4. „Otrzeźwienie”

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Dzień następny przyniósł wiele odpowiedzi, ale jeszcze więcej pytań. Pojedynek na autostradzie S1, w którym tajemnicze, nieznane nikomu pomarańczowe Camaro pokonało Andrzejowe Audi S6, był szeroko komentowany i rozważany w kręgach I LO w Cieszynie.
Jak to jednak zwykle bywa, domysły, plotki i pogłoski przeważały nad informacjami sprawdzonymi i pewnymi.
Te zaś mógł zapewnić tylko i wyłącznie sam Andrzej.
- Jak żeś to mógł wje*ać? Jak mogłeś przegrać ze starym amerykańskim muscle-carem, który ma aerodynamikę cegły i masę tankowca? – wypalił Adam, gdy jak co dzień klasa IIIe stała oparta o barierki przed szkołą, oczekując na rozpoczęcie zajęć. Słońce świeciło tego dnia wybitnie mocno, nieba nie pokrywała ani jedna chmurka. Wtorkowy ranek sprzyjał więc takim rozważaniom i dyskusjom na świeżym powietrzu.
- Toż ci mówię, Adaśko – odparł jak gdyby nigdy nic Andrzej, lustrując wzrokiem swoje Audi – Ten Chevrolecik przyśpieszał jak by sam diabeł go kopnął, gostek za kółkiem musiał mieć pod butem co najmniej ze sto koni więcej, jak nic. Zresztą, co z tego, że wtopiłem? Musiałem hamować, i tak miałem fuksa, że nie przydzyndzałem w te TIR’y. Wózek chyba jest cały, choć oponki to trzeba będzie solidnie obejrzeć, po hamowaniu z 300 na godzinę i spinowaniu nie będą raczej…
- Ty kretynie! Ty fajo głupia! – nie wytrzymał Adam – Czy do ciebie nie dociera, że to nie jest jakaś tam przegrana? Nie ogarniasz, że tym samym straciłeś tytuł niepokonanego?
- No i co z tego? – Andrzej wzruszył ramionami.
- Ja je*ię! – wypalił Adam. Nawet reszta klasy, która nie brała udziału w wyścigach autostradowych domyślała się już, co oznacza porażka Andrzeja – Utrata tytułu niepokonanego oznacza, że nie możesz już kandydować do fotela Prezesa! A mogłeś, tylko nawet się tym nie zainteresowałeś… Ba, co więcej, nie jesteś już celem tych wszystkich żądnych sławy ciot, jak chociażby Konrada… jak byś nie wiedział, to gość z czarnego Pontiaca GTO…
- A co mnie on niby obchodzi?
- Dla twojej wiadomości – sarknął Adam – Kilka miesięcy temu się z nim ścigałeś. To gość z białego Firebirda. A chyba pamiętasz, jak się skończył ten wyścig…
- O kurde balans… to on jednak przeżył… i teraz mnie szuka, żeby się…? – zawahał się Andrzej.
- Nie. Co do tego, że prawie się wtedy zabił, to ma to widać szczerze w dupie. Ale że ten frajer chce zostać nowym Prezesem, to musi pokonać kierowcę niepokonanego, z ponad piętnastoma zwycięstwami. Za punkt honoru postawił sobie objechanie ciebie. Ale teraz straciłeś dla niego jakąkolwiek wartość, ba, w związku z tym, że nie ma już żadnego niepokonanego kierowcy w K>260 ustalono, że Kondzio pokonać ma to Camaro. Wypadłeś z interesu, Endrju.
- No. Czyli spoko. – stwierdził z zadowoleniem Andrzej.
- Co kur*a?! – znów uniósł się Adam – Jak może nie obchodzić cię fakt, że przestałeś być uznawany za jednego z najlepszych na S1? Jak może cię nie obchodzić, że straciłeś tytuł niepokonanego?!
- Mam na to wyje**ne. Robię to dla frajdy i emocji, dla klimaciku, a nie dla zwycięstw czy tytułów. Nie obchodzi mnie, co zrobi ten Konrad. Dopóki nie ma zamiaru się mścić czy kablować na mnie niebieskim, mam go szczerze w nosie. – uciął dyskusję najwyższy w klasie facet, spoglądając na wątłego raczej Adama z góry. – Jeżeli jest coś, co chciałbym wiedzieć, to to, kto jechał tym muscle’akiem… i co to był za wóz, a raczej ile miał pod maską. Soundzik był potworny, gdybyście mogli to słyszeć…
Na ulicy prowadzącej do gmachu I LO rozległ się nagle ryk tak potężny i głośny, że zadrżały aż szyby w oknach. Bulgoczący dźwięk narastał z każdą chwilą, z całą pewnością zbliżając się do parkingu.
Kilka pierwszoklasistek, zatykając uszy, w panice uciekło do budynku szkoły.
Nie było w tym zbyt wiele przesady. Najbardziej trafnym określeniem było po prostu słowo „przerażający”.
Po krótkiej chwili na ulicę wtoczył się jaskrawopomarańczowy muscle car, pomrukując dźwiękiem typowym dla amerykańskich, gaźnikowych jednostek z „dawnych, dobrych czasów”.
- Camaro – stwierdził Karol.
- Hę?! – spojrzał stojący tuż obok niego Sebastian – Nic nie słyszę! Możesz głośniej?!
- Chevrolet Camaro! – podniósł głos Karol, próbując przekrzyczeć bulgot V8 – Pierwsza generacja, 1967-1969… w znakomitym stanie, chociaż po dźwięku na pewno nie jest to seria…
- To ten! – ryknął Andrzej – To ten wóz!
Camaro zjechało do prawej krawędzi jezdni, po czym powoli wykonało łuk, by zmieścić się pomiędzy Golfem Sebastiana i WRX’em Mateusza. Chromowane elementy lśniły się w słońcu, co w połączeniu z jaskrawym lakierem i czarnymi jak noc pasami, biegnącymi przez środek wozu, tworzyło niesamowity efekt.
Metaliczny, basowy klekot gaźnikowego silnika, pracującego na jałowych obrotach zamilkł nagle.
Cisza, która po tym zapanowała, wydała się wręcz niesamowita.
- W ryj, jakie to głośne. – skomentował Błażej.
- Skoro parkuje pod naszą budą – zaczął Adam – To kierowca musi być…
Nie dokończył.
Drzwi auta otwarły się z charakterystycznym „klang”, a na zewnątrz wysunęła się noga odziana w biały but, charakterystyczny dla kultury skejterskiej.
- Nie no, kurna – mruknął Błażej – Nie ma chóru we wsi, że to jest…
Oczom wszystkich ukazał się Tadeusz, we własnej osobie.
- A jednak jest. – dokończył Błażej, ze świstem wypuszczając powietrze.
Tadeusz spojrzał po zgromadzonych z pełnym satysfakcji uśmieszkiem. Jego wzrok spoczął wreszcie na Andrzeju.
- Owned. – stwierdził cynicznie, wskazując na niego głową.
Andrzej wzruszył ramionami.
Ponownie pod szkołą zapadła cisza, ludzie podzielili się na kontemplujących niesamowitego Chevroleta i szepczących na temat tego, iż jest to najpewniej owiane do tej chwili nutką tajemnicy muscle z S1.
- Noo… ile to ma koni, Tadziu? – przerwał wreszcie ciszę Błażej.
- A ch*j wie. – odparł z typową dla siebie wulgarnością Tadek – Więcej niż każda z waszych fur, to pewne. A ile dokładnie? Ponad 450, nie wiem, żadna hamownia nie dała rady tego sprawdzić… - zakończył, nie próbując nawet ukryć pychy i satysfakcji.
- O, to musi to być dość spory silnik – stwierdził oczywisty fakt Maciek – Wątpię, żeby amerykanie takie potrafili robić… dasz mi zajrzeć pod maskę, co tam… że użyję tu profesjonalnego określenia… zeswapowałeś?
- Skoro tak bardzo chcesz się przekonać… - odparł niby to ze znudzeniem Tadeusz, otwierając maskę. Maciek pociągnął ją ku górze, odsłaniając motor.
Choć bardziej pasowało by tu określenie: potwora.
- O kur… czę blade. – pohamował się w ostatniej chwili zawsze wzorowo ułożony Maciek – Aaaale… wielki i bardzo metaliczny silnik – nic mądrzejszego nie przyszło mu do głowy.
Nie był jedyny. Pozostali także zawiśli nad komorą, nie wiedząc, co powiedzieć.
- Yenko? – zapytał zdumiony Karol. Jednostka na sto procent była czymś niezwykle potężnym, rozkład podzespołów i typ silnika potwierdzały, że jest to legendarny model Camaro, ale…
… niewielu stać było na Yenko.
Ba, praktycznie nikt nie chciał się zwykle ze swoim egzemplarzem rozstawać.
- Lepiej – odparł Tadek – To też 427ci, siedmiolitrowe, jak w Yenko. Ale trochę dłubnięte, Karolku. Zawias i układ wydechowy też jest niestandardowy, mam poza tym szcześciobiegową skrzynię…
- Zdążyłem zauważyć. – przerwał mu zimno Karol. Nie lubił, gdy zwracano się do niego zdrobniale.
Gdy zwracano się do niego z… lekceważeniem. I pychą.
- No to wiesz pewnie, jak zaje**ście zaje**sty to samochód. – uśmiechnął się paskudnie Tadek.
- Taa – przytaknął bez przekonania Karol – Dopóki jedziesz na wprost i nie próbujesz hamować, tak.
Tadek udał, że puścił uwagę mimo uszu.
- Odpalisz go i wykręcisz na obroty? – rzucił Błażej.
Tadek bez słowa pociągnął za klamkę, i władował się do kabiny.
Karol przezornie postąpił kilka kroków do tyłu, stając obok Mateusza i Natalii.
Nie podobał mu się głupkowaty uśmieszek na twarzy Tadeusza.
Przeczucia go nie myliły.
Rozrusznik zakręcił tylko raz, po czym wielki silnik ożył, budząc się do działania z bulgotem.
Tadek bez skrupułów wdusił gaz do oporu, z zaciągniętym ręcznym i jałowym biegiem.
Silnik nie „zaryczał głośno”.
Siedmiolitrowe V8 po prostu zmasakrowało bębenki uszne nachylających się nad nim bohaterów, odrzucając ich gwałtownie do tyłu, prosto na chodnikowe płyty. Hałas i potęga ryku była tak wielka, że w wibracje wpadły wszystkie szyby na szkolnym parterze.
- Jaaa pieeeeeeeeer****oooollle! – wrzasnął przeraźliwie Benedykt, zatykając uszy – Weeeeeeź to kuuuuuu******wwwwaaa wyłąaąącz!
Tadek, śmiejąc się do rozpuku, zgasił silnik.
- No, skoro to tak mocny wóz – wycedził wkurzony Jacek, podnosząc się z ziemi – To może wpadniesz nim na Serpentyny, pokazać, co potrafisz? Co, Tadziu? Dla przykładu jutrzejszej nocy… obejrzysz sobie moje kolejne zwycięstwo, kto wie… może nawet spróbujesz sił ze mną samym? Masz na tyle odwagi, czy potrafisz tylko straszyć dziewice rykiem silnika?
- Nie widzę tu dziewic – odparł szczerząc zęby Tadek – Co zaś do twojej propozycji… wpaść mogę, ale na wyścig nie masz co liczyć. Doskonale zdaję sobie sprawę, że ten samochód jest za wielki, za mocny i za ciężki na touge. Przygotowałem go z myślą o autostradzie, tylko i wyłącznie. Jeżeli tak zależy ci na sprawdzeniu moich niewątpliwie znakomitych umiejętności… zapraszam cię na S1. Jestem tam praktycznie każdej nocy, karam nawet większe boty niż ty. Odważysz się?
- Moja Integra – odparł zimno Jacek – To nie jest wóz do prostackich wyścigów autostradowych. Przedkładam nad nie coś, co wymaga znacznie więcej umiejętności niż wsadzenie buta w podłogę i omijanie TIR’ów… nazywa się to przełęcz i jest stokroć bardziej wymagające.
- Może – uśmiechnął się paskudnie Tadeusz – A może nie…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

