9. „Maniery”

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.


- Wreszcie kurna łikendzik – stwierdził Adam, jednocześnie puszczając obłoczek dymu z papierosa – Ja piorę w dolę, wycisk przez ten tydzień był chyba najgorszy w ciągu naszych trzech lat w Osuchu.
- Matura za pięć tygodni – zauważył Mat, spoglądając na prostą startową. Czarne Audi 80 i błękitne Uno Turbo rozpoczęły właśnie kolejny pojedynek – Lepiej zapieprzać teraz, i mieć spokój przed samymi egzaminami. Nawet jeśli to nic trudnego, co zresztą próbna ukazała, to komfort psychiczny wynikający z dobrego przygotowania jest nieoceniony.
- Zaiste – mruknął Błażej – Ale teraz walił to pies, jest piątek, wreszcie można się rozerwać…
- Mi rozrywka z wczoraj dostarczyła dość emocji – parsknął śmiechem Mateusz – Rzadko zdarza się okazja dania w mordę warszawskiemu palantowi… i to w imię wyższych celów.
- Udało się w końcu znaleźć tą jego dziewczynę? – zapytała Natalia.
- Tak – potwierdził Michał – Pożegnali się, wsiedli w auto i od razu pojechali do siebie, do Koła. W sumie im się nie dziwię…
- Ciekawy gostek, nie? – rzucił Sebastian – Całkiem taki spoko gościu, chociaż na przełęczy ani on, ani ten drugi, z Mazdy, nie byli dobrzy…
- Byli beznadziejni – mruknął Mateusz – Ale nigdy nie jeździli pewnie po Serpentynach ani choćby podobnych drogach, a i samochody mieli dostosowane do autostrady, a nie touge. Jak na pierwszy raz, to był całkiem niezły pojedynek. Przeżyli, nie rozwalili aut, dojechali do mety, i to w dobrym czasie. A atak tego Adama na ostatnim zakręcie… diablo odważny. Nie powiem, zaimponował mi. Szkoda, że nie było okazji go bliżej poznać…
- Tadek twierdził dzisiaj rano w szkole, że tamten Adam na odchodnym rzucił, że może jeszcze kiedyś wpadnie – tutejszy Adam wypuścił kolejną porcję papierosowego dymu – Gdyby tu był, to by ci to sam powiedział, ale są na S1. Zresztą, wiedza kierowcy 3000GT bardziej przydała by się nam, ludziom autostrady, a nie wam.
- To po cholerę tu siedzisz? – warknął Benedykt.
- Coś ty taki bojowy? – podniósł głos Adam – Twoja przełęcz czy jak? Lubię sobie tutaj z wami wpaść, jest klimacik, którego na autostradzie mi brakuje. Nie mam na dzisiaj żadnych zapowiedzianych pojedynków, a kręcić się w kółko, od Biela do Cieszyna w poszukiwaniu wyzwania mi się nie chce. Liczę, że coś ciekawego będzie się działo tutaj…
- Może nie pożałujesz – odezwał się milczący dotąd Karol – Mistrz jest na Serpentynach.
Wskazał dyskretnie dłonią w kierunku głównego parkingu, na którym stało zaparkowane piękne, białe Porsche 911 GT2. Na rozkładanym krzesełku turystycznym, tuż obok auta, siedział starszawy jegomość.
Laik pomyślał by, że to przypadkowy emeryt, który przypatruje się po prostu młodzieżowym rozrywkom, zajmując miejsce obok najlepszego sportowego wózka, jaki tego dnia stał na Szczycie.
Tutejsi nie wiedzieli, z kim dokładnie mają do czynienia, ale fama legendarnego Mistrza i tak sprawiała, że nikt nie odważył się rzucić mu wyzwania czy choćby powiedzieć złego słowa. Legenda, ugruntowana niesamowitym popisem umiejętności za kierownicą białego Audi Sport Quattro podczas pojedynku z LBK, była w tym środowisku bardzo silna.
- Cholernie rzadko się pojawia przez ostatnie miesiące – stwierdził Błażej, obejmując Karolinę – Wprawdzie nigdy, oprócz tego rozprawienia się z Ligą nie widziałem, żeby się ścigał, ale jednak zawsze na Przełęczy był. Ciekawe, dlaczego teraz…
- Wrócił do czynnej pracy – nie dał mu dokończyć Mateusz – Sami widzieliśmy, że jest kierowcą testowym Porsche. Przed wypadkiem czytałem, że Porsche A.G. uczyniło swojego emerytowanego Senior Test Drivera szefem całego Zespołu Testowego, i przywróciło go do służby. Mowa była o nim. O Mistrzu. Wynika z tego że pracuje w Niemczech, zapewne głównie na Nordschleife i na torze w Lipsku, gdzie oddział testowy ma swoją siedzibę. I tak dobrze, że czasem tu wpada…
- Zresztą, i tak udowodnił raz na zawsze, że nikt nie może się z nim równać – powiedział Karol – To, co pokazał w pojedynku z LanEvo X, ustanawiając rekordy czasu przejazdu kolejnych sektorów aż do ogłoszenia zwycięstwa przez walkower… nie sądzę, żeby ktokolwiek przy zdrowych zmysłach rzucał mu wyzwanie.
Ci z zebranych, którzy byli podczas pamiętnej wycieczki do Nurburg na Północnej Pętli „Ringu”, uśmiechnęli się na słowa o zdrowych zmysłach, przypominając sobie swój pojedynek z Mistrzem, czyli tak naprawdę Walterem Rohrlem.
Nat, Michał, Mateusz, Błażej i Adam wiedzieli doskonale, potwierdzając własnym doświadczeniem, że Mistrz stanowił odmienną od nich, najwyższą klasę kierowcy.
Był zawodowcem. Profesjonalistą.
I to jednym z najlepszych.

