trakcję na prostej, czemu miało by się to zmienić na zakrętach?!
W czym był gorszy od Błażeja?!
Jeździł samochodem o rok dłużej od niego, w touge miał więcej doświadczenia.
Deszcz był jego sprzymierzeńcem. Przewaga w mocy również.
Mogę wygrać. I wygram!
Odbił gwałtownie w lewo, po czym błyskawicznie skręcił w prawo. Subaru, z rykiem silnika zaatakowało pierwszy zakręt, stosunkowo ciasne, zasłonięte krzakami i drzewami odbicie w prawo, C-11.
Tutaj dognała go Natalia, w ich pierwszym pojedynku, gdy pojechał za wolno.
Potrafił wyciągać wnioski.
Gaz w podłodze.
Impreza, piszcząc oponami, ściągając nieco ku zewnętrznej, przemknęła przez C-11 na pełnym gazie.
Prędkość była nie do uwierzenia. Zwłaszcza jak na te warunki.
Obserwatorzy pozostali na miejscu, osłupieni.
MR2 pojawiła się po krótkiej chwili, i również weszła w zakręt.
Szybko.
Nie tak szybko, jak Impreza.

Błażej wyprowadził Toyotę z lekkiego uślizgu, w jaki wpadła na wyjściu z C-11, i spojrzał przed siebie. Spodziewał się ujrzeć Benedykta tuż przed sobą, oczekiwał, że dystans, jaki wytworzył się między nimi na prostej startowej, zmaleje do kilku metrów.
Pomylił się.
Impreza, błyskając światłami stopu, wchodziła już w ciasny w lewo, C-12.
- Co do wszystkich diabłów?! – stwierdził z nutą przerażenia w głosie – Jak ten frajer mógł… ?

Benedykt dodał mocno gazu, a Impreza minęła się prawymi drzwiami z barierką na zewnętrznej na centymetry. To było ryzykowne, deszcz sprawiał, że przyczepność była znacznie niższa … ale mimo tego, jego prędkości na wejściu i wyjściu z zakrętu były znacznie wyższe, niż zwykle.
Droga od tego momentu, na 200-metrowej prostej, opadała w dół w lekkim downhillu. Wóz nabierał błyskawicznie prędkości, i tak już niemałej na wyjściu z C-12. Turbina syczała głośno, dzięki temu że szedł tak szybko w zakrętach, ciśnienie praktycznie nie spadało.
Zerknął w lusterko wsteczne, spodziewając się w nim świateł Toyoty.
Nie ujrzał ich.
Czy to…
Czy to oznacza, że ja…
… byłem szybszy również i na zakrętach?!
Do tego momentu, prowadził emocjami, swoim żalem i rozczarowaniem zachowaniem klasy i Iwony. Skoro dzięki temu…
Toyota wreszcie pojawiła się na wyjściu z C-12. Był już 60 metrów z przodu.
… skoro dzięki temu potrafił odstawiać Błażeja, to…
Wdusił gaz do oporu, a Impreza katapultowała się do przodu.
… od teraz, da prowadzić swoim emocjom. Swojej wściekłości, pragnieniu udowodnienia wszystkim, jak bardzo mylą się w jego osądzie!
Silnik ryczał wściekle.
Deszcz zacinał.
Publika stała, oniemiała.

