5. „More than 220”


Październikowa noc była ciepła i bezchmurna. Wiszący wysoko na niebie księżyc rozświetlał parking pod dyskoteką w Bielsku Białej. Odgłosy łomoczącej z lokalu muzyki docierały tu przytłumione, ale i tak powietrze było wręcz namagnetyzowane „melanżową” atmosferą.
Była sobota. Czas imprez.
- To był zaje*iaszczy pomysł wyrwać się tu, do Biela, na imprezę. – stwierdził Marcin, podchodząc do swojego auta – Te gderania o maturze już mnie zaczynały wpierdzielać.
Jego Seat Ibiza wyglądał niepozornie przy zaparkowanych obok niego Audi S6 i Hondzie Prelude.
I taki był w rzeczywistości.
- A ty Marć nie masz zamiaru tego auteczka jakoś tjunować, ziomek? – zapytał Andrzej, stając koło swojego Audi.
- A po co? – odpowiedział pytaniem na pytanie Marcin – Wy macie wyścigi. Ja mam gitarę. Wam nie jest potrzebny wzmacniacz do auta, mi tuning do gitary. Mnie to nie kręci.
- A, mi by się jakiś subwoofer’ek jednak przydał… - zaczął zmierzającą donikąd wypowiedź Andrzej, ale nie dane mu było dokończyć.
Okno w dyskotece wyleciało razem z framugą, rozbite impetem wylatującej ze środka postaci. Niewysoka osoba przetoczyła się po ziemi, stanęła na nogach i otrzepała się.
- Co to było, Adam?! – zdziwił się Andrzej z Marcinem.
- Melanż zbyt epicki. – odpalił Adam, wsiadając do Hondy. W dyskotece powoli zaczynało wrzeć jak w ulu.
- Spieprzamy! – zakomenderował Marcin, odpalając Ibizę. Auta z piskiem opon ruszyły z parkingu, w kierunku autostrady Bielsko – Cieszyn.
Noc była ciepła i bezchmurna. To oznaczało dobrą przyczepność i warunki drogowe.
Była sobota. Czas imprez. A także czas wyścigów.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Marcin został z tyłu już po kilkuset metrach. Adam i Andrzej nawet nie zwrócili na ten fakt uwagi, mieszkający w Pruchnej Marcin tak czy inaczej musiał zjechać innym zjazdem niż oni. Seat Ibiza nijak nie mógł by utrzymać tempa nadawanego przez sportową Prelude i potężne S6. Zarówno Adam jak i Andrzej lubili sobie „depnąć” na gaz, a mająca obecnie prawa autostrady trzypasmowa droga S1 sprzyjała takim fantazjom.
Adam wiedział doskonale, że jego wóz nie ma szans w starciu z 340-to konnym S6. Andrzej brał regularnie udział w pojedynkach na S1, i jego gablota powoli stawała się rozpoznawalna na autostradzie. On zaś musiał się zadowolić pomniejszymi starciami z cienkimi, słabowitymi sedanami i hatchbackami. Mająca potencjał na przełęczach, przeszło 200-konna Prelude, tutaj po prostu okazywała się za słaba.
Musiał coś z tym zrobić.
Jego rozmyślania przerwał błysk szybko zbliżających się reflektorów.
Coś leciało środkowym pasem, zajmowanym przez Audi i Hondę.
Światła szybko przybliżały się. Był już w stanie rozpoznać ich kształt. Dwa kwadraty na masce plus dwa koła w zderzaku.
To na masce pewnie wysuwane, pomyślał. Co to za wóz?
Biały pocisk dopadł tyłu Prelude, by w ostatnim momencie zmienić pas na pierwszy z lewej, wyprzedzić Adama i zrównać się z Audi Andrzeja.
Pas świetlny z tyłu auta pokrywały litery: „Firebird”.
Pontiac Firebird.
Zgodnie z napisem na klapie bagażnika, 5,7i V8 Trans Am.
Cóż za potężny sukinsyn…

 

