2. „FF, FR i AWD”

  [Akcja rozpoczyna się w ostatnim tygodniu wakacji 2009 roku]

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

- Jeden osiem litra pojemności, słynny CA18DET. Zdrowa seria, turbo to Garret T25, świeżo po regeneracji. Prawie 170 koni, napęd na tył… zresztą, chyba sam najlepiej wiesz, po co przyjechałeś. – zachwalał srebrnego Nissana 200SX generacji S13 jego właściciel.
- Ta, fura robi robotę. – odparł Robert, pożerając wzrokiem karoserię srebrnego coupe. – Na pierwszą gablotę rozważałem kilka opcji ale jednak wybieram sercem, będzie 200SX.
Właściciel Nissana zmarszczył lekko brew.
- Tył napęd na pierwsze auto? Z taką mocą i lekką budą? Masz jaja, chłopie. Rodzice cię z domu nie wyrzucą?
- Moja kasa, moje życie. – odpalił chłopak – Ojciec nawet mi się dorzucił. A jak jeździć to albo grubo, albo wcale.
Mężczyzna zrozumiał, że tematu nie należało kontynuować. On sam zaczynał do Micry, ale cóż… czasy się zmieniły, prawko od 16’tu przewracało dzieciarni w głowach.
- Na otomoto stoi za trzynaście koła. – Robert płynnie przeszedł do negocjacji cenowych – Auto ładniutkie, ale z czego taka cena? Inne w tym wieku i podobnym stanie chodzą po dychę.
Właściciel ugryzł się w język, że trzeba było jechać oglądać te po dychę. Mimo wszystko chciał auto sprzedać, nie sprzedawać.
- Zdrowa seria bez rudej. Poza maską w karbon i fajery MOMO nie znajdziesz tutaj żadnego aftermarketu, a wierz mi, nie chcesz się mierzyć z większością tjunerskich rzeźb. Wiem co mam, za darmo nie oddam.
- Za darmo na pewno nie, ale za jedenaście kawałków było by całkiem uczciwie.
- Poniżej dwunastu nie mamy o czym rozmawiać. Za same opony początkiem tego sezonu dałem ponad tysiaka. Regeneracja i malowanie na czarno felg w ubiegłym roku to też prawie tysiak z kieszeni… nowy rozrząd przy dwustu tysiącach, masz spokój na co najmniej kilka lat…
- Dobra, dobra. Kumam i widzę że fura pieszczona, ale to dziewiętnastoletnia gablota… jedenaście i pół, moje ostatnie słowo.
- A, co mi tam. Niech będzie – uścisnął dłoń Roberta – Tylko dbaj o niego… to kawał maszyny. Nie chciał bym za kilka tygodni na TVN’ie zobaczyć reportażu o młodym gniewnym, który zawinął moją ślicznotkę na drzewie.
- Wierz mi… usłyszysz o mnie, ale jako o najszybszym kierowcy na górskich przełęczach!
- GSMP? – zapytał przez grzeczność. Młodość naprawdę rządziła się swoimi prawami.
- Eeee… nie.

Z dokumentami wozu w kieszeni i brzęczącymi w dłoni kluczykami otworzył szeroko drzwi i umościł się w welurowym, kubełkowym fotelu.
- Fak jea. – jęknął z zachwytu, wrzucając umowę kupna-sprzedaży do schowka. Jego pierwsza własna fura! Sportowe cacuszko, najlepsza tylnonapędówka na jaką pozwalał mu budżet czternastu tysięcy wytyranych na budowach i innych dorywczych fuchach. Pal sześć szarobure plastiki i nudne jak flaki wnętrze… ta gablota miała zapierdalać bokiem i zrobić z niego najlepszego driftera na Podbeskidziu!
Wsadził kluczyk w stacyjkę i przekręcił zapłon. Czterocylindrowy silnik zakaszlał krótko, po czym zaczął grać równą, basowo-charkotliwą melodię.
- Zrobimy robotę na Serpentynach. – pomyślał, przekręcając pokrętło od świateł. Reflektory wysunęły się nad maskę, wywołując u niego kolejne westchnienie zachwytu. – Czas zacząć naukę driftu!
Objął sportową kierownicę i dał autu buta. Silnik zacharczał miarowo, posykując niedogrzaną turbosprężarką.
- To jest dźwięk! To jest życie!
Wbił pierwszy bieg, podkręcił obroty, strzelił ze sprzęgła i katapultował z parkingu na drogę, napawając dźwiękiem silnika i sykiem turbo. Jego marzenie o zostaniu ścigantem właśnie zaczynało się spełniać.
Były właściciel srebrnego Nissana 200SX został na parkingu sam, biedniejszy o swoją srebrną perełkę, bogatszy o jedenaście i pół tysiąca oraz dziwne przeczucie, że auto czekało krótkie, acz intensywne życie.

