6. „Dwa Pasy Wściekłości”

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Bieg. Gaz. Syk turbo. Skręcenie kierownicą. Nissan zaczął uciekać tyłem. Zawsze w tym momencie pokonywania Patelni Robert kontrował i opanowywał poślizg. Ale nadszedł czas, żeby spróbować pokonać cały nawrót driftem. Tylne koła piszczały coraz głośniej. Dym. Więcej dymu. Dodał gazu, żeby przywrócić trakcję. Za mocno. Auto stanęło bokiem, w białych obłokach.
- Fak. Znowu! - Robert jeździł już trzecią godzinę, ale nadal pokonanie całej patelni szybkim poślizgiem było dla niego nieosiągalne. Albo stawiał wóz bokiem, albo tracił prędkość, idąc pod zbyt wielkim kątem. Patelnia była rzeczywiście cholernie trudna…
Powoli świtało, niebawem na Serpentynach pojawią się pierwsze auta. Jeszcze jeden przejazd i wraca do domu. Znowu będzie spał na lekcjach… ale w jego technikum nie robiło to większej różnicy. Wyrabiał na trójki, lepszych ocen nie potrzebował. Teraz liczyły się dla niego tylko wyścigi. Reszta schodziła na dalszy plan.

Uślizg na zakręcie w lewo, idealnie. Teraz szybko w prawo, tutaj nie trzeba było używać driftu, grip pozwalał pokonać zakręt szybciej. Krótka prosta, a po niej Patelnia. Puścił gaz, wytracając prędkość. Nie mógł wejść za szybko, nie mógł za wolno. Skręcenie kołami. Powoli dodał gazu. Spojrzał w lusterko – opony dymiły, a tył szedł pod idealnym katem, centymetry od barierki. Delikatnie kontrował kierownicą. Jeszcze chwila… trochę dłużej… dodał mocniej gazu, a samochód wrócił pod jego komendę. W zakręt wszedł idealnie. Przeszedł idealnie po zewnętrznym pasie. I wyszedł idealnie. Niesamowicie szybko, szybciej, niż gdy pokonywał Patelnię po wewnętrznej, i to bez poślizgu.
Zatrzymał się na poboczu i otarł pot z czoła.
- Udało się – powiedział sam do siebie – opanowałem Patelnię.
Nawrócił i ruszył w kierunku Istebnej. Był z siebie bardzo zadowolony. Sztuka driftingu powoli zaczynała być dla niego jasna…

 

- Jadą! Audi na przedzie! – ryczał tłum na Patelni. Październikową noc rozświetlały reflektory pojedynkujących się. Pisk opon. Dym. Zakleszczanie skrzyni biegów. Standard, jak w każdą noc na Serpentynach.

Kierowca Audi 80 nerwowo spojrzał w lusterko. Używał całej mocy, jaką mógł wycisnąć ze swojego potężnego V6 o pojemności 2,8 litra. Ale przewaga, którą zyskiwał na prostej, błyskawicznie malała na zakrętach. Ten gościu z Nissana był masakrycznie dobry. Pierwszy raz walczył z kimś takim, z kimś, kto tak niesamowicie driftuje.
Wszedł w zakręt. Opony w jego przednionapędowym, dotychczas niepokonanym Audi powoli przestawały sobie radzić. Przegrzał je. Puścił gaz i błyskawicznie odbił w prawo, wchodząc w ostatni zakręt przed patelnią. Spojrzenie w lusterko – Nissan wciąż był o metr za nim. Strużka potu spłynęła mu po kręgosłupie. Teraz wszystko się rozstrzygnie. Jego technika dociążenia kół nie mogła go zawieść…
Wcisnął hamulec i momentalnie poczuł, że środek ciężkości wylądował z przodu auta. Dociążenie przednich kół zapewniało mu zawsze idealne trzymanie w zakręcie. Tak szybko Patelni nie pokonywał nigdy. Wóz nie zboczył ani odrobinę z wewnętrznego pasa. Nissan nie mógł zrobić tego równie szybko. Nie mógł wyprzedzić go po zewnętrznej. Nie mógł…
Spojrzał w prawo. I zamarł. Mógł.