Andrzej zerknął w lewo, na sunący obok jego Audi wóz. Niski, o długiej masce i pokrytym sporą ilością szkła dachu „Amerykanin” najwyraźniej rzucał mu wyzwanie.
Andrzej był w humorze do pojedynku.
Przyciskami na kierownicy pogłośnił audio, a głośniki firmy Bose zaczęły łomotać dźwiękami polskiego disco.
Zawsze słuchał disco w czasie jazdy.
Mówiąc szczerze, słuchał disco przy każdej okazji.
Zobaczymy, pomyślał jeszcze, wrzucając wyższy bieg, co potrafisz, ziomuś.
Audi ryknęło ośmioma cylindrami i wystrzeliło do przodu. Pontiac tylko na to czekał. Jego kierowca depnął pedał gazu do oporu, a niedopalona mieszanka paliwowa strzeliła z wydechu.
Prelude Adama została w obłokach dymu, który pozostał po dwóch widlastych ósemkach.
Pojedynek rozpoczął się.

Świst powietrza dookoła Audi zaczynał powoli rosnąć, wprost proporcjonalnie do pnącej się w górę wskazówki prędkościomierza.
130km/h.
Byli na wysokości Skoczowa, po prawej śmignął mu zjazd z autostrady. Ruch był niewielki, pojedyncze osobówki na widok mknącego z przodu Pontiaca umykały w popłochu na najwolniejszy, prawy pas.
Andrzej uwielbiał to poczucie panowania na autostradzie. Potężny beat z głośników wbijał mu się w uszy, a skórzane fotele obejmowały całą jego, niezwykle rosłą, sylwetkę. Tak można się bawić, pomyślał. Ten amerykaniec był z przodu, ale dystans zaczynał maleć. Większa moc Audi robiła swoje.

Kierowca Pontiaca spojrzał w lusterko. Zgodnie z przewidywaniami, Audi podjęło rękawicę. Szukał tego S6 już od dłuższego czasu, aż wreszcie udało mu się je znaleźć.
Niewielu kierowcom udało się pokonać jego Firebirda.
Powoli stawał się już młodszym mistrzem S1.
Wygrana ze znanym w cieszyńskiej części autostrady S1 Audi S6 była jednym z kilku warunków, jakie postawił K>260, jeśli chciał awansować w jego hierarchii.
Ostatnim warunkiem, którego jeszcze nie spełnił.
Był autostradowym ścigantem od przeszło 3 lat.
Uczniem trzeciej klasy legendarnego V Liceum.
Nazywał się Konrad.
Nie przegrał żadnego pojedynku za kierownicą swojego Firebirda.
Żadnego.

Andrzej skręcił delikatnie kierownicą, a Audi posłusznie weszło w zakręt. Napęd na cztery koła quattro umożliwiał mu przejeżdżanie zakrętów „pełnym ogniem”.
Jakieś 20 metrów przed jego maską Firebird nieznacznie uciekł tyłem, wykonując krótki drift.
Odległość wciąż się zmniejszała.
Sprawdzona w „NFS’ach” technika siedzenia w tunelu aerodynamicznym przeciwnika działała także w prawdziwym życiu, pomyślał.
Prędkościomierz wskazywał już 180km/h. Przerywane linie na jezdni powoli zaczynały zlewać się w jeden ciągły pasek.

W środkowym lusterku Firebirda błysnęły reflektory Audi. Mimo że trzymał gaz wbity do oporu, S6 i tak zmniejszało dystans.
To nic, pomyślał. Dogonić to jedno, siedzi w moim tunelu aerodynamicznym.
Wyprzedzić, mój oponencie, jest o niebo trudniej.
Na autostradzie powoli zaczynało przybywać sunących z wolna ciężarówek.
S1 była autostradą wiodącą do granicy z Czechami. Dziś sobota. Ruch tranzytowy jest wzmożony.
Na razie, te wielkie lochy okupują tylko prawy pas, nabierają prędkości po wjeździe w Skoczowie.
Ale za kilometr-dwa, zaczną także zajmować środkowy pas.
I najszybszy, zewnętrzny.
A wtedy zrobi się naprawdę ciekawie.

