10. „Dawid i Goliat”

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


- Turbina jest zniszczona. Obawiam się, że nie damy rady jej wyremontować. Trzeba zamówić nową. – osąd mechanika stojącego nad otwartą maską srebrnego Nissana 200SX S13 był nieubłagany.
Robert zachmurzył się. Chwilę po kolejnym wyścigu, gdy już zebrał gratulacje od fanów, i przekręcił kluczyk, żeby wrócić na górę, spod maski rozległ się metaliczny strzał. Już podczas podjazdu czuł, że coś jest nie tak. Autu ewidentnie brakowało mocy. Nie startował już więcej tego dnia. Zaraz po lekcjach ruszył w kierunku Bielska. Miał tam znajomego mechanika, który zawsze serwisował mu wóz, a prywatnie był pasjonatem 200SX. Na autostradzie, prowadzącej z Cieszyna do Bielska sam był w stanie stwierdzić, że problem leży w turbodoładowaniu. Wskazówka sprężenia leżała. Mechanik zaś potwierdził jego przewidywania.
- No i co teraz? Ile kosztuje nowa? – zapytał.
- Trzy stówy, o ile poszła sama turbina. Ale tak się zastanawiam…
- Hm?
- Oryginalny Garret T25, który tutaj widzę, daje 169 koni. Nie brakuje ci czasem mocy?
Robertowi roziskrzyły się oczy. Wspomniał sobie ostatni wyścig. Pojedynek z Mazdą 323, o której mówiło się, że ma 185 konny silnik, był naprawdę ciężki. Napęd na cztery koła i naprawdę zdolny kierowca dali mu niezły wycisk. Wygrał, ale musiał przyznać, że gdyby nie jego poprawiony styl driftu, po wewnętrznym torze, poniósłby sromotną klęskę. Ten gość z BMW 3, z którym ścigał się jakiś miesiąc temu, miał rację – drift po wewnętrznej był znacznie szybszy. I lepszy. Choć trudniejszy, to jednak nie dało się go wtedy wyprzedzić. Mazda do końca wyścigu siedziała mu na ogonie, i była wyraźnie szybsza. Więcej mocy? Tego było mu trzeba.
- Brakuje. A masz rozwiązanie na ten problem?
- Tak. Turbo z większego Nissana 300ZX. Koszt byłby niewiele wyższy, a osiągnąłbyś około 200 koni. Turbodziura była by tylko trochę większa, wóz przyśpieszałby zaś jakieś pół sekundy szybciej. O ile trzymałbyś na starcie właściwe obroty i ciśnienie. Wzrost prędkości maksymalnej też byłby znaczny. Co ty na to?
- A ja na to – powiedział pewnie Robert – że jesteś wielki. Kiedy bierzesz się do roboty?
Mechanik zastanowił się.
- Wóz będzie do odbioru za dwa tygodnie od dziś. Pod koniec maja…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


- W mordę, tłok dzisiaj jak ja pierdzielę – powiedział Benedykt. Jego nowa turbosprężarka miała rzeczywiście niezłego kopa. 175 koni, dokładnie tyle, ile obiecywał szef warsztatu. Sprawdzili to nawet na hamowni. Mimo wszystko jednak, auto stało się znacznie bardziej narowiste. Musiał kilkakrotnie pokonywać całe Serpentyny, żeby wreszcie zrozumieć, że turbo wymaga wysokich obrotów i płynnej jazdy bez hamowań. Ale jeśli już opanuje wóz, będzie niepokonany.
- Ta. W końcu jest piątek, zbliża się weekend, wszyscy mają wolne. – Błażej był dzisiaj wyjątkowo uprzejmy wobec Benka. W końcu, jechał jako jego pasażer. Ale już niedługo pokaże temu kretynowi, kto tu jest dobrym kierowcą…

Adam powoli sunął za Imprezą Benedykta. Patrząc na styl tego gościa czuł, że pokonał by go z palcem w nosie.
- Tłoczno dziś. – powiedział siedzący obok niego Andrzej – sporo ziomali.
- Wieśniaków. – poprawił go Adam. Nie miał litości wobec tych ludzi. Sam nie wiedział, czemu…