- Kim, do stu diabłów, jest ten dzisiejszy przeciwnik Jacka? – rzucił Błażej, ogarniając wzrokiem tłumy na wszystkich parkingach Serpentyn. Klasa IIIe zajmowała swoje ulubione miejsce, Górny Parking, tuż nad linią startu, był idealnym punktem obserwacyjnym.
- A UJ wie. – odparł Benedykt – Listowne, anonimowe wyzwanie, ma podjechać punkt o dwunastej w nocy do Jacka. Przynajmniej tak ten szpaner mówił.
- Ta – przytaknął Sebastian – To fajnisty pomysł, co nie, ziomki?
Błażej, Benedykt i Maciek parsknęli śmiechem, dziewczyny tylko cichutko się roześmiały. Sebastian, niezrażony, sam krótkim „He He” skwitował swoją dość dziecinną wypowiedź. Przy wszystkich jego śmiesznych i często naiwnych przypadłościach i wypowiedziach nie można mu było odmówić sporej dawki dystansu do siebie i pogody ducha. Dlatego też, pomimo że często był obiektem żartów, Sebastiana lubiano w klasie.
- Coś ty taki milczący, Mateusz? – zapytał z sarkazmem w głosie stojącego w niewielkim oddaleniu Mata Błażej – Żadnych wywodów na temat zgromadzonych tu samochodów? Kierowców? Warunków pogodowych? Żadnych pseudointeligentnych komentarzy? Czyżby całe twoje znawstwo pozostało w szpitalu w Bielu?
- Nie – odparł zimno Mat – Na drzewie, kilka kilometrów stąd.
Błażej zawahał się, próbując znaleźć ripostę, ale nic mądrego nie przyszło mu do głowy. Usłyszał za to krótkie, ciche stwierdzenie, wypowiedziane głosem Natalii:
- Dupek.
Nie przejął się tym zbytnio. Skoro zdaniem Joasi Nat szalała za nim jak głupia, nie musiał nawet udawać, że się przejął. W końcu, zrobiła to pewnie po to, żeby zwrócić na siebie uwagę…
Mateusz spoglądał na stojącą jakieś sto metrów od nich, na Głównym Parkingu czerwoną Integrę. Tumany dymu, wydobywające się spod przednich kół Hondy były niezwykle malownicze, otaczający ją tłum szalał i skandował imię Jacka, ale jednocześnie Mat zdawał sobie sprawę, że jest to…
- Pier****ny szpaner – mruknął stojący nieopodal Tadeusz, wypowiadając dokładnie jego myśl – Niech ten cholerny przeciwnik wreszcie przyjedzie, jest punkt dwunasta!
Nie zawiódł się. Przeciwnik okazał się niezwykle punktualny.
Najpierw usłyszeli czysty, nieco charkliwy ryk silnika, w szybkim tempie narastający od strony Serpentyn.
Po krótkiej chwili oczom wszystkich ukazało się czarne jak noc BMW Serii 3, mknące w kierunku Integry Type R.
Srebrzyste felgi wyglądały niesamowicie, z wewnętrzną i środkową ich częścią omalowaną jasnobłękitnym lakierem, i tworzyły znakomitą całość z utrzymanym w idealnym, seryjnym stanie wozem. Rozpoznawalny na całym świecie emblemat dumnie tkwił na klapie bagażnika.
- M3! – stwierdził Maciek, sam posiadacz Serii 3 – E36.
Wóz zwolnił, zbliżając się do Hondy na odległość kilku metrów. Najbliżej stojący gapie, przezornie, zrobili mu miejsce.
Uczynili właściwie.
Kierowca gwałtownie przyśpieszył, zrywając przyczepność, i nadrzucając tyłem. Publika zawyła z zachwytu, gdy lśniące BMW zaczęło kręcić „bączki” wokół Integry, mijając ją o centymetry, i pokrywając wszystko dookoła tumanami dymu. Ryk silnika zdecydowanie wart był słuchania, i pieścił uszy każdego fana N/A.
Jednostka nagle uspokoiła się, a pisk ogumienia ustał. Gęste kłęby białego dymu, powstałe z opon Integry i M3 otaczały pojazdy nieprzenikliwą kotarą, zasłaniając je całkowicie.
Gdy wreszcie dym zaczął opadać, oczom wszystkich ukazały się dwie postacie, stojące twarzą w twarz przy swoich maszynach…

