7. „Imprecca!”


Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Płatki białego puchu cicho zasypywały cieszyńskie ulice. Drogowcy i ich pługi dawali z siebie wszystko, ale śniegu i tak było coraz więcej. Klasa IIe siedziała na jednej z tych luźnych lekcji, tak normalnych dla ostatnich dni przed przerwą świąteczną.
- Ten śnieg jest straszny – powiedziała cicho Grażyna.
- Nie znoszę zimy – stwierdziła siedząca koło niej Agnieszka – beznadziejna pora roku.
- Zima jest piękna. I wspaniała. – stwierdził Mateusz.
- Pogrzało cię? Jak można lubić zimę? – zapytała Pani z Fizyki. Temat lekcji przerobili w kilka minut, a resztę zajęła dyskusja na tego typu niezobowiązujące tematy. Klasa uwielbiała Panią z Fizyki.
- Można, Pani Profesor. Każdy zakręt pokonuje się ślizgiem, są dwa tygodnie przerwy świątecznej, a wszystko jest ośnieżone. Taka psychodeliczno-przybijająco-zimna pora roku. Dlatego ją lubię. Gdyby tylko na Serpentynach odbywały się wtedy zawody, a dziewczyny chodziłyby ubrane jak w lato, to byłaby pełnia szczęścia…
- Typowa męska szowinistyczna świnia – stwierdziła Joasia. Na całe szczęście dla Mateusza, z uśmiechem.
- Idziemy po lekcjach na amfiteatr? – rzucił Maciek.
- Pytasz, stary… jasne, że idziemy! – odpowiedziała chórem męska część klasy – tylko trzeba wziąć Wodza ze sobą.
- Po co chcecie iść na amfiteatr? Zwłaszcza w zimie? – zdziwiła się Natalia.
- Zrobić klasową bitwę na śnieżki. To chyba oczywiste, co nie Nat? – odparł Błażej.
- Dzieci… ile wy macie lat? – zapytała Joanna – bo zachowujecie się jak dziesięciolatkowie.
- Nie gadaj. Będziesz pierwsza do mycia. – powiedział Maciek.
- A Pani idzie z nami? – Błażej zwrócił się do Pani od Fizyki, ledwo powstrzymującej się od śmiechu.
- Z wami? Pod amfiteatrem na śnieżki? Chybaście powariowali. – nie wytrzymała i roześmiała się.
- OK. To my klasowo panią wrzucimy do śniegu w inny dzień. Jak zima to zima. Nie ma letko. – stwierdził Adam.