- Co tutaj taki tłok? – zapytał Jacek Mateusza. Przyjechali z Cieszyna w trzy samochody. W Civicu Jacka był jeszcze Tadeusz, który teraz z zaciekawieniem oglądał zgromadzone na placu samochody. I laski.
- Piątek. W piątki zawsze jest tłok. Młodsi nie muszą iść następnego dnia do szkoły, starsi do roboty. Więc wszyscy do rana siedzą na Serpentynach. Ot, tutejsze rozrywki.
- Myślałem, że tutejsi wolą siedzieć w karczmach i barach. – rzucił Tadeusz, podchodząc do nich.
- Nikt nie powiedział, że nie siedzą. Spójrz tam. – Mateusz wskazał ręką jakiś budynek. Tadeusz obrócił się i rzucił okiem. Wszystkie stoliki na zewnątrz karczmy były pełne raczących się napojami wyskokowymi.
- Oh, rly?
- Ya, rly. – odparł Mateusz. – Upadek społeczeństwa, jednym słowem…
Dalszą rozmowę przerwał jednak rumor od strony parkingu z autami, które wcześniej oglądał Tadek. Podniesione głosy, poruszenie tłumu.
- Co jest? – zapytał Ben.
- Nie wiem – odparł Andrzej – ale idziemy tam.
I poszli.

- No, kto jest gotowy? Kto mi da radę? Czy może wszyscy ścigańci tutaj to parszywe tchórze?! No, śmiało! Gdzie jest ten niepokonany człowiek z Nissana 200SX? Może on spróbuje chociaż dotrzymać kroku mojemu Mercedesowi?! – darł się młody, na oko 16-letni chłopak. Tłum wokoło gęstniał, zaczynały się pomstowania. Po ubraniu (wartym jakieś kilka setek, same firmy typu Diverse, Converse czy inny Perverse), obleśnym Swatchu (złoty zegarek sparowany z zielonym ubraniem? Litości…) zwisającym z nadgarstka i dyndającym na smyczy białym iPhonem Mateusz od razu wywnioskował, że ma do czynienia z jednym z tych nowobogackich synków. Sukinsynków. Raził go już sam styl jego ubioru, a raczej jego brak. Raził go słowotok i wyższość, z jaką zwracał się do zgromadzonych dookoła niego. Jedyne, co mu się podobało, to wóz, o jaki opierał się ten gówniarz. Mercedes Benz Klasy S, seria W140. Długa maska zmusiła Mateusza do rzutu okiem na przedni błotnik, gdzie widniał mały, chromowany znaczek. Nie mylił się. Miał do czynienia z topową wersją największej limuzyny Mercedesa, z dwunastocylindrowym potworem o niesamowitej pojemności sześciu litrów. Moc takiego silnika oscylowała na poziomie 408 koni mechanicznych, i była to jednostka NA, czyli bez turbo. Tyle pozytywów…
- Zamknij mordę skur***elu! 200SX to nie przeciwnik dla ciebie, gówniarzu! Poza tym, Nissana tu aktualnie nie ma. Jego właściciel dzisiaj tylko obserwuje! – wrzasnął ktoś.
- Tak?! No to może ktoś inny się ze mną zmierzy?! Co? Tak was przeraża ten Mercedes?!
Obok Mateusza nagle znikąd pojawił się Mistrz. Otaksował spojrzeniem Mercedesa, po czym zwrócił się do Mateusza:
- I co powiesz o tej sytuacji?
- 408 koni to prawdziwa potęga, ale tylko wtedy, gdy dyryguje nimi prawdziwy kierowca. Patrząc na zachowanie tego chłopaka, nie sądzę, że to jakiś super zawodnik. Co więcej, taki Mercedes Klasy S, zwłaszcza z V12, jest cholernie ciężki. Ponad dwie tony masy. Ogromne hamulce tarczowe na wszystkich kołach i tak będą miały problemy w downhill… zna pan w ogóle tego synka?
- Znam. Jego rodzina mieszka nieopodal mnie. Sprowadzili się niedawno, ojciec jest szefem jakiejś większej firmy. Synalek najwyraźniej chce sobie wyrobić uznanie w towarzystwie.
- Nie robi tego w najszczęśliwszy sposób. – skomentował Mat.
- Nie. Zwróciłeś uwagę na opony?
- Hm? – Mateusz przykucnął przy przedniej osi Mercedesa i zaczął przyglądać się ogumieniu.
- Hej! Ty! Skur****nu! Odpiera**j od mojego auta! Ale już, zmywaj się, wieśniaku! – wrzasnął na niego chłopak. Mateusz nie zareagował. Przesunął ręką po oponie. I był już pewien.
- Ej kur*a! Mam ci wpierd**ić? Nie dotykaj tego auta! – piszczał coraz głośniej chłopak.
Mateusz wstał wreszcie i spojrzał na agresora. Był od niego o głowę wyższy, tak więc chłopak błyskawicznie spuścił z tonu.
- Chcesz się ścigać czy jak? – zapytał tylko.
Mateusz zastanowił się chwilę. Przypomniał sobie, o co toczy się gra. I kto jest na widowni. Jeszcze raz spojrzał na opony. Oby się nie mylił…
- Tak. – odparł.
- A czym chcesz rzucić wyzwanie temu sześciolitrowemu V12? Czym masz zamiar ścigać 408 koni mechanicznych? – zakpił gnojek. Telefon na jego szyi zakołysał się.
Mateusz uśmiechnął się. To będzie najbardziej niesamowity pojedynek w jego życiu.
- Fordem Sierrą. Dwa litry, 135 koni.
Gdy tylko padła liczba „135”, dookoła rozległy się śmiechy. Ale ciche. I tylko kilka. Reszta tylko uśmiechała się znacząco. Mat złowił wzrok Mistrza. Ten pokiwał z uznaniem głową, i wzniósł kciuk do góry…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Auta stały już na starcie. Pracę rzędowej czwórki Sierry całkowicie zagłuszał potężny szum widlastej dwunastki Mercedesa. Żeby zrobić jeszcze większe wrażenie na widzach, chłopak wdusił gaz do oporu. Pieszczący uszy aksamitny ryk wywołał owację publiczności.
- Nie chcę szerzyć defetyzmu – powiedział Tadeusz, stojący na wzniesieniu powyżej linii startu – ale Mat porwał się z motyką na słońce. 408 koni? Przecież ten Merc będzie na mecie, zanim on zdąży ruszyć.
- Może nasz ziomek wie, co robi? – zapytał Andrzej.
- Endrju, nie ma bata. Wdupi, i to ostro. – rzekł Błażej.
- On przecież w ogóle nie jeź… zaczął Benedykt. I skojarzył pewien fakt.
- Nie jeździł? – zapytał Jacek.
- Wtedy, jak Karol się ścigał… pamiętasz, Jack? Siadłem na masce Sierry, a ona była cała gorąca. Mat mówił, że na miejscu był już od kilku godzin. Niemożliwe, żeby ciepło utrzymało się tak długo…

