6. „Punkt zwrotny?”

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


Fioletowa MR2 SW20 ostrożnie przejechała przez wąską bramę, prowadzącą na przydomowe podwórze. Wbrew pozorom, okazało się ono sporej wielkości, przestronne i wyłożone betonowymi płytami, które w zabawny sposób stukały pod kołami Toyoty.
Zaparkował pod wielkim budynkiem, stojącym w lewym rogu podwórza, zaciągnął ręczny i zgasił silnik.
Budynek z całą pewnością nie był domem mieszkalnym, tą rolę pełnił zapewne znajdujący się w drugim rogu schludny dwupiętrowiec. Bliżej było mu do magazynu lub hali fabrycznej, ale obrazowi temu przeczyły spore okna i jasny kolor farby, którą został omalowany.
Błażej zgasił światła, i przymknąwszy oczy osunął się w wygodnym, kubełkowym fotelu SW20.
Prawie sześćset kilometrów podróży potrafiło zmordować nawet tak wytrawnego kierowcę, jak on.
Miał chociaż nadzieję, że polecony mu na forum Toyoty „spec od MR2” okaże się warty tej podróży.
Zastanawiały go jedynie dwie rzeczy.
Każdy, kto polecał mu tego gościa, a takowych forumowiczów było od zatrzęsienia, ostrzegał go, że ów mechanik jest człowiekiem dość… pokręconym. Fanatykiem tunningu, specem od technikaliów, ale jednocześnie personą wybitnie zwichrowaną.
Drugim problemem był sam fakt znalezienia rzekomego specjalisty od „Em-erek” na terenie jego posiadłości.
Obie nurtujące go sprawy zniknęły w jednym momencie, przy akompaniamencie widlastego silnika.
Odruchowo zerknął w lusterko, tylko po to, by ujrzeć czarną MR2 SW20, przechodzącą ślizgiem przez bramę. Wóz minął się z nią na centymetry, by zaraz potem nadrzucić tyłem i ustawić tuż obok jego Toyoty.
Błażej pociągnął za klamkę, by po chwili stanąć oko w oko z kierowcą MR2.
Był to gość po dwudziestce, wzrostu nieco poniżej metra dziewięćdziesiąt, o krótkich, płowych blond włosach i średniej budowie ciała. Rzeczą, która zwracała w jego przypadku uwagę, była pionowa blizna na górnej wardze, i lekko przekrzywiony nos.
Błażeja jednak mało obchodziło, gdzie rzeczony facet zyskał te cechy szczególne, jego życie prywatne i zatargi miał głęboko w (nomen-omen) nosie.
- Pan Ranalcus… jak sądzę? – rzucił. Mógłby przysiąc, że już gdzieś widział tego gościa.
- Taaa – odparł facet – We własnej osobie.
Trzasnął drzwiami od czarnej SW20, po czym mruknął z obrzydzeniem:
- 3VZ-FE! Już sama SW20 to ciężki wóz dla szpanerskich chłoptasiów, ale ładowanie do niej takiego silnika to po prostu idiotyzm… co będzie kurna ciężka mać następne? Northstar?!
Błażej nie skomentował. Ran był dokładnie taki, jak mu go opisywano.
Kontrowersyjny.