Czarny lakier czterodrzwiowej Hondy Civic opalizował w słońcu rozbłyskami złotego brokatu. Osadzone na piętnastocalowych Ronalach „jajko w sedanie” z całą pewnością zwracało na siebie uwagę.
- B16A1 – rzucił właściciel auta, otwierając maskę – Wałki z Type R, stożek K&N, dolot AEM. Cały wydech z kwasiaka, robiony na zamówienie, tłumik a’la Mugen, całkiem dobrej jakości replika.
- Ile? – Jacek ledwie powstrzymywał ślinotok. Auto było fenomenalne.
- Na rolkach wypluła ostatnio 185 koni. Na dobrym asfalcie i dogrzanych oponach sześć i pół sekundy do setki. Lekka buda EG i piętnastki robią swoje, w sprincie spod świateł jest niepokonana.
- KJSy, jakieś zawody…?
- Nie – właściciel Hondy mlasnął gumą do żucia – Nazwijmy to… zabawy na mieście.
Jacek zrozumiał aluzję.
- Ale jak chodzi o kwestie prowadzenia, to też jest wypas. – pociągnął właściciel – Gwint Bilsteina robi robotę, 30 milimetrów w dół, można kręcić niżej jak przyjdzie ochota. Hamulce zdrowa seria, ale na tarczach i klockach nie oszczędzałem EBC, ATE, takie sprawy.
- Przejedziemy się? – zapytał z nutą nieśmiałości w głosie Jacek.
- Kasa do schowka i wskakuj.
Chłopak bez zastanowienia wręczył mu grubą kopertę i pociągnął za klamkę.
- Wow. – jęknął z zachwytu.
- Tapicerka szyta na zamówienie. – sprzedający auto wiedział, że czarno-czerwone wnętrze robiło wrażenie – Dobrej jakości skóra, żaden skaj czy inny ekologiczny badziew. Bazą były fotele z Prelude.
Jacek zajął miejsce za kierownicą, a skórzany „kubełek” i pasy objęły go pewnym, scalającym z autem chwytem.
- Był zagrzany – stwierdził właściciel, wręczając mu kluczyki – Ale wiesz… ten… bez szaleństw.
Skinął ze zrozumieniem głową i przekręcił kluczyk w stacyjce. Do kabiny natychmiast wdarł się ostry, świdrujący dźwięk japońskiej „szlifierki”.
Boski dźwięk!
Powoli wytoczył się z parkingu na drogę i dodał nieco gazu, zapinając drugi bieg.
- To niby tylko jeden sześć litra, ale jak depniesz mu na pedał i kopnie cię VTEC to zrozumiesz, dlaczego Honda robi najlepsze silniki…
Jackowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wcisnął pedał gazu do oporu.
-Faaaaaaak! – zawył na spółkę z silnikiem, podczas gdy stado mechanicznych koni zerwało trakcję na desperacko walczącej o przyczepność przedniej osi.
Wbił trójkę, wsłuchując się w śpiew zmiennych faz rozrządu i obserwując błyskawicznie pnącą się do góry wskazówkę prędkościomierza.
60. 70. 80. 90.
Sto kilometrów na godzinę.
- Światła. – mruknął spokojnie właściciel auta.
Jacek uniósł wzrok i dopiero wtedy dojrzał żółte światło gasnące na oddalonym o czterdzieści metrów od nich sygnalizatorze.
Wdusił pedał hamulca, pasy opięły się na jego ciele, przyciskając do fotela. Auto niemal stanęło dęba, zatrzymując na dystansie, o którym w Clio jego matki nawet mu się nie śniło.
- Wow. – westchnął cicho.
- No. – właściciel zachowywał iście niebiański spokój – Kawał drania z tej Hani. Dwanaście tysięcy i jest twoja.
Chłopak wiedział, że powinien negocjować, zbić co najmniej o tysiaka, ale… po tym wszystkim nie odczuwał nawet takiej potrzeby. Ten Civic był wart każdej złotówki.
- Zgoda – odparł – Biorę go!
Oszczędności z kilku lat wakacyjnej harówy „na saksach” w Niemczech ulokował w japońskim  kompakcie z końcówki lat dziewięćdziesiątych, ale po ostatnich kilku minutach z tym autem nie żałował ani złotówki. Najlepszy wydatek w życiu, zapowiadający najlepszą końcówkę wakacji o jakiej tylko mógł zamarzyć!

