8. „Turbi Or Not Turbi?”

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Światła hamowania w żółtym Mercedesie SLK 230 zapaliły się na krótki moment, po czym wóz wszedł w zakręt, zamiatając tyłem. Mknące za nim Mitsubishi Eclipse zwolniło nieznacznie, po czym natarło na Patelnię pełnym ogniem, od środka jezdni.
Jego kierowca pamiętał doskonale, co wydarzyło się na tym zakręcie ledwie wczoraj jego dobremu kumplowi.
Sprawa była niezwykle głośna w wyścigowym półświatku. Czarny Civic przebijający barierkę i spadający w przepaść, w trakcie pościgu za Justy z LBK.
Jacek miał niesamowite szczęście, pomyślał Michał. Civic przeleciał w dół zahaczając drzewa nieznacznie, dzięki czemu wytracił sporo impetu zanim w końcu przywalił w wielkiego świerka. Zapięte pasy i poduszka powietrzna, a także zdrowe blachy spełniły swoje zadanie. Jacek trafił do szpitala ze złamaną ręką, wstrząśnieniem mózgu i ogólnymi potłuczeniami, ale biorąc pod uwagę prędkość i miejsce wypadku, było to nic. Czas rehabilitacji szacowany był na miesiąc, ale już po dzisiejszych odwiedzinach w szpitalu Michał wiedział, że niebawem ponownie ujrzy kumpla na trasie. Jacek uznał wypadek za jego osobisty błąd, kardynalny i kretyński, i jak sam wyznał, nie mógł już się doczekać powrotu. Dzień po wypadku.
Michał z jednej strony rozumiał kumpla, gdyż wyścigi były znakomitym sposobem na oderwanie się od codzienności, wyrobienie sobie reputacji, a nawet zarobienie całkiem niezłych pieniędzy… z drugiej jednak, ryzyko było wysokie. Naprawdę wysokie.
Stawianie na szali własnego życia było akceptowalne do momentu, gdy nie miało się nikogo. Sytuacja zmieniała się dramatycznie wraz ze świadomością, że ktoś czekał na nasz powrót, na sygnał, że „wszystko OK.”. Gdy miało się dziewczynę.
Monika, dziewczyna Jacka, odchodziła niemal od zmysłów, gdy pogotowie zabierało go do bielskiego szpitala, i ostatnie kilkanaście godzin spędziła u jego łóżka, wręcz zaskakując rodziców Jacka swoim oddaniem. Michał zdawał sobie sprawę, że sam jest w podobnej sytuacji. Amelia po każdym wyścigu wręcz nie chciała go puścić, wtulona w jego ramię. Ostatnimi czasy jednak, zaczęła wręcz nalegać, żeby zarzucił to hobby. Dzisiejsze błagania, przed pojedynkiem z SLK, gdy świeżo w pamięci miała wypadek Jacka, były wręcz na granicy płaczu…
Mercedes wyszedł z Patelni, nadrzucając nieco tyłem. Ten młodziak był niezły. Naprawdę niezły.
Ale taki drift nie miał szans w starciu z jego gripem, zwłaszcza, że udało mu się wyjść z zakrętu naprawdę szybko. Mitsubishi zbliżyło się do zderzaka SLK na kilkanaście centymetrów.
To było niebezpieczne. Bardzo niebezpieczne.
Potrzebował takich manewrów. Tylko w ten sposób mógł odzyskać reputację.

Chłopak za kierownicą Mercedesa, syn nowobogackich rodziców, był wręcz zlany potem. Liczył na prosty pojedynek, jego przeciwnik miał spore doświadczenie, ale po ostatniej druzgocącej porażce powinien być łatwym celem…
Oślepiające światła Eclipse w lusterku wstecznym, ryk jego silnika tuż za plecami, świadomość, że w każdej chwili może go uderzyć, rzucić w przepaść…
Był spanikowany.
Był zdekoncentrowany nadmiarem myśli.
Praktycznie, już w tym momencie, był przegrany.
Hamowanie rozpoczął odrobinę za późno, jego ruch kierownicą był odrobinę zbyt delikatny, wduszenie gazu zbyt mało pewne.
To wystarczyło.