- Jakie to słitaśne, aż radość człowieka przepełnia a serce rośnie – sarknął Mateusz, oparty o ścianę przed pracownią polonistyczną. Wzrokiem ogarniał cały długi, pełen par, korytarz.
- Nie zachowuj się jak stary, stetryczały kawaler. – powiedziała siedząca koło niego Joasia – tylko też sobie znajdź dziewczynę. Czemu w ogóle nadal jesteś sam?
Mateusza wręcz kusiło, żeby odpowiedzieć Wiedźminowym „Bo mi wiosło ukradli!”, ale było by to nietaktem z jego strony. Joasię lubił i cenił, zarówno jako kumpelę z klasy, przewodniczącą, jak i inteligentną (i piękną, co rzadko szło w parze) dziewczynę, z którą można było pogadać na wszystkie tematy. Zwłaszcza zaś te natury uczuciowej. Asia była ze swoim chłopakiem razem od wielu lat, i stanowili przykład niezwykle udanej pary. Z tego też względu w rozwiązywaniu zawiłości uczuciowych była nieoceniona. Może i traktowała czasem męską część klasy jakby byli dziećmi z podstawówki (poniekąd tak się najczęściej zachowywali) ale jej rozsądek i niezwykła sympatyczność sprawiały, że była jedną z tych osób, której można się było zwierzać z problemów. Dlatego też Mateusz westchnął i odpowiedział. Szczerze.
- Bo nigdy nie miałem tego szczęścia, żeby moje uczucia zostały odwzajemnione. Kwestia podejścia do tego typu spraw. Albo braku czasu. Albo zbytniej sztywności… zbyt wielkich wymagań? Sam nie wiem. Nie jestem po prostu zbyt atrakcyjną postacią.
- Nie gadaj, bo nie masz racji. Jedyne czego ci brakuje to pewności siebie – odparła twardo Joasia – jeśli będziesz ciągle uważał, że jesteś nieatrakcyjny, to w końcu dziewczyny też w to uwierzą. Zresztą – jesteś tak charakterystyczną i przebojową postacią w szkole, a nie potrafisz sobie poradzić w miłości? Dziwny jesteś, Mati. – zakończyła wypowiedź. Specjalnie spróbowała go sprowokować. To najlepiej działało na Mata.
- Wiem. Taka moja rola w tej klasie – odparł Mateusz bez mrugnięcia okiem.
Joasia westchnęła głośno. Mateusz był ciężkim przypadkiem. Rozsądny a jednocześnie nieco szalony, lubiany przez klasę, znany w szkole, inteligentny, bez większych nałogów (oprócz samochodowego) i minusów, był uważany przez dziewczyny z klasy (i nie tylko, z tego co wiedziała) za bardzo fajnego i godnego zaufania indywidualistę, uprzejmego, zabawnego i czarującego. Tym dziwniejszy wydawał się Joasi fakt, że Mat był samotny. Sam zresztą był sobie winien – w szkole było wiele dziewczyn, które do Mateusza wzdychały. Ale ten (Joasia bardzo lubiła Mateusza, ale innego określenia nie umiała znaleźć) bałwan najwyraźniej tego nie zauważał. Albo próbował nie zauważać.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Rzuciła okiem na korytarz. Jacek tulił się ze swoją dziewczyną. Bardzo dobrze, poniekąd to ona ich zeswatała – i to z sukcesem, bo oboje wyglądali na niezwykle zakochanych. I zajętych tylko sobą. Błażej flirtował z jakąś laską, chyba już trzecią tego dnia. Marciny grały na gitarach. Tadek, Michał i Adam gadali o WoW’ie (powstrzymała się od komentarza o dziecinności tej gry). Natomiast Benedykt…
Tu Joasia uśmiechnęła się. Beniu był często obiektem żartów całej klasy. Jego nagłe zmiany nastroju, dziwne odzywki i zachowania były mu jednak wybaczone, bo w gruncie rzeczy to sympatyczny i inteligentny gość. A w tej chwili właśnie rozmawiał ze swoją „ukochaną” Małgosią z Humana, który miał akurat lekcje na tym samym piętrze. Joasia wolała niemyśleć, o czym dyskutowali, ale stopień zaczerwienienia uszu Benka wskazywał, że temat musiał być dość „interesujący”. Powstrzymała się jednak od komentarza…
… ale nie powstrzymał się od niego Mateusz.
- Ej, Beniu! – zawołał – o czym gadacie, bo uszy masz dość ciekawego koloru! Świntuchu ty! A tak w ogóle, to cześć Gosiu!

Benedykt zaczerwienił się jeszcze bardziej. Mat był jednym z jego najlepszych kumpli, ale tym razem przegiął. Nienawidził, gdy ktoś przerywał mu rozmowę z „jego” Małgorzatą…
- Cześć Mati, wariacie! Chcesz poświntuszyć z nami? – zawołała w kierunku Mateusza Gosia. Jego Gosia. Tego dla Benedykta było za wiele.
- Zamknij się, Mateusz! Chyba że chcesz dostać w mordę przy wszystkich!
Korytarz nagle zamilkł. Oczy uczniów zwróciły się w kierunku Mateusza i Benedykta.
- Spokój, Ben! – warknął Mateusz, który nieznosił, gdy go ktoś wyzywał – wszyscy wiemy, kto by dostał w mordę. Przy wszystkich, zresztą.
Oczy Benedykta nabiegły krwią. Bójka z Mateuszem nie była najlepszym pomysłem, i raczej nie przysporzyła by mu sympatii Małgosi…
… Ben nagle doznał olśnienia …
- No to sprawdźmy się w inny sposób! Za dwa dni na przełęczy! – odkrzyknął Mateuszowi.

Mat zastanowił się chwilę. O ile w laniu się po mordach miałby z Benkiem równe szanse, to wyścig z czteronapędową Imprezą przez ośnieżoną przełęcz stanowił już spore wyzwanie. Ale skoro powiedziało się „A” i wkurzyło Benka, to trzeba było powiedzieć „B”, i wyzwanie przyjąć…
- OK, Beniu. Czekam za dwa dni na szczycie Przełęczy o godzinie jedenastej. Żebyś tylko potem nie płakał, że rozbiłeś auto…
- To nie wszystko – przerwał mu Benedykt – jest jeszcze jeden warunek…
- Jaki?
- Jedziemy z pasażerką.