- Szczyt, szczyt, tu prosta za C-12! Impreza na przedzie! Przewaga 60 metrów nad SW20, i ciągle się zwiększa! Kierowca Subaru chyba oszalał, w tych warunkach jedzie szybko jak nikt… międzyczas ma tylko o sekundę gorszy od rekordu!!
Publika na Szczycie zawyła, zaskoczona.
- Ben ma czas gorszy o sekundę od rekordu? W deszczu?! Co za kretyn mierzy te czasy?! – zakpił, niedowierzając, Tadeusz.
- Teoretycznie, moc Subaru jest dość wysoka – zaczął niepewnie Maciek – Z drugiej strony, opanowanie auta o tej mocy, przy standardowym zawieszeniu i hamulcach, musi być niezwykle trudne. Benedykt musi mieć znakomite umiejętności, żeby jechać na takim poziomie.
- Jazda w tych warunkach – dodał Karol – Jest niezwykle trudna. Najgorszy jest deszcz w swojej pierwszej fazie. Pył i kurz na drogach, piasek, żwir, wszystko to zostaje namoczone, i staje się niezwykle śliską i zdradliwą breją. Tylko pierwsze kilkanaście minut, potem spływa na pobocza. Początkowo jednak… jest diabelnie ślisko. Napęd na wszystkie koła ma mnóstwo zalet, w odpowiednich rękach przewyższa wszystkie inne układy, nawet Midshipy, MR… na śniegu zaś, szutrze i w deszczu właśnie nie ma sobie równych.
- Czyli ten frajer ma szczęście? Utrafiły mu się warunki? Fuksiarz. – skwitował Sebastian.
- Oj, dajcie mu wreszcie spokój! – wypaliła nagle, zupełnie niespodziewanie, Natalia – Bez przerwy, od początku szkoły na niego najeżdżacie! Co on wam zrobił?! A może po prostu zazdrościcie mu powodzenia? Tego, że jest tak lubiany przez płeć przeciwną?! Żal mi was. Jego wynik kładziecie na karb warunków, samochodu, szczęścia… a może on po prostu prowadzi najlepiej, jak potrafi? Udowadnia wam wszystkim, ile jest naprawdę wart?!
Zapadła cisza.
Nikt, żaden z facetów się nie odezwał.
Natalia bardzo rzadko wpadała w gniew.
I praktycznie nigdy się nie myliła…

Ryk silnika.
Świst turbo.
Puszczenie gazu, na krótki moment.
Skręcenie kołami, mocno, w prawo.
Gaz do oporu.
Impreza natarła na zakręt C-13, lekki wiraż w prawo, wykorzystując pełną przyczepność opon. Podsterowność zniosła auto ku zewnętrznej, po raz kolejny minął się z barierką o centymetry, ale wóz w ostatniej chwili odzyskał trakcję i uniknął uderzenia.
Kropla potu spłynęła Benedyktowi po plecach.
Daję z siebie wszystko, pomyślał. Jestem szybki. Odstawiłem Błażeja na naprawdę spory dystans…
Niepostrzeżenie, zaczęła mu wracać pewność siebie.
Wiara we własne możliwości.
Satysfakcja.
Przyhamował, i z pełną mocą zaatakował bliźniaczy do C-13 zakręt C-14, tym razem lekki w lewo.
Znowu, minął się z barierką o centymetry.
Znowu, prędkość na wyjściu była niesamowita.
Jestem dobry, pomyślał nagle.
Wygram to!
Pokażę tym wszystkim draniom… Iwonie… Małgorzacie!
Uśmiechnął się sam do siebie, jeszcze mocniej wciskając gaz.
Przyjemność, jaką będzie czerpał z ich niedowierzania, gdy zwycięży… z ich zaskoczenia… bezcenna!

 

Błażej musnął hamulec, gotowy do wejścia w C-15. Długi, średni zakręt w lewo, ze słabą widocznością, w normalnych warunkach nie stanowił problemu.
Teraz, prowadził na 100% swoich możliwości. Nie dbał już o opony, o hamulce, o styl jazdy. Musiał dopaść tego drania, Benedykta, dopaść go za wszelką cenę.
Powoli jednak docierała do niego świadomość, że przegrywa.
Lejący deszcz, ledwie odgarniany przez pracujące na pełnej szybkości wycieraczki, koszmarna przyczepność…
To wszystko utrudniało mu pościg.
Ale nawet bez tego, czuł, że przebieg byłby taki sam.
Gdzie popełniłem błąd?
Kiedy on się tak nauczył jeździć?!
W zamyśleniu, popełnił błąd.
Zahamował tak, jak hamował w normalnych warunkach.
Nim się obejrzał, Toyota, znoszona przez podsterowność, znalazła się na zewnętrznym pasie.
Z całej siły grzmotnął w gaz, próbując wyrwać auto z tej sytuacji.
Poczuł lekkie otarcie, usłyszał zgrzyt targanego o barierkę zderzaka, zdzieranie lakieru.
- Do diabła! – warknął, wychodząc z zakrętu. Nie umiał dać sobie rady w tych warunkach. To robiło się niebezpieczne.
Był w sytuacji popularnie określanej jako beznadziejna.
Przed sobą widział światła Subaru.
Malutkie.
Dzieliło go od nich 300 metrów.
On właśnie wyjechał na prostą.
Benedykt zbliżał się do jej końca.
- Przegrałem – dotarło nagle do Błażeja – Przegrałem z tą ofermą, Benedyktem!