- Oooo kurde – stwierdził Benedykt – Toć to jest kurna…
- Karol – rzekł Michał – Karol we własnej osobie.
- Wrócił do gry… – zauważyła Natalia.

- Wielka szkoda – stwierdził Jacek, nie pokazując po sobie, że popis Karola zrobił na nim wrażenie – Liczyłem, że wyzwanie będzie choć trochę większe niż stare BMW 316i E36, obklejone naklejkami z literką „M” i spojlerami z tejże firmy. Nawet twoje popisy pasują do tego wizerunku, palenie gumy i kręcenie bączków, dokładnie niczym fani Adidasa pod wiejską remizą…
Karol spojrzał na swoją czarną ślicznotkę. Wcale nie przejął się słowami Jacka, po prostu chciał kolejny raz nasycić oczy zupełnie seryjnym i wręcz fabrycznym wyglądem swojej ukochanej „Emki”. Każdy spojler, każdy emblemat MPower był tutaj oryginalny, na wozie nie było choćby drobnej oznaki nieseryjności.
- Cóż – odparł – Nie umiałem wymyślić żadnego innego sposobu na pokazanie fanboyowi Integry, palącemu gumę w FF, że jego przeciwnik stawił się na umówiony wyścig. Poza tym, chciałem nieco wyrównać szanse… zdzieranie opon na osi napędowej na parkingu, a nie na trasie to raczej mało profesjonalne podejście.
- Do twojej wiadomości, grzałem opony, aby zyskać trakcję – odpalił poirytowany Jacek – Ale masz rację, czas zaczynać, dyskusja z pseudospecem od wszystkiego nieco mnie mierzwi…
Karol nie odpowiedział. Wsiadł do auta, uruchomił silnik i powoli ruszył na linię startu.
Podobnie postąpiła krwista Integra Type R…

- Ehh… - westchnęła Magda – Jacy oni są męscy rzucając sobie te wyzwania, ryzykując życiem dla miłości, szacunku i sławy… imponują mi ci wspaniali faceci w tych swoich potężnych maszynach, a już ten cały Jacek… - ponownie westchnęła, wpatrzona w stojące na linii startu, kilkanaście metrów od nich, czerwone, sportowe auto.
- Gów… pstro prawda – zreflektowała się w ostatniej chwili Iwona – Może i są męscy, ale jednocześnie znakomita większość to wredne, świńskie kreatury, kur*a ich…
- Iwona! – syknęła Magda. Przeklinanie przyjaciółki denerwowało ją za każdym razem. Zdawała sobie sprawę, że Iww nigdy zbyt dobrze nie umiała panować nad emocjami, zaś po tym, jak zachował się wobec niej Benedykt miała święte prawo nie znosić ścigantów, ale dla dobrze wychowanej i raczej delikatnej Magdy takie słownictwo było zdecydowanie nieakceptowalne.
- Entschuldigung – mruknęła Iwona – Tak czy inaczej, to świnie. Sama widziałaś, jak ten Jacek postąpił wobec swojej byłej już dziewczyny, przedłożył wyścigi nad nią, nie wahał się ani chwili… zwykły drań. Przystojny i cholernie męski, ale i tak drań. Poza tym, ile razy mam ci powtarzać, że masz chłopaka?! Zrób najpierw z nim porządek, a potem szukaj, ale nie…
- Nie dogadujemy się – stwierdziła smutno Magda – Olewa mnie, ignoruje, traktuje jak swoją prywatną własność, wyzywa…
- Dobra dobra, spokojnie! – powstrzymała wybuch żalu przyjaciółki Iwona widząc, że w jej oczach już błyskają pierwsze łzy – Wiemy jak jest, też uważam, że to kretyn. Caroline powie ci to samo, to drań…
- Yhm – stwierdziła Karolina, szukając kogoś wzrokiem – Rzuć dziada, Em, szkoda cię na takiego…
- Nie mogę – odparła twardo Magda.
- Czemu?! – wypaliła Iwona.
- Kocham go.
- No to się zdecyduj! – mruknęła Iww – Takie traktowanie swojej „ukochanej” wcale nie jest moim skromnym zdaniem oznaką miłości. Ale skoro tak, to po co obserwujesz i zachwycasz się tym Jackiem?
Zanim padła odpowiedź, usłyszały głośny okrzyk „Start!”, po czym ryk silników i pisk opon obwieścił, że wyścig właśnie się rozpoczął.
- Nie wiem – stwierdziła cicho Magda – Naprawdę nie wiem, ale on mnie tak… pociąga, że… muszę go poznać, bo oszaleję!

