4. „Gdyby Bóg był zwolennikiem przedniego napędu…”


- Kurna. – powiedział Jacek, dostatecznie głośno, żeby usłyszeli go siedzący w ławce kumple, i dostatecznie cicho, żeby jego opinii o uroczystości nie usłyszał wychowawca, profesor Tadeusz. Dwudziestu jeden wbitych w garnitur facetów i siedem ślicznych, ubranych galowo dziewczyn okupowało ławkę z kartką „IIe”. W I LO imienia A.Osuchowskiego w Cieszynie trwała właśnie uroczystość powitania roku szkolnego. W tym momencie wręczano legitymacje dla najlepszych, rozpoczynających rok pierwszoklasistów…
- Jack, pełen luzik, zamiast się denerwować poobserwuj z nami te nowe szkolne dupy… - odparł konspiracyjnym szeptem Adam.
- Adam, fajo, obserwuję cały czas, ale ileż kurna można siedzieć na apelu? – odpalił Jacek.
- Ta jest dupna – wskazał głową siedzący obok Błażej – atrybuty niczego sobie…
- Czy wy byście mogli wreszcie przestać? A może my mamy zacząć was oceniać po waszych tyłkach? – wypaliła Joanna, na tyle głośno, że kilku pierwszoklasistów z ławki przed nią obróciło głowy. Widok pięknej dziewczyny, ochrzaniającej rosłych facetów z klasy nie był codziennością.
- Sorry, Joasiu, szefowo ty nasza – odparł ironicznie Błażej.
- Ciszej tam! – profesor Tadeusz syknął w stronę dyskutującej grupy.
- Spoko, wodzu! – poleciało gdzieś z końca ławki.
- Pst – odezwał się Mateusz, nachylając się w stronę Adama i reszty – jest propozycja, żeby się wybrać klasowo na pizzę po tym całym apelu. Co wy na to?
- Ale o co chodzi? – zapytał zdziwionym, „niedzisiejszym” głosem znajdujący się pomiędzy nim a Joasią Benedykt…

 