- Sto piętnaście koni z dwóch litrów, stały napęd na wszystkie koła, jak przystało na Subaru… śnieg, deszcz czy lód temu autu nie straszne. – zachwalał niepozornego, srebrnego sedana właściciel komisu.
Nieco przykurzony, czarny znaczek Plejad na masce, kołpaki i brak jakiegokolwiek spoilera, rzeczy tak charakterystycznej dla tych aut, nie robiły dobrego wrażenia. Benedykt nie szukał jednak Imprezy GC z powodu jej wyglądu, nad tym zawsze można było przecież popracować, lecz właściwości jezdnych i doskonałego napędu. Z niego zaś słynęły wszystkie Subaru, nawet najbiedniejsze, wolnossące wersje.
- Można ją wziąć na rundkę? Takie auto ciężko kupić oczami.
- Ależ oczywiście! – uśmiechnął się jowialnie barczysty sprzedawca – Pan zaczeka, skoczę po kluczyki.
W drodze do komisowej budki z zadowolenia aż zatarł ręce. Wyglądało na to, że na zalegające mu od dłuższego czasu, słono wycenione Subaru wreszcie znalazł się naiwny kupiec.

Dźwignia zmiany biegów wyglądała dość śmiesznie, otulona niczym w Żuku gumową harmonijką, ale skok lewarka był krótki i precyzyjny. Czwarty bieg wskoczył płynnie, a niezwykle przyjemnie brzmiący, czterocylindrowy bokser sprawnie odpychał auto nawet na niskich obrotach. Dziewięć sekund do setki nie urywało głowy, ale z kilkoma modyfikacjami to auto miało spory potencjał.
Wrzucił kierunkowskaz, zwolnił i skręcił w boczną, polną drogę. Szuter zaczął chrzęścić pod kołami, a zawieszenie sprawnie wybierać nierówności nawierzchni.
Na to czekał.
Szybkim ruchem zredukował bieg do dwójki i wcisnął gaz do oporu. Silnik wydobył z siebie charakterystyczny, bulgoczący ryk, a o podwozie zadudniły wyrzucane spod kół fontanny szutru, piachu i kamieni.
- Ostrożnie… - jęknął cicho sprzedawca, wiercąc się na fotelu pasażera. W oczach rósł mu już zbliżający się niebezpiecznie szybko zakręt w prawo.
Dokładnie o to chodziło.
Wcisnął sprzęgło i zaciągając na chwilę hamulec ręczny podciął tył samochodu. Impreza kontrolowanym, głębokim poślizgiem przemknęła przez zakręt i dała się w banalny sposób wyprowadzić na jego wyjściu. Trakcja, rozkład masy, prowadzenie… stały napęd na cztery koła był faktycznie fenomenalny.
- Panie, odpuść pan, co pan kurwa mać robisz! – zawył sprzedawca.
- Wiskoza sprawna, napęd bez zarzutu. – odparł wytracając prędkość Benedykt – Hamulce raczej w najbliższym czasie do wymiany, amortyzatory też już raczej bliżej niż dalej swojego końca, auto trochę się buja. Silnik całkiem dobry, ale patrząc po zużyciu wnętrza… stu dwudziestu tysięcy to auto nie ma, oglądałem Imprezy mniej powycierane, a mające grubo ponad dwieście.
- Co ty synek pierdolisz, do chu…
- Dam siedem tysięcy.
Handlarz zapowietrzył się na chwilę, po czym odpalił:
- Siedem?! Za Subaru z dziewięćdziesiątego szóstego?! Wolne żarty, poniżej dychy nie puszczę!
- To będziesz się pan bujał z palącym jak smok autem, w które wpakować trzeba z dobre dwa-trzy tysiaki. Może przed zimą ktoś się nim zainteresuje… osiem to moje ostatnie słowo, chociaż… namyślić bym się musiał – podkręcił trochę obroty, a bokser zabulgotał radośnie – Pojeździć jeszcze… trochę. – dodał więcej gazu, a silnik znów rasowo zamruczał.
Sprzedawcą aż wzdrygnęło.
- Jaj se nie rób… zapomnij, że dam ci jeszcze tym autem jeździć, dzieciaku! Niech stracę, osiem, ale wypad…  z powrotem ja prowadzę… nie narażę się ponownie na coś takiego…
Wysiadając z auta Ben nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu. Mały rajd po bocznych drogach Powiatu Cieszyńskiego pozwolił mu zbić cenę upatrzonej Imprezy o ładnych kilka tysięcy. Osiem tysięcy ciężko zarobionych na dorywczych pracach na minus. Świetny, rasowo brzmiący i fenomenalnie się prowadzący samochód na plus. Idealne zakończenie pracowitych wakacji.