Andrzej wrzucił kierunkowskaz i przeskoczył na skrajny, najszybszy pas, podążając za Firebirdem. Wielki tir z naczepą okupował środkowy pas, przemknęli obok niego z dwusetką na budziku. Pomimo tak wysokiej prędkości, niemiecka sportowa limuzyna nadal prowadziła się nienagannie. Od przeciwnika dzieliło go już tylko niecałe 10 metrów, mógł nawet przeczytać jego rejestrację. „SB”. Z Bielska ziomek, pomyślał Andrzej.
Musiał przyznać, że stanowił prawdziwe wyzwanie. Większość pojedynków kończył po trzech minutach, poprzez nokaut, oddalenie się na ponad 200 metrów.
Tutaj walka będzie chyba toczyć się do końca.
Aż do zjazdu na drogę 938.
Do samego Cieszyna…

Wjechali na tą część autostrady, na której nawierzchnia wznosiła się, by następnie gwałtownie opadać, na wysokości miejscowości Łączka. W tym miejscu takie pagórki były co najmniej trzy, i stanowiły niemałe zagrożenie dla amatorów prędkości na „szybkiej jedynce”, jak zwali ścigańci autostradę S1.
Na szczycie pagórka koła gwałtownie traciły przyczepność, gdyż ogromna siła pchała wóz ku górze, nierzadko powodując nawet krótki lot w powietrzu.
Jakikolwiek nieostrożny manewr mógł doprowadzić do katastrofy.

Firebird wystrzelił ze szczytu pagórka, a jego reflektory oświetliły „spad” w dół. Dwie ciężarówki w najniższym punkcie, w żlebie, 150 metrów. Jedna na skrajnym prawym. Druga na skrajnym lewym.
Na ich pasie.
Zacisnął pięści na kierownicy, ale jego dłonie nie drgnęły ani o centymetr. Każda różnica w skręcie kierownicą w stosunku do punktu wybicia spowoduje utratę kontroli. Nie mógł do tego dopuścić.
Ostatnie chwile lotu poświęcił na spojrzenie w lusterko wsteczne. Audi było tuż za nim, jego światła błyskały mu do kabiny.
Skończymy to, pomyślał. Nie dasz rady wymanewrować. Stchórzysz!
Firebird przysiadł miękko na zawieszeniu. 100 metrów do ciężarówek.
Musieli zmieścić się na środkowym pasie, między nimi.
Wąski Firebird, przy jego umiejętnościach, jest w stanie to zrobić.
Ale zwalista S6 nie. Na pewno nie.
Odczekał do momentu, gdy wóz odzyskał stabilność po lądowaniu. Musiał zwlekać do ostatniej chwili. Zrobi to za szybko, a wóz przedachuje, miękki „zawias” nie działał w tym przypadku na jego korzyść.
75 metrów.
Skręcił kierownicą, i momentalnie poczuł, że tył auta żyje własnym życiem.
Potężna moc kopiąca tylne koła spowodowała poślizg i tuman dymu.
Dodusił gazu i skontrował, odzyskując kontrolę. Przód wstrzelił się między dwie ciężarówki, których kierowcy chyba nawet nie zorientowali się w dramatyzmie sytuacji za nimi.
Po chwili, Firebird był już przed nimi.
Nie zrobi tego, pomyślał Konrad. Rozwali się. Albo wyhamuje.
Nie mógł jednak wiedzieć, że ma do czynienia z człowiekiem o tyleż dziecinnym, co nienormalnie wręcz odważnym.

- Oj oj. – stwierdził Andrzej, gdy przód jego S6 przyglebił lekko o podłoże. Dwa tiry przed jego maską, w tym jeden na jego pasie.
Nie ma problemiku, pomyślał. Odbił kierownicą w prawo, a Audi posłusznie zaczęło zmieniać pas.
Poczuł ściągającą go ku lewej siłę, podsterowność i przeciążenia spychały go ku tirowi.
Wdusił gaz, a problemy ustąpiły jak ręką odjął.
Skontrował nieco, i wcelował maską Audi w pas pomiędzy tirami.
Ognia!