- No i tak żeśmy, psiamać, rok szkolny zaczęli – powiedział Mateusz, wbijając widelec w ukrojony wcześniej kawałek pizzy. Klasa siedziała w jednej z cieszyńskich pizzeri od dobrej godziny. Wyczerpawszy wszystkie „grzecznościowe” tematy, które można było poruszyć również w damskim gronie (takie jak wakacyjne przygody, romanse i nowe klasy pierwsze) grupa podzieliła się na dwie części: małą żeńską, zajętą babskimi sprawami, i męską, jak przystało na profil mat-inf - dużą. Od razu też język stał się swobodniejszy.
- Yeah, right, madafaka! – zajechał z angielska Benedykt.
- Fajne du*y na nowym humanie, nie? – powiedział Błażej.
- Taa… będzie z kim na wycieczkę jechać. O ile – tu Jacek zniżył głos – te nasze nie odwalą bulwersa.
- Niech spróbują! Kobiety nie mają nic do gadania! – zaperzył się Benedykt.
- Nie pierd*l, Beniu. Ty cały czas jesteś pod butem humanistki z naszego rocznika, a nawet jej tego powiedzieć nie umiesz. Podrywacz z ciebie, jak z mojego gnoma tanker. – zjechał Benedykta Błażej
- Psiamać, Marć, zmień nutę! – jęknął Mateusz – nie psuj dobrego humoru!
Marcin, jeden z klasowych gitarzystów, nadal z uśmiechem na twarzy, zamienił „Nothing Else Matters” Metallici na „Snow” Red Hot’ów.
- Yeah, to jest to.
- A żebyś Błażej wiedział, że to będzie moja laska! Teraz mam auto, to nie ma chu*a we wsi, żebym jej nie zdobył! – odpalił Benio.
- Co to za wóz, Ben? – włączył się do dyskusji Karol, klasowy znawca motoryzacji.
- Subaru.
- Impreza? – zapytał Mateusz.
- Impreza. Jestem hardkorem, nie?
- Jaki silnik? – rzucił Adam.
- Dwa litry, benzyna. Bokser.
- Niecałe 140 koni… mało jak na Imprezę - powiedział od niechcenia Kuba, zbijając Benedykta z pantałyku.
- Kur*a, to rzeczywiście jesteś, Beniu, hardkor. – zakpił Błażej.
- A wy, kur*a, to co macie? Rowery pewnie! A ty Błażej masz samochód, He? – odgryzł się Ben.
- Jeszcze nie, ale jak go kur*a kupię, to ci fujara stanie z wrażenia! – odpalił Błażej.
- Opanujcie się! – usłyszeli od grupy dziewczyn głos Asi – co z was za gentlemani, przy dziewczynach przeklinać!
- Pardon, Asiu! – rzucił w jej kierunku Mateusz (bardziej z grzeczności niż z przekonania).
- To madafaka kup, wtedy pogadamy! Kto ma jeszcze coś do powiedzenia? Ma który z was auto? – Benedykt popadł w bojowy nastrój.
- Ja – odezwali się prawie jednocześnie Jacek i Mateusz.
- Tak? Maluchów się dorobiliście?
- Morda, Ben – warknął Jacek – Mam Civica, 185 koni. I co kur*a teraz?
Przy stole na chwilę zapadła cisza. Milczenie przerwał Karol.
- Silnik VTi?
- Ta – odparł Jack – po tuningu mechanicznym. Niesamowicie szybka.
- Moje uznanie – odpowiedział Karol – Hatchback?
- Nie, sedan. Czarny, z brokatowym lakierem. Wpadnę nim jutro do szkoły. A ty, Mat?
- Sierra. Ford Sierra, 2,0 w DOHC. 120 koni… nic specjalnego.
- Tylny napęd, fajnie. Jeśli tylko egzemplarz sprawny… - zaczął Karol.
- Sprawny, stan praktycznie idealny. Złego słowa na nią powiedzieć nie mogę. A a’propos tylnego napędu, to byłem wczoraj na Serpentynach, oglądać wyścigi, i…
- Co kur*a? - wystrzelił Adam – w Istebnej? Chyba na taczkach…
- No to wpadnij swoim samochodem i się przekonaj – odparł zimno Mateusz – o, pardon, nie masz auta, frajerze.
- Właśnie sprzedaję motór, i taki sobie wóz kupię, że was wszystkich boty skoszę!
- Pogadamy jak kupisz. W każdym bądź razie, w nocy w Istebnej są wyścigi górskie. Jeśli któryś z was chce coś udowadniać, to proponuję tam. Nieważny jest wóz, liczy się kierowca…
- Co sugerujesz? – zapytał Jacek.
- Nic. Fajny sport po prostu, takie wyścigi.
- Jadę tam dzisiaj z tobą. – powiedział nagle Benedykt – a ty, Jack?
- OK. Zobaczymy, jak jeździsz, Beniu.
- Żebyś się kur*a nie zdziwił! – warknął Ben.
- Spokój! – wrzasnęła Joasia. Przy stole zapanowała cisza. – Jak małe dzieci, po prostu. Jak małe dzieci…
- A co, chcesz jechać z nami? – zapytał Jacek, mrugając okiem.
- Z wami, dzieci? Po co? Poza tym, jestem umówiona…
- Twoja strata, wyrwiemy tam sobie jakieś lachony! – rzucił w jej kierunku Benedykt. Zabrzmiało to co najmniej dziecinnie. Nie tylko w odczuciu Mateusza.
- Ta, jakieś wieśniary… - zaczął Adam.
- Zamknij mordę, fajo – uciął wywód Adama o dziewczynach ze swojej okolicy Mateusz…

 