- Więc – zaczął Ranalcus, gdy znaleźli się już wewnątrz budynku, który okazał się przestronnym warsztatem – Co sprowadza młodego posiadacza MR2 z Cieszyna aż tutaj, do mnie, do Białegostoku? Nie odpowiadaj, domyślam się. Usprawnienie SW20. Mam rację?
- Ta – duknął Błażej, zastanawiając się jednocześnie, jak Ran dowiedział się, skąd pochodzi – Głównie chodzi o zwiększenie mocy. Reszta jest OK.
Mechanik cmoknął z niezadowoleniem.
- Widziałeś to ścierwo przed warsztatem? To Toyota MR2 SW20, czyli model taki, jak twój. Nie ukrywam, że nie lubię tych aut, w porównaniu do genialnej generacji AW11 to ciężkie i niezgrabne auta dla młodych lanserów. Tak czy inaczej, jako specjalista od Toyot MR, muszę się zajmować wszystkimi. Tak, tymi durnymi MR-S też, to jeszcze gorsze auta. Wracając do czarnej MR2 SW20 pod warsztatem, właściciel zażyczył tam sobie silnik 3VZ-FE. 3VZ-FE to sześciocylindrówka w układzie „V”, którą seryjnie ładowano do Camry w Stanach i Australii, i JDM’owych Windomów. Zapytasz pewnie, co to ma wspólnego z tematem? Otóż…
Błażej nie odzywał się. Nie miał zamiaru przerywać wywodu tunerowi, choć bardziej od jakiegoś Windoma interesowała go jego własna SW20.
Nazwana zresztą przez tego zwichrowanego mechanika niezgrabnym autem dla lanserów.
- … otóż klient ubzdurał sobie taki silnik w swojej MR’ce. Ba, koniecznie musiała to być wersja z rocznika powyżej 1994, generująca 200 koni z hakiem. Tak się składało, że po ’94 jednostkę tą montowano tylko w Australii, więc sprowadzenie było co najmniej skomplikowane i upierdliwe… i cholernie kosztowne. Klient miał jednak w du*ie wszystkie koszta. Sprowadziłem mu ten silnik, i z bólem serca zeswapowałem do jego SW20. Czujesz to? Silnik, który wywodził się z pick-up’ów i wielkich sedanów w czymś tak świętym, jak MR2! Ludzie to idioci. Widzą tylko papierowe konie mechaniczne i momenty obrotowe, ale rzeczy tak podstawowe jak rozkład masy czy ciężar jednostki już ich nie obchodzą. Tak czy inaczej, wszystko działa, wóz na prostych ma akceptowalne jak na wkład pracy osiągi, ale na zakrętach i w touge takie coś nie ma najmniejszego sensu. Pogłębiona podsterowność, przechodząca zupełnie niespodziewanie w nadsterowność, wzrost masy… beznadzieja… co więcej…
Słysząc znajome słowo „touge” Błażej przerwał Ranowi:
- Touge. Zna pan się na tym?
Mechanik uśmiechnął się szeroko, i odparł:
- Nie pamiętasz? A może nie, twoja strata. Może sobie przypomnisz… ale to później, Błażeju.
Błażej powstrzymał się od stwierdzenia, że nie pamięta momentu przejścia na „ty”. Ranalcus był postacią kontrowersyjną, z tym musiał się pogodzić i zdzierżyć ten fakt, a dopóki był najlepszym w swojej dziedzinie (a z jego technicznej gadki o czarnej MR2 tak wynikało) nie obchodziło go to ani trochę.
- OK. To jakieś propozycje co do mojej SW20?
- Najpierw pokaż, co masz pod pokrywą.
- 3S-GE. 200 koni w serii, a nie był dłubany.
- Nie możesz mieć 200-konnego 3S-GE – odparł momentalnie Ran – Nie było w MR2 LHD czegoś takiego jak 200 konne 3S-GE. Możesz mieć USDM 3S-GTE, czyli turbodoładowany silnik dla pożeraczy hamburgerów, co było by beznadzieją, albo europejskie 180-konne 3S-GE, co wcale takie złe nie jest. Tak więc…
Błażej otworzył pokrywę, i ich oczom ukazała się jednostka z czarną pokrywą zaworów, zdobioną napisem z czerwonych liter
- O żesz kur…na – jęknął Ranalcus – 3S-GE BEAMS. Czwarta generacja 3S-GE, ładowana tylko do JDM’owych MR2 G i G-Limited… cofam to, co powiedziałem. To znakomity silnik, praktycznie najlepsze N/A, jakie można zamontować do SW20.
- Dla mnie niewystarczająco znakomity – mruknął Błażej, dumny jednak z faktu, że jego wóz zrobił aż takie wrażenie na przemądrzałym specu – Brakuje mi mocy. Przegrałem z Integrą Type R, i to tylko dlatego, że brakowało mi mocy. I to trzeba zmienić. Nie ważne, za jaką cenę…
Na Ranalcusie jego wywód nie zrobił żadnego wrażenia. Przykucnął przy fioletowej Toyocie, i z uwagą zaczął studiować jej zawieszenie i podwozie.
- Jest dokładnie tak, jak było ostatnim razem – stwierdził w końcu, z wyższością w głosie – Motorem mnie zaskoczyłeś i zaimponowałeś, ale cała reszta to bieda z nędzą, a raczej stock z serią, że się tak wyrażę. Zacząłbym od poprawy aerodynamiki, potem…
- Spoko – przerwał mu Błaż, przechodząc jednocześnie na bardziej spoufalony ton – Dłubniesz co tylko uznasz za stosowne, o finanse w zakresie… rozsądnym nie masz się co martwić. Mnie interesuje moc. To jej mi brakuje, reszta schodzi na dalszy plan.
- Spójrz tam – mechanik machnął ręką w głąb hali, nie odrywając wzroku od fioletowej SW20.
Błażej zwrócił wzrok we wskazywanym kierunku, a jego oczom ukazała się kanciasta Toyota, pomalowana na ciemnoniebieski metalik, z czarnym dachem i słupkami.
Wóz był zadbany, ale wyraźnie widać po nim było, że jest często (i intensywnie) używany.
Biorąc pod uwagę że wszystko, co znajdywało się w garażu, było lub miało wiele wspólnego z MR’ami Toyoty, małe, pudełkowate auto musiało być pierwszą generacją MR2, wspomnianą już przez właściciela tego miejsca jako „najlepsza”. AW11.
Błażej znał ten wóz.
- Już wiem, skąd cię znam! – wypalił – To ty wyzwałeś po kolei wszystkich na Serpentynach, zeszłej jesieni. Wyciąłeś w dupę Sebastiana, co jest oczywiste, Jacka, co już takie łatwe nie było, i Michała, co mnie wręcz zaskoczyło. A potem mnie samego. Tym właśnie kanciastym… czymś. Miałeś szczęście, że nie było tam Karoli… - zreflektował się – Pewnej osoby. Bo bym po prostu ci…
- Co? – mruknął Ran – Pobiłbyś mnie? Nie rozśmieszaj żałosną gadką.
- Dobra – odpalił Błażej – Sorry. I co w związku z twoją AW11?
- Ten samochód to praktycznie idealna maszyna do touge – zaczął kolejny wywód Ranalcus – Moja przegrana ze Stratusem, wspomnianej przez ciebie jesieni, wynikała tylko z mojej niedoskonałości, ze słabej wytrzymałości organizmu. Sam widziałeś. Moja AW11 stoi na czternastocalowych felgach, bo zależy mi na osiągach, przyśpieszeniu i trakcji, a do tego wozu lepszych felg nie ma. Akumulator przeniesiony na przód, usunięty frontowy bagażnik, w jego miejscu wylot z rampą dla powietrza z chłodnicy. W ogóle, obieg powietrza chłodzącego w tym aucie to podstawa, podstawa jego genialności. Obejrzyj go dokładnie, każdy chwyt, każda prowadnica strumienia powietrza ma swoje zadanie. Wszyscy pamiętają o chłodzeniu silnika, ale o układzie hamulcowym już nikt nie pamięta. Właśnie… układ hamulcowy, w tym aucie również został on ulepszony, dla jeszcze większej wydajności. Zawieszenie z możliwością modyfikacji, zależnie od trasy. Pozbawienie zbędnych bajerów, typu elektryczne szyby czy klimatyzacja, bez tego da się żyć, stare dobre korbki sprawują się bez zarzutu, a to kilogramy w dół. Ogólnie odciążenie wozu, w touge masa bywa kluczem…
- I tyle? W tym tkwi sekret szybkiej Em-Erki? – mruknął zniecierpliwiony Błażej.
- Trochę cierpliwości, proszę – odparł mechanik, zirytowany faktem, że ktoś mu przerywa – Najważniejsze zostawiłem na koniec. Sprężyny. Twardsze z tyłu. Tak, nie mylę się, twardsze na tył. MR2 to samochód inny niż wszystkie, dla idealnej trakcji właśnie takie rozwiązanie okazuje się najlepszym. Pianka usztywniająca, patent japońskiego JUN’a, zapewnia idealną sztywność auta przy niskiej masie. I moje dwa sekrety.
Błażej uniósł brwi do góry, w oczekiwaniu.
- Rozbudowany pakiet aerodynamiczny podwozia, dla lepszej przyczepności i prędkości maksymalnej. Przyczepność w wyścigach górskich to często kwestia wygranej lub przegranej, zwycięstwa lub porażki…
- A moc?
- 4A-GZE, 1,6 litra z oryginalną sprężarką Roots’a…
- Z czym?
- Z kompresorem, Boże, takie rzeczy należy wiedzieć… pozbawiony seryjnie ABS’u i wspomagania, ale tego nie zrozumiesz. Tak więc, mam dla ciebie propozycję.
- Słucham z niecierpliwością.
- Dostroję ci zawieszenie i przerobię układ hamulcowy, na modłę mojego – zaczął Ran – Zrobię aerodynamikę podwozia, wóz będzie się wręcz kleił do drogi. Odciążę ją, ale domyślam się, że chcesz zachować większość udogodnień… cóż, rozumiem, do 1100 kilogramów uda się zejść…
- Wszystko super – przerwał mu Błażej – Znakomicie wręcz, zgadzam się. Ale moc, panie Ranalcus. O moc tu głównie chodzi.
- Z ITR’em nie poradzisz sobie samą mocą – odparł Ran – Moja AW11 pokonała wasze potwory nie dzięki mocy. Wiesz, ile mam tych papierowych koni? Nieco ponad 140. Touge to nie tylko moc, Błażeju. Ale i o niej pomyślałem. Twin-Screw.
- Hm?!
- Twin-Screw. Sprężarka śrubowa.
- Jak to niby działa?
- Ehh – westchnął Ranalcus – Moja MR2 ma sprężarkę Roots’a, popularnie zwaną kompresorem. Charakteryzuje się wzrostem mocy na niskich obrotach, kosztem wysokich. Sprężarka śrubowa to niejako udoskonalona, bardziej zaawansowana technicznie sprężarka Roots’a. Jest droższa, ale zapewnia większy przyrost mocy, zwłaszcza na niskich i średnich obrotach, choć i na wysokich nie będziesz zbyt dużych strat odczuwał. Wydajność jest prawie liniowa. To praktycznie ideał…
- Znakomicie. Ile koni dasz radę z tego wycisnąć?
Ranalcus podrapał się po głowie, i jeszcze raz spojrzał na 3S-GE pod pokrywą.
- 250 przy Twin-Screw i wszystkich moich modyfikacjach, plus przestrojenie silnika. 3S-GE BEAMS to dobra baza. Satysfakcjonuje cię to?
- Ta. Na kiedy będzie?
- Części będę miał wieczorem, dostawca jest szybki, zamówienie składam w tej chwili. Biorąc pod uwagę, że ten idiota zaraz powinien być w pracy, a inne projekty mnie nie naglą… rozumiem, że chcesz wracać do domu, tak?
- Ta.
- Daj mi dwa dni i dwie noce. Możesz ten czas spędzić u mnie w domu, mam wolny pokój. Jak znajdę chwilę, pokażę ci kilka technik jazdy dla MR2… ba, może nawet pozwolę przejechać moją AW11.
- Czekaj czekaj… chcesz skończyć wszystkie przeróbki… w dwa dni?
- W dwa dni i dwie noce. Tak, dokładnie tak.
Błażej zamilkł.
Ten koleś rzeczywiście był szalony.
W tym szaleństwie tkwiła jednak metoda.
Chyba.
Drzwi warsztatu rozwarły się, i stanął w nich postawny mężczyzna, na oko nieco młodszy od właściciela.
- O, jest Grab – stwierdził Ranalcus – Błażeju, poznaj Graba. To idiota, ale użyteczny. W takim razie, możemy brać się do pracy…
- Czekaj, panie Ranalcus. A cena?
- Pięć kawałków, razem z częściami. Mam spore zniżki na Twin-Screw, zostaniesz przy okazji właścicielem demo cara… ale nic się nie martw, to niezawodne urządzenia. Firma szukała właśnie takiego auta, rozpoznawalnego i z sukcesami w sporcie. Spełniasz wymogi. Nie pytaj, czemu nie instaluję tego u siebie. Po prostu lubię moje 4A-GZE. Pasuje ci to?
- Ta – uśmiechnął się po raz pierwszy tego dnia Błażej – Pasuje jak cholera…

