12. „Na Zakręcie”


Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

 

Ciężkie chmury pokrywały niebo nad Istebną.
Koniec maja.
Nadchodziło lato.
Sobotnia noc.
Pogoda - bardzo niestabilna.
Dla zwykłych ludzi, dla znakomitej większości społeczeństwa, był to moment na odpoczynek.
Na sen. Na zregenerowanie sił po dniu.
Po zwyczajnym, niczym nie wyróżniającym się dniu.
Dla tych, którzy choć trochę interesowali się touge, górskimi wyścigami, dla tych, dla których drift, motoryzacja i rywalizacja była pasją, wreszcie dla tych, którzy z Przełęczą złączyli swoje życie…
… była to noc niezapomniana.
Dla nas, ścigantów, nie było tej nocy, tego miesiąca i tego roku, ba – może i tej dekady niczego równie pasjonującego. Równie… niesamowitego.
Była więc tej nocy Przełęcz Kubalonka, słynne Serpentyny. Był ryk silników, pochodzący z niezliczonych wyścigów, zwykłych, prostych ludzi, a także znakomitości półświatka samochodowego, który zjawił się tłumnie i licznie. Był Amfiteatr „Pod Skocznią”, gdzie bawiliśmy się, dyskutowaliśmy i wymienialiśmy poglądami, gdzie popisywaliśmy się umiejętnościami, modyfikacjami w autach i wiedzą.
I było oczekiwanie.
Czekaliśmy na rozstrzygnięcie.
Na te dwa pojedynki.
Na zakończenie historii, których początków nie znał prawie nikt, a którymi żyliśmy teraz, którymi oddychaliśmy.
Wiedzieliśmy, że ten koniec nadchodzi.
W rozbłysku ognia, w ogromnym huku, lub właśnie…
… w ciszy. W powolnym, nie dostrzeżonym potem przez nikogo zniknięciu ze sceny.
Tej nocy jednak, nie obchodziło nas to.
Byliśmy obserwatorami wydarzeń.
Chcieliśmy i żądaliśmy igrzysk, igrzysk godnych upamiętnienia w legendzie.
Dostaliśmy je…

 

Amfiteatr Pod Skocznią wirował.
Uczestników tej niesamowitej nocy można było tak naprawdę podzielić na dwie grupy.

Pierwsza z nich gromadziła się w większych i mniejszych skupiskach pod kolorowymi bannerami for i stowarzyszeń samochodowych. Dookoła stoisk, na murawie boiska, rozstawione były wszelkiej maści samochody, począwszy od zwykłych, nie wyróżniających się niczym „jeździdeł” kibiców i fanów, poprzez usportowione sedany, coupe i hot-hatche, a także prawdziwe sportowe wozy wszelkich roczników, marek i kalibrów, na profesjonalnie przygotowanych do driftu i wyścigów maszynach skończywszy. Logo JDM-Option, driftforum, PasswordJDM, Noizy Tribe, Turbokillers, SIP, 4Turbo, Sierrafan i wielu innych pozwalało odnaleźć się starym znajomym, poznać nowych, podziwiać auta podobnych sobie zapaleńców, lub nawet – co zdarzało się tej nocy nader często – wyzwać na pojedynek. Motoryzacyjna śmietanka zjechała tłumnie z terenu całego Kraju, zapewniając tym samym niezbyt wielkiej wiosce w południowej Polsce przegląd najbardziej niecodziennych i niesamowitych wozów, jakie kiedykolwiek Istebna mogła zobaczyć. Wzajemne animozje pomiędzy grupami i forami udało się tej nocy zażegnać, spory rozwiązywano w najbardziej oczywisty w tych realiach sposób.
Na Przełęczy.
Wspólna pasja, niezależnie od tego, czy było się drifterem, tunerem, ścigantem, kolekcjonerem, pasjonatem czy też jeszcze kim innym… jednoczyła.
Tej nocy, motoryzacja łagodziła obyczaje.

Druga, równie liczna grupa, składała się głównie z tutejszych. „Wielkie Wyścigi”, jak już w tym momencie nazywano to samochodowe święto, były bowiem znakomitą okazją do jakże prostej, przyziemnej imprezy.
Ciepła noc sprzyjała szaleństwu.
Betonowy parkiet dygotał od setek skaczących po nim stóp. Potańcówka pod gołym niebem, prowadzona przez tutejszego DJ’a, niczym tak naprawdę nie różniła się od regionalnych festynów.
Inna była tylko okazja.
Cele, żądze i pragnienia pozostawały te same.
Wielobarwne ubiory, modne koszule, krótkie spódniczki i odsłaniające brzuch topy, wyjściowe dresy i marynarki, wszystko to mieszało się w jednej, wielkiej masie.
Impreza pozwalała na uwolnienie wszelkich emocji i żądz.
Muzyka uderzała z głośników.
Tłum falował.

Stał wsparty o swoją srebrną Suprę, łaskawie pozwalając wszystkim chętnym zaglądać pod maskę.
Był pewny siebie. To, co zmodyfikował, z całą pewnością dawało mu stuprocentową przewagę, a poza tym…
… nie zamierzał nawet pozwolić Mateuszowi dotrzeć do właściwej części Serpentyn, downhillu ze Szczytu
Dwuipółlitrowy 1JZ-GTE, generujący seryjnie 280KM, oplatały łączki przewodów.
- Czy to… nitro?! – wypalił w końcu w zachwycie jeden z jego fanów.
- Taa. – odparł lekceważąco, nie ukrywając nawet jednak satysfakcji w głosie.
Przyrost mocy o prawie 200KM, w jednym momencie.
Był geniuszem.
- Skończymy to na pierwszych prostych, Mat – pomyślał z satysfakcją – Zostaniesz upokorzony totalnie, zostaniesz upokorzony…
… walkowerem.
I nic z tym już nie możesz zrobić. Jest za późno na jakiekolwiek modyfikacje, jest za późno na wycofanie się…
Przegrałeś!

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

 

- A więc to są słynni Benedykt i Jacek – zaczął opierający się o dach perłowobiałego Lexusa IS-F młodzieniec, spoglądając na ustawiające się właśnie na poboczu przed linią startu krwistą ITR i niebieską Imprezę – Aż trudno mi uwierzyć, że będąc w tak młodym wieku dziewiętnastu lat można zajść aż tak wysoko… jestem ledwie dwa lata młodszy, a nawet nie mam co marzyć o takim rozgłosie i zdolnościach…
- Skoro latasz Lexem IS-F to wcale nie jesteś wiele niżej – uśmiechnął się po przyjacielsku właściciel pięknie utrzymanej, klasycznej Toyoty Celici LT z 1979 roku – Nie ukrywam, ja w twoim wieku mogłem tylko pomarzyć o jakimkolwiek aucie… pomijając nawet, że wtedy nie było prawka od szesnastki… ale fakt faktem, jak na ich wiek, jeśli wierzyć opowieściom i pokazywanym na YouTube filmikom, są naprawdę wirtuozami tutejszych przełęczy. W końcu będę miał okazję zobaczyć to na własne oczy… tak w ogóle, to Suseł jestem.
- SebaSJP, jdm-option – skłonił się ten od IS-F, ściskając rękę nowego znajomego – Tak właściwie, to ten Lexus nie jest jeszcze mój… zabawka moja i ojca, w moim wieku ciężko by było samemu na takiego uszporować… zresztą, dopiero się uczę jazdy sportowej... dlatego tu jestem. Zobaczyć nowe techniki, poznać ludzi… pogłębić wiedzę. I racja, tak jak pan, zobaczyć te „młode legendy”. ITR, WRX STi, Supra, Sky GT-R… przez ostatni tydzień fora motoryzacyjne nie żyły niczym innym…
- Żaden pan – uśmiechnął się na oko dwudziestokilkuletni właściciel klasyka – Suseł jestem… Celica-Club Poland. Każdy z nas kiedyś zaczynał, a sztuki jazdy uczymy się całe życie… zazdroszczę taty o podobnych zainteresowaniach… IS-F to kawał potężnej maszyny.
- Ale duszy, stylu i klasy może twojej Celice pozazdrościć… prawdziwe cacuszko, bez dwóch zdań…
- Ano, uchowała się taka babcinka… napęd na tył jest, boczki robi całkiem żwawo… w rajdach klasyków pokazuje, na co ją stać. Od razu uprzedzam pytanie… nie jestem tu, żeby się ścigać. Chodzi o klimat. O atmosferę. No i te wyścigi… nie mogłem tego ominąć.
- Tak jak i ja. – mruknął Seba – FF kontra 4WD…
- Królowie gripu. – rzucił Suseł, spoglądając na wysiadających w oddali z aut kierowców…

Był bardzo pewny siebie.
Zdawał sobie doskonale sprawę, jaka jest stawka.
Ten wyścig ustawi go niezwykle wysoko w rankingu najlepszych, a już z całą pewnością pokonanie Jacka zapewni mu tytuł „najlepszego w gripie”, jakiego widziały Przełęcze.
Jednocześnie nie mógł sobie pozwolić na porażkę. Świeżo odzyskana reputacja, objechanie i doprowadzenie do rezygnacji Błażeja, rozniesienie w pył mnóstwa znamienitych kierowców na Salmopolu i Serpentynach mogły pójść w błoto, jeśli ulegnie wracającemu po wielu miesiącach na trasę Jackowi.
Nie dopuszczał do siebie tej myśli, ale…
… było w niej ziarno prawdy. Jack, nawet jeśli upadł nisko, nawet po uzależnieniu alkoholowym i długiej przerwie, nadal był groźny.
Ale to tylko oznaczało, że pojedynek zapowiadał się niezwykle intrygująco…
… zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co trzymał w zanadrzu.
- Długo jeszcze? – zawołał do gościa z obsługi, siedzącego przy stoliku kontrolnym na linii startu – Lud żąda widowiska, nie?
- Spokojnie, panie Benedykcie – odparł zimno koleś – Na trasie jest jeszcze fala samochodów, która ruszyła po zakończeniu poprzedniego pojedynku… możecie ruszać, gdy tylko przejadą…

Był bardzo pewny siebie.
Zdawał sobie doskonale sprawę, jaka jest stawka.
To miała być walka o wszystko. O dowiedzenie, jak bardzo zależy mu na Magdzie, ale jednocześnie…
To była jego szansa na wymazanie przeszłości. Zwycięstwo odeśle w ludzką niepamięć jego upadek, jego pijaństwo, jego…
… żałosność.
Mógł, chciał i musiał udowodnić, że pomimo kilku miesięcy nałogu, potrafi nadal być świetnym kierowcą.
Potrafi się podnieść.
Rozgnieść jak robala tego pyszałka, tego wrednego skur**syna, Benedykta.
Za Magdę.
I za całokształt jego osoby.
- Już jadą! – rozległy się krzyki od strony pierwszego zakrętu, jakieś 100 metrów od linii startu, za mostem – Kolumna się zbliża! Skyline! GT-R Mateusza!
- Zaraz ruszacie. – szepnęła tuląc się do niego Magda – To… już czas… uważaj na siebie, Jacku… bądź… ostrożny.
- Zamierzam pójść na sto procent. – wyznał szczerze – Potem mogę choćby i zrezygnować, ale w tym wyścigu… zwycięstwo ponad wszystko, Meg.
- Nie przeżyję, jeśli coś ci się stanie – stwierdziła twardo, zdecydowanie, patrząc mu prosto w oczy.
Błagalnie.
- Jestem na to zbyt dobry, najdroższa – odparł hardo – Jak wiesz, już kiedyś przeżyłem wypadek… od tego czasu nigdy nie byłem już w takiej sytuacji. Nigdy nie przyciśnięto mnie więcej do granic możliwości… nie za kierownicą Integry. Nic mi nie grozi, śliczna. Wrócę, nim zdążysz się obejrzeć… zwycięsko.
Nie uśmiechnęła się.
Po prostu przytuliła, starając odpędzić myśli.
Złe myśli.