Zgodnie z przewidzeniem Michała, kierowca SLK popełnił błąd. Driftującego Mercedesa zniosło ku zewnętrznej, co odsłoniło wewnętrzną.
Miejsca było jednak niewiele.
Ale jak dla niego, wystarczająco dużo.
Mitsubishi odbiło w prawo, atakując zakręt od środka, maksymalnie zacieśniając ku wewnętrznej.
Opony piszczały, ale dobrze wykonały swoje zadanie. Michał umiał gospodarować przyczepnością.
Eclipse minęło o centymetry wewnętrzną barierkę i ślizgającego się po zewnętrznej Mercedesa, i wystrzeliło do przodu.
Pojedynek można było uznać za zakończony.

- Yeeeeaaahh! Tu Dół, Dół do Góry i wszystkich słuchaczy! Finisz! Wygrana Eclipse, w pięknym stylu! Naprawdę, gość ma jednak talent! Na pierwszym zakręcie za Patelnią wyprzedził driftujące SLK po wewnętrznej, sprawozdawcy mówili, że szedł na centymetry. Tu, na ostatnim zakręcie, nie dał nawet szans Mercowi na atak, tak znakomitego gripu dawno nie widziałem na Serpentynach! Może i dał dupy z Justy, ale… moim zdaniem, jego ostatnie pojedynki są genialne. Powtarzam jeszcze raz, kierowca Mitsubishi Eclipse GSX, Michał, zwycięzcą!!

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

- Odpalaj! – rozległo się w warsztacie.
Młodzieniec przekręcił kluczyk, zmuszając stary zapłon do powrotu do służby. Rozrusznik zakręcił, ale oczekiwany efekt nie nastąpił. Dookoła nadal panowała cisza.
- Jeszcze raz!
Ponownie przekręcił, jednocześnie wciskając pedał gazu.
Rozrusznik zakręcił.
Krótką chwilę panowała cisza.
Potem zaś, rozpętało się piekło.
Potężny, wręcz ogłuszający ryk amerykańskiego V8 zatrząsł całym warsztatem.
- Nieźle! Rzekłbym, zajedwabiście! – próbował przekrzyczeć silnik facet w średnim wieku, w uwalanym smarem roboczym ubraniu – Ale zrób pełną przegazówkę, chcę to usłyszeć!
Młodzieńcowi nie trzeba tego było dwa razy powtarzać. Wdusił gaz do oporu.
Szyba w oknie pękła.
Odrodzony do życia po prawie 23 latach, siedmiolitrowy silnik 427ci L-72 ogłaszał światu dookoła, że ekologię, spalanie i normy hałasu ma w głębokim poważaniu. A raczej, jak przystało jego amerykański rodowód, „In dark, deep ass, madafaka!”.
- To się nazywa pier**lnięciee! – zawył ze szczęścia młodzieniec.
- OK, młody! – ryknął starszy – Wyłącz go! Nie chcę mieć sąsiadów i policji na karku! Jest prawie 22!
„Młody” ponownie przekręcił kluczyk, a jednostka zamilkła, w pożegnalnym bulgotaniu.
Zapadła cisza, tak głęboka, że aż nieprzystająca do niedawnego ryku.
- Ten wóz – stwierdził „Starszy” zapalając papierosa – Będzie wymiatał. Totalnie. Biorąc pod uwagę spadające na łeb ceny benzyny, będziesz miał „Roz**erdalacza” jak się patrzy.
- OK, kuzynie. Odwaliliśmy kawał dobrej roboty, silnik, skrzynia, zawias i układ kierowniczy są praktycznie gotowe. Ale to nadal wygląda jak zardzewiały złom. Zaje**sty. Ale jednak złom.
- Renowacja – zamyślił się „Starszy”, nazwany „Kuzynem” – zejdzie nam do wiosny. Ale chyba jest tego warta.
- Zdecydowanie. Te cioty padną, gdy to zobaczą. I usłyszą.
- Nie wątpię. Wsadzimy wentylowane tarcze, wzmocnioną, sześciobiegową skrzynię i zrobimy parę dostrojeń… i to będzie lepsze niż Yenko. Ponad 440 koni jak nic.
- I tak – odparł „Młodszy” – liczy się pier**lnięcie!