Ogromny plac autokomisu, jak okiem sięgnąć, zastawiony był setkami aut.
Żwir chrzęścił pod nogami, słońce ostatniego dnia wakacji smażyło niemiłosiernie.
Wzrok prześlizgnął mu się po czerwonym Civicu. Hatchback, 1995 rok, sto sześćdziesiąt koni z 1,6. VTi… 100 koni z litra… lekka buda… kosmos.
Cena: 13 tysięcy. B16A pod maską było potęgą, a sam Civic świetnie wyważonym autem, ale moda na JDM wywindowała ceny tych aut poza zasięg jego finansowych możliwości.
Obok Tico, Scenic, 206 w dieslu…
Czarne Audi 80 Coupe. Siedem tysięcy, 136 koni. Skóra, stan całkiem obiecujący…
Wlew LPG w zderzaku. Nie miał nic do gazu, ale zrzeźniczony wlew nie nastrajał optymizmem w kwestii jakości instalacji i jej serwisowania. Nie tego szukał, zwłaszcza w czasach taniej benzyny…
Nieopodal stało prawdziwe cudo. Niebieski Ford Cougar, coupe, V6 pod maską, dwieście koni maltretujące, niestety, przednią oś. Cudne kształty New Edge Design, zwłaszcza prześlicznie wymodelowany tył… piętnaście tysięcy złotych widniejące na kartce szybko ostudziły jego zapędy. Na tym etapie życia mógł sobie o tym cudeńku tylko pomarzyć.
Ruszył dalej, minął drogie A3 w TDI, całkiem sympatyczną lecz słabowitą Micrę, zajeżdżone E36…
Mitsubishi Colt, 1,8 litra, trzydrzwiowy hatchback. Srebrny metalik, lakier i całe autko w zaskakująco dobrym stanie, ładne linie podkreślone fabrycznym pakietem dokładek, rocznik ’95…
- Kurna, ile?! – wyrwało mu się, gdy dojrzał deklarowaną na kartce moc.
140 koni mechanicznych. Z masa poniżej tony, to maleństwo musiało fruwać.
Auto było wycenione na sześć tysięcy, ale jeśli stan techniczny był by bez zarzutu… coś na pewno uda się utargować… mieścił się w budżecie, a dokładnie takiej małej rakiety szukał.
Odwrócił się na pięcie, chcąc zawołać właściciela komisu i… zamarł.
- Co tu robisz, biedactwo? – mruknął cicho, postępując krok do przodu.
Wpatrywała się w niego para dużych, smutnych oczu.
… jeśli reflektory uznać można było za oczy, oczywiście.
- Ford Sierra. – powiedział na głos, w zamyśleniu.
Dwudrzwiowe coupe, w ślicznym, całkiem nieźle utrzymanym błękitnym metaliku. Pomijając spoczywającą na nim sporą warstwę kurzu.
- O. – mruknął znów sam do siebie, odczytując deklarowaną przez komis moc i pojemność. Dwa litry, 120 koni. Auto było z 1993 roku, końcówka produkcji tego modelu, czyli musiała to być 123-konna jednostka z dwoma wałkami rozrządu. Jeden z najmocniejszych silników w tym modelu, nie licząc turbodoładowanych Cosworthów i prawie trzylitrowych widlastych szóstek…
Wiedziony ciekawością obszedł samochód dookoła, ostukując nadkola i progi. Blacharka była w zaskakująco dobrym stanie, zwłaszcza jak na Forda z tego okresu. Szczeliny nadwozia niemal idealne, miernik grubości powłoki lakierniczej pokazał nieco większe odchyły jedynie po stronie kierowcy… ale to musiało być coś małego, przecierka parkingowa?
Stan był zaskakująco dobry jak na auto z tego rocznika i w, mimo wszystko, usportowionej wersji. Mimo tego jednak, Sierra ewidentnie nie potrafiła znaleźć sobie nowego właściciela. Trawa powoli zarastała oryginalne, Fordowskie alufelgi.
Dlaczego nikt nie chciał przygarnąć starego, dwudrzwiowego Forda, wycenionego na raptem dwa tysiaki…?
… może dlatego, że był starym, dwudrzwiowym, niepraktycznym Fordem, którego nikt nie chciał nawet za dwa tysiaki.
Spojrzał jeszcze raz za siebie. Colt był młodszy, mocniejszy, kusił jak jasna cholera, ale…
Sierra miała klasyczny rodzaj napędu, FR, silnik z przodu, moc na tylnych kołach.
A gdyby tak… wbrew rozsądkowi… dać jej szanse?
OK, była stara, ale ani przebieg, ani stan blach na to nie wskazywały. Cena była nawet poniżej jego skromnego budżetu… a zapewne i tak dało się ją jeszcze utargować.
Prawda zaś była taka, że przecież marzył o tylnonapędówce. Do tej pory sądził, że stać go było co najwyżej na zakatowane przez dresiarza BMW E30, ale z taką Sierrą…
Mógł by zacząć naukę jazdy bokiem. Driftu.
A… raz się żyje.
- Przepraszam! – zawołał do przechodzącego pracownika komisu – Czy to auto jest w ogóle na chodzie?
- A, cholera wie. – mężczyzna podrapał się w głowę – Pan zaczeka, pójdę i poszukam kluczyków. Ten Ford już tu z dobre kilka miesięcy stoi…