- Droga wolna! – rozległ się trzask z radio.
- Zaraz zacznę odliczanie! – odpowiedział gościu pilnujący na „Górze”.

- I co z tego? Może pojechał do domu po coś, mieszka niedaleko. – odparł Błażej.
- Nie. Takie ciepło nie wydziela się przy byle przejażdżce. Silnik wyraźnie był używany na wysokich obrotach. To jednoznacznie wskazuje…
- … że Mat się wtedy ścigał. – dokończył za Benedykta Jacek.

- Trzy!
Mateusz poprawił ułożenie stóp na pedałach gazu i sprzęgła, po czym położył rękę na manetce zmiany biegów.
- Dwa!
Kierowca Mercedesa bardziej skupiony był na krągłościach dziewczyny dającej sygnał do startu, niż na odliczaniu.
- Kur*a – zaklął pod nosem – NFS Underground na żywo!
- Jeden!
Mateusz wbił bieg i zwiększył obroty, do poziomu tuż przed czerwonym polem. Wóz stał w miejscu tylko dzięki hamulcowi ręcznemu.
- Start! – dziewczyna machnęła obiema rękami. Teraz tylko od tych dwóch zależało, czy wpadnie pod ich koła. Ale czego się nie robiło dla zabawy? I ten wzrok wszystkich facetów dookoła… bezcenny.

Mat błyskawicznie zwolnił ręczny. Wóz wystrzelił do przodu, a opony nie wydały nawet najmniejszego pisku. Dodawał lekko gazu, chociaż wiedział, że i tak nie zdąży obrać przodu. Ale do sprowokowania przeciwnika szybki start nadawał się idealnie.