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Błażej raz jeszcze wprowadził partnerkę w powolny obrót, napawając się widokiem burzy jej włosów, wirujących we wszystkich kierunkach. Jego dłoń powędrowała w dół jej pleców, po błękitnej bluzeczce. Karolina uśmiechnęła się filuternie.
- Nie zmieniasz się, Błaż. Nadal tańczysz jak szatan. I nadal jesteś nieprzyzwoicie wręcz śmiały.
- Wiem – odparł. – Tak samo jak i ty, Caroline.
Lubiła, gdy zwracano się do niej z angielska.
- I jak mam spać… kiedy wiem, że nie zaśniesz… - sączyło się z głośników.
„Bezsenni”. IRA. Genialna piosenka, świetna przytulanka, myślał Błażej. Ale dobiegała końca, trzeba było przejść do działania.
- nie zaśniesz. – zakończył wokalista, a linia melodyczna zaczęła gasnąć. Karolina zawisła na rękach Błażeja, a ich oczy spotkały się ponownie.
- Musimy pogadać – stwierdziła z uśmiechem.
Muzyka płynnie przeszła w „You’re beautiful” Jamesa Blunta, a Błażej wprawnym ruchem zakręcił Karoliną, w efekcie czego wpadła mu prosto w ramiona. Poczuł ciepło jej ciała, a ich usta prawie się spotkały. Wpatrywał się teraz w jej oczy, rozkosznie szare, czuł słodkie perfumy. Co zrobisz, pomyślał. Wiem, że wiesz, że na ciebie lecę. A ja wiem, że pożąda mnie pół szkoły. Daj znak. Reszta pójdzie jak z płatka!
- No to pogadajmy. – stwierdził z szelmowskim uśmiechem, wprowadzając ją w kolejny obrót. Karolina zakręciła się, by następnie w dwóch niesamowitych piruetach znaleźć się tuż koło niego. Wsparła się na jego barkach. Wiedział już, co chciała zrobić.
Była w tym cholernie dobra.
Podtrzymał ją na wysokości talii, czując jej delikatną skórę, a następnie delikatnie wszedł w obrót. Karolina prześmignęła w pełnym obrocie o 360’, sunąc nisko nad ziemią. Lekko zamortyzował jej lądowanie, objął i przyciągnął blisko, płynnie, żeby wyglądało to jak kontynuacja tanecznej figury.
I, zaiste, wyglądało.
Ich oczy ponownie się spotkały. Zwolnił tempo, przechodząc w krok odpoczywający, tak dobrze nadający się do rozmowy.
- Masz kogoś? – zapytała wprost.
Zaczęło się, pomyślał Błażej. Teraz to tylko kwestia rozegrania.
- Nie – odparł – A Ty?
Znał odpowiedź, miał już ułożone wyznanie i propozycje.
Mylił się.
- Mam. I chyba go nawet znasz, Błaż…
Skutek jej słów był porównywalny z uderzeniem dwudziestokilowym, gumowym młotkiem.
Ale nie dał tego po sobie poznać.
- O. Miło mi to słyszeć – ledwie przeszło mu przez gardło – A kto to taki?
- Oktawian. Kojarzysz go?
Co kurna? Jaki Oktawian?
- Nie – odparł zgodnie z prawdą. Nieznacznie oddalili się od siebie, tworząc dystans.
- Oj, na pewno znasz – odparła, nie zauważając zmiany w zachowaniu i kroku tanecznym Błażeja – On jest z Bielska, tak jak ty się ściga… jeździ takim małym, śmiesznym autem, Subaru chyba… całe w środku wybebeszone i w rurkach. Teraz już kojarzysz?
- Ta. – odparł Błażej.
Ale nie mógł uwierzyć, że ten pier***ny ćpun miał być z Karoliną!
- On jest zaje**stym kierowcą – stwierdziła Karolina – A jak całuje… też sobie musisz kogoś znaleźć, Błaż. Tak właściwie, to dlaczego dalej jesteś sam?
- Nie wiem – odparł spokojnie, chociaż był bliski emocjonalnej eksplozji – Teraz to już doprawdy, nie wiem.
- But it's time to face the truth… - leciało z głośników. Błażej wprowadził ją w ostatni obrót, ale w myślach był już na parkingu.
- I will never be with you. – zakończył Blunt.
Półobrót i „mostek”, zakończyli taniec.
Żegnaj, Caroline, zakończył swoje marzenia Błażej.
Ukłonił się lekko, ucałował ją w rękę i bez słowa wyszedł z dyskoteki…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Wrzucił czwarty bieg, a wóz z pełną stanowczością wystrzelił do przodu, przebijając swą wielką, choć opływową karoserią powietrze. Autostrada była stosunkowo pusta, nie licząc dziesiątek sunących TIR’ów. Najszybszy, skrajnie lewy pas był całkowicie pusty. Wskaźnik temperatury powietrza na zewnątrz pokazywał 14 stopni, asfalt miał 25. Warunki wręcz idealne do wyścigu.
Naklejka „K>260” dumnie widniała na klapie bagażnika czarnego Volvo S80 4,4i AWD.
W dzień, był prezesem dużej Bielskiej firmy. W nocy, zamieniał się w ściganta.
Skórzana kierownica z logo Volvo świetnie leżała w dłoniach, silnik V8 ryczał czysto i wyraźnie.
Był założycielem „K>260”, swoistego Klubu zrzeszającego maniaków prędkości z całego Województwa Śląskiego. Jego Volvo, po odpowiednich modyfikacjach, osiągało 290km/h, ale z pewnością nie był to najszybszy wóz w Klubie…
Chociaż i tak, diabelnie go lubił.
Jego rozmyślania przerwał błysk świateł we wstecznym lusterku. Machinalnie spojrzał na licznik.
190.
Czyżby pojawiła się zwierzyna?
Docisnął gaz, w krótkim czasie zwiększając prędkość do 210, ale światła nadal się zbliżały. Mógł już rozpoznać ich kształt…
Nie było to M5 E39, które często pojawiało się tutaj, na wysokości Jasienicy.
Nie był to S-Type 4,2, z potężnym V8, i w specyfikacji „Type R”, na którego ostatnio polował.
I z pewnością nie było to S6, w pojedynku z którym o mało nie zginął ten młodzieniec, Konrad.
Światła zbliżającego się wozu były w formie prostokątów, od połowy zaokrąglone ku prawej części.
Nie znał tego pojazdu.
Po chwili auto znalazło się zaledwie kilka metrów za Volvo, ale wyraźnie zwolniło.
Prezes spojrzał w lusterko. Ciekawe, pomyślał. To Honda Prelude, V generacji. Tego typu wóz widział na autostradzie po raz pierwszy.
Światła Hondy zamrugały.
A to oznaczać mogło tylko jedno.
Wdusił gaz do oporu, a silnik V8 z radosnym rykiem wziął się za rozpędzanie auta. 220. 230. 240.
Prelude nadal nie odstępowała.
To nie może być stock, pomyślał Prezes. Stock może mieć maksimum 200 koni. Nie utrzymałby się za nim, nawet pomimo 400 kilogramów różnicy. W wyścigach autostradowych, masa schodziła na dalszy plan.
W oddali, jakieś dwa kilometry z przodu, widział na swoim pasie ciężarówkę. Od tego momentu zacznie się prawdziwa walka.