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

 

Kilka minut później trwający wyścig skończył się, co umożliwiło pilnującym trasy puszczenie na Serpentyny oczekujących na wjazd na dole.
Pierwszy z nich dotarł znacznie szybciej od pozostałych.
Słysząc piękny, równy pomruk jednostki, Karol obrócił się w kierunku prostej startowej, i wyszeptał:
- V10. BMW M5 E60.
Największy w klasie fan bawarskich pojazdów spod ręki MPower nie pomylił się.
Beżowe M5 nieśpiesznie skierowało się w kierunku głównego parkingu, i zaparkowało tuż obok białego 911 GT2.
- Ja chyba… znam skądś ten wóz. – stwierdził niepewnie Michał.
Ciemnowłosa postać, która wyłoniła się z BMW, potwierdziła jego przeczucie.
Nawet z miejsca, gdzie stali, prawie sto metrów od E60, rzucał się w oczy elegancki ubiór przybysza, jasna usportowiona marynarka i dobrane pod kolor bawełniane spodnie.
- To… to ten kierowca z Nordschleife – wymówiła cicho, z niespodziewanym przestrachem w głosie Natalia – Przyjechał wtedy tym samym BMW, ciągnąc lawetę… znajomy Mistrza… Norbert.
- Czego on tu chce? – zapytał hardo Błażej.
- Spokojnie, Błaż – spokojnie rzekła Karolina, gładząc go po twarzy – Czy to twój problem? I tak pewnie niebawem się dowiemy…
Nie myliła się.
Przybysz pełnym szacunku ukłonem przywitał się z Mistrzem, który zresztą uścisnął mu dłoń. Nawet z tej odległości widać było, że…
- To znajomi? W sensie, Mistrz i ten koleś. – zapytał Benedykt.
- Ta. – mruknął Błażej.
Był na Nurburgringu. Widział na własne oczy, że tych dwóch gości zna się od lat, sam Mistrz to przyznał.
Nie wiedział jednak praktycznie nic oprócz tego, że przybysz nazywa się Norbert, i jest kierowcą wyścigowym. Ponoć cholernie dobrym.
Ponoć.
Rozmowa między kierowcą M5 i GT2 trwała dłuższą chwilę, po której Norbert skinął głową na pożegnanie, i ruszył w kierunku znanego wszystkim wozu…