Kierowca Mercedesa nieco „przespał” start. Wrzucił pierwszy bieg i wdusił gaz. Tylne opony zapiszczały i wypuściły kłęby dymu. Elektronika jednak szybko przywróciła autu trakcję, i wóz zaczął błyskawicznie nabierać prędkości. Moc aż wgniatała w skórzany fotel. Jakieś 60 metrów przed końcem zakrętu zrównał się z Fordem. Ten wóz to rzeczywiście był złom. Stary, beznadziejny złom. Zwycięstwo było jego. Czterdzieści metrów. Sierra po lewej zaczęła hamować. Cienias. Trzydzieści. Wdusił hamulec, ale pomimo maksymalnej siły, z jaką to zrobił, wóz zwolniał znacznie gorzej, niż zwykle. Barierka zbliżała się bardzo szybko. Szarpnął kierownicą z całej siły, a auto wpadło w poślizg. Kontrolki ABS i ESP rozjarzyły się czerwonym blaskiem. Wóz ślizgnął się po zakręcie, o centymetry unikając zderzenia z barierkami. Miękkie zawieszenie sprawiło, że cała karoseria przechyliła się nieco, przenosząc środek ciężkości, i powodując, że koła wypuściły z siebie jeszcze więcej dymu. Puścił hamulec, panicznie próbując ustawić wóz na linię prostą. Auto chwilę jeszcze leciało bokiem, po czym jakimś cudem wróciło do właściwej pozycji. Westchnął ciężko. Musiał uważać. Ojciec by go zabił, gdyby rozwalił wóz. Spojrzał przed siebie – Forda nie było. Lusterko wsteczne – błysk świateł. Był nadal pierwszy!

Mateusz uśmiechnął się. Nie zaatakował, bo też i nie było na to miejsca. Dodał delikatnie gazu, wyprowadzając Sierrę z poślizgu, po czym ruszył w pościg za Mercem.
Myśli przyszły same…

- O kur*a, ale będą jaja… - powiedział Benedykt, siadając na masce Forda Sierry Mateusza -… auu, kur*a! Co to takie ojapier**le gorące? – zapytał z wyrzutem.
- A czy to ważne? Silniki się grzeją. Przyjechałem z domu…

Skłamałem, pomyślał Mateusz, wchodząc w pierwszy z małych zakrętów. Startowałem wtedy w poprzednim wyścigu, tuż przed pojedynkiem Roberta z Seatem Leonem. Toyota Corolla, z silnikiem 1,6i. 165 koni w FF o podobnej do jego Sierry masie, było naprawdę ciężkim przeciwnikiem. Zwyciężył jednak. Kwestia długich godzin treningu na Serpentynach, późną nocą. Kwestia opanowania wozu na zakręcie, podczas ataku, w momencie, gdy Corollę zniosła podsterowność. No i kwestia szczęścia.

Odbicie w prawo, zaraz potem szybko w lewo, z gazem w podłodze. Opony piszczą niemiłosiernie. Długa prosta, na końcu której majaczył ostry zakręt w prawo. Nie popełni tego samego błędu. Nie da autu wpaść w niekontrolowany poślizg. Ćwiczył drift pod okiem najlepszych, ojciec sam go zapisał na kurs. Pokaże tym kmiotom, co potrafi. Zerknął w lusterko – Ford nie potrafił mu dotrzymać kroku. 135 koni… cóż to wobec 408?

Mateusz bez uślizgu wyszedł z drugiego małego zakrętu. Mercedes był już jakieś 30 metrów z przodu. Sprzęgło, bieg, gaz. Trójka wskoczyła bez problemu. Sierra, pomimo zaawansowanego wieku, była idealnym kompanem wyścigowym. Jak wtedy, gdy kilka tygodni temu ścigał się z Citroenem Saxo VTS. Mały hatchback dał mu niezły wycisk. Nieco mniejsza od Sierry moc, ale znacznie niższa masa. Było ciężko. Ale zwyciężył.
Sprzęgło, czwórka, gaz. Do zakrętu 80 metrów. Tylne światła S-Klasy rozbłysły czerwienią. Jej kierowca opóźniał hamowanie do maksimum. Opony wypuszczały kłęby dymu. Takie ich traktowanie, w downhill, kierując dwutonową tylnonapędówką, nie było dobrym pomysłem. Ale ten nowobogacki nie mógł tego wiedzieć.