Srebrne Subaru przemknęło tuż obok nich, z prędkością zakrawającą o nonsens.
- Jezu… niesamowicie szybko! – wyszeptała Karolina – Nawet nie wiedziałam, że tutaj się tak da…
Mateusz, trzymający parasol, westchnął w niedowierzaniu. Benedykt właśnie wygrywał z Błażejem!
Spojrzał w prawo, wodząc wzrokiem za Imprezą.
Nagle uświadomił sobie ważny fakt.
- Da się – stwierdził, z przestrachem w głosie – Ale nie powinno!

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Emocje buzowały w nim na najwyższym poziomie. Każdy kolejny zakręt, każda uniknięta o włos barierka, każdy oniemiały widz na poboczu…
Świadomość, że oto przekroczył granicę własnych lęków.
Udowadnia wszystkim, jak zdolny i niedoceniony przez nich jest.
Że nie należało się z niego nabijać!
Prowadził emocjami. Złością, nienawiścią, wściekłością, rozczarowaniem i żądzą zwycięstwa.
Przez wszystkie poprzednie zakręty, pozwoliły mu one zrównać się z rekordem trasy. Ale o tym, nie wiedział.
Sto metrów do zakrętu.
Pięćdziesiąt.
30.
15.
Wdusił na krótką chwilę hamulec, puścił gaz, skręcił kierownicą i dał pełny ogień na obie osie.
Technika ta spisała się idealnie na wszystkich poprzednich zakrętach, wykorzystując pełnię możliwości auta.
Ten zakręt był jednak inny.
Ten zakręt, to było C-16.
Bardzo ciasny, niezwykle ostry wiraż w prawo, z porośniętą gęstymi drzewami przepaścią na wewnętrznej.
I lasem, poprzedzonym niewielkim, błotnistym placem z balami ściętych drzew na zewnętrznej.
Przez „wejście” płynął wylewający zazwyczaj strumyk, zalewający zakręt masami śliskiego błota i niesionego szlamu.
C-16 zawsze było jednym z najtrudniejszych zakrętów na Salmopolu.
W warunkach deszczowych, zamieniało się w śmiertelną pułapkę.
Zaślepiony emocjami, zapomniał o tym.
Poczuł, że cały samochód traci nagle trakcję, wszystkie opony zaczęły się ślizgać ku zewnętrznej, prosto na błotnisty plac z wielkimi balami drzew. Dodał gazu, próbując po raz kolejny wyrwać auto z poślizgu…
Tym razem jednak, sytuacja była zupełnie inna.
Beznadziejna.
Jadąca z ogromną jak na te warunki prędkością, nie oszczędzająca opon Impreza nie miała najmniejszych szans na utrzymanie się w C-16. Koła, trafiwszy na zalany śliskim mułem obszar, momentalnie straciły przyczepność, wyrzucając auto prosto w kierunku zewnętrznej.
Do lasu.
Na bale.
Nim dotarło do niego, że oto właśnie jego emocjonalna jazda doprowadziła go do końca, odczuł ogromną siłę, rotującą cały samochód wokół własnej osi.
Jęk rozrywanego metalu, w który przywalił bokiem auta. Barierka.
Potem podskoki całego zawieszenia, gdy leciał bo błocie.
Przed oczyma przesunęły mu się drewniane bale.
- Jeśli w nie uderzę… - dotarło do niego - … zginę.
Głuchy łomot.
Podbicie.
Uderzenie.
Cisza.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Błażej zdjął nogę z gazu, i rozpoczął hamowanie. Toyotę zarzuciło na mokrej nawierzchni, z ledwością opanował rotację tyłu, i zatrzymał auto na środku drogi, kilkadziesiąt metrów od miejsca wypadku.
Widział wszystko.
Ten drań miał widać karnet u anioła stróża.
Minął bale o centymetry. Zatrzymał go trawiasty rów, co było chyba najbezpieczniejszą opcją, jaka była możliwa… na całym zakręcie.
Przebita barierka, a za nią srebrne, pochylone, poobijane Subaru.
Teoretycznie, to oznaczało jedno.
- Wygrałem – pomyślał Błażej – Walkowerem, ale wygrałem!
Zaraz potem jednak, dotarło do niego co innego.
Gdyby nie jego wypadnięcie z trasy… nie miał bym najmniejszych szans. On prowadził jak szatan, z każdym kolejnym zakrętem zyskiwał kilkanaście metrów przewagi.
Klęska była by sromotna.
- Źle go oceniłem – przyznał w duchu – Skoro był zdolny do czegoś takiego… źle go oceniłem.
I, choć jeszcze przed wyścigiem wydawało by się to nieprawdopodobne, Błażej nabrał szacunku do Benedykta.
Jego noga powędrowała do pedału gazu, w bagażniku miał linkę holowniczą, widok wysiadającego z auta Benedykta oznaczał, że nic poważnego jemu samemu się nie stało. Autentycznie chciał mu pomóc, pogratulować, ale…
Nagły ruch na parkingu kilkanaście metrów z przodu, po prawej, przykuł jego uwagę.
Jasnobłękitna Sierra. Mateusz.
A z nim…
… Karolina.
Karolina i Mateusz… razem.
Tutaj, na tym parkingu, nie z klasą, a… samotnie. Niejako na prywatnym spotkaniu. Randce?!
Krew w nim zabuzowała.
Jego Karolina, która zmieniła się w takim stopniu, zmieniła ponoć dla NIEGO, sama mi to obiecała… piękna jak nigdy dotąd, w glorii dzisiejszego genialnego występu w teatrze, spędzająca czas i umawiająca się na Salmopolu, by obejrzeć JEGO wyścig z tym frajerem, mazgajem i pierdołą Mateuszem?!
Nie wiedział, co o tym myśleć. Nie chciał o tym myśleć.
Wdusił gaz do oporu, a MR2 zabuksowała kołami, wyrzucając fontanny wody, po czym wystrzeliła do przodu, kierując się na Cieszyn.
Chciał być sam.
Gdy przejeżdżał obok nich, nie odwrócił w jej stronę głowy. Kątem oka obserwował ją jednak dokładnie.
Nie spojrzała nawet na niego.
Zerwał przyczepność, i pokonał C-16 pełnym driftem…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