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

 

Noc na autostradzie była cicha, nie licząc sunących TIR’ów.
Parking dla ciężarówek był wypełniony po brzegi. I bynajmniej nie osiemnastokołowcami czy innym ciężkim sprzętem.
Samochodami osobowymi. Szybkimi.
Diabelnie szybkimi.
Takie wydarzenie, jak mający niebawem nastąpić wyścig o Przywództwo, nie zdarzało się często.
Tadeusz przesunął wzrokiem po kształtach czarnego Pontiaca. Rozpoznawał ten wóz, ostatnia generacja GTO, oznaczenie na klapie bagażnika wskazywało na silnik 5,7 litra, V8.
- Z moim 427ci pod maską – odezwał się z pewnością w głosie – Nie masz, chłopcze, żadnych szans. To będzie krótki pojedynek.
- Taak – odparł spokojnie Konrad – To będzie krótki pojedynek. Tak czy inaczej jednak liczę, że dostoisz pola, i zapewnisz mi znakomitą rozgrywkę. To dla mnie ostateczny wyścig przed objęciem fotela Prezesa „K>260”… nie zawiedź mnie. Nie chciałbym, żeby mówiono potem, że zostałem Prezesem w wyniku łatwej bitwy. Lub błędu przeciwnika.
- Oj, weź kur*a przestań – przerwał mu Tadeusz – Bo jak słyszę takie gadki, to mnie aż w du*ie skręca. Leję na cały twój zapluty Klub, mam po prostu zamiar spuścić odpicowanemu nowobogackiemu gnojkowi z tjunowanego pseudomuscle łomot. Taki łomot, że uciekniesz zapłakany do mamusi. Rozumiesz synek?!
Na potwierdzenie swojej tezy, Tadeusz splunął pod nogi, z odrazą. Cała zebrana dookoła banda bogatych, starszawych ci*li działała mu wybitnie na nerwy, jedyny kontrast stanowili stojący na uboczu Adam z Andrzejem. Jego przeciwnik zaś wkurzał go na maksa. Średniego wzrostu, szczupły, ciemnowłosy gnojek był w jego wieku, ale sposobem wysławiania się i stylem ubioru starał chyba za wszelką cenę udowodnić, że od „biedoty” oddziela się grubą kreską. Sportowa marynarka, kolorowa koszula, ułożone włosy i delikatne, nieskażone pracą ręce wskazywały dobitnie, że to typ bogatego kujona.
A takich Tadeusz nie znosił. Sam zdawał sobie sprawę, że gdyby nie jego lenistwo i olewactwo, a także bezwzględny sprzeciw wobec wszystkiego, co nie zgadzało się z jego poglądami, mógłby samym swoim wrodzonym geniuszem matematycznym (i nie tylko) osiągać wyniki zapewne znacznie wyższe, niż ten wożący się dupek. Synek przypominał mu nieco Mateusza, z tym jego barwnym językiem z pogranicza poetyki, pewnością w głosie podczas głoszenia swoich poglądów i świadomością własnego „geniuszu”. Nawet stylem ubioru ten cały Konrad (imię dla bogatych pedałów, ale to już swoją drogą) przypominał Mata: marynarka, koszula i sportowe, skórzane buty. Mateusza jednak, pomimo jego wad, Tadeusz cenił i szanował, gdyż wbrew pozorom był osobą pomocną i „swoim chłopem”, który potrafił się zdobyć na autoironię i dystans do samego siebie.
Tego nadętego bubka zaś miał po prostu ochotę pognębić.
Czarne GTO, którym jeździł, również pasowało do wizerunku szpanerskiego, bogatego sukinsyna. Obniżone, z regulowanym przednim spoilerem zderzakowym, pakietem aerodynamicznym na progach i tylnim zderzaku, a także wielkim spoilerem na bagażniku i obleśną białą naklejką „K>260” na nadkolach. Jedyne co w tym aucie było względnie cool, to felgi, czarne obręcze ze srebrnym rantem, i oponami niskoprofilowymi, ale przy jego sprowadzonych ze Stanów, dedykowanych dla muscle’aków solidnych szesnastkach i sporych oponach do wysokich prędkości również wyglądały jak zabawka dla małego dzieciaka.
- Rozumiem – odparł bez emocji Konrad – Cieszę się, że masz do tego pojedynku jakąś motywację. Ospojlerowanie mojego GTO ma swój cel, a sam wóz moim zdaniem jest muscle…
- Mówiłem, żebyś już kurna przestał! – warknął Tadeusz – Nie słowa, chłoptasiu. Czyny. Jak to powiedział magister Pudzianowski: „dawaj na ring”. A w WoW’ie mawiamy „czas na rajd”. Aluzję chyba rozumiesz?
- Rozumiem – stwierdził ponownie Konrad – W takim razie, ruszajmy na autostradę…

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

 

Zaraz za linią wyznaczającą start, do której dotarli jeden za drugim, utrzymując prędkość 100km/h, będące na przedzie Camaro wyrwało do przodu.
Wduszony do oporu gaz sprawił, że Chevrolet zerwał przyczepność, jednak już po chwili zaczął błyskawicznie nabierać prędkości.
Silnik 427ci ryczał wściekle, a moc przeszło 450 koni waliła w tylną oś.
Wskazówka prędkościomierza mknęła w górę, i w mgnieniu oka dotarła do wartości 200.
I nie przestała się wspinać.

Konrad z przestrachem, ale też i lekką dozą fascynacji patrzył, jak pomarańczowy wóz zaczyna mu uciekać.
W pierwszym odruchu pomyślał, że porwał się na nieosiągalne wyzwanie, Camaro oddalało się błyskawicznie.
Wrzucając jednak trzeci bieg, przy 170km/h, uświadomił sobie, na czym polega sekret Chevroleta.
A jednocześnie siła jego GTO.
I nadzieja.

Tadek spojrzał w lusterko, i zmarszczył brew.
Następnie jego spojrzenie powędrowało na prędkościomierz.
290.
Niemożliwe.
Gaz wciśnięty do oporu, wskazówka tuż pod czerwonym polem, sprzęgło, szóstka, gaz.
300.
Nieseryjna, sportowa skrzynia zapewniała mu 6 biegów, standardowa przekładnia miała tylko 4, i nie nadawała się do niczego innego, niż do dragów.
Na tej mógł wyciągnąć ponad 330km/h. Nie wiedział nawet, ile dokładnie.
Dlaczego więc to czarne, opływowe, pedalskie auto zmniejszało wyrobiony początkowo dystans?!
GTO przyśpieszało znacznie wolniej. To było niemożliwe!
Zerknął jeszcze raz, w niedowierzaniu.
Nie mylił się.
Pontiac powoli, ale płynnie zmniejszał dystans.
Zaklął pod nosem, i lekko skręcił kierownicą, wchodząc w niewielki zakręt w prawo…