Skręcił kierownicą i dodał gazu, wprowadzając wóz w kontrolowany poślizg. Gdy tylko minął połowę zakrętu, wdusił pedał gazu do oporu. Opony wypuściły z siebie jeszcze więcej dymu, a Merc szybko zakończył drift. Zgromadzeni na pagórku widzowie szaleli z zachwytu.

- Tutaj zakręt za długą prostą. Już tutaj są. Mercedes jakieś 50 metrów przed Sierrą, wyraźnie zostawia ją w tyle. Opony przeraźliwie dymią, ale poza tym jest OK. Wszyscy typują wygraną Merca. Sierra jest bez szans. Szykuje się jej pierwsza porażka… - rozległo się trzeszczenie głośników na „Górze”.
- Czekaj, ku**a, czegoś tutaj nie ogarniam – zaczął Jacek – jak to pierwsza porażka?
- Wniosek z tego, że Mat robił nas cały czas w ch**a – stwierdził Adam – skubaniec ściga się non-stop. I się nie chwali.
- Skromniś. – stwierdził Andrzej – ciekawe zresztą, ile już w takim razie wyścigów wygrał.
- Dokładnie 12, zawsze pod waszą nieobecność. – powiedział pojawiając się z nikąd starszy jegomość. Jacek i Benedykt rozpoznali w nim osławionego „Mistrza” – I ten, idę o zakład, też wygra. Wie co robi. I ma motywację.
- Przecież przegrywa w tej chwili, Mercedes stopniowo się oddala – zaprotestował Błażej – Sierra jest po prostu za wolna i za słaba! Nie ma fizycznej możliwoś…
- To wyścig górski, chłopcze. To downhill. Tutaj nie liczy się moc czy prędkość. I tutaj wszystko jest możliwe. – uciszył go Mistrz.

Mateusz zwolnił do siedemdziesiątki, wcisnął na ułamek sekundy hamulec i skręcił kierownicą. Następnie dodał stopniowo gazu, a auto bez zająknięcia pokonało driftem cały zakręt. Opony wydały tylko delikatny pisk. Ta technika driftu była naprawdę dobra. Dzięki dociążeniu przodu (poprzez to lekkie przyhamowanie), auto ślizgało się w bardzo przewidywalny sposób. Pierwszy raz zastosował ją dwa miesiące temu, gdy tylko stopniał śnieg. Pojedynek z tylnonapędowym 190E 2,3, swoją drogą też Mercedesem. Gościu driftował nieźle. Ale jakoś wygrał, pomimo niższej mocy swojej Sierry. Tamten ponoć wzorował się na „drifcie po zewnętrznej Roberta”. Nawet pomimo faktu, że ścigali się już po słynnym pojedynku Karola i Roberta, który ukazał słabość tej techniki. Wyczekał na moment, i wyprzedził po wewnętrznej. Bez większych trudności…

 

Nie podobały mu się te zakręty. Seria niewielkich odbić to w prawo, to w lewo, zmusiła go do gwałtownych skrętów kierownicą. Nagle usłyszał przeraźliwy pisk opon, i poczuł, że tył jego wozu zaczyna uciekać. Skontrował, ale to tylko spowodowało, że tył zaczął uciekać w przeciwnym kierunku. Bezwładność ciężkiego Mercedesa praktycznie uniemożliwiała mu wyprowadzenie auta z tego tańca. W końcu w panice wdusił hamulec. Wytracił całą prędkość, ale wreszcie odzyskał trakcję. Co się u diabła działo z jego gablotą?

Mateusz znał idealną linię, prowadzącą przez te niewielkie zakręty. Szukał jej długo, spędził w tym miejscu kilka godzin, nim wreszcie ją znalazł. Pierwszy raz wykorzystał idealną linię w pojedynku z Volkswagenem Jettą 2,3i. W ten sposób dopadł to szybkie FF, by móc je zaraz za tymi zakrętami wyprzedzić. Zaraz, czyli na Patelni.

A zmieniając temat – nie tylko on, jak widzę, robi postępy.
- Niech to zostanie między nami –odparł krótko – Pan wybaczy, kumple…
- Oczywiście – odparł z uśmiechem Mistrz – i powodzenia. Masz duże zdolności, Mateuszu.
- Mam motywację – odparł Mateusz, odchodząc.