Benedykt wiedział, że wygrał tą potyczkę słowną. Upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. Będzie mógł zaimponować Małgosi swoimi umiejętnościami w prowadzeniu auta (czym, jak liczył, zdobędzie wreszcie jej serce) a na dodatek pogrążył Mata, który nie miał dziewczyny, i musiał takowej teraz poszukać. Postanowił jednak pogrążyć kumpla do końca. Zanim Mateusz zdążył cokolwiek odpowiedzieć, nim nawet ochłonął z szoku, dodał:
- I musi być to dziewczyna spoza naszej klasy.

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


- No to pięknie, kurna, pięknie – wysłał wiadomość na GG Mateusz. Sytuacja była niezbyt zabawna. Benek triumfował, i woził się po szkole jak pan. Fakt, niepotrzebnie go wkurzał, ale takiej reakcji kumpla w ogóle nie przewidywał. Sam wyścig nie przerażał Mateusza aż tak bardzo. Trasę znał jak własną kieszeń, „czuł” wóz, a po śniegu potrafił jeździć całkiem dobrze. Owszem, Ben miał przewagę w Imprezie z napędem 4WD, ale ten frajer w ogóle się jeszcze nie ścigał po Serpentynach. Gorzej sprawa wyglądała z partnerką. Mówiąc szczerze, wyglądała beznadziejnie. Cholerny szpaner z tego Benedykta. Mateusz znał lepsze sposoby na podrywanie dziewczyn niż ślizganie się z nimi po Przełęczy.
- Czego się przejmujesz? Naprawdę tak trudno Ci znaleźć dziewczynę, która wybrałaby się z Tobą na przejażdżkę? Przecież my, kobiety, lecimy na odważnych facetów w tych waszych "wspaniałych maszynach". Chyba mi nie powiesz, że wszystkie Ci odmówiły? Gdyby nie te durne zasady wprowadzone przez Bena, to nawet ja bym z Tobą pojechała, jako dobra znajoma! Dla samej frajdy! - przyszła odpowiedź od Joasi. Ta (bezskutecznie) próbowała mu znaleźć "partnerkę" na wyścig, który miał się odbyć już następnej nocy.
Mateusz westchnął głośno nad klawiaturą. I odpisał.
- Wiem, że są takie, które zrobiłyby wszystko, żeby ze mną pojechać. Te z humana to mnie nawet w Osuchu pytały, czy już znalazłem kogoś na drugie siedzenie. Ale po pierwsze primo nie mam zamiaru ryzykować zdrowiem i życiem piękności z humana. Tak samo nie miałbym ochoty ryzykować zdrowiem i życiem piękności z naszej klasy. Po prostu to jest niebezpieczne. Po drugie secundo chciałbym, żeby... sam nie wiem.
Enter. Wiadomość poszła. Mateusz powoli zaczynał się zastanawiać nad kapitulacją. Ścigać się - spoko. Ale po diabła z dziewczyną? Cholerny Benek...
- Po drugie chciałbyś, żeby to była ta wyjątkowa, prawda? - przyszła odpowiedź od Asi - Ta, której unikasz w szkole? Przy której tracisz całą pewność siebie? Ta pierwszoklasistka, która sobie z Ciebie żartuje przy każdej okazji? Skoro ją kochasz to jej to wyznaj, głupcze! I zaproś ją na tą całą jazdę! - Joanna zawsze zastanawiała się, dlaczego faceci czasem tak wszystko komplikują.
Odpowiedź nie przychodziła dłuższą chwilę. W końcu w głośnikach rozległ się wizg.
- Nie. Ta opcja odpada. Nie poproszę jej, choćby nie wiem co. Musisz wymyślić coś innego.
Joasia westchnęła głośno nad klawiaturą. Mateusz był wybitnie skomplikowaną osobą...