Konrad uśmiechnął się pod nosem, zadowolony.
Dystans wciąż wynosił 50 metrów, zbyt wiele, by wejść w strumień aerodynamiczny Camaro, ale wszystkie wady jego GTO stały się obecnie zaletami, i działały na jego korzyść.
Wiele osób, które oglądały jego Pontiaca dziwił fakt, że wybrał wersję 5,7 litra, a nie 6,0.
Dla Konrada jednak, rachunek był prosty. Nie była to broń Boże kwestia funduszy, stać było go na każdy z tych wozów. Sekret GTO 5,7 tkwił, wbrew pozorom, w silniku właśnie. Wóz z jednostką oznaczoną kodem LS1 był o prawie 100 kilogramów lżejszy, a ciężar rozkładał się znacznie bardziej równomiernie. Co więcej, nieprawdą było, że miał pod maską ledwie 344 konie.
Tyle generował LS1 5,7 w stock’u.
Jego egzemplarz, zamówiony zaraz gdy odzyskał przytomność w szpitalu, przybył do niego prosto z Australii, jak każdy GTO IV generacji, z fabryki w Elizabeth, niedaleko Adelaide.
Wcześniej jednak, odbył wycieczkę do firmy HSV.
Holden Special Vehicles.
Tak naprawdę, Pontiac GTO był niczym innym, jak Holdenem Monaro.
Australijscy specjaliści, we współpracy z legendarnym Callaway’em, doposażyli wóz i jego silnik do wersji GTS300. Potężne hamulce, ulepszone zawieszenie, wzmocniona, sześciobiegowa skrzynia z bardzo długimi przełożeniami, a przede wszystkim silnik, istne dzieło sztuki. C4B, bazujący na standardowym 5,7 LS1, generujący już fabrycznie 402 konie czystej mocy.
Wymiana elementów w głowicy i osprzęcie na sportowe Callaway’a, a wreszcie przeprogramowanie komputera dały końcową moc przekraczającą 430 koni.
A tego wyniku pobić nie mógł już żaden GTO 6,0.
Odciążenie wozu, elementy z karbonu, a także pakiet aerodynamiczny, tak wyśmiewany przez kierowcę Camaro sprawiły, że GTO ważyło 1500 kilogramów.
Jak na autostradę, było to niezbyt wiele.
Jak na tą moc, wóz był prawdziwym potworem.
Teraz zdawał sobie sprawę, że pomimo zapewne jeszcze większej mocy, Camaro oddalało mu się po starcie tylko z powodu znacznie krótszych przełożeń.
Wrzucił szóstkę, a samochód ciągnął już 310km/h.
Dystans wynosił 50 metrów, ale powoli malał.
Zbyt powoli.
Potrzebował jakiegoś wydarzenia, które zmieni rozkład sił.
I doczekał się go.

Tadeusz wypadł z lekkiego zakrętu w prawo, mając na liczniku 310km/h.
Spojrzenie w lusterko przywróciło mu niewielki uśmiech.
GTO już się nie zbliżało.
Odwrócił wzrok na drogę…
Rozbłysk kierunkowskazu po prawej stronie.
TIR zmienia pas.
Zadziałał odruchowo.
Biały but wdusił hamulec do oporu, i tylko pasy powstrzymały go od wypadnięcia przez szybę.
Prędkość momentalnie spadła do 260.
Puszczenie hamulca, błyskawiczny skręt kierownicą, i przeskok na skrajny, najszybszy pas.
Lusterko Camaro minęło się z naczepą TIR’a o centymetry.
- Ku*wa, blisko było… - zaklął Tadeusz, ponownie wciskając gaz.
Błysk światła w środkowym.
Wystarczyło mu krótkie zerknięcie.
GTO doszło go na dwadzieścia metrów…

Konrad zwolnił, ale długie przełożenia pozwoliły mu zredukować tylko do piątego biegu, zachowując moc i moment obrotowy. Odległość od Camaro była już na tyle mała, że wszedł w jego tunel aerodynamiczny.
Na to właśnie czekał.
GTO przyśpieszało teraz równie szybko, jak kanciaste Camaro.
Przy 310km/h, kilkaset metrów dalej, gotowy był już do wyprzedzania.
Autostrada była czysta.
Wrzucił kierunkowskaz, i powoli zaczął zmieniać pas.
Zaraz po wysunięciu się z tunelu poczuł, że na auto oddziałują potężne siły.
Przy tej prędkości, pęd powietrza, przeciążenia i inne elementy sprawiały, że tylko wyśmiany przez przeciwnika pakiet aerodynamiczny zapewnił mu trakcję i utrzymanie się na drodze.
GTO zrównało się z Camaro…

Tadek w niemej wściekłości patrzył, jak opływowy tył czarnego Pontiaca, z wulgarnym spoilerem i naklejką „K>260” na błotniku, mija jego Camaro, i sunie przed siebie środkowym pasem.
- Miałeś szczęście, gnoju – warknął, delikatnie zmieniając pas na środkowy. Wóz zareagował bardzo nerwowo, ale utrzymał go na trasie – Ale na pewno nie dasz rady mi uciec! To wyścig na wytrzymałość, nikt tu nie wygra poprzez ucieczkę… zdominować przez czas z przodu ci nie dam, a co do walkoweru… to rozbijesz się ty, nie ja!
Wcisnął gaz do oporu, a znajdujące się w tunelu Pontiaca Camaro ryknęło wściekle.
340.
345.
Osiągnęli maksimum…

Przez ponad cztery kilometry, zachowali status quo.
Dystans wynosił niecały metr, i nie zmniejszał się ani nie zwiększał.
W końcu jednak, Tadeusz postanowił zaatakować.
Reguły Autostrady stwierdzały wyraźnie, że prowadzenie jednego auta przez sześć kilometrów oznacza jego zwycięstwo.
Jemu do tego wyniku zabrakło niecałego kilometra.
Nie miał zamiaru pozwolić przeciwnikowi na zwycięstwo w ten sposób.
Nie miał zamiaru pozwolić mu na zwycięstwo… w ogóle.
Nie zasygnalizował swojego manewru kierunkowskazem.
Ten zwyczaj autostradowych ścigantów uważał po prostu za durny.
Odbił kierownicą w lewo, chcąc przeskoczyć na skrajny, najszybszy pas…

Na to, co stało się ułamki sekundy później, złożyły się dwa szczegóły.
Tadek wybrał na miejsce wyprzedzania fragment, gdzie autostrada skręcała nieco w prawo.
Jego Camaro było zaś pozbawione jakichkolwiek elementów zapewniających mu dodatkowy docisk do drogi.
Podczas przyśpieszania, było to znakomite rozwiązanie.
Podczas zmiany pasa przy 340km/h – tragiczne…

Zaraz po wyskoczeniu z tunelu przeciwnika, poczuł coś, co przepełniło go zaskoczeniem.
I przestrachem.
Przód Camaro poderwało lekko do góry, a autem zaczęło rzucać na wszystkie strony.
Odbił kierownicą w prawo, widząc rosnącą w oczach barierkę.
Samochód nie zareagował.
Kąt natarcia nie był zbyt wielki. Jaskrawopomarańczowy Chevrolet ledwie otarł się o barierkę.
To jednak wystarczyło…

Konrad obserwował w lewym lusterku, jak Camaro, podbite do góry, kręci w powietrzu trzy beczki, po czym ląduje na kołach, i zaczyna się w szaleńczym tempie obracać.
Jego kierowca miał jednak więcej szczęścia, niż rozumu i doświadczenia.
Tego dnia autostrada była praktycznie pusta.
Camaro, po kilkunastu obrotach, zatrzymało się na samym jej środku.
Pojedynek był skończony…

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

 

Drzwi Chevroleta otwarły się z metalicznym kliknięciem.
Po dłuższej chwili, wyczołgał się z niego spocony jak mysz kierowca.
Spojrzał dookoła, zerknął na swój wóz. Oprócz pogiętego boku, był cały.
Dopiero wtedy, jego żołądek nie wytrzymał. Przeciążenia podczas wykonywania obrotów i beczek w powietrzu, przy 340km/h, były nie do wytrzymania nawet dla zawodowych kierowców.
Wsparł się na rękach, i zwrócił…

