5. „Miłość i Zaskoczenie”

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

- Jasna psiamać w mordę diabelną chędożona – wykazał się elokwencją godną humanisty Mateusz, szeptem niesłyszalnym dla nikogo. Był drugi września, i klasa IIe na własnej skórze przekonywała się właśnie, czym jest matematyczna dokładność. Pani Profesor zapowiedziała im kartkówkę na pierwszej lekcji matematyki w klasie drugiej, co uznali za dobry żart. I żart rzeczywiście był przedni, z tym że całkiem realistyczny. Mateusz wcale nie pamiętał, czym, do wszystkich diabłów, był wielomian stopnia trzeciego. Ba, nie lada tajemnicą Poliszynela był dla niego sam tytuł kartkówki. Planimetra, psiamać. Jego koncentrację zaburzały dodatkowo wspomnienia z wczorajszego (pardon, w sumie – dzisiejszego) wypadu na Serpentyny. Związane z tym niewyspanie również nie poprawiało jego sytuacji.
- Ostatnia minuta. Chyba że już skończyliście i możemy przejść do lekcji?
Głuchy jęk niejako pocieszył Mateusza. „You will never walk alone”. Madafaka. Rozejrzał się po klasie. Błażej skrobał coś po kartce, ale jakoś bez przekonania. Joasia podawała Benedyktowi karteczkę. Małą karteczkę, zwaną fachowo w kręgu specjalistów „ściągą”. Dawid pisał zawzięcie i z wyrazem triumfu na twarzy. Skubaniec. Edyta miała (co widział wyraźnie) zapisaną całą kartkę, czysto, bez skreśleń i eleganckim pismem. Standard. Dwóch Marcinów przed nim też kończyło pracę. Spojrzał na Sebastiana. Jak zwykle na sprawdzianie wymienili spojrzenia. Jak zwykle, ich oczy wyrażały kompletną dezorientację i słowo „przerąbane”…
Psiamać. Olśnienie trafiało w Mateusza zawsze w ostatnim momencie. Banał. „Jak i cała matematyka”, przypomniał sobie powiedzenie swojej korepetytorki. Natarł na kartkę z całą stanowczością, skłonny wygrać tą bitwę…
- Oddajemy prace.
… kurna. Może nie tą bitwę. Ale wojnę z matematyką wygrać musiał…

- No to, gotdemet szit madafaka mieliśmy zapowiedzianą kartkówkę z matematyki – stwierdził Sebastian, wychodząc z Sali wykładowej.
- To jest masakra jakaś.- odparł Benedykt, poprawiając plecak – nic nie napisałem.
- Pociesz się, że nie ty jeden – powiedział Mateusz, jednocześnie oglądając się za przechodzącą grupą pierwszoklasistek (estetyka w tej szkole stała zawsze na wysokim poziomie, niezależnie od rocznika) – olśniło mnie odrobinę za późno. Sinus, cosinus, daj Boże trzy minus! – złożył modły z oczami zwróconymi ku niebiosom.
- Co, synki, łatwe to było, nie? – rzucił przechodząc obok nich Dawid.
- Ta. Jak sam sku***yn. – odparł Błażej, odwracając się od dziewczyny, z którą prowadził rozmowę.
- Jeb**e. Co teraz mamy? – zapytał Benedykt.
- Polski, Beniu. Polski. – oświecił kumpla Mateusz i ruszył schodami na górę.
- Ku**aaaa…. Maaać! – ucieszył się Ben. Zapewne radość ze zbliżających się zajęć wyraziłby znacznie dosadniej, ale nagle zamilkł. Obok niego przeszła Ona. Małgorzata. Małgosia. Gosia. Żadne z określeń nie potrafiło (jego zdaniem) oddać piękna, delikatności, wspaniałości, niesamowitości i jego uwielbienia dla tej istoty.
- Zamknij się, Benek, nie wszyscy muszą wiedzieć, że coś schrzaniłeś. – stwierdziła Małgorzata, rzucając mu przelotny uśmiech…

- Beniu, psiamać, come kurna here i przestań robić maślane oczka do koleżanki – zawołał Mateusz, wychylając się zza poręczy schodów. Uwielbiał wkurzać Benka. Zwłaszcza w sytuacjach, w których popadał w uczuciowy zachwyt nad „swoją” Małgosią. Benedykt i Małgorzata już od połowy pierwszej klasy byli blisko, ale „oficjalnie” nie stanowili pary. Mateusz musiał przyznać, że ta cała Gosia (nie w jego typie, swoją drogą) miała dość trudny (upierdliwy, jeśli miał być szczery) charakter, więc nawet Benedyktowi (słynącemu z licznych miłosnych podbojów) było trudno zdobyć jej serce. Co więcej, Ben był w niej zakochany na całej linii. Chyba zresztą po raz pierwszy w życiu „na serio”.
- Nie wychylaj się tak, skarbie, bo wypadniesz i zrobisz sobie krzywdę. – usłyszał za sobą głos. Mateusz znał ten głos. A tą ironię rozpoznał by wszędzie.
- Aluś, słońce, aż tak ci zależy na moim życiu? – odparł z taką samą dawką cynizmu.
Nie odwrócił się nawet. Raz, że ona i tak tego nie oczekiwała. Dwa, że spoglądanie na to piękno w czystej postaci, a zwłaszcza w oczy pełne tego błękitnego zimna było dla niego zbyt wielkim bólem. Bólem, który dziwnie kojarzył mu się z rozkoszą.
Zaklął siarczyście pod nosem i razem z Benedyktem ruszył w kierunku sali od Polskiego…