Wyjechali z zakrętu. Światła Sierry ukazały dwie leżące na ziemi flary, rozświetlające ciemności, stolik z radiostacją i sporą grupkę ludzi. Stojący przy radiu gościu zamachał do niego. Mateusz zatrzymał wóz i zjechał na pobocze. Jadący za nim Jacek i Benedykt postąpili tak samo. Otworzył drzwi i ruszył w kierunku stanowiska.
- Yo. Jest ktoś na trasie? – zapytał siedzącego przy sprzęcie „zioma” w czapce.
- Ta. Musicie zaczekać. – odburknął zapytany.
Mateusz powstrzymał się od komentarza. Od frontu dobiegały już porykiwania silników. Wsłuchał się bardziej. Ryk, bieg, syk turbo. Czy to…
Jego wątpliwości rozwiał szum z radia:
- Tu Patelnia. Golf nadal na przedzie. 200SX kilka metrów za nim. Volkswagena dość mocno znosi.
Mateusz nie znał innej osoby jeżdżącej Nissanem 200SX. Wniosek był prosty – Robert znów się ścigał.
Nie mylił się. Niecałą minutę później zobaczył na serpentynie powyżej dwie pary świateł. W końcowym fragmencie, za patelnią, znajdowała się prosta, dość silne odbicie w prawo, potem lekko w lewo, 90’ zakręt w prawo, kolejna „dziewięćdziesiątka” w lewo, krótka prosta, potem ostry wiraż w prawo i około stumetrowa prosta do mety. Takie natężenie ostrych hamowań, przyśpieszeń i zakrętów karało kierowców, którzy nie oszczędzali opon na wcześniejszych fragmentach przełęczy. W tym momencie znoszenie, podsterowność i nadsterowność uderzała w kierowcę z pełną siłą.
Ryk silników i pisk opon. Golf wyraźnie miał już problemy z utrzymaniem się na drodze. Oba auta weszły w ostatni zakręt. Nissan lekkim driftem, zaraz za jadącym po wewnętrznej, najciaśniejszej linii Volkswagenem. Podsterowność ściągnęła jednak Golfa do zewnętrznej. (Właśnie z powodu tego zjawiska Mateusz nie znosił pojazdów typu FF.) Robert wykorzystał sytuację. Srebrny Nissan zrównał się z czerwonym Volkswagenem. Mateusz wiedział, że teraz pojedynek jest już przesądzony. Nie mylił się. 200SX nie straciło zbyt wiele prędkości na ostatnim zakręcie, w przeciwieństwie do Golfa. Chwilę później Robert przeciął linię mety. Golf był sekundę później. Ale jednak później…

Niedługo potem serpentynami wspinał się mały ”konwój”. Otwierał go zwycięski 200SX, za nim Golf, Sierra, Civic i Impreza. Mateusz wykorzystał okazję, żeby odczytać oznaczenie modelu. Golf był najmocniejszą wersją 1,8 GTi. Z tego co pamiętał, 160 koni. Robert robił postępy…

Jacek z zaciekawieniem spoglądał to na trasę, to na widownię. Adam nie miał racji, że to wiejski sport. Widownia, auta na poboczach, flary na mecie, stanowiska radiowe – wszystko bardziej przywodziło na myśl „Tokio Drift” niż wiejską potańcówkę. Droga po której jechali była idealnie gładka, chociaż sekwencje zakrętów stanowiły wyzwanie. Próbował wyryć sobie w pamięci jak najwięcej szczegółów. Kto wie, co go jeszcze dzisiaj czeka…

Benedykt zamykał „konwój”. Jego uwagę bardziej przykuwały dziewczyny na poboczach niż droga przed nim. Wprawdzie rację miał Błażej (Ben nie lubił tego gościa – z wzajemnością), że był zakochany na amen w pewnej ślicznej humanistce z Osucha, co jednak nie zmieniało faktu, że dla lubującego się w płci pięknej Bena widok skąpo ubranych lasek był prawdziwą słodyczą dla oczu. Impreza (ta na zewnątrz, nie jego samochód) jak na razie miała fajny klimat. Postanowił, że będzie tu wpadał częściej.