- Co jest kur...na? - zapytał głośno Mateusz, chociaż w pokoju nie było żywej duszy. Wiadomości od TEJ osoby nie spodziewał się wogóle. Kliknął w pasek z napisem "Julia przesyła wiadomość". Czy wszystkie wspomnienia musiały atakować go akurat dzisiaj?
- Cześć Mateusz :)
- Witaj Julio. :)
- Jak tam?
Cholerna wymiana uprzejmości. Czego ode mnie chcesz, piękna? Co sprawiło, że odzywasz się po dwóch latach milczenia?
- Spoko, oprócz tego, że pilnie poszukuję kandydatki na samobójczynię na jutro. :/ - odpisał. Po co miał się zbędnie patyczkować? Jego uprzejmość i wyszukany język nie były w tym przypadku niezbędne...
- Właśnie w tej sprawie piszę.
- O kur*a - powiedział Mateusz na cały pokój.

- I tak po prostu zapytała Cię, z kim jedziesz jutro na ten wyścig? Po dwóch latach nieodzywania się? Co to wogóle za dziewczyna? - Joasia była bardzo zaintrygowana.
- Tak po prostu. To moja... ech. Dawna bliska znajoma.
- Nie kręć, Mat, i tak nie potrafisz kłamać. Jak bliska?
- Bardzo bliska.

- I nie umiesz znaleźć żadnej partnerki na jutro? Nie wierzę, Maciu. :P - przyszła wiadomość od Julii. Maciu. Tego zdrobnienia używała tylko ona.
- Są na tym świecie rzeczy, o których nie śniło się waszym filozofom. - odpisał. Jest na bielskim humanie to niech sobie poobcuje z wyższą literaturą. - Były chętne, ale jakoś mi nie pasowały.
- A ja bym Ci pasowała? :)
- O kur*a. - powiedział Mateusz jeszcze głośniej...

- Sama wyskoczyła z tą propozycją? - niedowierzała Joanna.
- Sama. Zapytała, czy mi by tam pasowała. Nie wypadało mi odmówić...
- Nie musisz udawać, Mat. Stara miłość nie rdzewieje, co?
- Joasiu, kurna, dwa lata temu ta "stara miłość" wyrwała mi serce! Nie mam z babą kontaktu tyle czasu, a teraz nagle pisze mi, że chce ze mną pojechać? Skąd ona wogóle wiedziała? Tu coś jest nie tak. Z tego nie wyniknie nic dobrego.
- A może to właśnie dar od niebios, Mati? Co teraz planujesz zrobić w tej sytuacji?
- Nic. Pojechać po nią jutro około siódmej, zabrać na kolację w jakieś ładne miejsce, może pooglądać gwiazdy, porozmawiać. Może nawet wezmę kwiaty. Nie wiem, kurna, nie ja chciałem cholernego wyścigu z pasażerem!
- Weź kwiaty, Mat - odpisała Joasia - czerwone róże. Wiesz co symbolizują czerwone róże?
- Wiem. Ale ja jestem rycerzem błędnym. Acz nie szalonym...

 

Mateusz siedział w wygodnym fotelu restauracji i wpatrywał się w intensywnie zielone oczy swojej towarzyszki. Swego czasu wprost szalał dla tych oczu, więc tym większą frajdę sprawiało mu obserwowanie piękności siedzącej naprzeciw niego. Bawił ją kwiecistą mową, lotnymi tematami i wplatanymi w dyskusję żartami, jednocześnie zastanawiając się, o co (do wszystkich diabłów) tej babie chodziło. Dwa lata wcześniej „rozstali się” w niezbyt miłych okolicznościach. Tym dziwniejszy dla Mateusza był fakt, że odezwała się ona do niego, ba – że właśnie siedzieli na czymś, co można było nazwać ”randką”.
- Idziemy? – zapytała z uśmiechem. Zawsze uwielbiał ten uśmiech.
Mateusz spojrzał na zegarek. Mieli pół godziny. Akurat na dojazd.
- Oczywiście – odwzajemnił uśmiech, położył stówę koło rachunku i podał jej płaszcz. Czarny, delikatny materiał. Taki, jaki zwykle nosiła w zimie…

Sierra cicho sunęła po śniegu. Julia zabawnie piszczała przy każdym lekkim uślizgu, które wywoływał na zakrętach. Cholera, pomyślał, brakowało mi jej.
- No to co cię skłoniło do tak szalonego czynu jak jazda ze mną? –zapytał, niby żartem.
- Ależ Maciu – odpowiedziała, patrząc mu w oczy – przecież jesteśmy przyjaciółmi, prawda? A poza tym lubię się rozerwać w miłym towarzystwie.
- No… twoje towarzystwo jest dla mnie ogromną przyjemnością, Julciu. Dzięki, że ci się chciało… - odparł, wchodząc w zakręt. Jakiej innej odpowiedzi mógł się spodziewać?