- Zapewne chcesz wiedzieć, dlaczego Camaro zareagowało tak, a nie inaczej – zaczął Konrad, gdy zatrzymali się na ostatnim zjeździe przed parkingiem, gdzie zebrał się Klub – Zgaduję bowiem, że to zakończenie cię zaskoczyło.
Tadeusz spojrzał na niego spode łba, ale odburknął:
- Ta.
- Aerodynamika, Tadeuszu. Wyśmiany przez ciebie pakiet aerodynamiczny. Przy prędkościach rzędu 340 kilometrów na godzinę, docisk do podłoża jest zasadniczą kwestią. Bez niego przyśpieszałeś szybciej, większa moc i krótsze przełożenia skrzyni również miały na to duży wpływ. Ale o wygranej zadecydował docisk. Nawet moje GTO reagowało bardzo nerwowo podczas zmiany pasa. Twoje Camaro, przy takim słabym docisku, nie miało żadnych szans. Jesteś szybki na prostych. Masz dobry wóz. Autostrada to jednak nie tylko to…
- OK., skończ pier**lić – przerwał mu Tadeusz – Rozumiem. I dziękuję za radę. Na pewno skorzystam.
- Tak czy inaczej – wyciągnął do niego rękę Konrad – Dziękuję za świetny pojedynek. Pokazałeś klasę.
Tadeusz, z oporami, uścisnął dłoń przeciwnika.
- Może – odparł – A może nie…

Ściągnięty wprawnym ruchem złoty napis został przeniesiony z czarnego Volvo na GTO w tym samym kolorze.
„K>260”.
Od oznaczeń pozostałych wozów Klubu różnił go tylko kolor. Złoty wobec białych u każdego innego Klubowicza.
Kolor złoty. Kolor przynależny Prezesowi.
- Konrad spełnił wszystkie warunki – zaczął odchodzący Prezes – Zgodnie z przysługującym mu prawem, a także z moim obowiązkiem, zrzekam się na jego rzecz tytułu Prezesa. Czy przyjmujesz go?
- Tak. – odparł spokojnie.
- W takim razie, od teraz to ty rządzisz Klubem. Nie zawiedź nas, Konradzie. Nie zawiedź mnie. Ufam ci. Wiem, co potrafisz. Wszyscy wiemy.
- Nie zawiodę, Prezesie.
- Już nie Prezesie, chłopcze. Od tej godziny, to twój tytuł.
Po czym głośniej, do zebranych:
- Chwała zwycięzcy! Hołd Prezesowi!
Wszyscy, na komendę, oddali ukłon aż do ziemi.
Niezależnie, kim byli za dnia, tutaj uznać musieli zasady Klubu.
I władzę jego nowego, ledwie osiemnastoletniego Prezesa.
Nie wszystkim się to podobało.
Nikt jednak nie zaprotestował. Zasady były zasadami…

Był zadowolony.
Był usatysfakcjonowany.
Mimo tego jednak, nie był szczęśliwy.
- Gdyby nie mój wypadek – błądził myślami, podczas gdy kolejni Klubowicze składali mu gratulacje – Gdyby nie ten pobyt w szpitalu, nigdy bym jej nie poznał. Stałbym zapewne w tym samym miejscu, jako nowy Prezes, i byłbym szczęśliwy, bezwzględnie szczęśliwy.
Jest jednak inaczej.
Brakuje mi czegoś. Brakuje mi… miłości.
Brakuje mi Alicji.
Nie mam prawa jej kochać.
Nie mam… nie mam prawa?
Skoro z tym Mateuszem jej się nie powiodło… skoro uciekła, skoro uciekła przestraszona MOIM uczuciem, to znaczy, że…
… że wahała się.
Że… czuje do mnie coś… więcej.
Mogę spróbować się z nią umówić.
Mam pełne prawo… kochać ją.

Nie wiedział, co wydarzyło się ledwie kilka godzin wcześniej…

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

 

Szybkim, dynamicznym krokiem wyszedł przez otwarte drzwi na najwyższe piętro parkingu. Żółte, delikatne światło lamp nadawało temu miejscu wygląd iście magiczny, o ile tak można było powiedzieć o piętrowym parkingu.
Z całą pewnością, parking przy Centrum Handlowym „Sfera” w Bielsku – Białej, miał swój urok. Swój czar.
Krótką chwilę zajęło mu przypomnienie sobie, gdzie zaparkował, po czym zwrócił się w tamtym kierunku, i nie zwalniając tempa…
- Śpieszysz się gdzieś?- usłyszał za sobą charakterystyczny, nieco zimny ton, ze sporą dawką sarkazmu.
- Zawsze w ten sposób razem chodziliśmy – odparł bez mrugnięcia okiem, zatrzymując się w miejscu i spoglądając do tyłu.
Podeszła do niego…
… nie. Bardziej pasującym słowem było by tu „podleciała”. Jej krok był lekki, zwiewny, taneczny, praca bioder – nienaganna.
Była piękna.
Wiedział to od… zawsze.
Ku jego całkowitemu zaskoczeniu, ujęła go pod prawe ramię, po czym stwierdziła:
- Może czas nieco zmienić przyzwyczajenia?
Nie miał nic przeciwko.
Wręcz przeciwnie...
Powoli, delektując się chwilą, ruszył w głąb parkingu, z nią u swego boku.
Czuł zapach perfum, delikatny, słodkawy, niezwykle kobiecy.
Jak dawniej.
Jak… zawsze.
- Muszę przyznać, spędziłam przemiłe popołudnie i wieczór w twoim towarzystwie – zaczęła – Choć nie ukrywam, było to coś innego, niż zwykło być do tej pory…
Milczał. Dotarli do samochodu.
Prawa ręka, ujęta przez nią, była uwiązana.
Nie mógł jej ruszyć. Nie chciał.
Pozostawała lewa.
Sięgnął do kieszeni, modląc się w duchu, by dłoń okazała się mu posłuszna.
Nie doceniał własnych zdolności.
Lewa ręka wprawnie schwyciła kluczyki, po czym wyciągnęła je i otwarła wóz z pilota.
Czarny jak noc dookoła Sfery Nissan Skyline odpowiedział krótkim piśnięciem.
Widział wyczekiwanie w jej twarzy. Jej kwestia nie była stwierdzeniem. Była pytaniem.
Ponownie testując swoje możliwości sięgnął lewą dłonią do klamki drzwi pasażera.
Kończyna znów spisała się bez zarzutu, elegancko uchylając wejście do auta, prosto na wygodne, kubełkowe fotele Nissana.
- Spędziłem cudowny dzień w twoim towarzystwie – odezwał się wreszcie, gdy zatrzymała się na centymetry od niego, i spojrzała nań ponaglająco – I nie żałuję tego.
- A kto tu coś mówi o żałowaniu? – odpaliła w swoim stylu Alicja.
Z uśmiechem.
Ślicznym uśmiechem.