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Jacek dusił gaz do oporu, a kręcony do prawie 9 tysięcy silnik wył wściekle, od czasu do czasu posykując turbiną. Każda z trzech zmian biegów była praktycznie idealna, przyśpieszenie wręcz wgniatało go w kubełkowy fotel…
…dlaczego więc BMW po jego lewej, na wewnętrznym pasie, nie miało zamiaru zniknąć?!
- Nie odpuszczę ci! – warknął Jacek – Przód będzie mój, nie ważne, co!
Do zakrętu pozostało niecałe 30 metrów…

Karol wrzucił trzeci bieg, a jego M3 bez choćby cienia utraty mocy kontynuowało rozpędzanie.
Zdawał sobie sprawę, że ITR ważyła około 1200 kilogramów, podczas gdy jego M3 dokładnie 1380, ale z drugiej strony…
Czysty ryk trzylitrowca, dobiegający spod maski, nie był przeplatany choćby najdrobniejszym sykiem turbo. Każdy z 286 koni mechanicznych generowany był bez współudziału doładowania, sześciocylindrowiec od MPower był jednym z najlepszych silników N/A na świecie…
Początkowa przewaga Hondy, wynikająca z mniejszej masy i soft turbo zaczęła szybko topnieć, maska BMW zrównała się już z przednim zderzakiem Integry.
Piętnaście metrów do zakrętu.
Puścił nogę z gazu, i delikatnie przyhamował, odpuszczając Hondzie.
Nie miał zamiaru kończyć tego na pierwszym zakręcie, przez rozbicie się durnego przeciwnika.
Integra momentalnie odbiła w lewo, a przeraźliwy pisk opon obwieścił, że była to ostatnia chwila na wejście w zakręt.
Karol skręcił kierownicą i dał gaz, a M3 posłusznie weszło w kontrolowany, szybki drift.
Obserwował, jak Honda ledwie mieści się w wirażu, a jego wóz podchodzi ślizgiem do jej tylnego zderzaka na centymetry.
Lekkim muśnięciem hamulca i szybką kontrą przerzucił ciężar na drugą stronę auta, i płynnie przeszedł w drift po drugim z zakrętów, w prawo. Leciał praktycznie po idealnej linii, nawet mknąca gripem, świetnie wyważona mistrzyni trakcji Integra nie była w stanie pojechać tych odbić tak szybko.
Dodał gazu i skontrował nieco, wychodząc na długą prostą.
Od zderzaka Hondy dzielił go praktycznie niezauważalny dystans. Z daleka auta musiały wyglądać jak sklejone.
- 316i – pozwolił sobie na sarkazm – Tyś widział 316i…

- Zgodnie z przewidywaniami, przód należy do Jacka – stwierdził Maciek – Zaskoczył mnie ten Karolek, nie ukrywam, ale nawet jeśli to jest M3… a raczej nie jest, skoro przegrało na prostej… to i tak umiejętności i doświadczenie będą tu kwestią decydującą.
- Ale przecież gdyby nie odpuścił tuż przed zakrętem Jackowi, ten z pewnością by się nie zmieścił i rozbił… - zauważyła trzeźwo Natalia – Poza tym, jego drift w zakręcie był znakomity, szybki i bardzo precyzyjny…
- Oj dobra dobra – uciszył ją Maciek – Co kobieta może o tym wiedzieć? Ja coś – niecoś o tym wiem, swoje już wyjeździłem, i choć jestem fanem Beemek to mówię wam, że Karol nie ma szans. E36 to stary klamot, M3 E36 to co innego, ale tym… nie, nic z tego.
Natalia nie odpowiedziała. Nie lubiła kłótni. Słowa Maćka ubodły ją jednak.
- Przemądrzały idioto – pomyślał Mateusz, przełykając tabletkę Leworfanolu – Zaiste, jesteś mistrzem kierownicy i znawcą tematu…
Mat doskonale zdawał sobie sprawę, że tylko dobra wola Karola i przyhamowanie, zakomunikowane przez zapalenie się na chwilę świateł stopu w E36 sprawiły, że Jacek nie był teraz zeskrobywany z barierek na pierwszym zakręcie. Ryk rzędowego, sześciocylindrowego silnika, jego przyśpieszanie i momenty zmian biegów z całą pewnością dowodziły, że było to oryginalne M3.
- A co ty o tym sądzisz, Błaż? – rzucił do właściciela MR2 Maciek – Integra wygra walkowerem, czy Karolkowi uda się utrzymać za nią do mety?
Błażej był jednak w tym momencie w zupełnie innym świecie.
Wzrokiem błądził po najwyższej partii parkingu, gdzie mignął mu znajomy wóz. Szukał jednej osoby, oczekiwał jednego obrazu, który znów przepełni jego serce tym szalonym odczuciem.
Było to nagłe.
Ich oczy spotkały się, dwa błądzące spojrzenia w końcu znalazły to, czego szukały.
Wzajemnie na tym przyłapani, uciekli wzrokiem…
… by zaraz powrócić.
Wymienić uśmiechy.
I patrzeć.
- Mój Boże – pomyślał Błażej – Pójdę do niej… teraz, zaraz…
Zrobił krok.
Zatrzymał się.
- Nie – dotarło do niego – Nie mogę. Nie teraz. Nie gdy ledwie kilka dni temu na jej oczach przegrałem sromotnie wyścig, nie gdy wisi na mnie piętno frajera, który okazał się tylko mocny w gębie. Ona nie chce takiego faceta. Muszę to zrobić po zwycięstwie. W blasku chwały, gdy tłum skanduje moje imię. Tylko tak ma to sens… i szanse.
Po przemianie Karoliny wcale nie był już taki pewny, że jest równym dla niej partnerem.
Pozbawiony słynnej pewności siebie przez ostatnią porażkę, powstrzymał się od pójścia do niej.
Skłonił tylko głowę, oddając jej lekki pokłon, po czym odparł Maćkowi:
- Nie wiem, Macieju. I mówiąc szczerze, mało mnie to obchodzi…