Kilka minut później byli już na szczycie. Mateusz ponownie zaparkował gdzieś na uboczu, podobnie postąpił Ben. Obaj wyszli z założenia, że ich auta nie prezentują sobą wyszukanych walorów estetycznych. Jacek postawił jednak swojego Civica koło innych tunningowanych wozów. Brokat na czarnym lakierze i felgi Ronal sprawiały, że Civic wyglądał co najmniej dobrze. Co więcej, Jack otworzył maskę, a to już przyciągnęło kilku znawców motoryzacji. Ochów i achów nad tuningiem mechanicznym, kultową jednostką VTi i wyglądem wnętrza nie było końca.

- No, Robert, wciągło Cię to – stwierdził Mateusz, podchodząc do otoczonego przez mały tłumek kibiców (zwłaszcza płci pięknej) kumpla – moje uznanie, piękny finisz.
- Dzięki stary! Ta fura jest świetna. Ale mógłbyś mi wyjaśnić jedną rzecz?
- Wal.
- Wtedy, tą Calibrę, i teraz, tego Golfa mocno ściągało do zewnętrznej na zakrętach. A im bliżej końca, tym mocniej. O co kaman?
- Podsterowność. Oba te wozy mają napęd przedni, więc oprócz skręcania przednie koła muszą jeszcze przyśpieszać. Ciężar podzespołów też znajduje się z przodu…
- Można prościej?
- Eh… przednionapędówkę łatwiej jest opanować, ale ciężki przód i lekki tył, a także dodatkowe obciążenie opon przez siły napędowe sprawiają, że wóz wynosi na zakrętach, a przód nie reaguje zbyt dobrze na ruchy kierownicą. Dociążone opony szybciej się zużywają, więc pod koniec wyścigu są jeszcze bardziej podatne na znoszenie i podsterowność. Krótko: przód auta jest za ciężki, i im opony cieplejsze, tym trudniej skręcać.
- O stary, dzięki wielkie… przyda się na przyszłość…
- Dzisiaj to kapitalnie wykorzystałeś.
- Ech, przypadek. Nie wiedziałem, jak go wyprzedzić, bo prowadzenie straciłem na… ech, głupi błąd… zarzuciło mnie na drugim ostrym zakręcie, tym po prostej. To był fuks, że go wyniosło. – powiedział szczerze Robert. Był zły na siebie, że stracił prowadzenie w tak głupi sposób. Zbyt dużo gazu i stracił kontrolę.
- Mimo wszystko, gratuluję. Piękny finisz.
- Dzięki, ziom. A co to za goście z tobą przyjechali? Kumple z klasy?
- Ta. Spoko ziomy. Ten z Civica ma dupnie odpicowaną furę. 185 kucy pod maską, nie chciałbym się z nim spotkać na trasie…
- Ktoś widać jednak chciał - odparł Robert, odwrócony twarzą w stronę samochodów. Mateusz spojrzał w tamtym kierunku.
- Kur*a. Znowu? – zadał retoryczne pytanie…

- Ja kur*a nie wierzę, że to ma 185 koni – gorączkował się młody (na oko 16’letni) chłopak – z silnika 1,6? Bez turbo?
- A jaki synku widzisz problem? Dobry silnik, dobre części równa się kupa mocy. – ujawniła się ironia Jacka – czy twoja to rozumieć, czy moja musieć mówić jaśniej?
- Pier*ol się! 185 koni czy nie, to i tak nędzne FF. Żadne FF nie ma szans z FR…
- A czym ty chłopcze jeździsz, taczką? Tam jest napęd na tył – Jacek, ku uciesze gawiedzi, mieszał chłopaka z błotem.
- Kur*a! Mam BMW 3 E30, z silnikiem 2,5 litra! Z wymienionym wydechem 188 koni, i z palcem w du*ie objadę tego Civica! To japońskie gówno z silniczkiem od kosiarki rozpadnie się na pierwszej prostej!