Konrad był prawie pewien, że to koniec wyścigu.
Pewność ta utrzymywała się w jego świadomości przez niecałą sekundę, którą zajęło Audi przemknięcie między ciężarówkami.
- Oż w ryj. – zaniemówił.
Oba lusterka Audi znalazły się bowiem 10 centymetrów od boku każdej z naczep.
Kim, do stu diabłów, mógł być kierowca tego Audi S6?!

Wskazówka w Audi ponownie zaczęła piąć się w górę, by po kilku sekundach sięgnąć wartości 210. Dystans do Firebirda zmalał do pięciu metrów.
Byli na wysokości Ogrodzonej, krajobraz za oknem śmigał jak w kalejdoskopie.
Osobówki umykały na zewnętrzne pasy, spłoszone przez dwa ryczące V8 bestie.
Walili skrajnym, najszybszym pasem.
Prędkościomierz sięgnął 220km/h.

- Nie umiem go stracić – pomyślał Konrad. Desperacko potrzebował jakiejś sytuacji na drodze, blokującej pas ciężarówki, osobówki, czegokolwiek, co zmusi ich do zmiany pasa. W bezpośrednim pojedynku na prostej nie mógł wygrać, Audi miało przeszło 20 koni więcej.
Los wysłuchał jego próśb tuż przed wiaduktem w Ogrodzonej.

Andrzej obserwował, jak Pontiac nagle zmienia pas. Przyczyny tego manewru nie poznał aż do chwili, gdy przed jego maską nie wyrósł Fiat Cinquecento. Gwałtownie odbił, a napęd quattro dał z siebie wszystko, by utrzymać wóz na drodze.
Minął tył Fiata o ćwierć metra, lekko ślizgając się tyłem. Skontrował i dodał gazu, odzyskując panowanie i wracając do walki, ale strata do Firebirda ponownie wzrosła do ponad 15 metrów.
- Sukinkot – pomyślał Andrzej – Czekał do ostatniego momentu, zasłaniając przeszkodę. Całe szczęście, że fortuna mi dzisiaj sprzyja.
Nawet nie wiedział, jak bardzo…

Konrad był z siebie zadowolony. Zaryzykował, mijając to Cinquecento o metr, ale opłaciło się. Liczył wprawdzie, że S6 rozbije się lub wypadnie z trasy, ale i tak odstawienie go na 15 metrów było dostatecznym sukcesem. Od mety, zjazdu na Katowicką na przedpolach Cieszyna, dzieliło ich niecałe 5 kilometrów. Ruch gęstniał. S6 nie da rady już wyprzedzić, nie z taką stratą. Musiał tylko dociągnąć do stacji BP, zajazdu dla ciężarówek.
Przemknął pod wiaduktem, trzymając się cały czas środkowego pasa. Jak tylko sięgał okiem, był on wolny. Droga była tu non-stop prosta, aż do widniejącego jakieś 800 metrów przed nimi zajazdu i parkingu dla ciężarówek. Gaz wbity do oporu.
Sprzęgło, szóstka, gaz.
230km/h.

Andrzej ponownie zaczął zmniejszać dystans, w ciągu 500 metrów nadrabiając 5 metrów. Z prawej strony pojawił się pas wyłączania, służący do zjazdu na parking dla ciężarówek. Środkowy pas, jak widział, był całkowicie wolny, nie licząc Firebirda.
Na zewnętrznym, jakieś 200 metrów przed nimi, znajdował się samotny tir.
Dalej, 500 metrów do przodu, tiry wyjeżdżały z parkingu, a ruch robił się niezwykle gęsty.
Jeśli nie wyprzedzi go teraz, potem może już nie mieć okazji.
Gaz do oporu.
Silnik zawył dziko, zmuszając się do jeszcze większego wysiłku.