Patrzył jak koleś z obsługi komisu podpina Sierrze akumulator, a w jego głowie kłębiły się sprzeczne pomysły. Komora silnika wyglądała całkiem czysto, wycieki, jeśli już, były raczej minimalne. Z drugiej strony… sądząc po trawie wokół auta i niskim ciśnieniu w oponach… ten wóz musiał stać tutaj co najmniej z dobre pół roku. Bubel? Padaka? No i pytanie, czy taki postój nie zaszkodził silnikowi…
- Dobra, masz pan kluczyk, pan spróbuje odpalić. – w jego stronę powędrowała ręka z kluczykami.
Pełen obaw otworzył drzwi i usiadł w całkiem przytulnym fotelu. Wsadził klucz w stacyjkę, przekręcił…
Rozrusznik zakręcił kilka razy, silnik zadławił się, zakaszlał…
- Dajesz, mała… - mruknął.
… dwulitrowa jednostka zapaliła, zaczynając grać nieco nierówną, ale całkiem zdrową melodię.
- Tak jest! – ucieszył się, obserwując jak wskazówka obrotomierza wyrównuje się w okolicach sześciuset obrotów.
- Dam ci szansę, Sierro. – postanowił. – Nie schrzań tego.

Szybkim tempem piął się po krętej, górskiej drodze, kierując z Istebnej w stronę Wisły. Zegarek w jego Nissanie wskazywał pierwszą w nocy, ale buzująca w żyłach adrenalina utrzymać go mogła na nogach choćby i do rana. Przespał całe popołudnie, byle tylko być gotowym i wypoczętym na ten właśnie moment.
Pierwszy raz mknął własnym autem na event na szczyt Serpentyn! Już nie jako szczyl, który wykradzionym rodzicom autem jechał oglądać nocne wyścigi, nie – teraz to on był ścigantem w zajebistej gablocie, latającym bokiem po ciasnej, górskiej drodze.
Cały tydzień trenował, zarżnął dwie pary opon, kupione po taniości od znajomego wulkanizatora, ale dzięki temu zaczynał „czuć” swój nowy wózek. Postęp zrobił ogromny, potrafił już nawet niektóre mniejsze zakręty pokonać najprawdziwszym driftem. Na większych nadal stawał w poprzek drogi, w tumanach dymu z opon, ale nie zrażał się tym. Trening czynił mistrza! Codziennie zwlekał się z łóżka bladym świtem, wrzucał szkolną torbę do bagażnika 200SX’a i jechał upalać na Serpentyny. Mógł dzięki temu nie martwić się o spotkanie innego ściganta, a przede wszystkim ulicznego ruchu.
O czwartej nad ranem normalni ludzie spali jeszcze smacznym, twardym snem, ale nie on…
Robert uśmiechnął się z satysfakcją, ciągnąc wajchę ręcznego i zmuszając sportowe coupe do poślizgu.
On nie był normalsem. Był ścigantem, doskonalącym swoje drifterskie umiejętności!