Zapadła cisza. Mateusz i Robert obserwowali uważnie twarz Jacka. Ta na chwilę zastygła. Oczy powędrowały do stojącego nieopodal zielonego BMW serii 3, coupe. Maszyna wyglądała nieźle. I, co ciekawe, nie była zagazowana, jak większość takich BM’ek. Wydech wyglądał na „kwasówkę”, i silnik rzeczywiście mógł mieć rzeczone 188 koni. Już seryjne 325i przyśpieszało do setki niewiele wolniej od Civica Jacka (jak mówił, w 6,5 sekundy). Wynik dla Sierry Mateusza (a także Imprezy Benedykta) na razie nieosiągalny. Ale 325i robiło „stówkę” w jakieś 8 sekund w serii. Dodatkowe 18 koni, a także tylni napęd zrównywały go praktycznie z Hondą…

- OK. Ścigajmy się. – powiedział Jacek. Groźną miną i lekceważeniem w głosie próbował zamaskować niepewność. Trasę widział pierwszy raz na oczy. Sytuacja nie była za wesoła…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Brunetka była, w ocenie Benedykta, co najmniej ładna. Fakt, że miała startować wyścig jego kumpla z klasy niewiele go obchodził. Sam taką sytuację sprowokował, to niech teraz odczuje efekty swojej głupoty. Ben był prawie pewien, że Jacek przegra.
Podszedł do niego Mateusz z jakimś innym gościem, w którym Ben rozpoznał kierowcę Nissana z poprzedniego wyścigu.
- Benedykt, poznaj mojego przyjaciela, Roberta. – zaczął Mateusz – Robert, to mój kumpel z klasy, Benedykt.
- Siema – przedstawiani podali sobie ręce.
- Świetnie wybrałeś ten ostatni zakręt – zaczął Ben – prawdziwe mistrzostwo.
- Dzięki, ale to kwestia… - odpowiedź Roberta o fuksie zagłuszył pisk opon. Spojrzeli na start… BMW i Honda oddalały się w błyskawicznym tempie, zostawiając dającą sygnał do startu brunetkę w tumanach dymu.

Przyśpieszenie wręcz wgniatało go w fotel. Zapewnienia o tym, że 1,6VTi Hondy robi „setkę” w 6,5 sekundy nie były czczymi przechwałkami sprzedającego. Jacek wystartował z lewego pasa, więc na zbliżającym się w błyskawicznym tempie pierwszym zakręcie (w lewo) będzie mógł wślizgnąć się na pierwsze miejsce. BMW tego smarka rzeczywiście było szybkie, ale i tak udało mu się je zostawić jakiś metr z tyłu. Wskazówka obrotomierza powoli dochodziła do czerwonego pola. Do zakrętu pięćdziesiąt metrów. Zmiana biegu nie miała sensu. Czterdzieści. Puścił nogę z gazu, lekko przyhamował i zredukował bieg do dwójki…

- Za ostrożnie – stwierdził Robert. Z miejsca, w którym stali, widzieli doskonale pierwszy zakręt. Civic rzeczywiście był diablo szybki. Ale BMW niewiele mu ustępowało.
- Straci prowadzenie – powiedział Mateusz – to pewne, „trójka” zdąży wskoczyć przed niego.
- Coś ty, Mati, nie da się przecież… - zaczął Benedykt. I zamilkł.
BMW ślizgnęło tyłem i zajechało przed Hondę, by następnie z lekkim poślizgiem zniknąć z pola widzenia jako pierwsze.
- Da się, Beniu – powiedział spokojnie Mateusz – gdy przeciwnik nie zna trasy i jedzie stosunkowo ostrożnie, da się. Jack zahamował za wcześnie. Boi się.
- Przegra – nie pozostawił złudzeń Robert.