Owszem, nieładnie wtedy spławiłem Mistrza, pomyślał Mat. Nie miał na szczęście o to żalu, zrozumiał, że chciałem ukryć przed kumplami to ściganie. Dzisiaj wreszcie przyszedł czas się ujawnić.
Dopadł S-Klasę, jak przewidział, właśnie na tych małych zakrętach. Ciężki wóz stracił przyczepność po serii szarpnięć kierownicą. Jego idealna linia umożliwiała zaś uniknięcie tych szarpnięć, i pozwoliła na znacznie szybsze pokonanie tych szykan. Dookoła pełno było dymu, wręcz czuło się swąd palonych opon. A to oznaczało, że jego plan mógł się powieść.
Na krótką prostą przed Patelnią wyskoczył zaledwie kilka metrów za Mercedesem. Tutaj było zgromadzonych najwięcej kibiców, w końcu na tym zakręcie najwięcej się działo. Tak więc było tu mnóstwo widzów. A wśród nich Ona.

Kierowca Mercedesa wiedział, że musi zgubić tego wieśniaka. Przyhamował (ale tylko na chwilę), skręcił kierownicę w lewo, po czym wdusił gaz do oporu. Spodziewał się poślizgu. Ale nie takiego…

Przyhamował lekko, dociążając przód, po czym dodał stopniowo gazu. Wóz wszedł w drift. Szybki, ale całkowicie kontrolowany. Opony praktycznie nie piszczały, dymek był niewielki. Jego drift, w przeciwieństwie do Mercedesa, był płynny. Miękki. Dynamiczny. Dostojny. Jak…

- Mówiłem ci już, że jesteś najlepszą tancerką na świecie? – zapytał Julię, gdy zaczynali kolejny obrót. Walc wiedeński, który tańczyli, był jednym z jego ulubionych tańców. Dostojny i dynamiczny zarazem, wymagający wprawy, a jednocześnie sprawiający ogromną radość. Zwłaszcza z nią. Z Julią. Trzy razy w tygodniu spotykali się w Bielsku na kursie tańca towarzyskiego. Trzy razy w tygodniu wpatrywał się w te niesamowicie piękne, intensywnie zielone oczy, trzy razy w tygodniu czuł ciepło jej pleców, gdy tańczyli coraz to inne tańce. Trzy razy w tygodniu był obdarzany tym pięknym uśmiechem, którego tak mu brakowało przez te lata. Trzy razy w tygodniu czuł się lepiej, niż za kierownicą auta na Przełęczy. Trzy razy w tygodniu był najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi…
- Mówiłeś – obdarzyła go uśmiechem, po czym delikatnie pocałowała – a ja i tak odpowiem, że przesadzasz. Ale dziękuję…

… jak taniec. Z Julią. Z Julią, która była teraz gdzieś w tym tłumie, na widowni. Z Julią, która była jego motywacją. Nie zapomniał wyścigu z Imprezą, wtedy, w zimie. Benedyktowi zawdzięczał, że ponownie rozkochał się w Julii. A także to, że postanowił zostać najszybszym w okolicy. Bo ona to lubiła. Lubiła wyskoczyć z nim późną nocą na Przełęcz. Lubiła jego drift, który nazywała samochodowym tańcem. Lubiła, gdy opowiadał o różnych technikach jazdy. Lubiła, gdy całował ją w policzek na pożegnanie, pod jej szkołą, gdy koleżanki z zazdrością patrzyły na takiego „chłopaka-kierowcę”, który podrzuca dziewczynę do szkoły. Lubiła opowiadać, jakim to niesamowitym kierowcą jest jego przyjaciel, Robert. A on tego opowiadania nienawidził. Dlatego musiał dorównać Robertowi.
Odpowiednio wcześniej zadbał, żeby była dzisiaj na widowni. Chciał wyzwać byle jakiego kierowcę. Ten Mercedes był dla niego darem od losu…
… Mercedes. Mercedes który właśnie…
- Oż kur*a! – zaklął, i odbił kierownicą. Sierra usłuchała, niczym rozumiejący wszystko przyjaciel.