- Który z nich? – rzucił Błażej, patrząc na przejeżdżające przez linię startu auta, i gotowe już do przejechania na linię Imprezę i Integrę – Może was to zdziwi, ale stawiam na Benedykta.
- Ben – przytaknął Michał – Podejrzewam, że uzasadnienie jest to samo…
- Jack – mruknął Adam – Nie wiem, jak wy, ale dla mnie różnica 300 kilo masy przy ledwie 15KM mocy to wystarczający argument…
- A w tych warunkach, gdy trasa jest całkowicie sucha, idealnie wyważona i prowadząca się jak złoto Integra ma nawet lepsze predyspozycje, niż czteronapędowa WRX STi – dokończył Maciek – Ja również stawiam na Jacka.
- Benedykt. – stwierdził krótko Karol. U boku, co rzadko się zdarzało, partnerowała mu jego dziewczyna.
- Czy mógłbyś… uzasadnić? – poprosił Maciek – Zazwyczaj popierasz swoje sądy technicznym dowodem… gdzie tkwi jego siła?
- Nie w samochodzie. W sytuacji.
- W sytuacji? – zdziwił się Andrzej – A co on ma za sytuację, ziomuś?
- Dokładnie taką samą, jak ja – odrzekł Błażej, bawiąc się włosami Karoliny – Nie powstrzymają go jego umiejętności czy możliwości auta. Powstrzyma go lęk o utratę… życia. Utratę uczucia. Utratę ukochanej.
- Czyli… co powinien zrobić? – rzucił Sebastian – Jakie… jakie jest właściwe wyjście?
- On sam powinien to wiedzieć. – odrzekł Michał, czując tak miłe sercu ciepło swojej dziewczyny nieopodal siebie.
Karol i Błażej przytaknęli.
Doświadczenie tego samemu było w tym przypadku najlepszym doradcą, a wiedzieli o tym…
… z doświadczenia tego samemu.

Tłum wiwatował.
Tłum skandował jego imię.
Dziesiątki widzów, gapiów, na poboczach, wzdłuż drogi, na drzewach i nasypach.
Nie dbał o to.
Nie dbał… o nic.
Nie targała nim żadna emocja.
Żadne uczucie.
Pogodził się z losem, pogodził się…
…ze śmiercią.
Wizja wyścigu, doświadczenia na własnej skórze potęgi przeznaczenia teraz już bardziej go intrygowała, niż przerażała.
RB26DETT grał cicho, równo i dźwięcznie.
- Czy cokolwiek może wzbudzić jeszcze moje emocje? – zapytał sam siebie, pokonując ostatni zakręt przed mostem.
Tłum był przeogromny.
Burza oklasków na jego widok – słyszalna nawet w kabinie.
Pozostawiająca go w tej samej, niesamowitej…
… obojętności.

- To o tego kierowcę mi chodziło. – odezwał się Mistrz, podczas gdy czarny jak noc BNR32 pokonywał ostatni zakręt, na którym stali.
Rozmówca przytaknął.
Chłopak rzeczywiście był młody.
Przypominał mu kogoś…

- Kierowcy na start!
Powoli ruszyli, przetaczając się na wyznaczoną białą linię, i stanęli bok w bok.
Niższa o prawie dwanaście centymetrów, węższa i krótsza Integra wyglądała niezwykle lekko i zwinnie przy przysadzistym, osadzonym na złotych felgach WRX’ie.
Pozory jednak myliły. Oba pojazdy były znakomitymi, legendarnymi maszynami, prawdziwymi killerami przełęczy. Łączyła je technika jazdy, do której były stworzone, grip, niesamowita wręcz przyczepność na drodze, dzielił zamysł twórcy – lekkość, zwrotność i przyśpieszenie przednionapędowej Integry kontra stabilność, moc i prędkość czteronapędowego Subaru Imprezy WRX STi.
Szanse były równe.
Przynajmniej w teorii…

Miał przewagę w samochodzie.
Ten tydzień poświęcił na dostrojenie go idealnie pod swoje potrzeby, najbardziej uznani specjaliści od tych czteronapędowych bestii wycisnęli spod maski przeszło 300 koni, a ulepszone zawieszenie i poprawiony układ hamulcowy zamieniały STi w maszynę idealną.
Pamiętał jednak doskonale, że moc, że samochód to nie wszystko.
Porażki w starej, mocnej przecież Imprezie uświadomiły mu to dobitnie.
- Nie powtórzę tym razem błędu nieopanowania – powiedział sobie – Jeżdżę przez ostatnie miesiące non-stop, moja technika jest… bezbłędna.
Wygram.
Nie ma innej możliwości!

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

 

- Tu Start, Start do wszystkich obserwatorów… zaczynamy odliczanie!
- Wstrzymać odliczanie! – odpowiedział mu gwałtownie głos w radiostacji – Tu punkt na wysokości Tartaku! Na trasie jest jeszcze jeden, ostatni samochód! Jedzie bardzo szybko, za kilkanaście sekund powinien być u was. Po nim, trasa czysta!
- OK., zrozumiałem, Tartak. Czekamy…

Miała więc jeszcze kilka chwil.
Musiała je wykorzystać. Wewnętrzny głos mówił jej, że…
- Boję się o ciebie, Jacku – powiedziała cichym, niezwykle poważnym głosem – Nie chcę… nie chcę, żebyś jechał.
Czuła, że to nic nie da.
Robił to dla niej.
Mimo że… nie oczekiwała tego.
Nie chciała nawet.
Nie myliła się.
- Nie ma już odwrotu, Meg… - stwierdził, do końca odgrywając twardziela.
Głos dziwnie mu jednak zadrżał.
Obok nich, poboczem, przemknął mały, czerwony samochód sportowy.
- Tu Start! – rzucił do radiostacji operator – Czerwony Lotus właśnie przejechał… zaczynamy odliczanie!
- OK., Start. Zezwalam… to był ostatni wóz, ruch wstrzymany… macie zielone światło!
- Zawsze… - zawahała się - Zawsze jest możliwość odwrotu. – dokończyła głośno, czysto i wyraźnie, patrząc mu prosto w oczy.
Wzruszył ramionami, i wsiadł do samochodu.
Nie mógł zrobić nic więcej…

Czarny, wychuchany Nissan 350Z wyglądał tak, jakby właśnie wyjechał z salonu. Nieskazitelnie czysty lakier, oryginalne, srebrne felgi Ray’s bez najdrobniejszej choćby ryski, za którymi widniały złote zaciski hamulców Brembo, a także wnętrze, gdzie czerń łączyła się z żółcią skór, i matowosrebrzystą literą „Z” na kierownicy.
Wystarczyło spojrzeć na rejestrację, by wiedzieć, z kim ma się do czynienia.
Ktokolwiek spotkał lub słyszał wcześniej o białej, gdyńskiej Integrze Type R, najpiękniej utrzymanym egzemplarzu w Polsce, momentalnie mógł skojarzyć właściciela „Zet”.
Zdradzała go chorobliwa wręcz dbałość o każdy detal.
- To będzie niezwykle trudny, i skomplikowany pojedynek – stwierdził CMQ, polerując jednocześnie delikatną szmatką drobną plamkę na lusterku 350Z. - Znam tą DC2, sam pomagałem jej kierowcy z zakupem tego egzemplarza… potężny wóz.
Jeden z jego rozmówców uśmiechnął się szeroko, wspierając na stojącym tuż obok 350Z, białym jak śnieg aucie.
Wóz ten był prawdziwym, sportowym, wysokoobrotowym potworem, nigdy nie oferowanym na Europejskim rynku coupe. Opływową linię nadwozia, z dużym (choć seryjnym) spojlerem na tylnej klapie, siedemnastocalowe, oryginalne felgi i inne miejsca w aucie zdobiły logo Hondy.
Czerwone logo.
Napis na klapie bagażnika nie pozostawiał zaś już żadnych wątpliwości, z czym miało się do czynienia.
Honda Integra Type R, DC5.
Jednostka K20A z systemem iVTEC, o pojemności dwóch litrów zapewniała 220KM przy zawrotnych ośmiu tysiącach obrotów, a masa na poziomie 1170kg sprawiała, że wóz oferował niesamowite osiągi.
Dla większości, był to ideał sportowego, przednionapędowego auta.
Właściciel cenił i dbał o swój wóz, choć ze względu na rodowód nigdy nie uznał go za prawdziwego ITR’a.
Biorąc pod uwagę, kim był, nie mogło to dziwić.
Niewiele osób w Polsce wiedziało więcej o Integrach, niewielu miało bowiem w swoich rękach tak wiele Type R’ów.
Skrobek, importer i specjalista od Integr Type R, rzucił:
- Coś-niecoś wiem o tej czerwonej Integrze… chłopak ma ją ode mnie, przywiozłem ją z Zachodu już solidnie przygotowaną przez poprzedniego właściciela… soft-turbo, 250 koni, wydech i zawias to oryginalny Mugen, układ hamulcowy od Brembo i Ferodo… nie taki zaś chudy projekt. Jak dla mnie, różnica 300 kilogramów masy na korzyść Type R przesądza sprawę… pytanie tylko, jaką mocą i modyfikacjami dysponuje Impreza.
- WRX STi, generacja GD, Bug-Eye… - odezwał się trzeci z kwartetu dyskutantów, słynny bloger i komentator polskiej driftersko-JDM’owej sceny, Ray. Odrestaurowana, nienagannie zachowana biała Toyota Corolla AE86 „Levin” za jego plecami przyciągała wzrok wszystkich, którzy choć trochę znali się na rzeczy. „Hachiroku”, jak zwali ją Japończycy, była legendą driftu, i idealnym wozem dla autora „Ray’s JDM Life”. – Nie wygląda z zewnątrz na dłubaną… silnik z turbo, generuje około 265 koni… w porównaniu z deklarowanymi 250KM w Integrze to nie jest duża różnica.
- Obawiam się, panowie, że jest tam o wiele więcej, niż może się wydawać – mruknął czwarty, ostatni z rozmówców.
Postawny, na oko trzydziestoletni, brodaty mężczyzna siedział na masce czerwonego, obklejonego reklamami sponsorów samochodu. Nawet bez naklejek można było od razu stwierdzić, dlaczego wóz i jego kierowca budzą tyle emocji, szeptów i próśb o autografy czy zdjęcie.
Auto niewiele miało wspólnego z tym, co widuje się na drogach na co dzień, pomijając nawet fakt, że był to najprawdziwszy, rzadki w Polsce Nissan Skyline R33, w wersji GTS-t.
„Wybebeszony” ze wszystkich zbędnych elementów, uzbrojony w potężną klatkę bezpieczeństwa sportowy Japończyk osadzony był na zawieszeniu znamienitej firmy Tein. Gdyby obejrzeć wóz wprawnym okiem, o profesjonalizmie właściciela i mechaników zaświadczyły by powiększony skręt kół, zaspawany most i hydrauliczny hamulec ręczny, ale nawet bez takowych oględzin w oczy rzucały się homologowane do sportu pasy i kubełkowy fotel, układ dolotowy z wydechem Greddy i ogólny ascetyzm auta.
Całokształt nie pozostawiał wątpliwości, do jakiej dyscypliny powstało to monstrum.
I kim był jego właściciel.
Ping, zawodnik Super Drift Series Polskiej Federacji Driftingu.
- Znasz to Subaru, Piotrze? – zapytał Ray.
- Nie – odrzekł z lekkim uśmiechem drifter – Ale naklejka na tylnym skrzydle WRX’a nie wróży nic dobrego dla kierowcy ITR’a...
Zebrani spojrzeli na stojący kilkanaście metrów od nich, na lekkim wzniesieniu wóz, i jak jeden mąż przytaknęli.
Logo 4turbo było bowiem dostatecznym gwarantem znakomitości Subaru…

Wsparł się na drzwiach GT-R’a, obserwując parkującego tuż obok Lotusa Elise.
Nie wiedzieć, czemu, cieszył go ten fakt.
Ta… okazja do rozmowy.