Woooow! – publiczność zawyła z zachwytu. 200SX, lecąc po zewnętrznym pasie, wyprzedzało Audi. Tył Nissana, w tumanach dymu, sunął o pół metra od barierki. Wóz zaraz za wirażem odzyskał przyczepność i wystrzelił do przodu, zostawiając za sobą 80.
- Nie stracił obrotów! Wyszedł z pełną mocą turbodoładowania! – zakrzyknął ktoś.
Audi też wyjechało z zakrętu z dużą prędkością. Niedostatecznie jednak dużą. Kierowca 80’tki puścił nogę z gazu. Wyścig był przegrany. Ale nie miał do siebie żalu. Pojechał najlepiej, jak umiał. Jego przeciwnik był po prostu o klasę lepszy. Wyprzedzić po zewnętrznej… niesamowite…

 

Oczy Mistrza zwrócone były na wyjście z ostatniego zakrętu. Stał oparty o swoją Mazdę RX8 i nasłuchiwał. Silniki były już wyraźnie słyszalne, a pisk wręcz nieznośny. Obaj kierowcy nie oszczędzali opon. A jako że ścigające się pojazdy były FR…
- Dół, tutaj Patelnia, Mercedes stracił właśnie prowadzenie, powtarzam: 190 straciło prowadzenie. 200SX ponownie wykonało ten niesamowity manewr z driftem po zewnętrznej, Merc za bardzo zwolnił, żeby pokonać wiraż gripem. Nadal jest jednak bardzo blisko. Zaraz u was będą. – roztrzeszczało się radio.
- … to katowanie opon było objawem pewności siebie. A raczej kretynizmu.
Mistrz wiele słyszał o „niesamowitym” kierowcy Nissana 200SX. Od czasu, gdy wygrał swój pierwszy wyścig z Calibrą (bardzo prosty, jak stwierdził wtedy z jego kumplem) jego sława niepokonanego ciągle rosła. Wygrywał pojedynek za pojedynkiem. Ledwo po miesiącu miał na koncie siedem zwycięstw…
…pisk opon, błysk świateł…
… i sporo z nich po zastosowaniu manewru zwanego obecnie przez tutejszych „niesamowitym driftem po zewnętrznej”. Ignorancja tego ludu była dla Mistrza wręcz przerażająca. Jako były kierowca wiedział doskonale, że…
Mercedes i Nissan wypadły z ostatniego zakrętu. Oba pokonały go bardzo szerokim i efektownym poślizgiem, zostawiając publikę w tumanach dymu. Przewaga 200SX była jednak zbyt wielka, by nawet nieco wolniejsze przyśpieszenie miało go pozbawić ósmego zwycięstwa…
Nissan przemknął koło Mistrza i przeciął linię mety. Zaraz potem kierowcę obległ tłum fanów, gratulujących mu „za***stego driftu”.
- Ignoranci i kretyni. – skwitował Mistrz, wsiadając do swojej RX8. Nawet średnio znająca się na wyścigach osoba wiedziała, że drift po zewnętrznej był może i efektowny – ale całkowicie nieefektywny. Tworzył tym samym pole do wyprzedzenia po wewnętrznej, jednocześnie wytracając prędkość i nadrabiając drogi. Wygrane tego chłopaka nie zależały od szybkości tego manewru, lecz od zaskoczenia, jakie nim wywoływał. I od tego, że praktycznie nikt nie potrafił pokonać Patelni we właściwy sposób…
Mistrz uśmiechnął się uśmiechem starego cynika. Nie powie tego temu chłopakowi. Niech do tej wiedzy dotrze sam. Nauka na własnych błędach była w jego odczuciu najlepszą nauką…

 