- Znakomita jazda, stary! – Mateusz poklepał Benedykta po plecach. Kończył właśnie podczepianie linki holowniczej, Sierra stała już gotowa do wyciągania Imprezy z rowu – Czegoś takiego jeszcze nie widziałem… nie ukrywam, zaskoczyłeś mnie… nas wszystkich… całkowicie!
- Przegrałem – odparł ponuro Benedykt – Przeszarżowałem. Cała reszta na nic. Rozbiłem wóz…
- Eee tam. Masz szczęście, to tylko kilka zadrapań. Biorąc pod uwagę, że przed C-16 miałeś czas równy z rekordem trasy… niesamowite.
Benedykt zamarł. Rekord trasy?!
- Nie – odparł – Niemożliwe, żebym….
- A jednak.

Dla Karoliny, siedzącej w kabinie Forda, wszystko było już niejasne.
Wynik ją nie interesował. Wypadek też nie. Ważne, że Błażej był cały, Benedykt żył, ale…
Nie odważyła się popatrzeć mu w oczy, nie dała się złapać na spoglądaniu w ogóle. Nie chciała, żeby Błażej pomyślał, że jest tu żeby mu pokazać, że zmieniła towarzystwo… i nie tylko.
Ale on nawet nie spojrzał.
Przejechał obok, choć wiedziała, że… on wie.
Wiedział, że tu jestem. Widział mnie.
A nawet nie spojrzał. Nie wykonał żadnego gestu, nawet się… nie przywitał.
Była smutna. Czy to oznaczało, że on… że jemu już… nie zależy…?