Kurczowo trzymał hamulec wbity w podłogę. Nie miał pojęcia, dlaczego Mercedes wpadł w niekontrolowany poślizg, zakończony „bączkiem” w tumanach dymu. Nie umiał znaleźć odpowiedzi na to pytanie. I nawet nie chciał. Chciał cały wysiąść z tego cholernego wozu, który teraz z piskiem opon obracał się na Patelni. Nagle zauważył tuż przed maską błękitną Sierrę swojego przeciwnika. I zamarł zupełnie…

Sierra odzyskała przyczepność na chwilę przed zderzeniem z przodem Mercedesa. Mateusz gwałtownie odbił w lewo, w kierunku sporej wielkości wolnej przestrzeni na Patelni, używanej jako parking dla widowni i miejsce obserwacji. Dodał gazu, a Ford wyrwał do przodu. Mercedes obracał się, i zaraz miał uderzyć w niego. Odbił ponownie, tym razem w prawo.
Opony zapiszczały, ale spełniły rozkaz.
Sierra o centymetry minęła się z przednim zderzakiem Mercedesa, po czym sama wpadła w poślizg. Skontrował i jeszcze bardziej dodał gazu. Silnik zaryczał dziko. Wóz minął się z barierką odgraniczającą Patelnię od przepaści o kilkanaście centymetrów, po czym zrobił obrót o kilkadziesiąt stopni i ustawił się ponownie przodem do kierunku jazdy. Mateusz wdusił hamulec, a Sierra z piskiem opon zatrzymała się. Cała. Spojrzał w lusterko, i ujrzał tył Mercedesa. Ten również stał, mrugając światłami awaryjnymi. A to oznaczało jedno…

- …Ford Sierra wygrał! Ale jak! Boże! Jak to zobaczycie, to chyba padniecie! Ktoś to nakręcił, filmik będzie jeszcze dziś na YouTube! Ten synek z Mercedesa stracił kontrolę nad autem, wóz zaczął się obracać, blokując prawie całą drogę! Ale kierowca Sierry to jakiś geniusz! Ominął go na centymetry, a mieli chyba setkę na budzikach! I nie uderzył ani w tłum, ani w Merca, ani w barierki! Geniusz! O, właśnie wysiada…
Resztę wypowiedzi zagłuszyły wiwaty i oklaski…

Mat stanął koło swojego samochodu. Tłum szalał. Biegli do niego jacyś kibice, wznosili okrzyki, najlepszy, cośtam, niesamowity i tym podobne. Spojrzał jeszcze raz na Mercedesa, na Sierrę, wspomniał to, co się przed chwilą stało. I skomentował:
- O ku**a mać…
Podniósł głowę i spojrzał na tłum. Szukał jednego spojrzenia. Jednej pary zielonych oczu. I znalazł je. Dla tych oczu warto było ryzykować, pomyślał. I oddał się przeżywaniu swojego zwycięstwa…

- Wygrał? I to w takim stylu? O kurzawa ciężka mać. – skomentował Benek, gdy przebrzmiał głos z głośników.
- Przecież ta S-Klasa była kilkakrotnie razy mocniejsza! Jak on to zrobił? – zwrócił się Błażej do Mistrza.
- Mówiłem ci – odparł Mistrz – że to nie moc się liczy najbardziej. Ważniejsze są zdolności, których mu nie brakuje. Taktyka. Znalezienie i wykorzystanie słabych stron przeciwnika. O to chodzi w Touge.
- A co było słabą stroną tego Mercedesika? – zapytał Andrzej.
- Ogromna masa, – odparł Mistrz – niedoświadczony kierowca. I najważniejsze. To, co spowodowało, że wasz kolega postanowił przyjąć wyzwanie.
- Czyli co? – zapytał Jack.
- Słabej jakości opony uniwersalne, na których widać chciał zaoszczędzić właściciel. To przez nie, a raczej przez nieumiejętne ich wykorzystanie, ciągłe gwałtowne hamowania, przyśpieszania i drifty pod zbyt wielkim kątem chłopak w końcu stracił panowanie nad wozem. Im pojazd cięższy, tym szybsze zużycie opon. Te w końcu nie dały rady na Patelni. Ale już sam manewr ominięcia obracającego się auta to geniusz samego Mateusza. Muszę to zobaczyć. – odparł Mistrz na odchodnym – do zobaczenia. A. I wiecie, skąd jeszcze wiedziałem, że wygra?
- Nie? – powiedział Tadek.
- Miał motywację – uśmiechnął się Mistrz, wsiadając do swojej Mazdy RX8 – bardzo dobrą motywację.
- Jaką? – zapytał Andrzej.
- O to już pytajcie jego, nie mnie – odpowiedział Mistrz tajemniczo – ale to motywacja najstarsza w świecie…
Po chwili parking zalał dźwięk mocnego silnika Wankla…