Pośród dziesiątek odpicowanych, błyszczących cudeniek, zgromadzonych na murawie boiska, uwagę zwracały dwa, wyraźnie się od reszty odcinające.
Pierwszy z nich wywoływał skrajne emocje. Od oburzenia i zniesmaczenia laików, bądź tutejszych prostaczków, po uśmiechy uznania i uniesione w góry kciuki znawców polskiej sceny driftingowej. Czerwonemu Fordowi Sierra Kombi, znanemu jako „Projekt Złomkowa”, nie można było jednak odmówić swoistej klasy i stylu – obniżone zawieszenie, całkowite „wybebeszenie” środka auta ze wszystkiego, co zbędne, praktycznie do gołej blachy, biała maska i takież same wielkie, szprychowe felgi, kubełkowe fotele i „czystość” karoserii sprawiały, że auto miało w sobie „to coś”. Właściciel Sierry, znany na driftforum jako Henio, rozmawiał sobie w najlepsze z dwoma innymi entuzjastami motoryzacji, nie zważając na docinki czy komentarze tutejszego „prostego ludu”. Świadomość, że niezbyt mocny, 135-konny, drzemiący pod maską 2,0 DOHC i tak pozwala mu na „objechanie” tutejszej wieśniarni, a także pokazanie, co to znaczy „prawdziwy drift” wystarczyła mu w zupełności. Auto zaplanowane było jako niskobudżetowy projekt, dowód na to, że dla prawdziwego pasjonata finanse i koszta budowy driftowozu nie są najmniejszą choćby przeszkodą.
W tej kategorii, „Złomkowa” spisywała się idealnie, stając „maskotką” driftforumowej braci.
Drugi wóz był zaś jeszcze bardziej szalonym projektem.
Każdy, kto zataczając się ze śmiechu zbliżył się do stojącego na rasowych, aluminiowych felgach Trabanta, i zajrzał pod maskę, zamierał w osłupieniu.
Ogromny, 2,8-litrowy silnik VR6 Volkswagena szczelnie wypełniał komorę silnika. Wzmocniona konstrukcja „zemsty Honeckera”, w połączeniu z wielkimi, tarczowymi hamulcami, gwintowanym zawieszeniem i pełną „glebą” szybko zamieniała uśmieszki politowania w wyrazy uznania.
- Pozwólcie, że zapytam, panowie – zwrócił się do Henia i BeKi, właściciela Trabanta VR6 młodzieniec z bardzo porządnie podrasowanego, czarnego Civica IV 1,6 VTi, znany w internecie jako Grzesieek – Odkąd tylko trafiłem na wasze projekty na forach nie umiem wyjść z podziwu, to jest to, co określa się mianem „pozytywne zakręcenie”, ale… wybaczcie… zastanawia mnie sama idea jeżdżenia takimi autami… w ogólnym rozrachunku nie macie przecież większych szans w starciu z większością seryjnych aut podobnej klasy, chociażby na takiej przełęczy… wasze auta zawsze będą cierpieć na niedobór możliwości… mocy, stabilności, ścieżek rozwoju… brak części tunningowych…
- Motoryzacja to nie tylko osiągi, możliwości i zwycięstwa, Grzesiu – odparł BeKa z uśmiechem – To także przyjemność z robienia czegoś na przekór innym, pokazywania, że… sprzęt to nie wszystko.
- Powiem więcej… drifting, a co za tym idzie, również i przełęcze, to nie dla wszystkich sposób na udowodnienie swojej wartości, umiejętności i doświadczenia – dodał Henio – Taki cel szybko umiera, wraz z jego osiągnięciem, traci dla nas jakikolwiek sens. Dla mnie osobiście, to co robię, „Projekt Złomkowa”, drifting to… oderwanie od codzienności. Stareńka Sierra ma duszę, to, co robię nie wymaga tylko pieniędzy i ryzykowania wszystkim… tu chodzi o pasję, o coś… coś więcej. Tak naprawdę, w naszym świecie, świecie motoszaleńców, ludzi, dla których wóz, wyścig, drift, drag, time-trial, autostrada czy… jeden z setki innych sportów jest całym życiem, można odnaleźć swoje miejsce i satysfakcję z tego, co się robi. Nie ważne są wyniki. Ważne jest nasze osobiste szczęście, radość z tego, co się robi, często nawet płynąca z samego bycia wśród innych, podobnych nam… czucia tej… atmosfery… jak dziś chociażby.

- Trzy! – rozpoczął odliczanie człowiek dający sygnał do startu.

Nie powstrzymał się od westchnienia z zachwytu, gdy w otwierających się drzwiach czerwonego Lotusa pojawiła się zgrabna, kobieca noga, obuta w sportowe, idealne do samochodu, acz eleganckie buty.
Był już pewien. Wzrok nie mamił go wczorajszej nocy, na Serpentynach.
Moment później stanęła przed nim Natalia, w całej swej pięknej okazałości.
Spojrzała na niego, i uśmiechnęła się szeroko, ciepło…
… szczerze.
Nie mógł się powstrzymać, by odwzajemnić tym samym.
Nie mógł się też powstrzymać od stwierdzenia:
- Miło cię widzieć… ponownie…

- Dwa!!

Nieśmiało zbliżył się do pochłoniętych dysputą „nietutejszych”, i zawahał.
Teoretycznie, odpowiadał za organizację wszystkich odbywających się na Serpentynach, a więc i również dzisiejszych, wyścigów.
Był tu więc największą „szychą”.
Praktycznie jednak, miał do czynienia z jednymi z najbardziej rozpoznawalnych gości na polskiej scenie driftingowo – wyścigowej. Facet z czerwonego Sky’a R33, Ping, oprócz startowania jako zawodnik w Super Drift Series był również komentatorem Drift Open oraz wszystkich zawodów SSS Drift Cup. Drugi z interesujących go gości, znany jako Ray, był blogerem znającym tematykę driftersko – JDM’ową jak własną kieszeń...
Właśnie takiego duetu potrzebował.
- Przepraszam najmocniej – zwrócił się do nich, najgrzeczniej, jak potrafił – Panowie Ping i Ray, jak sądzę?
Przytaknęli.
- Ja w pewnej niecodziennej sprawie… czy zechcielibyście zająć się komentowaniem tych dwóch wyścigów? Testujemy właśnie świeżo co zakupione ze składek kamery, rozstawione w newralgicznych punktach trasy… obraz na żywo przesyłany jest na ten wielki telebim – wskazał na rozstawiony na scenie amfiteatru ekran – Brakuje nam jednak osoby, która mogła by opisywać, komentować to, co się dzieje… tacy znawcy i tuzy tej dyscypliny, jak wy, nadawalibyście się do tego idealnie… czy możemy liczyć…
- Jasne. – przytaknęli, nie dając po sobie poznać, że propozycja mile połechtała ich dumę, po czym ruszyli w kierunku rozstawionego już pod sceną stolika z mikrofonami…

- Jeden!!

Na maskę Imprezy spadła kropla.
Zaraz potem druga.
I trzecia.

- Deszcz – stwierdził fakt Ran, specjalista od Toyot MR2, wystawiając dłoń – A wręcz ulewa. Nawet jako fanatyk, tak, wiem, że mnie za takiego uważacie… nawet jako fanatyk MR’ów, najlepiej w postaci Toyoty MR2 AW11, muszę przyznać, że w tych warunkach, jakie się szykują, Midship dostawał by ciężkie baty…
Drugi z rozmówców, znajomy Ran’a z forum Noizy Tribe, a jednocześnie jeden z administratorów tej zrzeszającej fanów kultowego „Initial D” strony, Cain, odruchowo spojrzał na swoje auto. Stojąca obok ciemnoniebieskiej, kanciastej, własnoręcznie dostrajanej do touge MR2 AW11 Ran’a biała Mazda RX7 FC robiła bardzo pozytywne wrażenie. Dwa kultowe, japońskie auta sportowe z drugiej połowy lat 80’ nadal potrafiły pokazać nowoczesnym konstrukcjom, co to znaczy „znakomity wóz do touge”…
W warunkach takich, jakie się właśnie rozpętały, gdy deszcz z każdą chwilą przybierał na sile, musiał zgodzić się z Ran’em, i dodać:
- Święte słowa, stary… w FR, jak choćby moja FC3S było by nawet jeszcze gorzej… tylni napęd wymaga na deszczu niesamowitej wręcz uwagi.
- Ha – mruknął trzeci z rozmówców.
Stojącego za nim śnieżnobiałego Civica Sedan szóstej generacji, znanego w Japonii jako Ferio, można było by uznać za auto prawie seryjne. Niezwykle zadbany egzemplarz wyróżniały nie rzucające się na pierwszy rzut oka modyfikacje, jak choćby rozpórka komory silnika, przedni grill z wersji USDM, zmieniony wydech czy też skórzana kierownica i sportowe fotele Recaro. Widać było, że wóz należy do pasjonata, a w tym lakierze, z kroplami deszczu spływającymi po masce, stojąc na idealnie białych felgach Sebring Wheel, sprawiał znakomite wrażenie, i śmiało mógł aspirować do tytułu najpiękniejszego Civica Sedan w kraju. Drzemiąca pod maską jednostka D15Z6, wyposażona w system zmiennych faz rozrządu VTEC, i generująca 115KM nie była z całą pewnością najmocniejszym silnikiem w okolicy, ale też i na tym właścicielowi nie zależało.
Nie był bowiem ścigantem. Był pasjonatem marki.
- W tej jednej, konkretnej sytuacji, byłbym wam w stanie dotrzymać tempa – uśmiechnął się właściciel Civica, Ember, jeden z administratorów JDM-Option – Przedni napęd miewa w deszczu przewagę nad tylnim… co nie zmienia faktu, że ustępuje miejsca 4WD… takim jak Impreza.
- Niestety, panowie, zmierzch napędu klasycznego w sporcie nastąpił już dawno temu – rzucił z żalem w głosie Cain – Nie ukrywajmy, że drift to raczej efektowność, nie efektywność… 4WD we wprawnych rękach jest niepokonane, w ogólnym rozrachunku każdy zakręt da się pokonać gripem szybciej niż driftem…
- Szybciej – przytaknął Ran – Ale touge kochamy właśnie za to, że oprócz „szybciej” liczy się też „lepiej i przed przeciwnikiem”. A nie zawsze da się wyprzedzać czy utrzymać przed przeciwnikiem, jadąc gripem…
- Ano, nie zawsze – przytaknął Cain – Tak czy inaczej… jak widzicie wynik? Grip kontra Grip, 4WD kontra FF… osobiście stawiam na Imprezę.
- Impreza – przytaknął Ember – Przekraczająca ponoć 300 koni moc i napęd na cztery koła dadzą jej zwycięstwo…
- Nie! – uniósł się Ran – Jak zwykle, wszyscy wkoło zwracają tylko uwagę na te zafajdane „papierowe konie”… nikt z was nie patrzy na różnicę w masie! W rozkładzie tejże masy! W sposobie doładowania! Nikt nie zwrócił uwagi, że w Integrze pracuje znacznie mniejsze turbo?! Na deszczu, gdy trzeba zwolnić tempo, lepsze przyśpieszenie i stabilność ITR’a będą nieocenione… i to właśnie Type R jest moim faworytem. Co wy na to?!
- Ja na to tyle – odmruknął Ember – Że deszcz zamienił się w regularną ulewę. Chodźcie, panowie… czas znaleźć jakiś kawałek dachu nad głową, obserwować i tak trzeba będzie z telebimu…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

 

- START!!
Oba auta wyrwały do przodu, wyrzucając spod kół strugi wody. Syk turbodoładowań obwieścił, że rozpoczęła się ostateczna walka o tytuł Króla Gripu.
Siedzący zaś na scenie DJ, jakby idealnie zgrywając się z odliczaniem, puścił pierwsze takty kolejnej piosenki.
Wybitnie nie pasującej do „zwyczajnych” imprez piosenki.
Klawisze fortepianu i trzyoktawowy głos wokalistki.
Chwila ciszy, ciszy przed burzą.
„Ever Dream”.