Jacek nerwowo spojrzał w lusterko, jednak nie zobaczył w nim nic prócz świetlnego rozbłysku.
Karol musiał być wręcz przyklejony do jego zderzaka, słyszał potężny ryk silnika dochodzący z tyłu, dźwięk silnika zupełnie odmiennej charakterystyki niż jego wysokoobrotowe B18.
- Jak – zadawał sobie pytanie – Jak, do cholery, on jest w stanie utrzymać się za moją Integrą?
Czym ten frajer jedzie?
Czy to rzeczywiście… M3?
- Niemożliwe – odpowiedział sobie – To na pewno kolejne szmirowate 316 lub 318, z dołożonym wielkim turbo. Mistrz prostej, który na zakrętach…
… na zakrętach był szybszy ode mnie. Jego drift zaś…
- Fuck! – syknął, odbijając kierownicą w lewo.

Karol przyhamował lekko, unikając uderzenia w tył Integry.
Nie spodziewał się nawet, że próba wyprzedzenia na prostej odniesie skutek. Chodziło tu o coś zupełnie innego.
Lekko skręcił kierownicą w prawo, a M3 delikatnie przesunęło się na drugi z pasów, szykując się do wyprzedzenia z innej strony.
Integra gwałtownie przeskoczyła i na ten pas, skutecznie blokując „atak”, przy akompaniamencie pisku opon i lekkiego dymu.
- Bardzo dobrze – mruknął z zadowoleniem Karol, i znów powoli przesunął się na lewy pas…

Wściekły Jacek odbił gwałtownie w lewo, ponownie uniemożliwiając BMW wyprzedzenie.
- Ty draniu! – syknął – Na prostej mnie chcesz wyprzedzać?!
Nim zdążył ustabilizować kierunek jazdy mknącej Integry, światła BMW ponownie przesunęły się na sąsiedni pas, gdzie pozostawało jeszcze miejsce do wyprzedzania.
- Noż fuck! – ryknął Jacek, odbijając w tamtym kierunku – Nie wyprzedzisz mnie, zrozum to, frajerze!!

Kierowca M3 uśmiechnął się promiennie, po czym ostatni już raz odbił na sąsiedni pas, kończąc ten slalom na zewnętrznej. Integra postąpiła podobnie, kolejny raz uniemożliwiając mu wyprzedzanie.
Którego wcale nie planował.
Numer powtórzył ponad dziesięć razy na tej długiej prostej, za każdym razem bardzo delikatnie zmieniając pas. Jacek reagował na to błyskawicznymi manewrami, które kilkakrotnie prawie skończyły się utratą kontroli.
Dla tłumów na zboczach wydawać by się to mogło zwykłymi, nieudanymi próbami wyprzedzania.
On jednak zdawał sobie doskonale sprawę, że w ten sposób pozbawiał właśnie ITR’a jednego z największych atutów w tej walce, traconego na bezsensownych, gwałtownych zmianach pasa.
Trakcji.
Z tą myślą przyhamował krótkim wduszeniem hamulca, dociążając przednią oś, po czym strzelił ze sprzęgła i wprowadził E36 w poślizg.
Weszli w ostry zakręt w prawo, jeden za drugim.
Mknąca gripem Integra.
I driftujące M3.
Publika szalała.

- Tu wiraż przed „Zakręcikami” – ryczały głośniki na Górze – Integra na przedzie, ale BMW tuż za nią! Ludzie, cóż to jest za walka! Honda ma wręcz idealną trakcję, trzyma się wewnętrznego pasa jak przyklejona, ale… M3, czy co to za model, leci tuż za nią idealnym driftem! Takiego poślizgu dawno już tu nie widziałem, po najszybszej linii, znakomity kąt, opony praktycznie nie dymią, maksymalnie po wewnętrznej… coś niesamowitego, kim u diabła jest kierowca?!
Relacja wywołała wśród zebranych na Górnym Parkingu kumpli Jacka i Karola sporą konsternację.
Nikt nie sądził, że po tak długiej przerwie od touge Karol może prowadzić na takim poziomie.
Stojącego nieco na uboczu, i nie biorącego czynnego udziału w dyskusji Mateusza taki stan rzeczy zupełnie nie dziwił.
Zdawał sobie sprawę, że Karol to znakomity kierowca. W „dawnych czasach”, nawet jeszcze za kierownicą Sierry 2,0 DOHC, a potem Coswortha, często spotykał Karola na Serpentynach, w czasie swoich treningów w środku nocy. Wielokrotnie wymieniali się spostrzeżeniami i nowoodkrytymi technikami, wzajemnie udoskonalali swoje umiejętności.
Żaden nie zdradził nikomu, że trenują. Nie uważali, że jest to coś, co inni powinni wiedzieć. Mat na własne oczy widział, że Karol to znakomity kierowca. Porażka z Robertem, poniesiona zresztą z nie jego winy, zmieniła jednak Karola. Znacznie rzadziej widywano go na nocnych wyścigach, w szkole bywał senny i nieobecny duchem, zaraz po szkole znikał do pracy.
Teraz Mateusz wiedział już, co było tego powodem.
Potężne BMW M3 E36, i powrót do touge.
Ale powrót w imię… czego?
Co było prawdziwym powodem?
Karol nigdy nie był osobą, której zależało na sławie czy rozgłosie. Był to gość rozsądny, konkretny i ułożony. Pasjonat motoryzacji, zupełnie jak on, ale…
Mat nie wiedział, ba – nie domyślał się nawet, co skłoniło go do takich poświęceń.
Jedyne co wiedział, to wynik tego pojedynku.
Dla Mateusza, wynik przesądzony…

- Kur*a mać – zaklął siarczyście Robert – Jakim do suki nędzy prawem ktoś inny ma szanse na pokonanie tego całego Jacka i ITR’a? To miał być mój przeciwnik, pierwszy w nowym aucie, pokonany w najbliższych tygodniach!
- Jak wygląda kwestia twojego samochodu? – zapytała Julia, obojętna na narzekanie i irytację swojego chłopaka.
- Wóz jest już prawie gotowy – odparł Robert, zaskoczony nieco jej zainteresowaniem akurat tym zagadnieniem - Silnik jest w Polsce, jutro ma być dostarczony do warsztatu. Potem montaż, wystrojenie… całość będzie gotowa w ciągu tygodnia maksimum. Mam więc nadzieję, że nie rozwali go ten koleś z BMW, Integra to zbyt znany przeciwnik, byłby znakomity na mój głośny i dobrze zaakcentowany powrót do touge. Nie wiesz, kim jest kierowca BM’ki?
- Gość, którego pokonałeś już w zeszłym roku – stwierdziła słodko Julia – Kuba… albo Karol, jakoś tak.
- Aaaa! – przypomniał sobie Robert – A to ta męczydupa! W takim razie nie ma się co bać, nie ma uja, żeby dał sobie radę z ITR.
- Skąd ta pewność? – zainteresowała się Julia.
- Proste – odparł cwaniacko Robert – Bo to był po prostu frajer…