Adam wrzucił czwarty bieg. Turbo waliło mocą aż miło, wynik 310 koni mechanicznych, który wyszedł na hamowni, był co najmniej zadowalający. Nowa, sześciobiegowa skrzynia pozwalała na osiąganie prędkości dotychczas niedostępnych dla Prelude. I pojedynkowanie się z autami, o których dotychczas nawet nie miał co myśleć.
Volvo przed nim było szybsze, niż się spodziewał. Czarne bydle wyglądało z oddali na wóz jakiegoś przedstawiciela handlowego, ale gdy znalazł się bliżej wiedział już, że się mylił. Auto było obniżone, dwie końcówki wydechu na pewno nie były stock’owe, a dźwięk jego silnika, który docierał do wnętrza wskazywał, że jest to maszyna szybsza, niż się wydaje.
Jego nagłe przyśpieszenie do 240 upewniło go w tym przekonaniu.
Pojedynek zapowiadał się ciekawie. Ciśnienie w turbo zbliżało się powoli do maksymalnej wartości, niebawem będzie miał do dyspozycji pełny potencjał silnika. Jeszcze raz spojrzał na przeciwnika. Na pokrywie bagażnika czarnego S80 widniała naklejka „K>260”.
Ciekawe, pomyślał Adam. Gdzieś już widziałem ten znaczek.
W mknącym przed nim aucie zapalił się prawy kierunkowskaz, po czym Volvo rozpoczęło powolną, acz zdecydowaną zmianę pasa.
- Odpuszczasz? – mruknął pod nosem Adam.
S80 posunęło się jeszcze odrobinę, a on zauważył wreszcie, dlaczego. Odbił raptownie kierownicą w prawo, a wszystkie cztery koła skręciły, przenosząc Prelude na środkowy pas.
- Uff – westchnął Adam. TIR śmignął tuż obok. Pomimo tego, że manewr wykonał bardzo gwałtownie, Honda nie straciła stabilności. System 4WS dawał mu przewagę również na autostradzie.