 

- Ben, wszystko fajnie, ale po cholerę wyzwałeś Mateusza? Co on ci zrobił? – zapytała wprost Małgosia, gdy czekali na szczycie Kubalonki. Perspektywa nocnego wyścigu była dla niej kusząca, ale dlaczego Benedykt wyzywał swojego najlepszego kumpla?
- Bo cię obraził! Nie pozwolę, żeby jakikolwiek facet cię obrażał, nawet Mateusz. – odparł hardo Benedykt. Niezgodnie z prawdą, ale liczył się efekt.
- Nie obraził mnie, głuptasie. To też mój kumpel. Swoją drogą fajnie, że mnie zabrałeś, dziękuję ci za to – połechtała Benkowi poczucie wartości – ale to zmuszanie Mateusza do znajdywania sobie partnerki jest według mnie głupie. A tak w ogóle, to ciekawy sposób na podryw. –powiedziała i uśmiechnęła się do niego. Benedykt spurpurowiał. Zorientowała się!
Śnieg padał coraz silniej, a nawiewy w Imprezie miło grzały. Na drodze od Istebnej pojawiły się dwa światła…

- Zwykły wyścig downhill, wszystko zgodnie z zasadami. Nie mamy nikogo do dania sygnału, więc musimy zsynchronizować zegarki. Punkt o jedenastej ruszamy. Meta jest na wysokości wjazdu na starą drogę. Jakieś pytania?
- Żadnych – odpowiedział Benedykt odważnie.
- To powodzenia, Beniu. I nie myśl, że mając 4WD wygrasz bez problemu. Napęd na tylną oś może i ma problemy na śniegu, ale we wprawnych rękach…
- Nie masz szans, Mat. Wracaj lepie… - odpalił Benek
- Cześć Gosiu! – pomachał Mateusz w kierunku Imprezy, przerywając wywód Benedyktowi.
- Cześć Mat! – odpowiedziała Małgosia – pozdrów tam swoją partnerkę!
- Dziękuję – odpowiedziała za niego Julia, wysiadając z Sierry. Kilka płatków śniegu na jej długich, ciemnych włosach zalśniło w świetle księżyca. – Miło mi poznać. Jestem Julia, stara znajoma Mateusza.
- O kur*a. – powiedział cicho Benedykt. Mateusz uśmiechnął się. Efekt był rzeczywiście zniewalający.
- I mi również. Małgosia, kumpela Mateusza z liceum. A ten facet koło niego to Benedykt. Pewnie by się sam przedstawił, ale właśnie zamarł na twój widok. – odparła Gosia z uśmiechem.
Julia roześmiała się. Jak niegdyś, pomyślał Mateusz.
- No, chyba aż tak strasznie nie wyglądam. To co, jedziemy? – powiedziała Julia.
- OK. Ruszamy, Benek? – odpowiedziała Małgosia.
- Ta… jasne. – odezwał się wreszcie Ben. Skąd, do cholery, Mateusz miał takie piękne znajome? Otrzepał buty ze śniegu i wsiadł do swojego Subaru. Zerknął na zegarek – za dwie jedenasta. Przekręcił kluczyk. Bokser warknął przeciągle…

Mateusz rozpiął guziki swojego eleganckiego, zimowego płaszcza i rzucił go na tylne siedzenia. Oczyścił buty ze śniegu i umościł się w fotelu. Czarne, skórkowe buty na niskiej podeszwie (zupełnie niezimowe) nadawały się wręcz idealnie do jazdy. Płaszcz krępował by mu ruchy, czego nienawidził. Spojrzał jeszcze raz na Julię. Uśmiech nie znikał z jej pięknej twarzy.
- Podkręcić ogrzewanie? – zapytał.
- Po co? I tak za chwilę będzie gorąco. – odparła, pokazując zęby. Śliczne zęby.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Minuta.

Czterdzieści sekund.

Dwadzieścia.

Benedykt wdusił gaz do oporu, a bokser ryknął przeciągle, ku uciesze Małgosi.

Dziesięć.

Trzy.

Dwie.

Jedna.

Punkt jedenasta na czarnej kopercie zegarka.

Benedykt wbił bieg i wdusił gaz do oporu. Samochód zabuksował w miejscu, wyrzucając fontanny śniegu.