- O ja pier**le! – stwierdził Jacek, gdy tylne światła BMW błysnęły mu w zakręcie. Pojawienie się przed nim przeciwnika było tak niespodziewane, że o mało nie puścił kierownicy z wrażenia. Trójka pokonała zakręt ślizgiem, by zaraz potem odzyskać trakcję i bez utraty przyczepności zniknąć w kolejnym, tym razem lekkim zakręcie.
- Je*ane! – zaklął Jack, tracąc przeciwnika z oczu. Musiał w takim razie jechać szybciej. Znacznie szybciej. I ryzykowniej. Na czoło wystąpiły mu kropelki potu…

Młodzikowi z BMW na twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Prawo jazdy zdał niedawno, a zielone BMW miał raptem dwa tygodnie, ale ten z Civica najwidoczniej jeszcze gorzej „czuł” swój samochód. Pierwszy zakręt wziął zdecydowanie za wolno. On sam wprawdzie też nie do końca umiał zapanować nad dużą mocą swojego BMW (które dostał od ojca, wcześniej również nocnego ściganta), ale ten drift (trochę się nawet przestraszył, gdy poczuł, że ucieka mu tył) udał się znakomicie. Przez dwa kolejne małe zakręty udało mu się przejechać bez zwalniania, zostawiając za sobą obłoczki dymu.
- Dobry jestem – powiedział sam do siebie, spoglądając w lusterko – mam talent do driftu.
Chłopak uwierzył w siebie. Fakt, że nie widział swojego przeciwnika w lusterku bardzo podbudował jego ego. Docisnął gaz do oporu (tylne koła straciły na chwilę przyczepność) i wbił trzeci bieg. Przednie światła wyciągały z mroku sylwetki widzów. Jeżeli wygra z tym bubkiem z Civica, uznanie go nie minie…

Jacek wyskoczył z zakrętu na pełnych obrotach drugiego biegu. Otwierała się przed nim długa prosta. Strata do BMW wynosiła na oko jakieś dwadzieścia metrów. Sprzęgło, trójka, gaz. Świdrujący uszy dźwięk silnika rozdzierał nocną ciszę. Jack potrzebował teraz pełnej mocy, jaką mógł wycisnąć z tego wozu…

- Tutaj końcówka długiej prostej numer dwa, Góra, słyszycie mnie? – trzeszczało radio.
- Słyszymy cię, jesteś na głośniku, nadawaj – odpowiedziała „Góra”.
- Oba auta właśnie pokonały zakręt. BMW pierwsze, Honda jedzie jakieś 10 metrów za nim, ale odległość maleje. Ten z Hondy panuje nad znoszeniem w zakrętach, chyba ma dobrze przygotowany wóz
- OK, a co z BMW?
- Według mnie ma za duży kąt odchylenia podczas driftu. To właśnie na wirażach traci najwięcej, drituje za dużo, tracąc prędkość. Na tym zakręcie opony piszczały bardzo mocno. Chłopak ich nie oszczędza…

- To jest w sumie szansa Jacka – stwierdził Mateusz.
- Hm? – spojrzeli na niego Robert i Benedykt.
- Ten z BM’ki nie wyglądał na bardzo doświadczonego. Pewnie dopiero zaczyna przygodę z driftingiem, może nawet pierwszy raz stosuje go podczas wyścigu. Przy takim stresie łatwo o pomyłkę. A skoro nawet obserwatorzy twierdzą, że ma za duży kąt w zakręcie, to jego tylne opony niebawem będą miały bardzo słabą przyczepność.
- I co wtedy? – zapytał Ben.
- No, kur**a – Mateusz wiedział, że Benek to inteligentny gość, ale te jego chwilowe zamuły zawsze go irytowały – wtedy BM’ka będzie się prowadziła jak marzenie. To chyba oczywiste, nie?
- A tak serio?
- Wyspinuje go po prostu. Wejdzie za szybko w zakręt albo doda za dużo gazu przy wyjściu z poślizgu i ciach, utrata trakcji, obrót i po zabawie. To jest właśnie ryzyko FR…