Wduszony do oporu gaz kręcił silnik Integry do zawrotnych dziewięciu tysięcy obrotów na minutę. Przednia oś, na którą przenoszone było całe stado 250 koni mechanicznych starała się utrzymać jednocześnie krwistą Hondę na idealnej linii podczas pokonywania kolejnych zakręcików.
Nie obyło się jednak bez mnóstwa odbić, kontr i skręceń kierownicą, które jednakże Jacek zrzucił na karb prędkości i specyfikacji tego odcinka.
Nie mógł wiedzieć, że jego linia w rzeczywistości nie jest idealna.
Niewielu wiedziało.
Jego przeciwnik był jednak jednym ze znawców tej trasy, a „Zakręciki” opanowane miał do perfekcji…

Karol spokojnie obserwował tańczącą na kolejnych zakręcikach Integrę. Doskonale zdawał sobie sprawę, że każdy kolejny gwałtowny manewr, każde odbicie i kontra, korzystanie ze 100% możliwości trakcyjnych auta zwiększa podsterowność Type R Jacka.
Linię, po której teraz mknął, linię pozwalającą mu pokonać „Zakręciki” bez praktycznie ani jednego odbicia kierownicą podpatrzył u Mateusza, podczas jednego z przypadkowych nocnych spotkań na Serpentynach.
Wiedział, że nie potrafi na tym odcinku jechać tak szybko, jak Mat, ale mimo tego i tak jechał szybciej, niż znakomita większość kierowców.
A w tym przypadku, szybciej niż Jacek. I bardziej oszczędnie dla opon.
Wystarczyło mu wyczekać na odpowiedni moment.
Integra pokonała jeszcze kilka odbić. Karol widział już, że wyraźnie ją znosi.
Zakręciki dobiegały końca.
Dodał jeszcze trochę gazu, zmniejszając dystans do kilkunastu centymetrów.
Czuł, że stanie się to teraz. Na ostatnim z zakręcików, lekkim odbiciu w lewo, po którym zaraz następował ostry zakręt w prawo, poprzedzony króciusieńką prostą.
Integra mrugnęła światłami hamowania, i odbiła w lewo, wchodząc w lekki w lewo.
Usłyszał charakterystyczny jęk opon, i zobaczył obłoczki dymu.
Podsterowność znosząca Integrę ku zewnętrznej.
- Teraz albo nigdy! – ryknął, wciskając gaz do oporu…

Wszystko rozegrało się w ułamkach sekund, tak że Jacek nie zdążył nawet zareagować.
Jego odbicie w lewo, standardowe, z rękami gotowymi już do kręcenia w ostrym w prawo, a myślami tkwiącymi już na Patelni nieopodal.
Pisk opon, utrata trakcji, podsterowność.
Pulsowanie gazem, próba przywrócenia przyczepności, minięcie nasypu na zewnętrznej o włos.
I nagły ryk publiki, połączony z oślepiającymi go reflektorami.
Reflektorami świecącymi w jego boczną szybę…

Z zewnątrz, dla postronnego obserwatora, manewr BMW wydawał się całkowicie nierealny.
Wóz znalazł się na wewnętrznej, i z piskiem opon i rykiem silnika leciał driftem prosto na znoszoną podsterownością Integrę, tnąc mały zakręcik w lewo.
Wszyscy myśleli, że to już koniec. Gotowi byli na ogłuszający huk wybijanego szkła i giętej blachy.
Mylili się.
W ostatniej chwili BMW odbiło, składając się driftem przed maską Integry, mijając ją o centymetry, a następnie płynnie przechodząc do szybkiego poślizgu w następującym zaraz po ściętym „lekkim w lewo”, ostrym zakręcie w prawo.
Nim ktokolwiek zdążył pojąć kunszt, odwagę i geniusz kierowcy, było już po wszystkim.
- Tu ostatni zakręt przed Patelnią – wydyszał do radiostacji obserwator – M3 na przedzie! Powtarzam, BMW na przedzie… nie wiem, jak on to zrobił… jak udało mu się ściąć zakręt i przejść w tak precyzyjny drift przy całej ciasnocie tych dwóch zakrętów i tak zawrotnej prędkości, ale… zrobił to!

Jacek klął siarczyście, wychodząc z ostrego zakrętu w prawo. Jego oczom ukazała się już Patelnia, wypełniona falującym tłumem.
Niecały metr przed nim widniały światła BMW.
- Skoro tak sobie pogrywasz – sarknął Jack, wciąż nie umiejąc uwierzyć w to, co stało się ledwie chwilę wcześniej – To chyba czas ci pokazać pełny potencjał trakcyjny Integry Type R!
Światła stopu BMW mrugnęły, po czym wóz wszedł w szybki drift po wewnętrznej. Jacek przyhamował lekko, po czym z butem w podłodze zaatakował Patelnię od zewnętrznej, próbując zacieśnić do wewnętrznej, mając zamiar wyprzedzić w ten sposób Karola.
Ta technika zawsze działała, wykorzystując znakomitą trakcję i wyważenie ITR’a.
Jack nie wziął jednak poprawki na jeden fakt.
Opony, zużyte gwałtownymi manewrami podczas blokowania Karola, „tańczeniem” na Zakręcikach, korzystaniem z całkowitej trakcji i nierozsądnym paleniem gumy na Górze były już dość mocno nadwątlone.
Wóz z piskiem opon zniosło ku zewnętrznej, i tylko ostre hamowanie i kontra uchroniła go od rozbicia się na barierkach.
- Cholera jasna! – ryknął Jacek, patrząc, jak BMW wychodzi już na prostą za Patelnią…

- Tu Patelnia, Patelnia do Góry! BMW wyszło już z wirażu, jest na prowadzeniu, Integra zostaje w tyle! Ludzie… styl jazdy kierowcy tej bawary jest niesamowity, a moc i przyśpieszenie wozu… czy aby na pewno to nie jest M3?!