Silnik VTi brzmiał bardzo rasowo, niezależnie od faktu, że Jacek kręcił go ledwie na 4 tysiącach obrotów. Był późny wieczór, a natężenie ruchu znikome. Ciężarówka przed nim uniemożliwiała szybką jazdę. I z całej duszy jej za to dziękował. Chciał, żeby ta chwila trwała wiecznie. Napawał się nią. Chłonął delikatny zapach perfum dziewczyny na siedzeniu pasażera. Odwzajemniał jej piękny uśmiech (najlepiej jak potrafił, ale tak pięknego uśmiechu wykonać nie umiał). Cieszył się z każdego słowa. Z każdego spojrzenia. Wracali z Cieszyna. Z (Jack dalej nie mógł w to uwierzyć, Monika chyba też) pierwszej randki. Już oficjalnie jako para (co było jeszcze bardziej niewiarygodne. Ale rozkosznie prawdziwe). Restauracja, spacer, kawiarenka. I pocałunki. Nie było na świecie szczęśliwszego człowieka, Jacek był tego pewien.
Jak przystało na gentlemana odwoził Moniś do domu. Dwupasmówka do Katowic powinna być o tej porze pusta, więc pod jej domem w Strumieniu będą za jakiś kwadrans…
Zatrzymały go światła na skrzyżowaniu przed Ustroniem. Wrzucił kierunkowskaz i spojrzał Monice głęboko w oczy. Te śliczne zielone oczy, wyrażające ten sam stan kompletnego zakochania…
- Hej, frajerze! – rozległ się głos gdzieś z lewej. Jacek odwrócił się gwałtownie. Na sąsiednim pasie stała Alfa Romeo. A w środku jakiś dupek.
- Czego? – zapytał ostro.
- Niczego. Moniczka, hejka, jak tam? – gościu (na oko w wieku Jacka) wychylił się przez boczną szybę – Z jaką ciotą się dzisiaj puszczasz?
Jacek spojrzał na Monikę. Ta spuściła głowę i wbiła wzrok w podłogę.
- To… - powiedziała cicho – podrywał mnie w gimnazjum… na jednej dyskotece chciał, żebym mu… żebym się z nim… uciekłam. Od tego czasu… on dzwoni… prawie codziennie… grozi, że mnie… zgwałci… zrobi krzywdę. – mówiła, a po jej twarzy płynął strumyczek łez.
Tego było za wiele. Jacek z całej siły wcisnął gaz, a silnik ryknął ostro, sięgając 8 tysięcy obrotów. Wychylił się przez szybę i spojrzał prosto w oczy gnojowi z Alfy.
- O, ciamajda się zdenerwował? Starszy nas swoją kosiarką? Słuchaj tego! – roześmiał mu się w oczy kierowca 156, jednocześnie dusząc gaz. Basowe warknięcie rozdarło ciszę na skrzyżowaniu. Oprócz nich, całkowicie pustym.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


- Słyszysz to, lebiodo? Mam pod maską dwuipółlitrowego, sześciocylindrowego potwora, którym…
- A w majtkach za to masz maleństwo? – zapytał zimno Jacek.
Gościu zaczerwienił się, po czym rzucił:
- Sam tego chciałeś, skur****nu! Zobaczymy, kto będzie pierwszy na światłach w Drogomyślu!
I wdusił gaz, zrywając przyczepność przednich kół. Jak przystało na zawodowego szpanera.
- Trzymaj się, maleńka. – Jack spojrzał Monice w oczy – Załatwię tego sukinsyna…
Jej piękne, zielone spojrzenie wyrażało wdzięczność. I pełne zaufanie.
Wrzucił bieg i rzucił się w pościg za wskakującą na dwupasmówkę Alfą…

Nadal nie mógł przestać się śmiać. Oto jakiś frajer w Civicu chciał pokonać go i jego 156. Silnik V6 z rykiem rozpędzał czerwoną Alfę. „Setkę” robił w niecałe osiem sekund. Wystartował pierwszy. Zanim ten bałwan dotrze do świateł, on zdąży wypalić papierosa…

Dwójka. Gaz. Silnik ryczał ostro, podczas gdy prędkościomierz w zawrotnym tempie piął się ku cyfrze 100. Sprzęgło. Trójka. Gaz do oporu. Nieważne, jaki silnik miało to ścierwo w Alfie – Jacek musiał go dopaść. Zbliżające się zaś w szybkim tempie tylne światła 156 mówiły mu, że da radę.