Jacek ponownie siedział na ogonie BMW. Postanowił maksymalnie opóźniać wejścia w zakręty, więc dość szybko odrobił stratę. Civic bardzo posłusznie reagował na ruchy kierownicą. Zawieszenie Bilstena było rzeczywiście, zgodnie z zapewnieniami poprzedniego właściciela, nie w kij dmuchał. Zauważył, że po ostrzejszym naciśnięciu hamulca przed zakrętem auto znacznie lepiej trzyma się drogi i nadawanej linii. Kwestia przesunięcia środka ciężkości? W każdym bądź razie, od BM’ki dzieliły go może dwa metry. Jack nijak nie potrafił jednak zaatakować „trójki”. Każdy zakręt jego przeciwnik pokonywał w tumanach dymu, a tył jego wozu zajmował prawie całą szerokość zakrętu. Pozostawało mu czekać.

- Yeahh! – wołał z podniecenia młodzik, kontrując kierownicą swojego BMW. Z każdym kolejnym zakrętem drift w jego wykonaniu stawał się coraz lepszy. Widownia na zboczu wiwatowała na widok idącego bokiem w tumanach dymu auta, a to jeszcze bardziej nastrajało go do kolejnych popisów. Co więcej, cham z Civica nie umiał go najwidoczniej wyprzedzić, bo jego wóz zajmował całą szerokość drogi. W ten sposób, czekała go pewna wygrana. Pokonał kolejny zakręt, i jego oczom ukazała się Patelnia. Tutaj to dopiero będzie ślizg…

- Góra, tu Patelnia. Oba auta są na prostej przed wirażem. BMW na przedzie, ale Civic zaraz za nim. Wchodzą…

Widownia patrzyła z zachwytem, jak BMW, snując za sobą tumany dymu, ślizga się przednimi kołami będąc na wewnętrznym, a tylnimi na zewnętrznym pasie. Od żwirowego parkingu zakręt oddzielony był betonową rynienką odprowadzającą wodę. Auta na parkingu (dla bezpieczeństwa) były ustawione nieco głębiej…

Jacek zapamiętał ten charakterystyczny, długi i ostry wiraż gdy podjeżdżał za Mateuszem na górę. BMW znowu zasłaniało całą drogę. Zrozumiał wreszcie, czemu tak szybko go dogonił. Tymi poślizgami „trójka” jechała wyraźnie wolniej w zakrętach niż on. Ale to i tak nie zmieniało faktu, że nie miał jej jak wyprzedzić. Chyba że…

Stojącą w głębi parkingu widownię oślepiły nagle reflektory. Czarny Civic podskoczył na rynience, po czym ściął zakręt przez żwirowy parking. Manewr był o tyle pomysłowy, co daremny – wracając na drogę Honda znowu znalazła się kilka centymetrów za tylnim zderzakiem BMW…
- Góra – powiedział do krótkofalówki obserwator – po Patelni nadal bez zmian…

- O kur*a! – krzyknął panicznie młody z BMW, widząc podskakującą na rynience Hondę. Nie zwrócił uwagi na początek manewru przeciwnika, był zbyt zaabsorbowany driftem. Musiał jakoś uciec Civicowi, bo ten zaczynał go wyprzedzać lewym pasem, ale jego auto potrzebowało chwili do rozpędzenia na trzecim biegu. Prosta po „Patelni” miała jakieś sto metrów, a kończył ją ostry zakręt w prawo. Musiał teraz gwałtownie wejść w poślizg, zasłonić drogę Civicowi. Postanowił zacząć drift wcześniej niż zwykle. Puścił gaz, skręcił koła i ponownie wcisnął pedał. Mocno. Za mocno.