- Możemy porozmawiać? – zapytał swobodnie, z cieniem uśmiechu na ustach.
Nie wiedział, skąd w nim to dziwne pragnienie życzenia jej szczęścia na Przełęczy.
Prośba o kontynuowanie tego, co on zaczął…
- … tak właściwie, co ja zacząłem? – zapytał się w duchu – Co takiego osiągnąłem?
Czy życzenie „szczęścia” na Przełęczy nie zakrawa o paradoks?
Czy mi osobiście Przełęcz dała jakiekolwiek… szczęście?
Przełęcz dała mi fascynację. Adrenalinę. Poczucie własnego geniuszu i wartości.
Ale nigdy szczęście.
Nie o to ci chodzi, Mat.
Boisz się, czujesz, że nie wrócisz.
I choć wydaje ci się, że cię to nie rusza, że nie masz dla kogo żyć, że nic już dla ciebie nie ma racji bytu…
… masz list w kieszeni marynarki.
Ktoś musi go dostarczyć, gdy będzie już… po wszystkim.
Mimo że to nic nie zmieni, pragniesz, żeby ona… wiedziała.
Pragniesz odejść ze świadomością, że dopowiedziałeś wszystko, co czułeś… do końca.
Nie masz kogo prosić o tą przysługę…?
Dlaczego chcesz, żeby zrobiła to właśnie… ona?
Natalia.
Uniósł wzrok.
Uśmiechała się.
Postąpiła krok do przodu, i ujęła go za ręce.
Miała ciepłe dłonie.
- Możemy – stwierdziła łagodnie – Ale uważam, że należy wykorzystać okazję… rozmawiać można przecież również i… w tańcu.
Deszcz wzmógł się jeszcze na sile, zamieniając w ulewę.
Parkiet był nieosłonięty, wszelkie zdroworozsądkowe względy i argumenty…
Czemu, do cholery, w ostatnich chwilach mam kierować się rozsądkiem?!
Nie zaprotestował.
Skoro wszystko to miało raptem dobiec końca… skoro ten taniec miał być jego ostatnią w życiu przyjemnością, jej dłonie ostatnim ciepłem, jakiego w życiu zazna…
Chciał tego.
Ostatni raz poczuć tą… aurę. Tą samą aurę, którą czuł na Nordschleife, na parkiecie tanecznym w Nurburg i na przełęczy Zameczek.
Aurę wynikającą z…
Fascynacji.

Z pierwszego zakrętu, lekkiego w prawo, niecałe sześćdziesiąt metrów za linią startu, wyszli bok w bok.
Ciśnienie doładowania w Integrze błyskawicznie sięgnęło maksimum. Wóz wysunął się przed Imprezę na długość samochodu, znacznie niższa masa i soft-turbo zapewniały Hondzie fantastyczne przyśpieszenie.
Radość Jacka nie trwała jednak długo.
Od lekkiego w prawo, do następnego zakrętu, ostrego w prawo, dzielił ich kilometr prostej, w tym stromy, półkilometrowy podjazd.
Ledwie trzysta metrów dalej, jeszcze na płaskim, na wysokości istebniańskiego Gimnazjum, wyższa moc Imprezy pozwoliła jej na zrównanie się.
Na podjazd pod górkę wpadli ponownie bok w bok.
Przeszło trzysta koni pod maską Subaru rozstrzygnęło tę partię. W połowie stromej górki, WRX wysunął się przed Integrę, i zajął środek drogi, obejmując prowadzenie.
Deszcz wzmagał na sile.
Przełączyli wycieraczki na najszybszy tryb pracy.
Nie pomyśleli jednak nawet, by zwalniać.
Tempo wciąż rosło…

Zawinął nią, delikatnie kończąc w ten sposób obrót, i dając okazję do zamienienia kilku słów w kroku odpoczywającym.
- Cieszę się, że wróciłaś na trasy. – mruknął.
- Musiałam. – odparła – To… to w końcu to, co najbardziej kocham… poza tym… - uśmiechnęła się ślicznie – Cały czas liczę, że uda nam się jeszcze razem pojeździć, nim rozejdziemy się po świecie, na studia…
Przywołał na twarzy uśmiech, ze wszystkich sił starając się, by ten wyglądał naturalnie.
Wiedział, że nie będzie w stanie spełnić jej życzenia.
Ulewa stała się prawdziwym oberwaniem chmury.
Byli już cali mokrzy. Jej kremowa, atłasowa bluzka ociekała wodą, błyszcząc w świetle lamp, nadając Natalii iście nierealny, anielski wygląd.
Inne pary chowały się pod zadaszenie, parkiet pustoszał z każdą chwilą.
Nie przeszkadzało im to.
Emocje wzbierały na sile.
Powracała… fascynacja.
Po raz kolejny zaczynali czuć tą magiczną… aurę.
Pragnęli jej, czymkolwiek…
… czymkolwiek była.

Odbił na lewy, zewnętrzny pas, i przycisnął lekko hamulec.
Integra postąpiła dokładnie tak samo.
Skręcił kierownicę w prawo, praktycznie do oporu, i dodał gazu,
Turbosprężarka zasyczała, a Impreza jak po sznurku przemknęła przez ostry w prawo za górką, wychodząc na prostą prowadzącą przez centrum Andziołówki.
Wóz trzymał się drogi jak przyklejony.
Spojrzał w lusterko.
Przeciwnik nie pozostawał w tyle…

- Muszę wygrać ten wyścig! – powiedział sam do siebie, siedząc na ogonie Subaru, centymetry od jego tylnego zderzaka – Po tym pojedynku mogę… chcę odpuścić, ale zanim to nastąpi… udowodnię swoją wartość.
Swoją miłość.
Swoje… przywiązanie do niej.
Zemszczę się na tym skur**synu za to, co jej zrobił!
Docisnął gaz, i musnął tył WRX’a.

- Skur**el! – warknął Ben, czując, jak tyłem auta lekko zarzuca – Ale to na nic, Jacuś! Nie dam ci się sprowokować… pogódź się z tym, że nie będziesz miał okazji do zyskania prowadzenia! A teraz… patrz na siłę czteronapędówki! I płacz!
Docisnął gaz do oporu, mknąc przez śpiący „przysiółek” Istebnej, zwany Andziołówką, po czym kopnął w hamulec, skręcił kołami i dodał gazu.
Subaru półpoślizgiem poszło w ciasnym w lewo, pomiędzy zabudowaniami.
- I co ty na… - zaczął Benedykt, ale nie dokończył.
Integra mknęła metr za nim.
Woda rozbryzgiwała się spod kół.
Bokser pod maską wył opętańczo.
- … nieźle – mruknął, opanowując poślizg przed pięćdziesięciometrową prostą, pnącą się ostro w górę – Naprawdę nieźle, Jack… zgodnie z moimi przewidywaniami, nie udało ci się przez te miesiące chlania stać kompletną ci*ką…

Kamera, rozstawiona na średnim zakręcie w lewo przed przysiółkiem Słowaczonka, uważanym przez wielu za początek (w uphill) i koniec (w downhill) tej drugiej części Serpentyn, obejmowała swoim okiem, oprócz wirażu, również długą, dwustumetrową prostą, wiodącą od wzniesienia na Andziołówce, i tamtejszego ostrego w prawo.
- Znakomita prędkość na wyjściu, pomimo śliskiej nawierzchni idą pełnym gripem – komentował obraz z kamery Ping. – Impreza może mieć jednak poważne problemy z obronieniem się na tej długiej prostej, turbodoładowany bokser w WRX’ie ustępuje podczas przyśpieszania pola wysokoobrotowemu, lekko-turbionemu silnikowi Integry Type R…
- Zwróćcie jednak uwagę, że w uphill, a z takim mamy do czynienia na odcinku z Istebnej na Szczyt, promowane są mocniejsze auta pokroju Imprezy… wyższy moment obrotowy robi tu grubą robotę – dodał Ray.
- Racja – przytaknął Ping, obserwując przeskakującą na wewnętrzny do następnego zakrętu, lewy pas Hondę – Wcale nie ma pewności, czy Integrze uda się wyprzedzić…
Auta zrównały się.
Spod kół uciekała woda.
Strumienie wody.
Osiemdziesiąt metrów do zakrętu.
Type R o maskę przed WRX STi.
Pięćdziesiąt metrów.
Turbo w Imprezie zaczyna odrabiać stratę, Subaru ponownie zrównuje się z przeciwnikiem.
Trzydzieści metrów.
- Nie zwalniają! – podniósł głos Ray – Prędkość wejściowa jest zdecydowanie za wysoka!
- Idioci! – syknął Ping – To przednionapędówka i 4WD, nijak nie będą w stanie pomóc sobie driftem… a gripem nie wejdą z taką prędkością! Ktoś… któryś z nich musi odpuścić!
Dwadzieścia metrów.
- Integra jest na wewnętrznej, to ona podejmowała atak… jej kierowca powinien zwolnić i przepuścić Subaru, inaczej… - zawiesił głos Ray.
Publika zamarła w milczeniu.
Dziesięć metrów.
Pięć.
Subaru zanurkowało nagle, gwałtownie hamując.
Ben nie wytrzymał wojny nerwów.
- Integra wchodzi od wewnętrznej! – ryknął Ping, wstając z krzesła – Czy on oszalał?! Przy tej prędkości, w tych warunkach, wyleci na wyjściu, wyniesiony podsterownością…

Ben w milczeniu obserwował, jak Honda wysuwa się tuż przed niego, po czym nurkuje, i również atakuje zakręt.
Od wewnętrznej.
- Koniec, Jack – mruknął – Przesadziłeś… nie wyratujesz się z tej sytuacji!
Subaru pomknęło po zewnętrznej, ani na moment nie tracąc linii.

Świetny rozkład masy robił swoje.
Przez zdecydowaną większość zakrętu był pewien, że jego FF okaże się lepsze w gripie nawet od 4WD.
Auto trzymało nadawany, wewnętrzno-środkowy tor jazdy, podczas gdy on, z butem w podłodze, dyrygował kierownicą.
Problemy zaczęły się na wyjściu.
Poczuł, jak pomimo skręconych kół, przód wynosi po prostej w kierunku zewnętrznej.
Podsterowność.
I na to jednak miał rozwiązanie.
Wprawnym, wyćwiczonym ruchem szarpnął za dźwignię hamulca ręcznego, stawiając wóz lekko bokiem, przodem w kierunku wewnętrznej.