Błękitna Sierra stała na poboczu istebniańskiej części Serpentyn, na wysokości Osiedla Kubalonka, grzejąc zimny jeszcze silnik. Dwulitrowa jednostka pracowała bez zarzutu, czysto i równo… ale co mógł o tym aucie wiedzieć po raptem jednym dniu i dwustu spędzonych razem kilometrach. Spuszczony z auta olej był raczej nieprzechodzony, a wymienione filtry zwyczajnie zużyte. Jak na swój wiek i kwotę, jaką za Sierrę zapłacił, Ford sprawiał wrażenie całkiem sprawnego. Auto zdawało się cieszyć z powrotu do żywych, wyratowane od złomowiska i zgniatarki przez kogoś, kogo uznać można było za pasjonata.
Obawiał się reakcji rodziny na ten zakup, ale lęk okazał się bezpodstawny. Owszem, matka trochę narzekała, słowa o „starym truchle, które rozleci się za kilka dni” ubodły jego męską dumę, ale za to ojciec z chęcią pomógł mu w pierwszym przeglądzie i serwisie auta.
Tak… tata zawsze rozumiał jego miłość do motoryzacji.
To z nim pierwszy raz kierował samochodem, siedząc na kolanach i kręcąc kierownicą w drodze do garażu. Miał wtedy… osiem lat?
W wieku lat dwunastu potrafił już sam w tym garażu zaparkować. Rok później zaczął nocami wymykać się z domu, żeby śmigać małym Subaru mamy po bocznych, krętych istebniańskich drogach. W końcu ojciec go na tym nakrył, ale… nawet nie ochrzanił. Kazał jedynie uważać… i robić to tak, żeby matka się nie dowiedziała.
Biorąc to wszystko pod uwagę, zdanie „prawka” było w jego przypadku tylko formalnością. Udało mu się za pierwszym podejściem, raptem kilka dni po szesnastych urodzinach.
A teraz… teraz był moment, na który czekał całe dzieciństwo.
Może i Sierra była stara, może na podwoziu miała kilka małych ognisk korozji, może silnik leciusieńko podciekał a kable wysokiego napięcia trzeba było wymienić, ale… cholera, w końcu miał swój własny samochód!
Nocnego wyjazdu na przełęcz Kubalonka odmówić sobie nie mógł. Mieszkał raptem kilometr od szczytu, bywał tam odkąd tylko na Serpentynach zaczęli pojawiać się ściganci. Nie odpuścił żadnego ważnego pojedynku, obserwując walki z najciekawszych, najbardziej wymagających zakrętów.
Żył tym istebniańsko-wiślańskim touge. Mogli go nazywać kujonem, mógł za dnia pilnie się uczyć i robić wszystko to, czego wymagała od niego zbliżająca się dorosłość, ale… ale to te górskie wyścigi dawały mu adrenalinowego kopa.
Teraz w końcu mógł sam wziąć w nich udział. Może nie dziś, nie jutro… musiał poznać to auto, ale… z pewnością… niebawem…
W środkowym lusterku rozbłysnęły światła zbliżającego się od Istebnej samochodu.
- No, nareszcie. – mruknął Mat, wysiadając w ciemności nocy.
Gęsty las tłumił, ale z oddali usłyszeć można było porykiwania mknących Serpentynami aut, pisk walczących o przyczepność opon. Dźwięki tego, co tak cholernie kochał.

Wychodząc na prostą wyprowadził wóz z półpoślizgu, a reflektory jego Nissana wyciągnęły z mroku stojący na poboczu samochód.
- Co to jest za jebany grat? – zapytał sam siebie, hamując. Stanął za błękitnym autem i dostrzegł w snopie światła widniejący na tylnej klapie napis „Sierra”.
Wyglądało to jak jakiś nieśmieszny żart. Mat, największy znawca motoryzacji, kumpel który sam doradził mu zakup czegoś tak zajebistego jak 200SX, miał sam sobie wybrać takiego grata?!
Wysiadł z auta i przybił piątkę z najlepszym kumplem z dzieciństwa.
- Mati, co to za złom? – zaczął Robert bez ogródek – Serio… nic lepszego nie było? Rodzinę zakładasz czy jak?
- A od kiedy trzydrzwiowe coupe jest rodzinnym autem? To tylnonapędowy Ford Sierra, 120 koni pod maską. A za tysiaka żal mi jej było nie wziąć…
- Tysiaka?! To musi być złom jak sam skurwysyn!
- A figę, a nie złom. Blacharka w dobrym stanie, auto jeździ, skręca, hamuje. Jak się postarać to nawet bokiem poleci.
- Aaa… - Robert zadumał się – Skoro tak… tylnonapędówka… to jak, też będziesz na Serpentynach nakurwiał drifta, co?
- Taki jest plan… ale zacznę chyba od pustych placyków.
Jego i Roberta różniło w sumie prawie wszystko. Znali się od podstawówki, razem chodzili do gimnazjum, w szkole średniej ich drogi się rozeszły – Robert poszedł do zawodówki, on zaczął naukę w cieszyńskim liceum. Mat był raczej typem nieufnego introwertyka, Roberta zaś wszędzie było pełno. Jedynym, co ich łączyło – i to tak silnie, że uczyniło z nich przyjaciół – była motoryzacja. W przeciwieństwie do niego, Robert na „technikaliach” nie znał się prawie wcale. Dość powiedzieć, że to Mateusz doradził mu zakup 200SX’a, wyszukał nawet na Allegro ten konkretny egzemplarz. Rob nie był może znawcą danych technicznych, ale posiadał wrodzony dar do prowadzenia. Podobnie jak on sam, Robert spędził ostatnie lata na nocnych rajdach po wiejskich drogach Istebnej, szlifując swój ponadprzeciętny talent. W połączeniu ze stalowymi nerwami i ułańską wręcz fantazją czyniło to z niego diablo szybkiego kierowcę.
Nigdy się mu do tego nie przyznał, ale Mateusz zazdrościł Robertowi przede wszystkim odwagi. Podczas gdy sam nigdy nie potrafił przełamać się do podejmowania ryzyka, jazdy szybszej niż podpowiadał rozsądek, dla Roberta przekraczanie norm (ze zdrowym rozsądkiem na czele) stanowiło całą frajdę z jazdy samochodem. Mat wiedział, że jeśli jego kumpel nie zabije się na drzewie lub barierce, to zajdzie cholernie daleko w hierarchii kierowców – kto wie, może i na sam szczyt.
- Zaczynaj od czego chcesz. – skwitował właściciel Nissana – Ja mam zamiar pokazać dzisiaj na Serpentynach, że w okolicy pojawił się ktoś, z kim będą się musieli liczyć. To jak… jedziemy?
- Prowadź… tylko Rob… nie zrób tam dzisiaj niczego głupiego, dobra?
- Luźno, ziom. Luźniutko!