Wychynął zza zakrętu C-11, i jego oczom ukazała się prosta startowa. Benedykt jechał cały czas za nim, Impreza była poobijana, ale nadal sprawna. Geometria i kilka innych rzeczy będzie pewnie do zrobienia, ale i tak… Ben miał niesamowitego farta.
Gdy tylko podjechał bliżej głównego parkingu, Mat stwierdził, że coś się dzieje.
Wszyscy tłoczyli się w jednym, ogromnym okręgu, zamieszanie dookoła niego było nieopisane.
Wrzucił kierunkowskaz, zaparkował nieopodal, i razem z Karoliną ruszył w tym kierunku.
Ben poszedł za nimi.
- W sobotę! – przebił się wreszcie przez harmider potężny głos – W sobotę, u was, na Serpentynach! Mamy prawo do trzech wyzwań! Oto i drugie i trzecie!
- Jak to tak?! – odpowiedziały mu krzyki – Ile jeszcze?! Odpierdol**e się w końcu, LBK! Od razu dwa wyzwania… na raz??!
- Uciszcie się, wieśniaki, to wam wyjaśnimy – pojechał zawodnikom z Serpentyn właściciel tubalnego głosu.
Dookoła zapadła cisza. Względna.
- Jak zapewne niektórzy z was, ci, którzy zapoznawali się z Kodeksem, wiedzą, każda grupa ma prawo do trzech ataków, prób przejęcia trasy, po trzy wyścigi na każdy atak. W naszym przypadku, pierwszym atakiem było Justy, które zatrzymaliście dopiero w trzecim wyścigu. Tym razem propozycja jest zgoła odmienna. – gość zawiesił głos. Wszyscy milczeli, w napięciu – Rozegramy tak zwany podwójny wyścig. Jednocześnie startują cztery samochody, po dwa dla każdej grupy. My, LBK, dwa, i wy, Serpentyny, dwa. Kolejne rundy toczą się dopóty, dopóki któraś z grup nie ukończy, będąc na prowadzeniu w obu równoległych pojedynkach. Abyście zrozumieli, wieśniaki – zakpił mówca – Startujemy w dwóch rzędach, jeden za drugim, po dwa auta w rzędzie. Zwycięstwo następuje wtedy i tylko wtedy, gdy my albo wy dotrzecie do mety przed przeciwnikiem ze swojego rzędu... oba auta w jednej rundzie Zgadzacie się na to?!
- Mistrz! – zawołał ktoś rozsądny – Niech on decyduje.
Mistrza jednak, nie było. A przynajmniej nie tutaj.
Zapadła cisza. Nikt nie był skłonny do podjęcia decyzji.
Zgodnie z przewidywaniem LBK.
- Nie umiecie nawet samodzielnie podejmować decyzji? Bez tego starego pierdoły nie umiecie nic zadecydować? Jaki żal… - zakpił gość z LBK.
- Pojedziemy! Przyjmujemy! – zawołał jakiś głos.
Potem drugi.
Trzeci.
A następnie, praktycznie wszyscy.
- Świetnie – odparł mówca, gładząc z zadowoleniem brodę – Wyzwanie przyjęte. Dla waszej informacji, pojadą nasi najlepsi kierowcy. Impreza WRX i Lancer Evo. Moce w granicach 250 koni.
Po kierowcach z Serpentyn poniósł się szum przerażenia.
Wiedzieli, co to za auta. I jacy kierowcy.
- Na tyle się nastawcie – zakończył, śmiejąc się szyderczo, szef LBK – Widzimy się w sobotę. Nie zawiedźcie nas… chociaż, już znamy wynik.
Członkowie LBK buchnęli śmiechem.

- Kto pojedzie dla nas?!

- Co na to Mistrz?!

- Co myśmy najlepszego narobili?!