Ciekawe, pomyślał Prezes. Naprawdę, ciekawe. Liczył, że kierowca Hondy spanikuje i zacznie gwałtowne hamowanie, widząc wyrastającego przed nim w ostatniej chwili TIR’a, ale widać źle go ocenił. Manewr jego przeciwnika był bardzo gwałtowny, ale mimo tego wóz utrzymał się na pasie. Prelude odbiło bardzo szybko i sprawnie, jednocześnie wszystkimi kołami. 4WS, stwierdził Prezes. Tego jeszcze na autostradzie nie było.
Spojrzał przed siebie. Kilometr z przodu, na ich środkowym pasie, widział ciężarówkę. Honda nie zdąży wyprzedzić, zanim jej dopadną.
Bez kierunkowskazu zmienił pas na najszybszy, lewy, zostawiając środek Prelude.
Nie docenił przeciwnika…

Adam patrzył, jak czarne Volvo powoli zmienia pas na lewy. Skręt, chociaż wykonany delikatnie, zmniejszył prędkość S80. To była jego szansa. Ciśnienie w turbinie ponownie sięgnęło maksymalnej wartości 1,3 bara. Wóz wystrzelił do przodu, a wskazówka prędkościomierza niestrudzenie pięła się w górę. 240. 250. 260. Zrównał się z Volvo, i z ciekawości spojrzał do środka.
Prowadził koleś w średnim wieku. W garniturze.
Prawie jak Mat, pomyślał Adam. To musi być cholernie niewygodne!
Zmienił bieg na „piątkę” i wdusił gaz do oporu. Odległość do TIR’a malała w oczach. Wysunął się już o długość maski przed przeciwnika. Czterysta metrów. Silnik ryczał wściekle, a turbina syczała przeciągle, zapewniając jednostce ożywczy tlen.
- Dalej, maleńka! – ryknął Adam – Nie mam zamiaru tego przegrać.
Dwieście metrów.
Sto.