- O kur*a! – bąknął z podziwem Ben, widząc lecącą tuż przed jego maską Hondę – A to ci odważny kut*s…

Obrócona przez operatora kamera uchwyciła jeszcze moment, w którym Integra, odzyskując przyczepność i właściwy tor jazdy, wypada na długą prostą wiodącą przez las na Słowaczonce.
Tłum szalał.
- Jestem pod wrażeniem. – mruknął Ping do Ray’a – To był diablo ryzykowny manewr… aż dziw mnie bierze, że FF da się wykonywać tak skuteczne poślizgi… zwłaszcza w deszczu.
- Legendarne prowadzenie ITR’a okazało się prawdą. – skomentował Ray.
- Albo legendarne umiejętności kierowcy… - rzucił drifter.
Bloger przytaknął, w zadumie…

Czuła… lęk.
Dziwne przeświadczenie, że takie ryzyko… takie igranie z losem doprowadzi do czegoś… złego.
Bardzo złego.
Fakt, że Jacek nie chciał zrezygnować…
… nie chciał zrezygnować, choć go o to prosiła…
… działał tylko przeciwko niemu.

Do zakrętu na wysokości gospodarstwa agroturystycznego na Słowaczonce dotarli w ciągu kilku sekund.
Utrata prowadzenia działała mu wybitnie na nerwy.
Irytacja faktem, że stało się to w deszczu, na zakręcie, w wyścigu, który powinien należeć całkowicie do niego, sięgała niebezpiecznie wysokiego pułapu.
Teoretycznie najgorszy z typów napędu, FF, wygrywał z jego znakomitą, czteronapędową Imprezą.
Tak nie może być!
Docisnął gaz do oporu, atakując średni w prawo. Bokser zawył.
Wóz pomknął jak po sznurku, Ben poczuł jednak, że lekko znosi go ku zewnętrznej.
- Ciągłe przyśpieszanie i tak szybkie tempo znacząco pogarsza sytuację – zdał sobie sprawę – Pomimo deszczu, opony zużywają się błyskawicznie… może i kolesie z 4turbo zamienili tą Imprezę w killera, ale o stan opon nadal muszę dbać… i panować nad ich zużyciem.
Spojrzał przed siebie.
Ponowna krótka prosta za ostrzejszym zakrętem, i…
ITR kolejny raz oddala się.
- Pieprzyć panowanie nad zużyciem – ryknął, dusząc gaz do oporu.
Wóz przyśpieszył, ale pomimo tego Honda nadal oddalała się, wchodząc już w ostry, ciasny w lewo.
Wyczekał na odpowiedni moment, i odbił kierownicą w lewo, atakując zakręt z butem w podłodze.
Oczom ich ukazała się długa, dwustumetrowa prosta, zwieńczona ciasnym, ostrym, prawie 180’stopniowym nawrotem w prawo.
„Mała Patelnia”.
Jakieś trzydzieści metrów prostej dalej, Ben zdał sobie sprawę, na czym polega przewaga Integry.
- Mniejsze turbo i masa – mruknął, obserwując, jak w błyskawicznym tempie zbliża się do Hondy – Na krótkich prostych, po ostrych zakrętach lepiej przyśpiesza, podczas gdy ja tracę moc przez spadające ciśnienie w turbo… gdy tylko odzyskuję maksimum doładowania, ITR nie ma szans.
320 koni pod maską stawiało go na długich prostych na wygranej pozycji.
Dwadzieścia metrów przed zakrętem siadł Jackowi na ogonie.
Przeskoczył na zewnętrzną.
Integra zajęła środkową.
Przyhamowali praktycznie w tym samym momencie, na granicy przyczepności, rozrzucając dookoła fontanny wody, i weszli w zakręt jeden za drugim…

Pomknął od środkowej do wewnętrznej, blokując ją.
Nie mógł sobie pozwolić na wyprzedzenie. Nie po tym, jak zyskał prowadzenie w tak ryzykownym manewrze.
Poczuł, jak wóz wynosi ku zewnętrznej, wprost w oddzieloną barierką przepaść.
Docisnął gaz, odzyskując kontrolę nad autem na kilka centymetrów przed uderzeniem.
- Fuck – zaklął, zerkając nerwowo w lusterko.
Impreza nie wyprzedziła go jednak.
Choć Ben poszedł od zewnętrznej do wewnętrznej, po najszybszej linii, nie udało mu się przecisnąć.
Blokada okazała się skuteczna.
- Pytanie tylko – mruknął Jack – Jak długo będę to w stanie powtarzać…

- Ha! – mruknął pod nosem Ben – Nawet pomimo niższej masy, konieczność obrony wewnętrznej i gwałtownych przyśpieszeń sprawia, że ITR również zaczyna mieć problemy z trakcją…
A to szansa dla mnie.
Wyprzedzę go za dwa zakręty, na tej długiej, zakręcającej nieco w lewo, osłoniętej drzewami prostej…

Byli już niezwykle blisko.
Czuł bijące od niej ciepło, przyśpieszony oddech, szybkie bicie serca.
Burza jej pięknych, długich włosów omiotła go po twarzy.
- Dlaczego – zapytała go szeptem, korzystając z okazji, że przeszli w krok odpoczywający, wymagający zetknięcia ciał, bliskiego przytuleniu – Dlaczego masz… dlaczego chcesz zginąć w tym wyścigu, Mateuszu?
- Tak musi być – odparł bez emocji – Takie jest przeznaczenie. Pisane mi jest zginąć akurat tutaj… zauważ, że wielokrotnie wcześniej ocierałem się o śmierć, jak choćby w wyścigu z tobą, na Zameczku… ale udało mi się, zmieściłem na centymetry przed filarem, gdyż… gdyż tak chciało przeznaczenie. To był niewyjaśniony cud. Nie mogłem zginąć wtedy, bo mam zginąć teraz. Ot, cała historia… rachunek musi się zgadzać.
Zaskoczyła go.
Uśmiechnęła się, szeroko i ślicznie.
- To nie był cud, Mateuszu.
- Jak nie…
- To ja byłam tym przeznaczeniem.
Uniósł brwi, nie rozumiejąc.
- Przyhamowałam, abyś ty się zmieścił.
Zamilkł.
Był zaskoczony.
Skonsternowany.

Kamera na długiej, zakręcającej w lewo prostej, okazała się być umieszczoną w idealnym miejscu.
Na ekranie pojawiła się mknąca, czerwona Integra Type R.
Widownia wręcz słyszała jej wyjący, wysokoobrotowy silnik.
Wóz sunął po „właściwym”, zewnętrznym pasie, trzymając się go jak przyklejony.
Tuż przed minięciem kamery, sytuacja zmieniła się diametralnie.
Nagle, zza Hondy wyskoczyła niebieska Impreza, i błyskawicznie, jak gdyby nigdy nic, wyprzedziła sportową Hondę po wewnętrznej.
- Turbo w Subaru osiągnęło maksymalną wartość doładowania – stwierdził rzeczowo Ray – Wyższa moc pozwoliła mu na wyprzedzanie, napęd na cztery koła zaś dał stabilność przy gwałtownej zmianie pasa… nawet w deszczu. Jak by jednak nie patrzeć, to niezbyt honorowe rozwiązanie…
- Honorowe nie – mruknął Ping – Skuteczne… na pewno.

- Miło się wreszcie zobaczyć w realu, chłopaki – rzucił kosmaty, jeden z moderatorów turbokillers.com, witając się z dwoma innymi posiadaczami Nissanów – Ledwie od dwóch dni jestem na Podbeskidziu, ale to, co widziałem do tej pory już imponuje mi jak cholera. Naprawdę, grubo tu macie… tak zorganizowanej społeczności wyścigowej, takiej ilości teamów i naprawdę ciekawych fur nie ma chyba w żadnym innym regionie…
- Gruby to jest twój projekt, kosmaty – odrzekł borimichal, również mod turbokillersów – Władowanie pod maskę N/A z 300ZX i dołożenie do całości kompresora niszczy system… choć nie ukrywam, czarny mat i te zielone pasy przez środek to są takie… ni w PiS, ni w PO. – dodał, ogarniając wzrokiem wóz znajomego z forum. Zamiana silnika w czarnym Nissanie 200SX S14 na VG30DE, pracujący pod maską kompresor i bodykit Vertex, a także mnóstwo innych większych lub mniejszych modyfikacji wykonane zostało niezwykle profesjonalnie. Kolor nie musiał się wszystkim podobać, ale całokształt nie pozostawiał wątpliwości, że nad wozem pracował profesjonalista.
Tym profesjonalistą był zaś sam właściciel, znany w społeczności jako kosmaty_, prywatnie właściciel słynnego „Hot Rod Garage” w Kutnie, Mekki wszystkich fanatyków amerykańskiego stylu motoryzacji lat 30 i 40.
- Kolor docelowo będzie czarną perłą… jak znajdę chwilę, to się za niego wezmę, może w przyszłym sezonie – odrzekł kosmaty – Natomiast waszym S13 nie mam nic do zarzucenia…
Ustawione obok siebie dwa Nissany 200SX S13 rzeczywiście znakomicie się prezentowały. Pierwszy z nich, należący do borimichal’a, wyposażony w silnik SR20DET i turbo GT2560R, na odpowiednio niskim (ale przystosowanym do warunków przełęczy) sportowym zawieszeniu, z górną częścią i felgami w odcieniu fioletowej szarości, i kontrastowymi, kremowosrebrnymi progami i zderzakami zaskakiwał pękniętym, poobijanym przodem.
Był to zabieg zamierzony, i z całą pewnością dodający autu „pro-street-look’u”.
Drugi, również S13, fabryka polakierowała na czarny metalik, i wyposażyła w silnik CA18DET. Jego właściciel, ponczak, postanowił nie zmieniać jednostki, lecz wycisnąć z niej maksymalny potencjał. Wyważanie, wymiana podzespołów, turbo, kompletny układ wydechowy i mapowanie komputera dały końcowy wynik na poziomie 260KM, co przy obniżonej masie auta zapewniało świetny stosunek mocy do masy. Sztywne, twarde zawieszenie, ustawione w lekki negatyw koła na alufelgach i „gołe” wnętrze dopełniały obrazu hardkorowej maszyny do górskich wyścigów.
- Jak by nie patrzeć, jesteście twórcami największego w okolicy… ba, największego w powiecie i regionie zespołu wyścigowego w touge – stwierdził fakt kosmaty, wskazując na widniejące na obu Nissanach oznaczenia klubowe – Fama w necie głosi, że przejęliście po słynnej „Lidze Białego Krzyża” Salmopol… a teraz przyczyniliście do organizacji tej imprezy na Serpentynach… diablo cieszy mnie fakt, że turbokillersi wymiatają i w tym regionie.
Borimichal przytaknął lekko, po czym odrzekł:
- Dzięki, kosm… fakt, jako zespół mamy najlepsze notowania w regionie, skupiamy kilkunastu bardzo dobrych kierowców i drifterów, poprawiamy swoje umiejętności… ale z całą pewnością nie jesteśmy najlepszymi kierowcami.
- A to niby czemu?! – zdziwił się nagłej skromności kumpla z forum gość z Kutna.
- Dopóki jeżdżą tu tacy kierowcy, jak ci z M3, Elise, MR2… jak ścigające się właśnie WRX STi i Integra… jak mający walczyć w następnym pojedynku Skyline GT-R… my nie mamy szansy nawiązać z nimi równej walki – odpowiedział mu ponczak – Tamci… to zupełnie inni ludzie. Choć młodzi, młodsi od nas, są w stanie ryzykować niebotycznie wręcz wysoko. Tego nie jest w stanie nadrobić nic, żaden trening, żadna, nawet najlepiej opanowana technika.
- Z tego, co wiem, co pisuje się na forach, M3 i MR2 już się wycofały – rzekł kosmaty – O kierowcy ITR’a mówi się, że zrobi to po dzisiejszym wyścigu…
- Jak to rozumieć? – zapytał borimichal – Jaki może być powód tego fenomenu? Rezygnowania u szczytu sławy?
- Oni różnią się od nas, bori. – odparł współszefowi zespołu ponczak - Oni nie ścigają się, tak jak my, dla adrenaliny, dla klimatu… z pasji. Dla nich to coś więcej. To walka o udowodnienie czegoś… nie raz gra o miłość, o szacunek, o uznanie… ryzykują wiele… zyskują wiele… ale też, gdy wreszcie osiągają to, co chcieli, o czym marzyli… nie chcą tego utracić. Boją się dalszego ryzyka. Wystawiania szczęścia na próbę. Dlatego… dlatego właśnie rezygnują…