Szmery i jęki płynące ze strony ludzi z Serpentyn były właściwe.
Ale i spóźnione…

Benedykt powoli szedł w kierunku stojącej na Szczycie swojej klasy. Z jednej strony miał świadomość, że przegrał.
Z drugiej, spojrzenia wszystkich… nie tylko znajomych… pełne… uznania? Niedowierzania? Podziwu?
Osiągnąłem swój cel, pomyślał. Pokazałem, na co mnie stać.
- Tak jak mówiłam, jesteś beznadziejnym kretynem. – stwierdziła Iwona, która pojawiła się tuż obok niego, jednocześnie go obejmując.
Spojrzał na nią.
Dotarło to do niego nagle.
Znowu, jak w trakcie wyścigu, zadziałał emocjami.
Odepchnął ją tak mocno, że ledwo utrzymała równowagę.
Nie usłyszał żartu w jej głosie. A może nie chciał usłyszeć.
- Iww – wycedził przez zęby, głośno, wyraźnie, tak, żeby wszyscy słyszeli – Ty beznadziejna, głupia, bura suko!
Cała jego klasa zamarła.
Iwona stanęła jak wryta.
- Ty tępa kretynko – ciągnął, popadając w coraz bardziej napastliwy ton – Ty jędzo niewyżyta, myślałaś, że dam się traktować jak męska dziwka do towarzystwa? Że dam ci się wykorzystywać do wszystkiego, pozwolę się obrażać i wyśmiewać? Musiałbym być ślepy, głuchy i głupi, żeby wytrzymać z tobą chociaż moment dłużej! W imię czego?! Miziania się z tobą? Żadna przyjemność! I wiesz co ci powiem?
Jej oczy, zazwyczaj przepełnione ironia, były w tej chwili wielkie i tak intensywnie błękitne, tak pełne zaskoczenia i wstydu, że…
Musiał dokończyć.
- Odpier**l się ode mnie. – zakończył swój wywód.
Był z siebie dumny.
Powiedział jej to!
Jej oczy zrobiły się jeszcze bardziej niebieskie. I wilgotne.
Po policzku spłynęła jej łza.
Satysfakcja była całkowita…
Uderzenie w szczękę rzuciło go prosto na ziemię, nurzając w błocie. Przetoczył się po ziemi, i odruchowo zasłonił głowę rękoma.
- Ty draniu – usłyszał nad sobą znajomy głos – Ty kawale kur**ego syna. Jakie to do ciebie podobne… ledwo coś osiągnąłeś, ledwie pokazałeś kawałek umiejętności, a już… jak mogłeś, ty nędzno podróbko gatunku ludzkiego! Nieważne, co czułeś, jak mogłeś tak paskudnie, dla popisu… zgnoić… zupełnie bez racjonalnej przyczyny… dla samej satysfakcji, żeby popisać się, pokazać, że teraz jesteś wielki pan… gówno prawda, Ben. Nadal jesteś tak samo pożałowania godny.
Mateusz. Jego przyjaciel.
Wstał z ziemi, otrzepał się, przetarł twarz rękawem bluzy.
Spróbował przyjąć hardy wyraz twarzy, ale mu się nie udało.
Oczy Mateusza były zimne jak stal.
Zupełnie do niego niepodobne.
Benedykt odwrócił się na pięcie, i szybkim krokiem ruszył do samochodu.
Po chwili dźwięk silnika typu bokser zagłuszył ciche szepty.
- Teraz wiem – myślał Benedykt, wrzucając pierwszy bieg – Jestem pewien. Właśnie tego chciałem. Nawet jeśli Mat dał mi w ryj, to właśnie tego chciałem. Pokazałem im, ile jestem wart, udowodniłem Iwonie, że nic dla mnie nie znaczy. Że to ja ją wykorzystywałem, nie ona mnie. A teraz… sprzedam to auto. Kupię inne.
I wtedy… wtedy dopiero im pokażę!
Od tego momentu, przestał się wahać. Zaczął traktować wyścigi serio.
Naprawdę serio.
Stracił „dziewczynę” i przyjaciela.
Odzyskał pewność siebie.
I, jak sądził, respekt.
Impreza zarzuciła tyłem, i odjechała w kierunku Cieszyna…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