Przepastne parkingi przełęczy Kubalonka mieściły tej nocy kilkadziesiąt aut.
Otwarte maski i bagażniki, bas grzmiący z zestawów car-audio.
Błysk felg, przepych bodykitów.
Kicz i wiocha w najczystszej postaci.
Buractwo w tjunowanych Golfach, „beemkach trójeczkach” i „audikach łosiemdziesiąt” nie interesowało go wcale. Na szczęście, oprócz tej zbieraniny, na szczycie Kubalonki znaleźć można było kilka perełek.
Utrzymany w nienagannym stanie Opel Manta, rzadki, ceniony już klasyk.
Wyglądający jak „seria” Golf III z turbosprężarką wyciągniętą z ciężarówki. Właściciel mówił o mocy przekraczającej trzysta koni, ale kolosalna turbodziura prawie nigdy nie pozwalała mu z niej skorzystać.
Mitsubishi Galant, ostatnia dostępna w Europie generacja. Śliczny, głęboki, ciemny błękit lakieru i pięknie brzmiące, dwuipółlitrowe V6 pod maską.
Zielona Impreza GD, kontrowersyjny „robak” o okrągłych lampach. Karoseria rodzinnego kombi mieściła wolnossący silnik o ledwie 125 koniach, ale hamulce, zawieszenie, stabilizatory… wszystko to pochodziło prosto ze sportowego STi. Właściciel, nauczyciel w okolicznej szkole, był jednym z najszybszych w istebniańskim touge.
No i wreszcie czerwona RX-8, sportowa Mazda z unikatowym silnikiem Wankla. Od samochodu znacznie ciekawszy był jednak jego właściciel. Starszy, dobiegający sześćdziesiątki jegomość pojawiał się na podbeskidzkich przełęczach odkąd tylko kilka lat temu zaczęły się na nich pierwsze pojedynki. Szybko też stał się ich ikoną.
Nikt nie znał jego nazwiska, z imienia znało go niewielu. Dla ścigantów był „Mistrzem”, mentorem darzonym ogromnym szacunkiem. Mistrz nie był Polakiem, jego łamana polszczyzna i germański akcent wskazywały raczej na niemieckie lub austriackie pochodzenie, ale ogromna wiedza, niesamowita technika jazdy i przyjazne nastawienie zaskarbiły mu sympatię tutejszych.
Plotka głosiła, że facet jest emerytowanym kierowcą wyścigowym, który na stare lata uciekł przed medialnym zgiełkiem. Inni mówili, że to stara rajdowa wyga, która pojawia się tylko w weekendy i przyjmuje wyzwania jedynie najgodniejszych przeciwników.
Mateusz nie miał pojęcia, jak było naprawdę. Pociągła twarz Mistrza wydawała się dziwnie znajoma, ale nie umiał jej dopasować do żadnej znanej mu postaci.
Pewien mógł być tak naprawdę tylko jednego, i jedno tylko nie ulegało żadnym wątpliwościom ani spekulacjom.
Mistrz był niepokonany.