Mateusz błyskawicznie wrzucił pierwszy bieg, a jego noga pomknęła do pedału gazu…

- Tato, w tych warunkach już nie ruszymy!
- Spokojnie, synu – odpowiedział ojciec jedenastoletniemu wówczas Mateuszowi. Na podjeździe przed nimi stała zakopana wielgachna Laguna, Mondeo i kilka innych nowoczesnych aut. Musieli się zatrzymać, żeby uniknąć stłuczki ze ślizgającym się z góry pojazdem. Śnieg zasypywał przednią szybę, wycieraczki ledwie nadążały go odgarniać. Był 31 grudnia, sylwester szykował się niezwykle śnieżnie. O ile uda im się na niego wrócić. Auta przed nimi z całą mocą silnika próbowały ruszyć, ale ich koła tylko coraz bardziej się zakopywały.
- Sztuka nie polega na wyduszeniu całej mocy z silnika, synu – powiedział ojciec, sięgając do manetki zmiany biegów – w ten sposób tylko się zakopiesz. Im mniej gazu, tym lepiej. Patrz…
Ojciec delikatnie nacisnął gaz. Auto powoli, bez poślizgu ruszyło do góry, omijając bezradne, nowoczesne maszyny…

Wspomnienie. Mateusz całą swą wiedzę o samochodach i sztuce jazdy zdobył dzięki ojcu. Umiejętność ruszania w zimie także. Sierra wystrzeliła do przodu, zostawiając Imprezę w tyle.

- Fail, Beniu – powiedziała Małgosia, śmiejąc się – a tak chwaliłeś się tymi super zdolnościami trakcyjnymi tego auta, czy jak to się tam nazywa…
Benedykt spurpurowiał ponownie i odjął nogę z gazu. Auto przestało się ślizgać. Stopniowo dodał gazu, a Subaru ruszyło w pościg za oddalającym się Fordem…

- Został w tyle – powiedziała Julia, patrząc w lusterko – on ma mocniejszy wóz, prawda?
- Trochę. Ale ma za to napęd na cztery koła. – odparł Mateusz. Zaczął hamowanie przed pierwszym zakrętem znacznie wcześniej, naciskając pulsacyjne hamulec. Tej techniki również nauczył go ojciec. Sierra zwolniła do pięćdziesiątki, po czym z lekkim poślizgiem pokonała pierwszy wiraż. Tylny napęd dawał sobie radę całkiem nieźle. Drift bezwładnościowy na śniegu nie był dla Mateusza zbyt trudny. Bawił się tak przez pół dzieciństwa…

Benedykt spędził cały wczorajszy wieczór na tej drodze. Wcale nie była taka łatwa, jak mu się początkowo wydawało. Nie przyznał się nikomu, ale przytarł nawet tylny zderzak, gdy podczas jednego z przejazdów stracił kontrolę nad wozem. Ten pierwszy zakręt pokonywał z 60-siątką na liczniku. Wcisnął hamulec, a ABS dał z siebie wszystko, żeby utrzymać przyczepność. Skręcił kołami, a auto jak po szynach pokonało wiraż. Dodał gazu i wrzucił trójkę.
- Nie wiem jak, ale doganiasz go – powiedziała Małgorzata. Z nutką podziwu w głosie.

Z lekkim poślizgiem Sierra znalazła się na drugiej prostej. Powoli dodawał gazu, a obrotomierz sięgnął 6 tysięcy. Skrzynia biegów bez oporu wbiła czwarty bieg.
- Jest ten twój kumpel. – powiedziała Julia.
Mat spojrzał w lusterko. Benedykt rzeczywiście odrabiał straty. Robert mówił, że spotkał go wczoraj na serpentynach. Sukinkot, musiał jednak zapoznać się z trasą.
Mateusz zwolnił do czterdziestki i pokonał ciasny nawrót w prawo, rozrzucając śnieg dookoła…

Benedykt dusił swój wóz do oporu. ABS i napęd na cztery koła dawały mu znaczącą przewagę na zakrętach. Ale Mat wcale nie był tak słaby, jak mu się początkowo wydawało. Przełknął głośno ślinę, zwolnił i odbił w prawo…

Julia piszczała z uciechy. Serię lekkich zakrętów Sierra pokonała delikatnymi poślizgami. Mateusz rzucił jej promienny uśmiech, ale w duchu przeklinał sposób, w jaki wziął te szykany. Stracił prędkość i rozpęd, bo nie udało mu się utrzymać trakcji. W lusterku błysnęły mu światła Imprezy. Benedykt był blisko.