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Po wyjściu z Patelni, pojedynek był już przesądzony.
Na prostej Karol wcisnął gaz do oporu, i nawet 250KM w lekkiej Integrze nie mogło sobie poradzić z wcale nie takim lekkim M3 o mocy przeszło 286 koni.
Nie była to tylko sprawa samochodów. Choć Jacek starał się nadrobić stratę wszystkimi sposobami, na mecie tracił już do BMW prawie 10 metrów.
Teoretycznie niedużo.
Dla Jacka jednak, był to szok.
Jego wspaniała Integra, wóz genialny i niepokonany, rozbity w pył przez stare, wieśniackie BMW?!
- Nie rozumiem, jak to się stało! – podniósł głos, wysiadając z auta na mecie. Karol oparł się o swoje BMW, i uniesionym do góry kciukiem pozdrowił publikę, co jeszcze bardziej rozsierdziło Jacka – Jak znakomita, wychuchana, zmodyfikowana w profesjonalny sposób Integra Type R, jedno z najlepszych FF świata, mogła przegrać ze starą, szmelcowatą BM’ką, udającą M3?! Jak, do stu diabłów, kilkunastoletni…
Karol bez słowa sięgnął do kabiny, po czym otworzył maskę.
Jacek podszedł i zajrzał.
I uwierzył.
- O kur*a – stwierdził.
Oczom jego ukazał się bowiem najprawdziwszy, trzylitrowy, sześciocylindrowy rzędowy silnik z osprzętem i oznaczeniami MPower. 3,0 R6 286KM.
Karol pozwolił na chwilę kontemplacji zawartości komory silnikowej zarówno Jackowi, jak i zachwyconemu tłumowi, po czym stwierdził:
- Oznaczenia MPower są oryginalne. Cały wóz jest zachowany w oryginale, to prawdziwe M3 E36. Cieszę się, że mogłem ci udowodnić ten stan rzeczy w uczciwym pojedynku, choć nie ukrywam, że nie byłeś moim celem… ale stanowiłeś znakomity początek, dobry sposób na zaznaczenie mojego powrotu na Przełęcze. Dziękuję za ładny wyścig, Jacku. Mam nadzieję, że nauczyłeś się i ubogaciłeś nową wiedzą… lub chociaż doświadczeniem.
Po tych słowach Karol wsiadł do auta, i ruszył na Górę, zostawiając Jacka sam na sam ze swoimi myślami.
- Przegrałem – myślał Jack – Moje plany bycia najlepszym, dla których wyrzekłem się tylu rzeczy… straciły już rację bytu…
Załamany wsiadł do auta i odpalił silnik.
Nie skierował się jednak na Górę.
Obrał kierunek zupełnie przeciwny…

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Wskazywano go palcami, gdy powoli sunął przez parkingi na Górze. Przez wpółotwarte szyby słyszał stwierdzenia:
- To zwycięzca!
- Prawdziwe M3!
- Pogromca Integry!
- Geniusz kierownicy!
Schlebiało mu to.
Ale nie po to to robił.
Zignorował wszystkich, nie zatrzymał się, by z kimkolwiek choćby zamienić słowo.
Przejeżdżając pod Górnym Parkingiem zwolnił tylko nieco, i lekko odkłonił się Mateuszowi. Kumpel z klasy w ten sposób dawał znać, że podziwia jego umiejętności i gratuluje zwycięstwa. Jako że Karol wiedział doskonale, jak jeździ Mat, a co najmniej jednej z podpatrzonych u niego technik zawdzięczał zwycięstwo, było to dla niego znacznie bardziej znaczące niż podziw tłumów.
Tym bardziej więc bolało go to, co chciał zrobić.
Co musiał zrobić.
Zatrzymał wóz nieopodal jednej z ławek, i wysiadł.
Powitały go okrzyki, skandy i powitania. Tłum gratulował.
Tłum go nie obchodził
Zrobił kilka kroków i stanął naprzeciw chłopaka w jego wieku, siedzącego z niezwykle piękną dziewczyną.
- Oczekuję rewanżu – stwierdził bez ogródek – Gdy tylko będziesz już miał wóz, gdy go już opanujesz, czekam na pojedynek, Robercie.
- A kim ty jesteś – odparł Robert, nie wstając nawet z ławki – Żeby „oczekiwać”? Możesz co najwyżej prosić, prostaku.
- Myślę że jednak pamiętasz, kim jestem – rzekł zimno Karol – Ale mimo tego przypomnę ci: rok temu stoczyliśmy bitwę, 200SX kontra 318ti. Jestem kierowcą tego ti. Z racji faktu, że twoja przewaga była nieznaczna, a zwycięstwo kwestionowane chyba sam zechcesz upewnić się, czy rzeczywiście jesteś tak dobry, jak mówią…
- Wierz mi, że jestem – odpalił Robert – Ale dobrze, będziesz moją rozgrzewką po dłuższej przerwie… za półtorej tygodnia mój wóz i ja będziemy gotowi.
- Nie mam zamiaru dawać ci taryfy ulgowej z powodu nieznajomości auta – stwierdził Karol – Nie ponaglam z terminem…
- Oj, zamknij ryja –warknął go Robert – Z nowym autem czy nie, nieważne, czy jest to 318ti czy M3 nie stanowisz dla mnie najmniejszego choćby wyzwania, nawet gdybym prowadził taczkę. Zmiana auta nic ci tu nie pomoże, bo cóż… jestem po prostu lepszym kierowcą. Ale owszem, masz swoje święte prawo do rewanżu, więc…
- Skoro tak – przerwał mu zimno Karol – To oczekuję cię w sobotę, za tydzień, na szczycie Serpentyn. Nie zawiedź mnie…
Na te słowa, milcząca dotąd publika wybuchła szaleńczą radością.
Szykowało się widowisko…