Robert chłonął atmosferę tego cudownego miejsca, oddychał zapachem benzyny i swędem palonych opon. Pieścił uszy rykiem silników i techno walącym z upchniętych w bagażnikach olbrzymich głośników.
Patrzył jak ściganci z odpicowanych gablot wyzywają się na pojedynki, jak stają bok w bok u wylotu drogi w oczekiwaniu na zgodę na start.
„Obserwatorzy” wzdłuż trasy zamieniali kilka zdań przez krótkofalówki, padało słynne „droga czysta” a chwilę później kolejna para z piskiem opon rozpoczynała wyścig w dół Serpentyn.
No i te kręcące się tutaj laseczki… bajka.
To był raj, to był jego raj na ziemi!
W przeciwieństwie do Mata zaparkował w dobrze widocznym miejscu, tuż obok najbardziej wypasionych gablot, więc wokół jego Nissana szybko zaroiło się od gapiów i ciekawskich.
- Niezły furacz, młody.
- Panie, ile to ma kunia?
- Ale wypas dwusetka, Rob!
- Ile to ciągnie?
- Ma to tył napęd? Chodzi bokiem?
- Ścigasz się dzisiaj? Pokażesz jak to lata?!
Robert promieniał. Auto prezentowało się świetnie, przyciągało uwagę, budziło zainteresowanie. Dokładnie tak, jak marzył!

Mateusz z ubocza przyglądał się poruszeniu, jakie wywołało pojawienie się Roberta i jego S13. W jego odczuciu „wyrywanie dup” i „zdobywanie respektu” poprzez samo zaparkowanie samochodu było pożałowania godne. Na zlocie… OK, ale tutaj, na przełęczy? Gdy o tym, kim jesteś nie decydowało to, czym jeździsz, ale jak tym jeździsz? Czy zazdrościł kumplowi tej atencji i zainteresowania? Trochę na pewno, ale czy sam czuł by się dobrze, otoczony takim wianuszkiem fanów…? Szczerze wątpił.
Jego uwagę przykuł nagle koleś odziany w przysłowiowy trzypaskowy dres Adidasa. Facet ewidentnie nadużywał anabolików, jego ruchy były ciężkie i nieco karykaturalne, a obrazu dresiarza dopełniała uzbrojona w odrapane spoilery i felgi Calibra.
Chwilę wcześniej oglądał to auto, cenił bowiem topową wersję sportowego Opla, tę z napędem na cztery koła i dwulitrową turbobenzyną, ale temu szkaradztwu było do niej diablo daleko. Zgadzały się dwa litry pod maską i w sumie nic poza tym. Szesnaście zaworów, jakieś 150 koni. Nic specjalnego, a nierówno położony, pomarańczowy lakier dopełniał obrazu nędzy i rozpaczy.
Karczycho zmierzało jednakże w stronę Roberta, a w połączeniu z wyrazem jego twarzy kierunek ten nie zwiastował niczego dobrego.

Robert ujrzał osiłka w dresie dopiero wtedy, gdy ten rozepchnął tłum i stanął pół metra od niego.
- Czym tu się kurwa podniecać – powiedział niskim, tubalnym głosem – To jest przeca jakieś japońskie gówno. A japońskie gówna to są dla pedałów z małym fiutkiem.

O tym, że szykują się kłopoty, Mat wiedział już w momencie, gdy wybrzmiała definicja łącząca 200SX z długością przyrodzenia. Po minie Roberta widział, że ten zdawał sobie sprawę, że tuba w ryj nie była rozwiązaniem problemu. Bójką nie był w stanie zdobyć sympatii tłumu. Pozostawał więc tylko…

- Te, byczek, to jest twoja tam, ta Szpachlibra? – odpalił Robert – Pochwal się lepiej przed koleżankami, jak ci działa dopalacz LPG w tym szajswagonie. A od mojego S13 się odpierdol.
- Kurwa, chcesz wpierdol, kurwa? – zagotował się dresiarz – Moja gablota jest wyjebana w okno, to nie jest jakieś spedalone japiszońskie gówno! 

- Tylko nie zrób czegoś głupiego, Rob. – modlił się w duchu Mateusz – Tylko nie zrób czegoś…

- A po chuju. Załóż się, pajacu, że na Serpentynach nie masz ze mną szans! Pedalstwo to jest ten goniony przód w twoim wieśniackim Oplu, prawdziwy facet bierze zakręty w turbo RWD. Bokiem!

- … kurwa. – mruknął Mat – No i tyle w temacie rozsądku.

- OK, jełopie! No to się ścigajmy! Teraz tutaj zaraz! – ryknął dres, opluwając przy okazji zebrany dookoła tłumek gapiów.
- A żebyś wiedział! Przyjmuje wyzwanie! Skopie ci dupę!
Tłum ucichł nieco, po czym zaczął brzęczeć dyskusjami i zakładami o wynik nadchodzącego pojedynku.
Okrzyki zagrzewały do walki idących w kierunku samochodów rywali.

Robert wsiadł do swojego Nissana i powoli ruszył za Oplem w kierunku linii startu.
Skronie mu pulsowały, adrenalina buzowała w żyłach.
Za krótki moment czekał go pierwszy w życiu pojedynek na Serpentynach.
Bynajmniej nie spodziewał się go aż tak szybko…