RB26DETT mruczało spokojnie, podczas gdy wóz w leniwym tempie sunął po pierwszej prostej Przełęczy Salmopolskiej od strony Bielska, zwanej „Prostą Wisielców”. Nie dodawał gazu, trzymał wóz w niskim zakresie obrotów.
Delektował się chwilą.
Cały dzień mógł zaliczyć do najbardziej udanych w ciągu ostatnich miesięcy.
Najpierw odebrane dokumenty i rejestracje Skyline’a, które otrzymał w niedzielę tylko i wyłącznie po znajomości. Urzędnik, jak się okazało, również był fanem touge.
Nawet nowy wóz bladł jednak w porównaniu do tego, co nastąpiło potem.
Nawet w ostrożnych osądach, randkę mógł zaliczyć do tych niezwykle udanych.
Wpierw teatr, Ateneum z Warszawy wystawiło na deskach Bielskiej sceny „Kolację dla głupca”, z Fronczewskim i Tyńcem na czele znakomitej obsady. Potem spacer sennymi, wiosennymi uliczkami miasta, a na koniec kawiarnia w Sferze.
Choć dawno tego nie robił, w Mont Blanc jego ulubiona czekolada mleczna na zimno, z syropem malinowym, smakowała dobrze jak nigdy dotąd.
Choć zapewne była to kwestia jej obecności, i ślicznych, niecodziennie ciepłych i słodkich oczu, wbrew deserowej, serwowanej na zimno czekoladzie z amaretto.
Spędzili tam kilka godzin.
Rozmowa, pomimo tylu lat znajomości, tylu zawodów i rozczarowań, pochłonęła ich bez reszty.
Liczył, że ta randka (bo odpowiedniejszego słowa nie potrafił znaleźć) coś wyjaśni. Że choć w drobnym stopniu coś rozstrzygnie.
Było nawet lepiej, niż miał nadzieję, że będzie.
Zbliżyli się do siebie.
Byli blisko jak nigdy dotąd, i czuł, że…
… że ona chyba go…
… kocha.
Miało to także inne, odczuwalne skutki.
A raczej… brak czucia.
Bólu.
Niedowład i ból ręki, ku jego zdziwieniu, zanikły. Oprócz jednego Leworfanolu, nad ranem, nie zażył ani pół tabletki.
Czy tak działała…
… miłość?

Myśli Alicji również szalały, choć ogólne samopoczucie i zadowolenie było u niej, podobnie jak u Mateusza, znakomite.
Mat nie był taki, jak go zapamiętała.
Był jeszcze lepszy.
Jak zawsze elegancki i zainteresowany jej osobą, jednocześnie w swoim stylu ironiczny i uroczo niepewny kontaktu i stopnia zażyłości…
… a także szarmancki i zabawny.
Starał się. Naprawdę się starał.
Randka była niecodzienna, zupełnie niedzisiejsza, w starym stylu. Czego by jednak nie próbowała wymyślić, sztuka była znakomita (oboje byli wielkimi fanami teatru), a kawiarnia i rozmowa tam odbyta pasjonująca.
Wszystko to było w… ich stylu.
Jak za dawnych, dobrych lat.
Propozycja spotkania, która padła z jej strony, gdy wracali tego pamiętnego, deszczowego popołudnia, była znakomitym pomysłem. Mateusz nigdy nie miał śmiałości, choć dziś ewidentnie udowodnił, że…
Czuła, że on ją kocha, że zależy mu…
… jak na niczym innym.
- I mi… - pomyślała - … i mi zależy.
Kocham go.
Teraz jestem pewna.
A on… on może… odwzajemnia to uczucie.
To może mieć…
Nie zdążyła dokończyć. Przeraźliwy świst, przemieszany z rykiem silnika, przeszył ich uszy.
W środkowym lusterku pojawiły się zbliżające w ogromnym tempie światła.
Wóz w momencie zrównał się z nimi, i pozostał na ich wysokości.
Mateuszowi wystarczyło jedno spojrzenie.
Krwiścieczerwony Mitsubishi Lancer Evo X.
Czarna naklejka na tylnym błotniku.
„LBK”.
Liga Białego Krzyża.
Jego stopa odruchowo pomknęła na pedał gazu, chcąc podjąć wyzwanie. Nie znał tego wozu, ale do LBK pałał żywą nienawiścią.
Zanim jednak wdusił gaz, przyszło otrzeźwienie.
Zerknął na Alicję, pytająco.
Spojrzała mu prosto w oczy, i stwierdziła spokojnie, ciepło:
- Zrób to, na co masz ochotę.
- Nie chcę ryzykować – odparł – Nie z tobą na fotelu obok.
LanEvo zrobiło przegazówkę, rycząc wściekle dwulitrowym, turbodoładowanym silnikiem.
- Dlaczego – zapytała – Dlaczego nie chcesz ryzykować… akurat dla mnie?
Sytuacja nagliła.
Musiał odpowiadać szybko.
Odpowiedział więc szczerze. Z głębi serca.
- Bo nie chcę cię stracić, Alicjo.
Nie zerwała kontaktu wzrokowego. Nadal patrzyli się sobie prosto w oczy.
- Czy ty mnie – zapytała w końcu, cicho, niepewnie – Czy ty mnie kochasz, Mateuszu?
Serce biło jej jak oszalałe.
Nie mogła wiedzieć, że jemu też.
Bynajmniej nie z powodu LanEvo.
Zdawał sobie sprawę, że nie powinien odpowiadać.
Nie powinien tego mówić.
Ponownie w swoim życiu zdobył się jednak na odwagę, i zagrał va banque:
- Tak.
Lancer wyrwał do przodu, znudzony widać brakiem reakcji tajemniczego Skyline’a.
- W takim razie – odpowiedziała cicho Alicja – Ufam ci w stu procentach. Jedź.
W tym momencie, nie potrzebował do podjęcia decyzji już niczego więcej.
Wdusił gaz, silnik zaryczał wściekle, a GT-R wystrzelił do przodu, w pościgu za LanEvo…

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

 

Kierowca LanEvo odruchowo zerknął w lusterko, słysząc ryknięcie silnika za sobą.
- No – mruknął sarkastycznie – Miło że się ruszył.
Nie miał pojęcia, kto prowadzi czarny wóz. Widząc niezwykle rzadkiego w Polsce GT-R’a, postanowił go po prostu „upolować”, dla czystej, perwersyjnej przyjemności.
Nie wiedział, że kieruje nim człowiek, którego kilka miesięcy wcześniej nieomal zabił.
Lekko tylko skręcił kierownicą, a potężne Evolution X FQ400 natarło na niewielkie odbicie w lewo, oznaczone C-1.
Skyline wyglądał na serię, jedynie felgi odróżniały go od widzianego kiedyś w katalogu egzemplarza R32. Pięcioramienna, lekko złotawa RO_JA.
Wniosek był prosty – szykował się krótki pojedynek.
450-konne LanEvo było praktycznie niepokonane...
Zacisnął mocniej ręce na kierownicy, przypominając sobie, dlaczego wóz był „praktycznie” niepokonany.
Ten felerny dzień, gdy banda kmiotów z Serpentyn rozniosła ich ofensywę, przekreślając plany podboju wszystkich przełęczy w Powiecie.
Prowadził wtedy we wszystkich trzech pojedynkach, najpierw Evo III, w podwójnym pojedynku, potem Imprezę WRX, wysyłając jakiegoś młodego gnojka z Sierry do krainy wiecznych łowów, a na koniec właśnie to Evo X.
Zwycięstwo mieli praktycznie w garści. Gdyby nie ten przeklęty Mistrz…
W wyścigu z Audi Sport Quattro dostał nieopisany wręcz łomot. Zaraz potem musieli szybko wiać, FQ400 ocalił za słoną cenę Imprezy i zrzeczenia się roszczeń do dominacji nad Serpentynami.
Wóz był jednak tego warty. Tutaj, na Salmopolu, nie miał sobie równych. Niebawem zaś…
… niebawem właśnie nim ponownie ruszą do ofensywy.
Wtedy nie powstrzyma ich… nic!