Prezes zamarł na krótką chwilę, z niedowierzaniem patrząc, jak Prelude wskakuje na jego pas, o centymetry mijając się z naczepą TIR’a. Gdyby nie fakt, że prawie zahaczył o maskę jego S80 przysiągłby, że koleś zrobił to dla szpanu. System czterech skrętnych kół był rzeczywiście niezwykle przydatny, jego Volvo nie było by nawet w stanie zmienić pasa na tak krótkim odcinku drogi.
Fakt pozostawał jednak faktem, że prowadzenie należało teraz do Hondy.
Nie mógł na to pozwolić!

Adam spojrzał w lusterko. Volvo podchodziło bardzo blisko, praktycznie dotykając jego tylnego zderzaka. Chce mnie wystraszyć, pomyślał. W ten sposób nic nie widzi. Nie da rady prowadzić zbyt długo w ten sposób, nie ryzykując rozbicia. Wystarczy, że ja w ostatniej chwili zmienię pas…
Popatrzył do przodu. Pięćset metrów przed nimi, zarówno na skrajnym lewym jak i prawym pasie, sunęły powoli TIR’y. Jedynym wolnym pasem był środkowy, dokładnie pomiędzy nimi.
Zobaczymy, pomyślał, czy masz jaja, dziadku. Chcesz się trzymać mojego zderzaka? Proszę bardzo!

Prezes czekał. Na jego czoło wystąpiły gęste kropelki potu. Nie mógł powiedzieć, że taka jazda była bezpieczna, wręcz przeciwnie, trzymanie się zderzaka przeciwnika uniemożliwiało mu obserwację drogi. Zazwyczaj jednak, konkurent odpuszczał i zwalniał pas po kilku-kilkunastu sekundach takiej jazdy.
- Zjeżdżaj – powiedział głośno – No, zjeżdżaj!
I Prelude posłuchała.
Ale nie tak, jak się spodziewał.

Do ciężarówek zostało im raptem 20 metrów. Kierowca Volvo na pewno widział tą na skrajnym prawym, najwolniejszym pasie. Ale nie było szans, żeby wiedział o tej na ich pasie, tuż przed nimi. Nie wrzucił nawet kierunkowskazu, tylko gwałtownie odbił na środkowy pas, licząc, że przeciwnik spanikuje i nie pojedzie za nim.
Nie przewidział jednak jednego, niezwykle ważnego szczegółu.

Kierowca TIR’a obserwował ścigające się pojazdy od momentu, gdy tylko wyskoczyły zza jadącego za nim kolegi z konwoju. Nie miał zamiaru ustępować im pasa, w głębokim poważaniu miał wszelkich popieprzonych ścigantów. Gdy jednak oba auta bez hamowania, na pełnym gazie zbliżyły się do niego na niecałe 20 metrów, spanikował. Wrzucił prawy kierunkowskaz i zaczął gwałtowny manewr, mający na celu zmianę pasa.
Postanowił im zwolnić lewy, najszybszy.
Nie zauważył jednak, że pierwsze auto zniknęło z jego lewego lusterka…
… i znalazło się w prawym.