- Przestań! – Karolina delikatnie objęła Iwonę, która stała niedaleko nasypu na Szczycie – Przestań płakać, Iww! Co z twoim wizerunkiem… przecież…
- Chrzanię swój wizerunek, Caroline! Mam go serdecznie gdzieś! – rozkleiła się na całego Iwona – Jak on… dlaczego… co ja mu zrobiłam… wyśmiewałam go, owszem, ale… to nie było złośliwie… ja go…
- Kochałaś go? – zapytała niezwykle poważnie Karolina.
To zupełnie do niej niepodobne, przemknęło Iwonie przez myśl.
- Nie wiem… - wsparła głowę na ramieniu przyjaciółki, i znowu zapłakała, już ciszej – Ale czemu on tak… czemu tak zareagował? – wyszeptała już całkowicie cicho.
- To nie twoja wina, Iww – usłyszała nagle głos Mateusza – On tego… wiem, że zabrzmi to durnie, ale on tego nie zrobił specjalnie. Musisz go zrozumieć… i spróbować przebaczyć. Po raz pierwszy od dwóch lat poczuł, że jest podziwiany, że był lepszy od wszystkich innych. Odzyskał wiarę w siebie, nadwątloną przez związek z Małgorzatą. On… po prostu chciał udowodnić wszystkim, że jest niezależny. Ale sposób, w jaki to zrobił… jest okrutny.
Iwona przytaknęła. Odpowiedziała jednak tylko:
- Dziękuję, że… znaczy, nie powinieneś tego tak zrobić, ale… stanąłeś w mojej obronie… pomimo tego, że to twój przyjaciel… dlaczego? – zakończyła niespodziewanie.
Spojrzał jej głęboko w oczy, i odparł:
- Właśnie dlatego. To mój przyjaciel. Tylko dlatego.
Nie odpowiedziała.
- Odwiozę was – stwierdził Mateusz – Nie powinnyście same zostawać w deszczu, na szczycie Salmopolu.
Spojrzały na niego, zaskoczone.
- Po prostu cholernie was lubię. I przykro mi, że tak się to skończyło.
Znał sytuacje, w których znalazły się obie. A to, czego nie wiedział, domyślał się…

- Nie zgadniesz, kogo widziałem dzisiaj na Salmopolu – stwierdził młody chłopak, rzucając kluczyki ze znaczkiem Volkswagena na swoje biurko. Brelok „Corrado Club” zadzwonił, uderzając o drewniany blat.
- Mateusza? – odpowiedziała Alicja, wychodząc z sąsiedniego pokoju.
- Ano – odparł, po czym zmarszczył lekko brew – Nietrudno się domyślić, wiem, że tylko o nim myślisz. Ale… - zastanowił się.
Nie powinien jej tego mówić.
Ale musiał.
- Ale… co? Stało mu się coś?! Mów natychmiast! – podniosła głos.
- Nie. Był z najpiękniejszą dziewczyną z całego Osucha. Z niejaką Karoliną, Julią z dzisiejszego przedstawienia. Przywiózł ją, towarzyszył cały czas…non-stop gadali. Nic nie chcę mówić, ale…
Nie musiał nic mówić. Do Alicji dotarło to doskonale.
Mateusz. Jej Mateusz z jakąś lasencją z humana…
Jakkolwiek by jednak nie próbowała zdeprecjonować tej całej Karoliny, Alicja była pewna, że przy jej urodzie…
Westchnęła ciężko.
Byłam głupia, pomyślała. Tak bezdennie głupia… liczyłam, że coś z tego będzie, wpraszałam się mu do auta, zgrywałam niedostępną… a on to wszystko pewnie tylko przez grzeczność… te wyjazdy, ta jedna randka w Bielsku… wszystko przez grzeczność, sentyment, żeby mnie nie urazić… jak mogłam nie wiedzieć, że to nie ma szans!
Straciłam swoją jedyną szansę, dotarło do niej. Straciłam ją kilka lat temu, odrzucając jego szczere wyznanie. Teraz… to już się nie wróci. Nie zauważałam nawet, że od ostatniego czasu, od jego wyścigu z tą ślicznotką z jego klasy, Natalią, zaczął się do mnie odnosić tak chłodno, że…
Muszę zapomnieć. To już koniec. Zaprzepaściłam szansę.
- Dzięki, braciszku. – odparła, udając spokój.
- Proszę, siostra – odpowiedział chłopak z Corrado – Ale… czy to coś znaczy? To, że tam z nią był? Przecież mógł tylko…
- Nie. – przerwała mu zimno, bez emocji – To nic nie znaczy …