Mateusz przeszedł C-1 z butem w podłodze, Sky nawet na moment nie utracił przyczepności. Silnik ryczał wściekle, moc wręcz wgniatała ich w fotele, ale Evo wciąż się oddalało.
Nie było to gwałtowne oddalanie, wóz nie mógł jechać znacznie szybciej od nich, lecz z drugiej strony dwulitrowy silnik z MIVEC i Single-Turbo generował seryjnie tylko 295 koni. Wpisane w dowód 276KM jego GT-R’a było wartością mocno zaniżoną, mierzone na hamowni egzemplarze osiągały przeciętnie 305, w swoim zaś (po wnikliwych oględzinach) stwierdził, że silnik został ulepszony i wzmocniony przez NISMO, nadwornego tunera Nissana. Były to elementy nie podnoszące znacząco mocy, lecz raczej przygotowujące go pod zwiększenie osiągów i wydłużenie żywotności, mimo tego jednak nawet według ostrożnych rachunków dysponował 315-320 końmi mocy.
Dwie turbiny syczały ślicznie. Mógłby przysiąc, że proszą go wręcz o dociśnięcie pedału gazu.
Nie chciał tego jednak robić.
Nie wtedy, gdy nie miał pewności, czy da radę opanować wóz z wciąż teoretycznie niesprawną lewą ręką.
A zwłaszcza nie wtedy, gdy miał na pokładzie najcenniejszy element swojego życia.
Światła stopu w Evo mrugnęły, i wóz wszedł w lekki w lewo, następujący po 150-metrowej prostej, C-2.
Mat musnął tylko leciutko hamulec, po czym pokonał C-2 pełnym gripem.
Skyline nie zboczył z nadawanego kierunku choćby o centymetr, nie poczuł nawet cienia podsterowności.
Przed nimi rozwarło się pięćdziesiąt metrów prostej.
A potem gwałtowny uphill, i ciasny, ostry jak diabli zakręt w lewo.
C-3.

Z fascynacją patrzyła na lekkie, precyzyjne ruchy kierownicą.
Prędkościomierz wskazywał ponad 150km/h, ale nie czuła strachu.
Mat kontrolował sytuację, z chłodnym, bystrym spojrzeniem i lekko zmarszczonymi brwiami.
Zawierzyła mu swoje życie. Nie żałowała tego.
Za kierownicą stawał się innym człowiekiem. Zupełnie innym…

Kierowcę Lancera powoli zaczynała ogarniać wściekłość. Wszystkie pojedynki, które zaliczył za kierownicą tego Evo, kończyły się zwycięstwem przez walkower, po ledwie kilku zakrętach.
Przebyli kilkaset metrów prostych, na których mógł wdusić gaz do oporu, zwalniał na zakrętach tylko po to, by czteronapędówka po prostu się w nich zmieściła.
Miał pod maską 450 koni mechanicznych.
Czemu więc ten przeklęty Skyline nie chciał odpaść?!
Zwiększał dystans, owszem, ale w tempie tak wolnym, że od startu udało mu się ujść raptem dziesięć metrów, osiągając 50 metrów przewagi.
Korzystał z pełni możliwości trakcyjnych auta. Co u diabła było nie tak?
Opóźnił hamowanie do maksimum, i wdusił hamulec do oporu.
Lancer zanurkował, a on szybkim odbiciem wszedł w zakręt, nie tracąc trakcji.
Nikt nie mógł tego zrobić szybciej. Drift był tu niemożliwy, wiraż był tak ostry i ciasny na wyjściu, że każdy drifter kończył go w krzakach na zewnętrznej.
Zwolnienie do osiemdziesiątki, i przejście gripem, było tu najlepszym i najszybszym rozwiązaniem.
Wyszedł z zakrętu, i momentalnie wdusił gaz do oporu. Wiedział, że GT-R to również czteronapędówka, o masie porównywalnej lub nawet większej od Evo Ligi.
Nie mógł więc pojechać szybciej od niego.
- Zgubię go tutaj – pomyślał – A jeśli nawet jeszcze się utrzyma, to na C-4 nie będzie już z pewnością miał żadnych szans.
W lusterku ujrzał nagły rozbłysk świateł.
- O kur*a – wyjąkał.
Czegoś takiego nie widział bowiem jeszcze nigdy w życiu…

Mateusz wyczekał na moment, gdy przód Skyline’a ustawił się na idealnej linii wyjścia z zakrętu, po czym stopniowo, acz stanowczo dodał gazu.
Dwie turbosprężarki syknęły radośnie, a GT-R bez najmniejszego problemu przerwał drift po wewnętrznej i na pełnym gazie, nie tracąc prędkości, wyszedł z zakrętu.
Uśmiechnął się zadowolony. Dystans do Evo zmalał do niecałych dwudziestu metrów.
Lewa ręka bezczynnie spoczywała na kierownicy. Nie potrzebował dotychczas wykonywać nią żadnych mocniejszych ruchów.
Technika „driftu przerywanego”, dzięki odpowiednio dostrojonej ATTESA’się, była niesamowicie skuteczna, a używać do niej mógł nawet tylko jednej ręki.
Oznaczało to jednak, że wciąż nie może być pewien swoich możliwości.
Które kiedyś mogą okazać się niewystarczające…
Spojrzał na Alicję, gotów w każdej chwili odpuścić i zwolnić, rezygnując z pojedynku.
Nie musiał.
Siedziała spokojnie w fotelu, obserwując jego styl prowadzenia.
- Kruca fiks – pomyślał Mat – Dlaczego nigdy nie pracowałem nad efektownością jazdy?
Nie wiedział, że w jej odczuciu, po tym, jak pokonał C-3, był najlepszym kierowcą, jakiego znała.
Zafascynowana, milcząco spoglądała na kolejne ruchy dłoni i nóg.
Był geniuszem. Nawet ona to czuła…

4B11T w Lancerze wyło wściekle, ponaglane wduszonym do oporu pedałem gazu.
Po zaskoczeniu, wynikającym z niesamowitego i całkowicie niezrozumiałego dla niego pokonaniu C-3 przez Nissana, kierowca Evo chciał ze wszystkich sił uciec piekielnemu GT-R’owi.
Nie wierzył, że seryjny Skyline jest w ogóle w stanie dotrzymać tempa FQ400.
A co dopiero driftować. I doganiać go.
- Nie pozwolę ci mnie dojść! – wrzasnął – Nie na mojej trasie! Nie mnie, głównego kierowcę Ligii Białego Krzyża!
Dwustumetrowa prosta pomiędzy ostrym i ciasnym C-3, a jeszcze ostrzejszym, nachylonym ku wewnętrznej wirażu w prawo C-4, pokonana została przez nich błyskawicznie.
Kierowca LanEvo postanowił zdać się całkowicie na trakcję, elektroniczne wspomagacze, i napęd na cztery koła swojego wozu.
Poszedł bez hamowania. Robił tak już niejednokrotnie w tym miejscu.
Nie jednak przy tej prędkości.
Nie po szarży, która obciążyła jego opony w zbyt wielkim stopniu.
Nie po linii, którą obrał.

Nie trafił w jedyną linię na wewnętrznej, która umożliwiała pokonanie C-4 bez hamowania, gripem.
Nachylenie zakrętu ku wewnętrznej, które wykorzystał kiedyś Błażej w pojedynku z Czerwonym Sztormem Natalii, teoretycznie pozwalało na taki manewr przy tej prędkości.
Trzeba było jednak idealnie wstrzelić się w linię, i odpowiednio skręcać kierownicą.
Wtedy i tylko wtedy, nachylenie C-4 utrzymywało wóz na pasie.
Lancer poszedł za szeroko.
Jego kierowca poczuł tylko gwałtowne uciekanie tyłu.
Przy 140km/h…

W momencie, gdy zauważył, że tył LanEvo zaczyna uciekać, znajdował się 20 metrów od niego, na zewnętrznej.
Krwiścieczerwone Mitsubishi było już w połowie zakrętu, znoszone od wewnętrznej ku zewnętrznej, wprost na szerokie, lecz zalesione pobocze.
Sytuacja była beznadziejna.
Skyline leciał ślizgiem, głęboki rów na wewnętrznej uniemożliwiał błyskawiczną ucieczkę.
Musiał przejść driftem w przeciwnym kierunku, obracając wóz, by mieć jakąkolwiek szansę na uniknięcie zderzenia.
Do tego jednak, potrzebował lewej ręki.
I całej siły, jaką mógł z niej wykrzesać, potrzebnej do nadania ciężkiemu R32 driftu drugim bokiem.
Gdyby jechał sam, nie dał by rady, i zginął w zderzeniu z Evo.
Nie był jednak sam.
Nie mógł pozwolić, żeby Jej stało się cokolwiek złego.
Zaufała mu.
Nie mógł zawieść.