Jacek dopiero po fakcie zrozumiał, że ścięcie zakrętu było błędem. Na rynienkach wytracił prędkość, a wracając na drogę znalazł się znowu za "trójką", na zewnętrznym pasie. Osiągnął maksymalne obroty w momencie, gdy zaczynał zrównywać się z BMW. Musiał zmienić bieg na trójkę, tracąc na chwilę prędkość. Prosta była za krótka, żeby wyprzedzić BMW i wskoczyć na jego wewnętrzny pas jezdni. Nagłe odbicie BMW było dla niego całkowitym zaskoczeniem. Przed oczyma błysnęły mu światła „trójki”, tak blisko, że Jack wdusił pedał hamulca, zatrzymując wóz. Panika w tym wypadku opłaciła się.

Tego się nie spodziewał. Stracił kontrolę, chociaż wcześniej panował nad takimi poślizgami. Wóz ustawił się w poprzek jezdni i przestał reagować na jakiekolwiek manewry kierownicą. Wdusił pedał hamulca, ale to tylko pogorszyło sprawę - BMW zrobiło dwa „bączki”, cudem unikając wpadnięcia do rowu, i zatrzymało się w poprzek drogi. Civic powoli go ominął. Wyraz twarzy gościa z Hondy dobitnie uświadomił mu, że schrzanił sprawę.
- Kur*a mać! – wydarł się, waląc pięścią w kierownicę…

- Góra, tu Patelnia. Zmiana sytuacji. Kierowca BMW stracił kontrolę na następnym zakręcie i obróciło go. Wyścig jest skończony. Civic wygrał… - nadał w eter obserwator. Ten z BMW jechał diablo efektownie. Ale tutaj liczył się wynik końcowy. A ten był, w jego wykonaniu, gówniany…

- Kur*a, Mat, skąd wiedziałeś? – zapytał z podziwem Ben, gdy z głośników przestała lecieć informacja o wyniku pojedynku.
- Przeczucie. BMW musiało by mieć niesamowite opony, żeby wytrzymać taki styl jazdy. Niepotrzebnym, „głębokim” driftingiem załatwił swoje ogumienie, co skończyło się bączkiem. A Jack ma dobrze stune’owany wóz, świetne opony, hamulce i zawieszenie. Nie miał więc pewnie zbyt wielkich problemów z podsterownością. Wystarczyło mu trochę szczęścia, chociaż na pierwszym zakręcie dał d*py…
- Jeba*e. Jack ma tylko szczęście i dobry wóz, talentu za grosz… - odpalił zazdrośnie Benedykt.
- A ty potrafiłbyś dotrzymać tempa takiemu BMW, pierwszy raz widząc trasę na oczy? – zadał pytanie Mateusz. Retoryczne pytanie. Ben nie odpowiedział.
- Eh, czas wracać do domu. Do zobaczenia jutro, Mati. I znowu cały rok do cholernej budy… jedziesz jutro też?
- Gdzie? – zapytał Mateusz.
- No, tutaj. Fajny klimat, może się znajdzie okazja do wyścigu… - odparł Benedykt.
- Tutaj? Zawsze. Wpadnijcie znów jutro. Kurna, ale będzie Jack jutro szpanował przed laskami… - westchnął Mateusz.
- Ta… je**ny fuksiarz… trzymaj się, ziom. – odparł Benek, wsiadając do swojej Imprezy. Bokser odezwał się rasowym warknięciem…

- Kur*a. Ale jutro będzie szpan przed laskami – powiedział Jacek, czekając na Benedykta na dole przełęczy. Był z siebie cholernie dumny. Pierwszy wyścig w życiu – i od razu wygrany. Miny tych kolesi na mecie (a zwłaszcza spojrzenia lasek) – bezcenne…