- Co jest kur… - oślepił go refleks w lusterku. Odwrócił głowę – Civic mrugnął światłami, po czym rozpoczął manewr wyprzedzania.
- Nie! Nie dam ci kur**! – kierowca Alfy szarpnął kierownicą, zajeżdżając Hondzie drogę…

Jack tylko musnął pedał hamulca. Tył 156 śmignął mu o centymetry od zderzaka. Ponownie dodał gazu i zaatakował od drugiej strony. Silnik ryczał, a prędkościomierz wskazywał 150 kilometrów na godzinę. Monika z zachwytem spoglądała na jego styl prowadzenia…

Musiał ratować się hamowaniem, żeby nie wpaść na pas zieleni. S***wiel, zdążył uskoczyć, ba – właśnie wyprzedził go prawym pasem. Zaklął siarczyście i wcisnął gaz do oporu. V6 śpiewało basem, przesyłając do kół 190 wściekłych włoskich koni…

Alfa ponownie zrównała się z Civiciem. Wrzucił właśnie szósty bieg, i walił prawie 190 na godzinę. Honda chyba powoli zaczynała wymiękać. Wyskoczyli zza zakrętu, a kierowca Alfy aż krzyknął z radości. Prawy pas, po którym jechał ten dupek, zajmował wielki TIR…

Jack miał tylko chwilę na reakcję. Wskazówka obrotomierza dolatywała właśnie do czerwonego pola. Wcisnął sprzęgło i sięgnął do skrzyni. Szósty bieg wbił się z delikatnym „klang”, a wóz wystrzelił do przodu. Momentalnie odbił na lewy pas. Monika lekko pisnęła…

- Kur*a! – zawył ten z Alfy i wdusił hamulec. Tyłem auta lekko rzuciło. Patrzył, jak Honda przeskakuje między nim a TIR’em, mijając oba pojazdy o centymetry. Skąd w takim czymś brało się tyle mocy? Z czym, u diabła, przyszło mu się ścigać? Zredukował do piątki i dodał gazu…

Do świateł zostało jakieś pół kilometra. Jack spojrzał na licznik. Wskazówka przepełzła właśnie przez cyfrę 200. Nigdy w życiu nie jechał tak szybko. Nie wiedział nawet, że potrafi tak dobrze prowadzić. Spojrzał na swoją dziewczynę…
… jak mówią, miłość dodaje skrzydeł.

To była jego ostatnia szansa. W normalny sposób nie da rady pokonać tego Civica. Zrównał się z nim, ale osiągnął właśnie maksimum możliwości pojazdu. Civic zaś nadal przyśpieszał. Na wygraną pozostał mu tylko jeden sposób. Nieczysty.
- Cel kur*a uświęca środki! – krzyknął i gwałtownie odbił w lewo, prosto na Hondę. Opony zawyły opętańczo…

- Jezu! – pisnęła Monika, widząc jak czerwony wóz leci prosto w nich.
Adrenalina w krwi Jacka wyostrzyła jego zmysły do maksimum. Zareagował błyskawicznie. Wdusił hamulec aż do samej podłogi. Hamulce ATE spełniły swoje zadanie. Szarpnęło ich do przodu, ale ruch powstrzymały pasy bezpieczeństwa. Alfa przeleciała tuż przed maską…

Z całych sił deptał pedał hamulca, ale było już za późno. Auto wpadło na pas zieleni i zaczęło się po nim obracać. Nagle trafiło na duży kamień…

Jacek i Monika patrzyli, jak Alfa wylatuje w powietrze, kręci beczkę, ponownie spada na koła, obraca się rozsypując dookoła trawę i grudy ziemi…

Koleś z Alfy ze strachu popuścił w spodnie. Auto wykonało jeszcze kilka obrotów, po czym z impetem uderzyło w balustradę. Rzuciło nim w kierunku szyby. Która po tym fakcie straciła prawo do tej nazwy.

Jack zjechał na pobocze, włączył światła awaryjne i ruszył w kierunku rozbitej Alfy…

Poczuł, że ktoś otwiera drzwi. Spojrzał w tym kierunku. To był ten gość z Hondy...
- Potrzebujesz karetki? – zapytał.
- Nie – odparł – jestem cały…
Potężne uderzenie z sierpowego pozbawiło go kilku zębów i spowodowało ciekawy efekt wyciemnienia.
- To teraz już potrzebujesz, sk****synu! – usłyszał jeszcze. Po czym stracił przytomność.

Jacek wrócił do swojego auta i siadł ciężko w skórzanym fotelu. Monika objęła go i pocałowała czule, długo i namiętnie.
- Dziękuję – powiedziała – jesteś wspaniały… ukochany.
Lepszej nagrody Jack nie mógł sobie nawet wymarzyć. Czy życie nie było piękne...?