I nie zawiódł.

Kierowca Lancera Evolution FQ400 dojrzał jeszcze, jak przedni zderzak Nissana mija się z jego przednim zderzakiem o centymetry.
Mógłby przysiąc, że usłyszał odgłos tarcia.
Nie mylił się. Oba auta przesunęły po sobie rejestracjami.
Kątem oka zaobserwował, jak Nissan przerywa drift prawym bokiem, ponownie „kładzie się” w poślizgu na lewym boku, i gwałtownie go przerywając wychodzi z C-4 po optymalnej linii.
Jak gdyby nigdy nic.
Potem tył Evo, wciąż mknąc prawie 100km/h, wpadł pomiędzy drzewa, i nastąpiło głośne, przeraźliwe uderzenie…

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

 

Kierowca Mitsubishi trafił do szpitala, ale przeżył.
Z samochodu nie było nawet co zbierać.
Tajemniczy czarny Skyline przypieczętował ostateczną klęskę Ligii Białego Krzyża, przekreślając ich plany na powrót do gry.
Gdy jakiś czas później kierujący Evo dowiedział się, z kim walczył, nie chciał uwierzyć.
Gówniarz, którego myślał, że usunął, który był tylko nic nieznaczącą przeszkodą w drodze do zwycięstwa w Podwójnej Bitwie, przeżył.
To on był kierowcą czarnego R32 GT-R.
Niejako, dokonał zemsty.
Nieświadomie.
Młodzieniec nie dowiedział się o tym jednak…

Zatrzymał wóz na parkingu na Szczycie, zaciągnął ręczny, wyluzował skrzynię i bez słowa wysiadł.
Życie kierowcy Evo nie obchodziło go zbytnio. Zadzwonił po pogotowie od razu za zakrętem, zresztą do auta rzucili się ludzie z parkingu za C-4.
Ich wozy oznakowane były literami „LBK”.
Nie potrzebowali go tam. I z całą pewnością nienawidzili.
Lancer rozbił się z własnej winy. Nie miał na to najmniejszego nawet wpływu.
Przeszedł kilkanaście kroków, oddychając ciężko, i w końcu zatrzymał się na zboczem.
Przełamał się. Władza w lewej ręce wróciła mu całkowicie, w momencie, gdy najbardziej jej potrzebował.
Nie wiedział, czy była to kwestia adrenaliny, czy raczej obecność Jej osoby.
W głębi serca czuł, że to jednak ta druga opcja.
Był wściekły, wściekły na siebie samego.
Naraził jej życie, otarła się przez niego o śmierć, w imię durnego pojedynku.
Nienawidził się za to.
Usłyszał kroki, lekkie, delikatne stukanie obcasów.
Alicja.
Obrócił się w jej kierunku, gotów przyjąć każdą krytykę.
Wiedział, że tym jednym durnym pojedynkiem zaprzepaścił wszystko, co osiągnęli przez ostatnie kilka godzin.
Bez słowa podeszła do niego, i z twarzą nie wyrażającą nic…
… objęła go.
Tego się nie spodziewał.
- Przepraszam, Alicjo. Nie powinienem…
- Powinieneś. Nie żałuję. Wręcz przeciwnie.
Zamilkł, zszokowany.
Spojrzała mu prosto w oczy, i spokojnie, z bladym uśmiechem na ustach stwierdziła:
- Przed pojedynkiem wyznałeś mi miłość, Mateuszu. Nie lubię słów rzucanych na wiatr. Teraz musisz coś z tym zrobić…
Milczał, tonąc w jej oczach, tak niecodziennie ciepłych.
Błękitnych i spokojnych jak tafla czystego jeziora.
Uniosła się lekko na palcach, ich twarze dzieliły tylko centymetry.
Widział w tym błękicie wyczekiwanie.
Niepewność.
Przymknęła nieco powieki.
Va banque.
Leciutko, ostrożnie ucałował ją w policzek.
- Zawsze byłeś mało emocjonalny w okazywaniu fizycznych uczuć. – stwierdziła po chwili milczenia, z udawaną ironią w głosie, spoglądając na niego rozbawiona.
„Zawsze”.
Zawsze?
„Może czas nieco zmienić przyzwyczajenia”.
Kolejny raz, jak w Japonii, dać się ponieść emocjom.
Przyciągnął ją ku sobie, i zaczął namiętnie całować, starając się w ten sposób przekazać wszystkie emocje, które nim w tym momencie targały.
Nadzieję.
Zaufanie.
Przebaczenie.
Miłość.
Jego serce waliło jak szalone, skłonne w każdym momencie wyrwać się z piersi…

Czuła jego ciepło, przenikające całe ciało, odsyłające w niepamięć chłód wieczoru.
Zaskoczył ją. Choć do tego próbowała go sprowokować to nie spodziewała się, że da się jednak ponieść emocjom.
Była… zadowolona.
Była… szczęśliwa.
To naprawdę mogło… miało się skończyć… szczęśliwie.
Jej serce waliło jak szalone, skłonne w każdym momencie wyrwać się z piersi…

Delikatnie zakończył pocałunek, i cały czas tuląc ją, zaczął się leciutko kołysać.
Spojrzała na niego.
Uśmiechnęła się.
Chwilę trwali tak, współobjęci, obserwując błyszczące na niebie gwiazdy.
W końcu jednak, musiał zadać to pytanie.
- Czy moja… spontaniczność i… szczerość w wyznawaniu uczuć będzie miała jakieś… jakieś skutki?
- A czy ty chcesz, żeby… miała jakieś… skutki? – zapytała. Wyczuł napięcie w jej głosie.
Niepewność.
Znów spojrzał jej prosto w oczy, w ten cudowny błękit, i odparł:
- Tak. Z całą pewnością, całym sercem i duszą, tak.
Krótką chwilę, ułamek sekundy, gdy zastygła w bezruchu był pewien, że to koniec.
Że teraz nastąpi chwila, którą od początku przeczuwał.
Że nie mogą być razem. Że jeden lub właśnie setki powodów ich od tego oddzielają.
Mylił się.
Ponownie wtuliła się w niego, i nie zrywając choćby na moment kontaktu wzrokowego odpowiedziała:
- Zostanę najszczęśliwszą kobietą pod słońcem, będąc twoją ukochaną, Mateuszu. Proszę cię jednak o… kilka dni, tydzień-dwa na… nie, nie przemyślenie. Ja już wiem, że chcę i pragnę tego, czego i ty. Bycia z tobą, na dobre i na złe. Tylko i wyłącznie na ułożenie pewnych spraw, wyjaśnienie ich i wyprostowanie. Nie ukrywam, spraw uczuciowych. Czy… czy mogę cię o to prosić?
- Tak – odparł ciepło, spokojnie – Czekałem tyle lat, że przeczekam i te dwa tygodnie… moja najukochańsza Alicjo.
Uśmiechnęła się.
Miała cudowny uśmiech.
RB26DETT w stojącym za nimi Skylinie grał równo i cicho, jak gdyby wiedząc, że w tej chwili nie należy zakłócać tej dwójce spokoju nawet najpiękniejszą i najczystszą grą…

Choć oficjalnie nie byli jeszcze razem, czuł niewysłowione szczęście.
Radość życia, utracona dawno temu, wróciła mu w tej jednej chwili.
W tym momencie wiedział, że nie potrzebuje już ani jednej tabletki więcej.
Ból, niedowład i brak zręczności w lewej ręce ustąpiły.
Miłość była bowiem potężną siłą.
Siłą, która mogła okazać się punktem zwrotnym…