Obserwowała ich z oddali.
Razem, w tańcu, rzeczywiście wyglądali tak, jakby…
… łączyło ich to, co ich łączyło.
Ponoć…?
Czuła… smutek.
Niedosyt.
Konrada nie było z nią tej nocy, zresztą pokłócili się nawet o to.
Chciał, by była tej nocy z nim, na autostradzie.
Nie mogła.
Dziwna siła, przeczucie kazało jej przyjść tutaj.
Czuła, że…
… że zdarzy się coś strasznego.
Jednocześnie… wahała się.
Nie była pewna, czy dobrze uczyniła, pozwalając sobie i Konradowi na bycie razem.
Uwierzyła w jego słowa o tym, że Mat zrezygnował… dla jej szczęścia.
Dla ich szczęścia.
- Ale czy ja… - zapytała samą siebie – Czy ja … jestem szczęśliwa?
Czy ja w ogóle zasługuję na szczęście?!
I czy… czy te wątpliwości nie oznaczają, że…
… czy nie ranię nimi samego Konrada…?

- Drań! – warknął Jacek. Sposób, w jakim wyprzedził go Ben, był najbardziej tchórzliwym i frajerskim manewrem, jaki w życiu widział.
Atak na prostej, korzystając z przewagi mocy, nie podejmując choćby cienia ryzyka…
Docisnął gaz do oporu, i nie zważając na warunki, podciągnął do Imprezy na centymetry.
Wycieraczki ledwie nadążały z odgarnianiem zalewającej szybę wody.
Nie widział… praktycznie nic.
Nie miało to w tym momencie żadnego znaczenia.
Liczył się tylko pojedynek.
Liczyło się tylko zwycięstwo!

- O cholera. – zaklął Ben, spoglądając w środkowe lusterko. Krwista Integra przykleiła mu się do tylnego zderzaka – Jeszcze tu jesteś?!
Na wysokości wyjazdu z Osiedla Kubalonka, w średnim zakręcie w prawo, poszedł pełnym ogniem, bez hamowania.
Poczuł, jak wóz znosi ku zewnętrznej, ale opanował to delikatnym, stopniowym dodaniem gazu, i momentalnie wrócił na zewnętrzną.
To był błąd.
Integra pomknęła w zakręcie dokładnie po tej samej co on linii, doświadczając tego samego zjawiska podsterowności.
Jack opanował je w ten sam sposób, poprzez dodanie gazu.
Nie wrócił jednak na zewnętrzną…

Zmienił bieg, cisnąc gaz do oporu, i zrównał się z Imprezą.
Nie widział nic. Deszcz ograniczał widoczność do kilku metrów.
Krótka prosta, dzieląca wyjazd z Osiedla Kubalonka od ostrego zakrętu w lewo, po którym zaraz następował bliźniaczy w prawo, miała się niebawem skończyć.
Nie wiedział dokładnie, kiedy.
Pomimo tego, nie odpuścił…

- Ooo nie, Jack! – ryknął Ben, widząc czerwoną Hondę po swojej lewej – Nie odpuszczę!
Zakręt pojawił się nagle.
Hamulce wdusili w tym samym momencie.
Nieco za późno…
Auta wyniosło równolegle, do zewnętrznej.
Lusterka zetknęły się ze sobą.
Opanowali podsterowność, i na króciutkiej prostej pomiędzy zakrętami ponownie poszli zderzak w zderzak.
Żaden z nich nie miał zamiaru oddać prowadzenia.
Światła hamownia w Integrze i Imprezie rozbłysnęły czerwienią, po czym auta pomknęły w ostrym w prawo, pod górę.
Bok w bok.
Hamowanie rozpoczęli w idealnym momencie.
Skręt kierownicą obu kierowców był całkowicie właściwy.
Nie wzięli tylko poprawki na jeden fakt.
Zmęczenie opon…

Poczuł, jak podsterowność ciągnie Hondę praktycznie po linii prostej, wprost do rowu, i na znajdujący się za nim nasyp.
- Niee! – jęknął, skręcając znacznie mocniej.
Zachował trzeźwość umysłu.
Dodał gazu stopniowo, a Integra posłusznie dała się wyprowadzić z zakrętu.
Lewe koła sunęły po nieutwardzonym, kilkunastocentymetrowym poboczu, nieomal wpadając do rowu.
Udało mu się.
Spojrzał w prawe lusterko.
Uśmiechnął się szyderczo.
Nie tylko on miał problemy z podsterownością.
Ben próbował zwalczyć ją w inny sposób.
- Podpatrzył mój manewr z pierwszego ataku. – mruknął. – Nadrzucił na ręcznym…
Tył Subaru na krótką chwilę ustawił się prawie w poprzek drogi.
Jack przez moment miał nadzieję, że Benedyktowi nie uda się tego opanować.
- Wyspinuje. – mruknął z nadzieją.
Koła w Subaru skręciły się, wóz wykonał „wahadło” tyłem, po czym wrócił do walki, kilka metrów z tyłu.
Obaj byli zbyt dobrzy, by skończyło się to w ten sposób.
Mimo tego jednak, Jack był zadowolony.
Usatysfakcjonowany.
Znajdowali się na wysokości Sanatorium na Kubalonce. Jeszcze jedna długa prosta, na której będzie blokował Subaru, a potem… Szczyt.
Od Szczytu zaś, sytuacja zmieni się diametralnie.
Właściwe Serpentyny, od Szczytu aż do linii mety, promowały jego wóz. Prowadził, i choć obaj mieli problemy z trakcją, mniejsza masa i lepsze przyśpieszenie dawały mu przewagę w sekcji downhill.
A tylko taka ich czekała, nim…
… nim to się rozstrzygnie.

Widoczność była zerowa.
Słyszał ryk swojego silnika bokser pod maską, widział tył Integry i… tylko tyle.
Jechali z pamięci.
- Pomimo tego, będę się trzymał cały czas jego ogona – pomyślał Ben – Choćby nie wiem, co… nie odpuszczę ani o metr!

- W takim razie – stwierdził, przywołując na twarz uśmiech –Skoro to ty, a nie przeznaczenie, uratowałaś mnie wtedy, na Zameczku… to… jesteśmy kwita.
Zerknęła na niego, wirując we wspólnym obrocie, lekko zaskoczona.
- Wczoraj w nocy… na prostej, gdy wyprzedzałaś mnie, a z naprzeciwka pojawiła się osobówka… tym razem to ja w ostatniej chwili przyhamowałem. A co do przeznaczenia… dziękuję, że chcesz mi pomóc. Że chcesz dać mi… nadzieję, ale… do wizji z mojego snu pasuje nadal zbyt wiele szczegółów. Wszystko zbyt dokładnie spełnia się i pokrywa, a poza tym… moje życie i tak straciło wszelki sens. Jakikolwiek, kiedykolwiek on był…
Złapał jej spojrzenie, utkwione w jego oczach.
- Nie istnieje coś takiego, jak przeznaczenie – stwierdziła twardo, pewnie – Skoro twoja wizja, skoro ten sen jest tak prawdziwy, tak realistyczny… to przecież zmiana choćby jednego szczegółu, odwrócenie jednego faktu musi w efekcie dać zupełnie inny wynik…
Zawinął nią w piruecie, i przyciągnął ku sobie.
Zetknęli się ze sobą, ich oczy dzieliły centymetry.
- Wypróbowałem wszystkie opcje, Nat – powiedział – Uciekałem do rowu, ale to kończyło się zabiciem widzów… hamowałem… tylko po to, by wbić się pod ciężarówkę… próbowałem zmieścić na poboczu, lecz… TIR i tak mnie zahaczał. Wszystko to w dowolnych kombinacjach, momentach… na nic.
- Dlaczego więc nie spróbujesz… jeśli taka sytuacja rzeczywiście się wydarzy… wcisnąć się przed Suprę Roberta?
Uśmiechnął się.
O tej opcji pomyślał na samym początku.
- On nie odpuści – odparł – To nie ma szans… dojdzie tylko do zmielenia Sky’a pomiędzy TIR’em a Toyotą… tam jest zbyt mało miejsca, by dokończyć ten manewr…
Milczała dłuższą chwilę.
Był już prawie pewien, że to koniec rozmowy na ten temat.
Wykonał delikatny ruch lewą nogą do tyłu, i wyciągnął prawą dłoń, by ponownie z „odpoczywającego” przejść do obrotów i kroku standardowego.
Objęła go mocniej i przytuliła lekko, uniemożliwiając mu to.
- Niepotrzebnie zahamowałeś wczorajszej nocy. – stwierdziła krótko.
Zaskoczyła go.
Dlaczego…
… dlaczego niepotrzebnie…?
Czy ona…
… czy ona też …
… chciała zginąć?
Musiał zapytać.
- Dlaczego, Nat?
- Po moim powrocie na właściwy pas, pozostał prawie metr miejsca pomiędzy nami. Zmieściła bym się, nawet gdybyś nie zahamował.
- To niemożliwe. Z mojej kabiny wyglądało to tak, jakbyś wcisnęła się na centymetry pomiędzy przedni zderzak Skyline’a a osobówkę z naprzeciwka.
- Właśnie, Mat. – uśmiechnęła się – Dla ciebie tak to… wyglądało.
- Co masz na myśli?
- Wybacz mi to, co powiem… jesteś znakomitym kierowcą, najlepszym, jakiego znam, ale… masz problem z jednym manewrem. Z „wciskaniem się” przed przeciwnika, i szacowaniem odległości do auta wjeżdżającego tuż przed ciebie. Ja… skojarzyłam ten fakt dopiero dzisiejszej nocy, w tej właśnie rozmowie, ale… to trwa od… od twojego wypadku. Odkąd niebieska Impreza uderzyła twoją Sierrę w tył, gdy wyprzedziłeś ją po wewnętrznej, i pchnęła w przepaść na Patelnii… Masz uraz do tego typu manewrów. Jesteś zbyt ostrożny, zbyt uczciwy, boisz się, że wykonując to… lub nie odpuszczając przeciwnikowi wciskającemu się przed twoje auto … doprowadzisz do wypadku. Do takiego samego wypadku, w jakim nieomal sam zginąłeś.
Milczał.
- Fakt jest jednak taki – kontynuowała, wciąż wpatrując mu się w oczy – Że z mojej pozycji widziałam, że bez twojego hamowania zmieszczę się bez problemu. I… tak było by w rzeczywistości.
Milczał.
Myśli biegały jednak jak oszalałe.
Walka z Konradem.
Długa prosta za przejazdem kolejowym i mostem.
Czułem, że czarne GTO się nie zmieści.
- Nie hamowałem wtedy – przemknęło mu przez głowę – Byłem pewien, że nie ma już miejsca pomiędzy cywilną Vectrą, przodem Pontiaca, a miejscem na moim pasie…
… chciałem go wtedy zabić. – przyznał się w duchu.
On jednak odbił, i… zmieścił się, lekko tylko przycierając.
Przecież… ja widziałem, że nie ma miejsca.
A jednak…
Słowa Natalii były całkowicie prawdziwe.
Miała…
… miała rację.
Ja… ja boję się zahaczania w czasie wyprzedzania, dlatego…
… podświadomie, ale jednak…
… zostawiam margines błędu.
Czy to oznacza, że…?