Drzwi niebieskiej Imprezy grzmotnęły głośno, zamknięte nerwowym ruchem ręki.
Jednym z efektów był porażający ból, który rozniósł się po całej jego lewej kończynie górnej.
- Kur***a mać! – zaklął Mateusz, sięgając po fiolkę. Przechylił ją, i wysypał na dłoń dwa Leworfanole.
Dwa?
Zdusił w sobie myśl o uzależnieniu i łyknął obie tabletki.
Kop był praktycznie natychmiastowy, a efekt ekstazy i zadowolenia znacznie silniejszy.
Zapiął pas, przekręcił kluczyk w stacyjce, i ruszył z butem w podłodze.
- Robert to MÓJ przeciwnik, do cholery! – ryknął sam do siebie, gdyż i tak nikt nie mógł by go w tych warunkach usłyszeć. To, co zrobił Karol, było dla niego świństwem.
On też miał prawo do zemsty na Robercie, owszem.
Ale jego, Mateusza prawo było… większe. Bardziej… ważne.
I choć cenił i lubił Karola, w tym momencie marzył, aby ten poniósł sromotną klęskę w zapowiedzianym na sobotę wyścigu…
Gwałtownie odbił kierownicą w prawo, wykorzystując do tego prawą rękę. Wóz minął gapiów o centymetry. Przyhamował i wdusił na krótko hamulec, po czym z całej siły, z pełną desperacją spróbował lewą ręką wybrać nawrót o 180’, prowadzący na drogę w kierunku jego domu.
Gdyby nie błyskawiczna, odruchowa reakcja, zaciągnięcie hamulca ręcznego i nadrzucenie w ten sposób tyłem auta, wkasowałby w sam środek zaparkowanego w tym miejscu Audi A4.
Kolejne odbicie w lewo, z parkingów na drogę główną, prowadzącą w kierunku Istebnej, pokonać już musiał znacznie wolniej.
Mimo tego ledwo się w nim zmieścił. Lewa ręka pozwalała mu skręcać kierownicę o znacznie mniejszy kąt, niż by sobie życzył.
Czuł się po prostu beznadziejnie.
Skyline wciąż tkwił w procesie rejestracji, japońskie dokumenty trzeba było tłumaczyć, a urzędnicy robili wszystko, żeby ten proces dodatkowo utrudnić. Pod tym względem Polska się nie zmieniała.
Był to jednak pikuś. Mateusz cierpliwie czekał, doskonale zdając sobie sprawę, że i tak nie jest jeszcze gotowy do prowadzenia tego auta…
Puścił gaz, po czym skręcił kołami za pomocą prawej dłoni, i dał pełny ogień na wszystkie cztery opony.
Impreza zrobiła się nadsterowna, przy tej mocy nawet poślizg czteronapędówką był wykonalny.
Dotarł do końca zakrętu w prawo, lecąc całkiem niezłym driftem.
- Nieźle – pomyślał, kręcąc kierownicą w lewo, by wyjść z poślizgu – Naprawdę, jak na…
Poczuł, że tył samochodu żyje własnym życiem. Musiał jeszcze bardziej skręcić koła w lewo…
… jego prawa ręka nie była już w stanie więcej przesunąć kierownicy, musiał to zrobić lewą…
… zmuszając wszystkie swoje siły pociągnął kierownicę lewą ręką w dół, prostując poślizg. Błyskawicznie wdusił gaz do oporu, starając się wyjść z driftu samą mocą.
Nierówno ustabilizowany wóz zatańczył na jezdni, mijając się z krawężnikiem na zewnętrznej na centymetry, ale jakimś cudem wyprostował, i wrócił do stabilnej jazdy na wprost.
- O kur…na – mruknął Mat.
Wcale nie było nieźle.
Rehabilitacja i czas przynosiły efekty, mógł już skręcać kierownicę lewą ręką, ale nadal nie był to choćby cień jego możliwości sprzed wypadku.
Prowadzenie w poślizgu nie stanowiło wielkiego problemu. Problemem były ruchy kierownicą w obu kierunkach przy wychodzeniu z driftu.
A przynajmniej problemem było to… w Imprezie.
Czy za pomocą ATTESY-ETS w Skylinie mógłby robić to bez…
… nie. Nie lubił iść na łatwiznę.
Musiał ćwiczyć. Nie było innego rozwiązania.
Niesprawna lewa ręka była więc problemem, który był w stanie rozwiązać, w większym lub mniejszym stopniu.
Nic jednak, nawet działający w tej chwili na jego zmysły Leworfanol, nie był w stanie rozwiązać drugiego problemu.
Samotności.
Z jednej strony musiał walczyć z sobą, by nie poprosić Alicji o spotkanie lub chociaż rozmowę. Jego serce wręcz domagało się tego, wewnętrzne pragnienie zobaczenia się z nią, kolejnego zatonięcia w tych zimnych, błękitnych oczach było niezwykle silne…
… z drugiej zaś, sam unikał jej w szkole. Zawiodła go. Nie odwiedziła ani razu w szpitalu, a za tym jednym jedynym razem… uciekła, nie widząc się nawet z nim. Nawet teraz, gdy wrócił do Osucha, nie kwapiła się jakoś do rozmowy czy widzenia.
- To uczucie stracone – powiedział głośno samemu sobie. – Ale ja… nie chcę innego. Nie pragnę i nie kocham żadnej innej kobiety, choć… choć to wbrew realiom i rozsądkowi. Wbrew temu, co pchnęło mnie na drogę tej vendetty przeciw Robertowi, w te wszystkie pojedynki… wbrew miłości do Julii.
Miłości? Czy była to… miłość?
Tak czy inaczej, pozostaję samotny.
Pozostaję w zawieszeniu, nie chcąc innego uczucia niż Alicja, a jednocześnie nie mogąc tego uczucia spełnić.
Samotny. Diabelnie samotny.
Ból ręki wzmógł się, pomimo dwóch działających w organizmie tabletek.
Mateusz bez słowa sięgnął jedną ręką do wewnętrznej kieszeni marynarki, i wyciągnął fiolkę…

Siedział sam przy barze, naprzeciw wielkiego kufla.
Nie liczył już, którego.
- Barman – wysapał – Jeszcze jedna…
Ogromnej postury szef lokalu podszedł i napełnił kieliszek czystą Finlandią.
Chwycił, szybko przechylił i przełknął.
Ogień.
To pomagało zapomnieć.
- To nie będzie ci potrzebne – stwierdził barman, zapierając mu sprzed nosa kluczyki z czerwonym logo Hondy – Zgłosisz się po nie, jak będziesz w stanie samodzielnie zapiąć pasy…
Nie odpowiedział. Nie obchodziło go to.
Porażka sprzed raptem kilku godzin uświadomiła mu dobitnie, że jego plan zostania najlepszym to mrzonka.
Pycha została ukarana, i choć rzucił wszystko na szalę… został upokorzony.
- Nie powinienem się tak wozić – zauważył całkiem trzeźwo, biorąc haust z kufla.
- Nie powinienem… postępować tak pochopnie… z Moniką. – dotarło do niego, pomimo wypełniających już krwioobieg promili.
- Jeszcze jedną – wydyszał. Barman, z dezaprobatą dla picia na umór w tak młodym wieku, nalał mu kolejny kieliszek.
- Spier***łem sprawę – pomyślał jeszcze, wrzucając pełny kieliszek wódki do kufla piwa– W imię bezsensownych i głupich planów bycia najlepszym… straciłem to, co ponoć kochałem najbardziej.
Monikę.
Jej miłość.
- Ale nie wrócę do niej – stwierdził jeszcze, pijąc duszkiem zawartość kufla. Część ściekała mu po gardle, plamiąc białą koszulę – To koniec, nie mam nawet na tyle odwagi i czelności, żeby… błagać o drugą szansę.
Takiej dawki alkoholu i utopionego w nim smutku jego organizm znieść nie mógł.
Poczuł, że świat zakręcił się, zawirował, po czym coś twardego uderzyło go w głowę.
Potem była ciemność.
Utrata świadomości…