Sto metrów do zjazdu. Dotrzeć do wyjazdu z parkingu, potem S6 już nie wyprzedzi. Wpatrywał się w punkt, w którym ciężarówki wjeżdżały na autostradę, obliczając już, w jaki sposób wstrzelić się między te ciężarówki.
Popełnił błąd.
Nie ogarnął całokształtu sytuacji.
Zbytnio skoncentrował się na tym, co daleko. Pominął szczegóły bliskie.
Bardzo bliskie. I cholernie ważne…

Nie był stąd. Mówiąc szczerze, nie był nawet Polakiem. Wiózł części z Litwy, był na trasie już 10 godzinę.
Nie mógł przekroczyć limitu…
… a kolega z CB-Radia właśnie powiedział, że następny parking jest zbyt daleko, żeby dojechał tam bez przekroczenia tachografu.
Problem tkwił w tym, że zjazd kończył się za niecałe 100 metrów.
Zerknął w lusterko.
Nic.
Wrzucił kierunkowskaz i zaczął kręcić kółkiem, zmuszając dziesięciokołowego kolosa do przejazdu przez trzy pasy.
Był zbyt zmęczony żeby widzieć dwa pociski, mknące wprost na niego.

-Oj oj – stwierdził ponownie Andrzej. Niecałe 60 metrów przed nimi tir z lewego pasa zaczął nagle przejeżdżać praktycznie w poprzek drogi.
Odbił kierownicą w lewo, a Audi przeskoczyło na do niedawna okupywany przez litewskiego tira pas.
Pontiac nie miał tyle szczęścia.

Bywał już w sytuacjach skrajnie niebezpiecznych, także tutaj, na autostradzie. Ten manewr tira zaskoczył go jednak całkowicie.
I przeraził.
Cała droga przed nim zasłonięta była przez naczepę żółtej Scanii.
Wdusił hamulec, jednocześnie odbijając w lewo.
Upiorny pisk opon rozdarł względną ciszę nocy na autostradzie.

Andrzej obserwował w lusterku rozpaczliwe próby uniknięcia wypadku, wykonywane przez Pontiaca. Minął go w momencie, gdy ten zaczynał rozpaczliwe hamowanie.
Jego Audi zmieściło się pomiędzy zewnętrzną barierką a tyłem naczepy na centymetry.
Pontiac wpadł w poślizg, obrócił się o 270 stopni, uderzył tyłem o barierkę, co podbiło go nieco do góry, przekoziołkował, trzasnął przodem o tylny błotnik tira, co ponownie nadało mu rotacji, i rzuciło w kierunku trawnika dzielącego parking od autostrady.
Problem tkwił w tym, że pośrodku trawnika widniał niski, betonowy murek.
Pontiac z impetem przywalił w murek, co ponownie nadało mu rotację, ale jednocześnie znacząco go wyhamowało, dzięki czemu wreszcie zatrzymał się na trawniku.
Andrzej przeprowadził krótki rachunek. Powinien zatrzymać się, by pomóc kierowcy Firebirda.
Z drugiej strony, to oznaczało co najmniej odebranie prawka przez policję.
Spojrzał jeszcze raz, z hamulcem w podłodze.
Do Pontiaca biegli już świadkowie, widział też rozbłyskującego nagle koguta nadjeżdżającej z przeciwka karetki pogotowia.
Puścił pedał hamulca, zredukował i ponownie zaczął rozpędzać Audi.
I tak jego pomoc nie zda się na wiele.
Nie czuł się winny. Ten gość sam próbował go załatwić, co najmniej raz, kilkaset metrów wcześniej, w sytuacji z Cinquecento.
Po prostu miał pecha.
A zwycięstwo było jego.