- Są. – mruknął Ray, obserwując obraz z kamery ustawionej na Szczycie – Integra zgodnie z meldunkiem z wysokości Sanatorium na prowadzeniu, Impreza…
Auta przemknęły przez lekki w lewo, tuż za którym znajdowała się linia startowa, i sto metrów prostej do dwóch ostrych zakrętów, w lewo a potem w prawo.
- … Impreza wręcz klei się jej do zderzaka. – dokończył z podziwem w głosie autor „JDM’s Life”.
Publika ryczała z zachwytu.
Widoczności nie było, obraz z kamery, odległej o kilka metrów od drogi ledwo pokazywał zarysy aut.
Lało jak z cebra.
Nawierzchnia całkowicie zalana, wręcz spływała wodą.
Pomimo tego, kierowcy jechali z prędkościami, o których nikt ze „zwykłych” widzów nawet nie śnił.
- Zaczyna się downhill – zauważył Ray – Downhill, i znacznie bardziej kręta, ta „właściwa” część Przełęczy Kubalonka będzie teraz faworyzować Integrę… przyśpieszenie, masa…
- Opony są bardzo skatowane – stwierdził sceptycznie Ping – A kierowcy zdaje się zupełnie tego nie biorą pod uwagę. Tak naprawdę… przynajmniej moim zdaniem… liczyć się teraz będzie tylko i wyłącznie opanowanie, wytrzymałość psychiczna i wola walki… kwestie techniczne praktycznie się już wyrównały… opony są na granicy swoich możliwości.
Ray przytaknął.
Ping miał rację.
A nie oznaczało to niczego dobrego dla walczących…

- Boję się, Iww – wyszeptała przyjaciółce – Czuję, że… stanie się coś złego. Że on… on nie wróci. Coś dziwnego unosi się w powietrzu, aura… aura śmierci.
Odpowiedziała z obojętnością.
Całkowitą obojętnością.
Wbrew uczuciom pragnęła…
… pragnęła i oczekiwała wypadku.
Śmierci Benedykta.
Nie ważne, za jaką cenę, nawet jeśli zabić się przy tym miał również ukochany… pseudoukochany Magdy.
- Skoro Jack nie był w stanie odpuścić – rzuciła ozięble – Skoro twoją wyraźną prośbę zbył wzruszeniem ramion… to i tak nie jest cię wart. Musisz zrozumieć… kocha przełęcz bardziej od ciebie. Życz mu śmierci, Meg…
Nie odpowiedziała.
Po policzku spłynęła jej łza, zupełnie niezauważalna w deszczu…

Był w kropce.
Bynajmniej go to jednak nie martwiło.
- To, co powiedziałaś, jest bardzo ważne, ale… sam już nie wiem, jak to wszystko interpretować – zaczął – Bardzo wiele szczegółów zgadza się ze snem, nawet pomimo tej jednej, niesprawdzonej szansy ryzyko spełnienia wizji jest… ogromne.
Sam przestawał wierzyć w to, co mówi.
Słowa Karoliny, słowa Julii, a teraz Natalii sprawiały, że ostatecznie zaczynał wątpić w przeznaczenie.
Uśmiechnęła się lekko, i zapytała przewrotnie:
- A czy musisz postępować dokładnie tak, jak we śnie? Czy rzeczywiście zgadzają się wszystkie, nawet najdrobniejsze szczegóły… jak choćby ulewa nad nami? Lub… czy nie ma takich różnic pomiędzy rzeczywistościami, które pozwolą ci ten los… odwrócić… nawet jeśli spełni się większość wizji? Przecież wystarczy, że nie zaatakujesz na tym głupim zakręcie… to jest takie proste, Mateuszu.
Nie do końca mógł się zgodzić.
Racjonalnie myśląc, ta lekko zakręcająca prosta była najlepszym miejscem do ataku… z tego, co widział kątem oka na telebimie, wykorzystał ją w tym celu nawet Benedykt… na normalnych Serpentynach, jeśli nie będzie na przedzie, zmęczone opony mogą uniemożliwić wyprzedzenie Roberta i zwycięstwo, podobnie jak… w walce z Konradem.
Wtedy mi się udało. Miałem szczęście.
Tym razem nie musi być tak dobrze.
Nie powiedział tego jednak.
- Zresztą – zawinęła mu się w ramionach, i przekręciła lekko głowę, spoglądając w oczy – Sam twój lęk jest bezpodstawny, Mat… przecież trasa jest obstawiona czujkami, wjazdów pilnują organizatorzy, żaden wóz cywilny, a już zwłaszcza TIR nie ma prawa się przedrzeć…
Słyszał ją.
Choć nie słuchał.
Zaczął tonąć w jej oczach.
Ciepłych, spokojnych… pięknych.
Zrozumiał, czemu tak bardzo chce, żeby wrócił.
Czemu zależy jej na tym, by udowodnić mu, że nie wisi nad nim fatum.
I czemu nagle jemu samemu zaczęło na tym zależeć.
Fascynacja…
Fascynacja była…?
Fascynacja jest…
… miłością.
Szaleństwo, szaleństwo uczuć.
Lęk opuścił go.
Przeznaczenie nie istnieje!
Wrócę, bo…
… bo znów mogę kochać?
Bo… ponownie widzę… cel?
Sens?
Zakręcił nią w obrocie.
Lekki, wiosenny zapach perfum.
Siły, energia wróciły mu w momencie.
- To moje… - pomyślał – … odrodzenie.

Wiedział i czuł, że zakręt jest blisko.
Wiedział i czuł, że nie może odpuścić.
Błyski w środkowym lusterku, ryk turbodoładowanego boksera za plecami.
Ben był blisko.
Strasznie blisko.
Gaz do oporu.
- Dam radę – pomyślał, choć przez zalewaną wodą szybę nie widział zupełnie nic – W końcu… los nie dawał by mi miłości, by ledwie tydzień później… zabić.

Pierwszy zakręt „standardowej” części Serpentyn, ostry w lewo, musiał być niezwykle blisko.
Powinien zwolnić.
Skoro jednak Integra nie zwalniała, skoro Jack nie hamował…
Postanowił trzymać gaz do końca.
Zaryzykować.
Sprowokować Jacka do… błędu.

Zgromadzeni za barierką uciekali w popłochu.
Ustawiona na zakręcie kamera ukazywała dwa auta, mknące prawie setką.
Dziesięć metrów.
Żadnego hamowania.
- Czy oni nie widzą tego zakrętu?! – zaryczał Ping – Przesadzili! Tym razem naprawdę przesadzili!
- Nie da się wejść z taką prędkością… - jęknął Ray – Zabiją się!
Widownia zamarła.
Zapadła cisza.
Był tylko obraz z kamery.
Osiem metrów.
Sześć.
Cztery…

Nie panowali nad sobą.
Rządziło nimi szaleństwo.
Zakręt wyłonił im się z deszczu bardzo późno.
Zbyt późno.
Wtedy przyszło otrzeźwienie.
Nagłe, spóźnione otrzeźwienie…

Wdusili hamulce.
Samochody nie zareagowały.
Wpadli w poślizgi.
Założyli kontry.
Zrobili to w tym samym momencie.
Nic to nie dało.
Brak reakcji.
Obrót, rotacja.
Poślizg wzdłuż pierwszego z zakrętów.
Tyły ocierają się o barierkę.
Podbicie.
Deszcz.
Dzwonienie w uszach.
Pisk opon.
I inny, znacznie straszniejszy.
Pisk, przeraźliwy pisk widowni.
Obroty.
Wprost na nasyp.

Myśl.
- Nie przejmuję się tym dziwnym zbiegiem okoliczności. Śmierć będzie, co najwyżej… rozczarowaniem.
Nic nie zyskałem.
Niewiele tracę.
Impreza mnie zawiodła.
Sam jednak… sam się nie zawiodłem na tym, jak… jak kończę.
Czemu… czy w ogóle…
Jest mi to obojętne?
Skąd… skąd w ogóle takie myślenie?!

Milczeli.
Cała widownia wpatrywała się w ekran, który pokazywał tylko początek felernego zakrętu.
Nie widzieli samego wypadku.
Choć czuli, że musiał on nastąpić.
Tylko muzyka, symfoniczny „Wieczny Sen” Nightwisha ciął powietrze w wielkim finale, nadając chwili nierealnego wręcz klimatu.
Żaden meldunek nie nadchodził.
W końcu, operator zaczął zdalnie obracać kamerę.
Trwało to długo.
Wstrzymali dech.
Krwista Integra i niebieska Impreza.
Tuż obok siebie.
Prawie na nasypie.
Nieuszkodzone…

Pierwszym uczuciem, jakie go ogarnęło, nie była ulga.
Nie była radość, że uniknął śmierci.
Pierwszym uczuciem było zdziwienie.
Cały czas święcie wierzył, że to już koniec.
Bez emocji zapalił zduszony silnik, i machnął ręką w kierunku stojącego drzwi w drzwi Jacka.
Teoretycznie, Jack był pierwszy.
Oboje popełniliśmy ten sam błąd. Powinniśmy kontynuować bez zmiany kolejności.
Taki był niepisany kodeks.
Jego gest był więc jednocześnie gestem dobrej woli.
Był fair-play wobec przeciwnika.
Integra nie ruszyła się.
Wóz stał w miejscu, pomimo zapalonych świateł i wyraźnie słyszalnej, czystej gry silnika.
Ponowił gest, mrugając długimi…

Otrzeźwienie było gwałtowne i pełne, silne jak nigdy wcześniej.
Zrozumiał, że otarł się o śmierć.
Nagle uświadomił, jak wiele mógł stracić.
I o jak niską stawkę walczył.
Utrata życia, utrata choć drobnej szansy na szczęście i miłość była zbyt wielką stawką w tej obłąkańczej walce.
- Znalazłem się na zakręcie – powiedział głośno – Wybierać muszę pomiędzy kontynuowaniem pojedynku, który z każdym kolejnym momentem stawał się coraz bardziej szalony i ryzykowny, a… odpuszczeniem.
Przekonaniem się, czy, tak jak Błażejowi Karolina, Magda wybaczy mi przegraną.
Boję się ją stracić.
I wiem jednocześnie, jak przed momentem byłem tego bliski.
Nie chcę popełnić drugi raz tego samego błędu.
Monikę straciłem przez własne ambicje. Przez…
… tak naprawdę, to nie Magda oczekiwała tego wyścigu.
To była moja i wyłącznie moja pycha.
Moje pragnienie triumfu.
Dominacji.
Podjął decyzję…

Po raz trzeci, ostatni już, zamrugał długimi.
Odpowiedziało mu zgaśnięcie świateł w czerwonej Integrze.
Zaraz potem, silnik Hondy zamilknął.
I to był koniec…

- Koniec wyścigu! – ryczał sprawozdawca z zakrętu, opisując wydarzenia widoczne na ekranie – Po tym niesamowitym spinie, który sami zresztą widzieliście… który aż nie do uwierzenia, że zakończył się w tak szczęśliwy sposób, Integra mogła bez problemu kontynuować pojedynek. Wóz jest sprawny, widzimy to wyraźnie, ale… kierowca odpuścił. Silnik i światła zgasły, to symbol… symbol oddania zwycięstwa walkowerem! Powtarzam, koniec wyścigu, zwycięstwo Subaru!!
- Dlaczego? – zapytał sam siebie Ping – Dlaczego poddał się, skoro był w lepszej sytuacji… druga część trasy promowała zalety ITR, skatowane opony uniemożliwiły by co bardziej skomplikowane manewry, takie jak ataki i wyprzedzanie, zarówno jemu, jak i Imprezie… zwycięstwo było prawie jego, dlaczego więc… dlaczego się poddał? To niezrozumiałe!
- Bo to jest niezrozumiałe, Pingu – odrzekł mu Ray – Widać… tu chodziło o coś więcej, niż wyścig, wóz i technika. O coś, czego nie rozumiemy. I być może… czego nigdy się nie dowiemy.