- O kurzawa twoja mać! – wrzasnął Adam, i z całej siły, panicznie wdusił pedał gazu. Prelude zasyczała wściekle, i wstrzeliła się pomiędzy TIR’y. Ciężarówka po lewej zmieniała pas, ale manewr zasygnalizowała za późno, wtedy, gdy zaczynał już wjeżdżać pomiędzy nie. Adam praktycznie przytulił się do naczepy TIR’a po prawej, modląc się w duchu, żeby zdążył wyjechać, nim z niego i jego Hondy zostanie kanapka.
Spojrzał w lewo, na bok zbliżającego się TIR’a.
Zamarł.
Wszystko trwało ułamki sekund.
Prelude wystrzeliła spomiędzy obu dziesięciokołowców.
Cała.
Adam poczuł, jak w żołądku robi mu się zimno. Słyszał wduszony w ciężarówkach klakson, ich kierowcy dopiero teraz uświadomili sobie grozę sytuacji. Wystarczyła chwila…
… a już by go tu nie było.
Spojrzał w lusterko…
I zamarł ponownie.
Na pasie zieleni, rozgraniczającym obie jezdnie autostrady, coś wzburzało tumany ziemi, trawy i dymu.
Odbił na najszybszy pas i zaczął gwałtowne hamowanie…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Prezes wiedział już, że jest w beznadziejnej sytuacji, gdy tylko Honda zmieniła pas. Do ciężarówki miał ledwie 20 metrów. Gdyby nie machinalnie wykonane odbicie w lewo, byłby już trupem, wbitym w naczepę. Gwałtowne odbicie na, Bogu dzięki, pas zieleni pozbawiony barierek, nie oznaczało jednak, że jest bezpieczny. Wóz wpadł w poślizg, i zaczął kręcić obroty na trawniku. Wszystkie systemy bezpieczeństwa, z których słynęło Volvo, świetny napęd AWD, wszystko to było teraz na nic.
Przy prędkości przekraczającej 270km/h, a tyle mieli na licznikach w momencie zdarzenia, pomóc mógł jedynie łut szczęścia.
Prezes miał szczęście. Znowu.
Po zaoraniu dwustu metrów trawnika, i uniknięciu cudem zderzenia z czterema latarniami, Volvo zatrzymało się finalnie pośród zieleni. Prezes odetchnął głośno, po czym włączył światła awaryjne i przymknął oczy.
Kochał te emocje.
Przerwało mu pukanie w szybę.
Otworzył drzwi, i wytoczył się na miękkich nogach z auta. Zaraz potem oparł się o Volvo, i spojrzał na człowieka. Chłopak był młody, na oko 18-19 lat. Średniego wzrostu, o ciemnej karnacji i wybitnie czarnych włosach. Ogólnie, sprawiał sympatyczne wrażenie.
- Ja pier*ole, żyje pan? Przyrył pan tak, że myślałem, że to koniec… najmocniej przepraszam, nie myślałem, że to się skończy aż tak źle! – stwierdził trzęsącym się głosem Adam.
- Spokojnie, chłopie! – odparł Prezes – To był jeden z najbardziej za**bistych pojedynków, w jakich brałem udział w ciągu ostatnich miesięcy! Nic mi nie jest, ale byłem przekonany, że te TIR’y cię zmiażdżą… niesamowity manewr, masz jaja… jak ci na imię, jeśli można spytać?
Adam zastanowił się chwilę. Jeśli gościu tylko udawał, i miał zamiar pozwać go do sądu…
A, tam. Raz się żyje.
- Adam.
- Tak więc, Adamie – zaczął Prezes – Wpadnij za tydzień, w sobotę, na stację i parking dla ciężarówek w okolicy Ogrodzonej. Mamy tam spotkanie dla ludzi naszego pokroju…
- Co pan przez to rozumie? – zainteresował się Adam. Ich pokroju?
- W kulminacyjnym momencie miałem na liczniku 270km/h – odparł Prezes – A ty mknąłeś jeszcze szybciej. To pozwala ci dołączyć do naszego Klubu >260… jeśli oczywiście chcesz. – zakończył.
Klub 260! Słynna elitarna grupa, zrzeszająca najszybszych kierowców autostrady! To ich znak, ten „K>260” na tylnej klapie…
Nagle Adam uświadomił sobie, gdzie widział tą naklejkę.
Pontiac Firebird, z którym ścigał się Andrzej.
Firebird, który się rozbił.
- Z przyjemnością, dziękuję za zaproszenie – odparł Adam – A czy można wpaść… z kolegą?
Prezes zmarszczył brew. Pytanie było co najmniej zuchwałe.
- A czym jeździ twój… kolega?
- Audi S6. Ściga się tutaj dosyć często…
O cholera, pomyślał Prezes. Kierowca „tego” S6?
Nie okazał jednak po sobie choćby odrobiny zaskoczenia, tylko odparł:
- W takim razie, zapraszam. Jego osiągi powinny być… wystarczające.