Adam zobaczył wreszcie Audi Andrzeja, na parkingu pod osiedlem Piastowskim w Cieszynie. Wrzucił kierunkowskaz, zjechał z Katowickiej i zaparkował tuż obok niego. Odpiął pas i wyskoczył z samochodu.
- Andrzej! Ja cię nie pier… dzielę! Coś ty kurzawa twoja mamusia narobił? Tego gościa z Firebirda chyba rozsmarowało po całym parkingu! Coś ty najlepszego…
- Ostygnij, ziomuś – odpowiedział Andrzej, choć i jemu samemu drżał głos – Co widziałeś?
- Wyciągali go z auta, na noszach. Z tego Pontiaca nic nie zostało, części leżą po całej jezdni. Ile mieliście na budziku? Jak to się stało?!
- Jakiś ci*l z tira zaczął nam przed maskami kręcić przez wszystkie pasy. Ja byłem z tyłu, na styk ale uniknąłem. On nie miał tyle szczęścia. A mieliśmy… ponad 220.
- O kur…de! 220?! No to nic z tego. Możemy czekać na klepsydrę i pogrzeb. Znałeś tego gościa? Kto to był?!
- Nie mam – odpowiedział Andrzej – pojęcia. Nie znam go. Nie znałem.
- Fuck. Boże… ale to musiał być piękny wyścig, poszliście ogniem, aż się kurzyło…
- Ta. Jeśli ktokolwiek dał radę spisać numery, to mogę się pożegnać z autem. I wiać z domu. – odezwał się ponuro Andrzej.
- A, nie pier…dziel! Przy tej prędkości?! Nie ma opcji! Za to ja jestem już pewien – Adam zrobił pauzę, żeby nadać swej wypowiedzi odpowiedni wydźwięk – Uturbiam Prelude i biorę się za wyścigi autostradowe. To jest wyjedwabiste.
- Ta – odpowiedział Andrzej – Dopóki kogoś nie zabijesz.
Lub siebie, pomyślał.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

- Tracimy go!
- Zostań z nami, chłopie!
- Mariusz! Kurna, szybciej! Tracimy chłopaka!
- Staram się kurna twoja mać! Chcesz przedachować?! Ten Sprinter jest cholernie niestabilny, zwłaszcza jak biegacie po całej kabinie!
- Próbujemy go kurna utrzymać! Józek! Kurna! Tamuj!
Krew z otwartego złamania buchała na wszystkie strony.
- O żesz ty! Ja znam tego chłopaka!
- Co?!
- Mam! Trzymaj! Wiążę…
Krwawienie ustało, ale bandaż momentalnie nasiąkł krwią.
- Drugi! Wiąż drugi!
- Związany! Ile jeszcze do tego szpitala?! Jak nie trafi na stół w ciągu kwadransa, to równie dobrze możemy go wieźć na cmentarz! Krwawienie wewnętrzne!
- Już prawie jesteśmy, sala i chirurg są gotowi! Utrzymajcie go, kurna!
- Znam tego chłopaka – powtórzył jeden z sanitariuszy.
- Ta? – odparł drugi, wbijając igłę.
- Ta. To syn najbogatszego gościa w Bielsku. Jedyny syn. Jeśli go stracimy…
- O kur…na!
- Jesteśmy!

- Operacja – powiedział chirurg – powiodła się. Państwa syn będzie żył. Rekonwalescencja zajmie wprawdzie około miesiąca, ale powinien wrócić do pełni zdrowia. Przynajmniej fizycznie.
- Fizycznie?! To jak może… nie wrócić? – odparł postawny człowiek w garniturze. Zapłakana kobieta u jego boku nagle się uspokoiła, i wbiła oczy w twarz lekarza.
- Cóż… może mieć uraz do samochodów, jest naprawdę poważnie poturbowany. No i na twarzy pozostanie mu blizna po szyciu… ale niewielka.
- Facet bez blizny – odparł ojciec – to ku*as, nie facet. I uraz do samochodów? On? Nigdy w życiu.
- Zawsze ci mówiłam, żebyś zabrał mu to auto! No i widzisz! Widzisz?! Prawie się zabił! Dzieki Bogu…
- Uspokój się, kochanie. Ważne że żyje. A autostrada jest jego żywiołem. Pamiętasz moją z nim umowę? Dopóki godzi szkołę z tym hobby, niech jeździ. Nie mam zamiaru mu tego zabraniać. Ma do tego prawo.
- Nie mówiłbyś tak – odparła zimno żona – gdybyś sam taki nie był. W jego wieku.
- Nie – odparł mąż – Nie mówiłbym…