Decyzję Jacka rzeczywiście rozumiały w tym momencie tylko trzy osoby
Karol, Błażej, Michał.
Rozumieli.
I podziwiali…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

 

Ostatnie takty piosenki dobiegły końca.
- Liczę, że teraz zechcesz wreszcie wrócić cały i zdrowy – stwierdziła z uśmiechem – Że choć w drobny sposób udało mi się przekonać cię, że jesteś w stanie… oszukać przeznaczenie.
Odpowiedział uśmiechem.
Był przecież zakochany.
Znów czuł sens.
Odpowiedź była jednoznaczna:
- Taak, Nat… teraz… po tym tańcu… rzeczywiście chcę wrócić.
Uśmiech.
Śliczny uśmiech.
Va banque.
Trzymali się za ręce.
Deszcz przestał padać tak nagle, jak lunął.
Nie zwrócił na to uwagi. Przecież nie wierzył już w przeznaczenie.
Nachylił się ku niej, blisko, jak do pocałunku, i zadał pytanie, które pragnął zadać.
To samo pytanie, które zadała mu niegdyś ona sama.
- Czy ty kogoś masz, Natalio?
Moment.
Ułamek setnej sekundy euforii.
Spochmurniała.
Odpowiedziała, ze smutkiem tak dziwnym, tak do bólu realistycznym.
Z autentycznym żalem do… losu.
- Mam – odparła, siląc się na uśmiech.
Euforia odeszła.
Sens umarł.
Powróciło szaleństwo.
Czuł i widział, że nijak nie może być tak wprost, zwyczajnie… szczęśliwy.
Fatum wciąż nad nim wisiało, było obecne w każdej chwili ostatnich dwóch lat.
Może i mógł uniknąć śmierci. Może i miała rację.
Może wszystkie miały rację.
Może mógł żyć.
Ale bez miłości nie widział takiej potrzeby.
Nie widział… sensu.
Był zdesperowany.
Nie bał się już śmierci.
Pragnął jej…?!
- Chcę i muszę sprawdzić, czy przeznaczenie istnieje – pomyślał – Jeśli wszystko będzie pokrywać się ze snem… jak choćby ustanie deszczu… jeśli ta przedziwna wizja nadal będzie się sprawdzać… zaatakuję na tym wyśnionym zakręcie. Doprowadzę wszystko, każdy, najdrobniejszy szczegół do zgodności ze snem, i… i dowiem się, czy mimo tego mogę oszukać przeznaczenie. Uniknąć fatum. Przekroczyć… granicę możliwości.
Nie zależy mi już na życiu.
Nawet jeśli przeżyję, nie zaznam szczęścia. Krótki przebłysk uczucia do Nat był tak naprawdę tylko i wyłącznie ostatnią reakcją obronną organizmu.
Podrygiem agonalnym.
To nie była miłość.
Nie ją kocham.
Pocałowała go w policzek, ciepło i szczerze.
- Wybacz, Mat. Ja…
Ujął jej mokrą od deszczu dłoń, i złożył na niej ostatni pocałunek.
- To ja proszę o wybaczenie. I… dziękuję za wszystko. Za uratowanie życia. I… i za dzisiaj.
- Gdybyś tylko… trochę wcześniej…
Nie chciał wiedzieć.
Nie musiał.
Czuł kopertę w kieszeni marynarki.
Nie mógł jej o to prosić.
- Żegnaj, Nat.
- Do… do zobaczenia, Mateuszu. Wróć…
- Nie wrócę – pomyślał, kierując się w kierunku swojego auta.
Pojedynek Jacka i Benedykta dobiegł końca.
Teraz nadszedł czas na niego…

Wrócił na dół, zjechał zjazdem na drogę dookoła amfiteatru i boiska, i powoli zaczął przejeżdżać przez tłum, w kierunku swojego miejsca.
Dał się zaskoczyć.
Widzowie oklaskiwali go.
Wiwatowali.
Minął dwóch znajomych, tak bardzo związanych z jego Integrą ludzi.
Ci unieśli kciuk do góry, z przyjaznymi uśmiechami na ustach…

CMQ i Skrobek jednocześnie, jak jeden mąż unieśli kciuk do góry, gdy mijała ich czerwona Honda.
Podziwiali jego odwagę.
Pomimo tego, że zrezygnował, podziwiali to, co pokazał.
Udowodnił swoją wartość.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

 

Zaparkował, zgasił silnik, i wysiadł z auta.
Tłum przestał istnieć.
Ruszył w kierunku jedynej istoty, która się liczyła.
Ruszył z sercem na ramieniu.
Spojrzała na niego.
Zatrzymał się.
Zachował dystans.
Nie zmniejszyła go.
- Nienawidzę cię – stwierdziła – Nienawidzę cię, bo wybrałeś wyścig ponad mnie. Pomimo moich próśb… - głos się jej załamał.
Opuścił głowę.
Wiedział, że przegrał.
Przegrał swoją miłość.
Swoją jedyną szansę.
Milczenie trwało krótką chwilę.
Doskoczyła do niego, i wtuliła się z całej siły.
- … ale mimo tego kocham cię, ty draniu! – wyszeptała przez łzy – Kocham do szaleństwa, kocham za to, że jednak… jednak odpuściłeś. Udowodniłeś, że kochasz mnie ponad swoje pragnienie zemsty, ponad potrzebę dowiedzenia własnej wartości… wiedz, że dla mnie niczego już nie musisz udowadniać.
- Kończę z wyścigami. – odszepnął tylko.
I przytulił ją.
Pocałował długo, namiętnie.
Potem zaś, nastąpiło szczęście.
I radość.
Spełnienie.
To nie jest już jednak tematem tej opowieści…

- Piękna historia, prawda? – stwierdziła jej koleżanka, gdy zagadnięta przez nie dziewczyna, również (jak ona) Karolina, tutejsza piękność, skończyła już streszczać opowieść o miłości kierowcy czerwonej Hondy i jego dziewczyny – Och, jak ja bym chciała przeżyć coś takiego, Kala…
- No – odmruknęła, nie spuszczając z oka siedzącego przy stoliku komentatorskim mężczyzny – Ja po to tu w sumie przyjechałam…
- Chcesz mi powiedzieć, że…? – przyjaciółka w niedowierzaniu wskazała ruchem głowy na brodatego przystojniaka, który komentował poprzedni wyścig – Ale przecież…
Machnęła ręką, i raźnym krokiem ruszyła w kierunku właściciela sportowego Nissana.
Kochała się w nim odkąd pamiętała, odkąd tylko zobaczyła go na scenie w Blue Cafe, przed kilkoma miesiącami.
Grał na saksofonie jak szatan.
Oczarował ją. Rzucił urok.
A potem na tych dziwnych zawodach, konkursie „driftingu”, gdy za kierownicą czerwonego, sportowego Nissana przeczył wszystkim prawom fizyki, pokazując kunszt i mistrzostwo prowadzenia…
Tak skrajnie różne zainteresowania, wymagające tak odmiennych charakterów i predyspozycji…
… fascynował ją.
Różnica wieku nie znaczyła dla niej nic.
Musiała… musiała go bliżej poznać.
- Cześć – odezwała się swobodnie, przybierając zalotną, kokietującą pozę – Jestem Karolina, i zakochałam się w tobie.
To zawsze działało.
Uśmiechnął się.
- Cześć – odparł, obrzucając wzrokiem stojącą przed nim śliczną, drobną brunetkę – Jestem Piotrek vel Pingu… i wcale mnie to nie dziwi, Karolino…
Potem zaś, poszło już jak z płatka.
To jednak również nie jest już tematem tej opowieści…

Wjechał na teren boiska „Pod Skocznią”.
Grzmiały oklaski.
Wysiadł z Subaru. Buty postąpiły kilka kroków po podmokłej po deszczu murawie.
Składano mu gratulacje.
Dziesiątki gratulacji.
Spojrzał na ludzi dookoła.
Na rzeczywistość.
Widział… szczęście.
Błażej, Karol, Michał…
Jacek.
On… on poddał się, bo… dokonał wyboru.
- Ja zaś – pomyślał Ben - Czuję… pustkę.
Osiągnąłem wymarzony respekt.
Uznanie.
Podziw.
Ale… to nie jest jednak to, czego oczekiwałem.
Nie tego się spodziewałem.
Więcej… więcej szczęścia spotykało mnie, nim w ogóle zająłem się wyścigami, nim dałem się im pochłonąć, nim oddałem bez reszty.
Pomimo zwycięstwa, jestem…
… największym przegranym.
Ja… to nie było dla mnie.
Całe to touge, te wyzwania, samochody…
Zdał sobie wreszcie sprawę.
Nie tego pragnąłem!!
Mogłem kochać Iwonę. Mogłem być z nią… szczęśliwym.
Pomimo jej błędów.
Pomimo moich.
Pycha i duma pozbawiły mnie tego, a teraz… teraz jest już za późno.
Nie widzę żadnego celu w swoim życiu.
Przynajmniej… nie tutaj.
Postanowił.
- Opuszczam województwo – stwierdził, kierując się na powrót do auta – Nie zostanę tutaj, nie dokończę planu pokonania wszystkich… bo nie tego pragnę. Pojadę na północ, do Gdyni, na studia, tak… tak jak planowałem, zanim uwikłałem się w to wszystko.
Nim wyzwałem na pojedynek Mateusza, pewnej zimowej nocy przeszło rok temu, by zaimponować Małgosi.
Czas na zmiany.
Changes.
Kończę… kończę pewien rozdział życia.
Stanął przed niebieskim Subaru, z kluczykiem w dłoni.
- Skoro zmiany… - przemknęło mu przez głowę – To powinienem…
Otworzył drzwi bez ramek, zajął miejsce w sportowym fotelu, i odpalił silnik.
Bokser zagrał czysto, miarowo.
Pięknie.
- Nie mogę jej sprzedać – stwierdził – Ten jeden jedyny element przeszłości…
… zostawię sobie na pamiątkę.
Niech będzie moim memento:
Byłem na zakręcie.
Dokonałem wyboru…