- A jednak go dogoniłeś, Ben. Chyba nie jesteś aż tak beznadziejny – skomentowała Małgosia.
Benedykt uśmiechnął się szeroko. W ustach Małgorzaty brzmiało to jak najlepszy komplement. Dodał gazu, zmniejszając dystans do dwóch metrów. Wyskoczyli z zakrętu, a ich oczom ukazała się Patelnia…

- Trzymaj się teraz – powiedział Mateusz. Impreza była bardzo blisko. Zbyt blisko. Musiał spróbować pełnego driftu bezwładnościowego.

- O cholera. Dobry jest – powiedziała Małgosia. Błękitny Ford leciał głębokim ślizgiem po długim, ostrym wirażu, zasłaniając oba pasy.
- Ale ten sukinsyn w ten sposób uniemożliwia wyprzedzenie – zaklął Benedykt. Jego 4WD utrzymywało go na wewnętrznym pasie, ale co z tego, skoro Mat i jego Sierra tym driftem pozbawiali go całej przewagi technologicznej?

- Chyba wygrałeś, Macio – powiedziała Julia tym swoim ślicznym głosem – za chwilę przełęcz się kończy.
- Może. Ale gra się do końca.

Benedykt atakował Forda ze wszystkich stron, ale przeciwnik zasłaniał swoim wozem oba pasy naraz. Trasa miała się już ku końcowi. Nie dam rady, pomyślał Benedykt. Wyszli na przedostatnią prostą. Ostatni, ostry wiraż w prawo i prosta do mety. Pomóc mógł mu tylko cud.
I cud się zdarzył.

Mateusz wjechał w ostatni, mocny zakręt w prawo i poczuł coś, co zmroziło mu krew w żyłach. Koła od lewej strony podskoczyły nagle, a tył wpadł w gwałtowny poślizg. Wszystko trwało ułamki sekund, ale jemu wszystko wyświetlało się jak w zwolnionym tempie. Koncentracja. Lekko skontrował, ale czuł, że nie ma żadnej kontroli nad pojazdem. Auto wpadło w rotację. Przednie światła oświetliły bandę śniegu pokrywającą rów. Przeciwną stronę drogi, Przód mijającej go Imprezy. W końcu udało mu się opanować Sierrę, naciskając pulsacyjnie hamulec. Wóz zatrzymał się…

- O kurna – powiedzieli jednocześnie Benedykt i Małgorzata. Po czym oboje się roześmiali.
- Jak zwykle, Beniu, wygrywasz dzięki szczęściu – uśmiechnęła się do niego Gosia.
- To nie szczęście. Jestem geniuszem w prowadzeniu samochodu – odparł Benedykt.
- Ta, jasne. Dogonić starego Forda w zimie, mając napęd na cztery koła to każdy potrafi – powiedziała Gosia – ale i tak dałeś piękny popis. Świetnie mi się z tobą jechało… wariacie.
Benedykt uznał, że to najlepszy moment. Zatrzymał wóz i spojrzał jej głęboko w oczy, najbardziej czarująco, jak tylko potrafił.
- Gosiu?
- Tak?
- Zostań moją dziewczyną. Proszę. Kocham cię do szaleństwa, i zrobię dla cie…
- Dobra, spokój, wariacie! – przerwała mu Małgosia ze śmiechem – Nie musisz się tak uzewnętrzniać. Zgadzam się. Też cię kocham, itede, itepe. Całuj.
Benkowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać…

Wycieraczki odgarniały wolno opadający na szybę śnieg. Ciepły nawiew miło łechtał po nogach. Przednie światła oświetlały felerny zakręt. I wysoki śniegowy garb. Przegrał przez źle wyprofilowany wiraż. Przez niedopatrzenie drogowców odśnieżających Serpentyny.
- Zawiodłem. Wybacz, Julio. – powiedział cicho.
- Kogo? Mnie? – odpowiedziała radośnie – Mateusz, jesteś najlepszym kierowcą, z jakim miałam przyjemność jeździć! To było niesamowite. Sprawiłeś mi całe mnóstwo frajdy, a wynik… a kogo obchodzi wynik? Dziękuję ci!
I pocałowała go w policzek.
Jak tu niekochać zimy?