- No to ja wtedy na pełnej piźd*ie odbiłem na te kanaliki, tnąc cały zakręt! Zrównałem z tym noobem, nie tracąc nawet przyczepności, i tak go zaskoczyłem, że stracił kontrolę i zrobił bączka na trasie – barwnie kreślił historię swojego wyścigu Jacek wpatrzonemu w niego jak w obraz wianuszkowi dziewczyn z klasy. Reszta facetów rzucała mu mordercze spojrzenia, ale musiała przyznać, że dał czadu w tym wyścigu. Z tego, co mówili Ben i Mat (a na ich zdaniu można było polegać) było rzeczywiście tak, jak opowiadał Jacek.
- Nie znam się na tym, ale nie uważasz, że na tych kanalikach wodnych tylko straciłeś prędkość? – zadała pytanie Edyta, unosząc głowę znad zagadki matematycznej.
- No… w sumie… trochę tak, ale z drugiej strony… - cholera, czy Edyta zawsze musi mieć rację, zadawał sobie pytanie Jack, próbując znaleźć odpowiedź na jej pytanie.
- Z drugiej strony, jako manewr mający zdezorientować przeciwnika i zachwycić publikę, to było świetne. – odpowiedziała za niego Edyta, śmiejąc się jednocześnie.
Jacek odetchnął. Edyta była genialna, co nie ulegało wątpliwości. A jednocześnie w ogóle się tym nie popisywała, obracając wszystko w żart. Całe szczęście, bo z tymi kanalikami miała skubana rację…
- Więc mówisz, że ścigałeś się z 325i E30? – zapytał Karol, włączając się do rozmowy.
- Eee… podobno miał silnik 2,5 litra… chyba tak, 325i. Mateusz wie dokładniej. – odparł Jacek. Cholera, nie pamiętał nawet dokładnych danych o aucie przeciwnikach. BMW, szybkie jak cholera i dość stare. I tyle.
- Niezła maszyna w takim razie. 171 koni… ile mówiłeś ma twój Civic? – Karol był prawdziwym znawcą, jeśli chodzi o samochody. A poza tym naprawdę spoko gościem, przynajmniej w odczuciu Jacka.
- 185 kucy.
- Podobna masa, BMW miało napęd na tył… moje uznanie, żałuję, że tego nie widziałem. – odparł Karol.
Dalszą konwersację przerwał dzwonek, oznaczający jedno:
- Faaaak! – zawołał Benedykt – Polskiii! Ja nie chcę!
- Zamknij się, umieraj jak mężczyzna! – rzuciła Joasia, przewodnicząca klasy, wchodząc do sali…

- Feel the rush, ooooł, feel it in the air! – fałszowali Sebastian, Błażej, Maciek i Mateusz klasowy “hymn”, wchodząc do pracowni fizycznej. Zgodnie ze zwyczajem i obyczajem (który IIe pielęgnowała) pierwsze do klasy weszły dziewczyny. Fałszowania podczas wchodzenia zaś żaden savoir-vivre nie zabraniał…
Jacek, zadowolony z siebie, ruszył energicznie w kierunku drzwi. Uznanie kumpli i co ważniejsze – koleżanek z klasy pozytywnie nastrajało go do życia, a kartkówkę matmy (choć niespodziewaną) też ogarnął całkiem nieźle. Zaś perspektywa nocnego wypadu na serpentyny dopełniała obrazu „udanego dnia”…
… z zamyślenia wyrwało go zderzenie.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


- Jak cho… o… najmocniej panią… ciebie… - zająknął się Jacek. W normalnych sytuacjach był człowiekiem śmiałym, ale w obliczu takiej dziewczyny kompletnie stracił głowę. Zderzył się w drzwiach z aniołem – innego wyjaśnienia nie było.
- Nie szkodzi, to moja wina! – rumieniec nadał aniołowi ludzkich cech. I, co niesamowite, sprawił, że zielonookie stworzenie stało się jeszcze piękniejsze. – Zamyśliłam się…
- Ja też, najmocniej przepraszam, jestem taki nieostrożny… nic ci się nie stało? – może i zachowywał się za delikatnie, ale właśnie zakochał się na amen i z kretesem.
- Nie, nic, jeszcze raz przepraszam… - odparła piękność czerwieniejąc jeszcze bardziej. I znikła. Znaczy, uciekła korytarzem, zostawiając Jacka w stanie całkowitego rozbicia.
Dzień z „udanego” stał się właśnie „najlepszym w życiu”…
- Ma na imię Monika, chodzi do pierwszej klasy językowego – powiedziała bez emocji Joasia, pojawiając się nie wiadomo skąd – i też wpadłeś jej w oko. Tak, pasujecie do siebie. Nie, nie ma chłopaka. Tak, będziecie żyć długo i szczęśliwie. A teraz właź do klasy! – przewodnicząca zagięła Jacka, ale nie miał jej nawet tego za złe. Joasia słynęła z oka do wyławiania par, i uważana była za najbardziej doświadczoną w sztuce ars amandi. Skoro ona powiedziała, że wpadł aniołowi zwanemu Moniką w oko…
Jacek poprawił fryzurę i wszedł do klasy. Czyż życie nie było piękne?