Szedł nieśpiesznym, ale pewnym krokiem, z lekką dozą obrzydzenia przyglądając się tutejszym autom i kobietom. Łączyły je tony lakieru i szpachli, dziesiątki ozdób i innych pierdół, niska wartość i zapewne – beznadziejne prowadzenie.
Nigdy nie krył się ze swoimi poglądami. Wiocha była dla niego wiochą, ale oznaczała stan umysłu, a nie pochodzenie. Sam wywodził się z małego miasteczka, ale prostakiem z całą pewnością nie można go było nazwać.
Gardził takimi ludźmi. Nie uważał za nic wartego zainteresowania.
Ignorował więc nieufne, natarczywe spojrzenia tubylców. Wiedział, że wóz pokroju M5, jasna marynarka od Armaniego i kwiecista koszula w ich odczuciu automatycznie lokują go w grupie „bogaty fagas po trzydziestce”…
A on, jeśli miał być szczery, miał w nosie ich zdanie.
Przyzwyczaił się.
Jeżeli któryś co bardziej dosterydowany dres wpatrywał się w niego zbyt natarczywie, zapewne szukając pretekstu do obicia mordy, wystarczyło podnieść wzrok, i spojrzeć prosto w oczy.
Podniósł wzrok, i spojrzał prosto w oczy szerokiemu palantowi o wielkich, grubych łapskach, wbitemu w białego Adidasa.
Ciołek momentalnie postąpił krok do tyłu, udając, że patrzył zupełnie gdzie indziej, i gestem rozłożenia rąk pokazując, że tak naprawdę nic nie planował.
Bał się.
Jak wszyscy.
Norbert zdawał sobie sprawę, że jest w jego postawie, ruchach i twarzy coś, co sprawia, że ludzie po prostu tracą przy nim pewność siebie. Przybierany zawsze w takich okolicznościach zimny, cyniczny wyraz twarzy, lekko zwężona powieka nad stalowoszarym okiem i kontrast w drugim, spokojnym błękitnym lepiej niż słowa dawały do zrozumienia, że z nim się nie zadziera.
Był mizantropem. W zdecydowanej większości przypadków nienawidził ludzi, zwłaszcza tak przyziemnych i głupich, jak ci tutaj.
Nie wyobrażał sobie, że byłby w stanie znosić ich, ba, zadawać się z nimi, jak to czynił pan Rohrl. Był to jednak inny typ człowieka, o wiele bardziej… cierpliwy. Tolerancyjny.
Gdyby dres uznał zaczepić go, może wespół ze współplemieńcami , ku uciesze gawiedzi „skroić”, nic nie powstrzymało by Norberta przed urządzeniem popisowego lania po mordach. Natura nie obdarzyła go potężną sylwetką, był facetem stosunkowo wysokim i jednocześnie szczupłym, ale wymagane do utrzymania tak ważnej dla kierowcy wyścigowego kondycji ćwiczenia i treningi siłowe sprawiły, że zdecydowanie nie był osobą słabą. Kursy sztuk walki, w których uczestniczył w wolnych chwilach, zapewniały mu czystą, perwersyjną świadomość, że jeśli tylko będzie musiał, to jest w stanie pokonać każdego przeciwnika lub przeciwników, jacy staną mu na drodze.
- I w tej dziedzinie jestem dla Bezimiennej idealną partią. – pomyślał kwaśno, będąc już nieopodal miejsca, do którego zmierzał – „Odważny, silny obrońca damy swego serca”, psiamać.
Nie lubił bezsensownej przemocy. Brzydził się nią, podobnie jak głupimi ludźmi, fanatyzmem, kiczem i setkami innych rzeczy. Gdy jednak musiał… nigdy nie miał oporów.
Zatrzymał się, i obojętnie spojrzał na chłopaka, przez którego przybył tego dnia na Przełęcz Kubalonka.
Luzackie, „modne” ubranie, połączenie t-shirta z idiotycznym nadrukiem, luzackich, wiszących jeansowych spodni i aż kłującej w oczy rozpiętej, narzuconej na to wszystko jasnoniebieskiej koszuli, wiek około osiemnastu lat i srebrna, osadzona na 5Zigenach Supra trzeciej generacji jednoznacznie wskazywały, że to typowy regionalny łamacz serc prostaczek i, zapewne, posiadacz solidnie szpachlowanej blachary.
- Prawie jak Tomasz za czasów liceum – pomyślał Norbert, obojętnie spoglądając na przybierającego butną minę smarkacza – Przy czym Tomasz przynajmniej mógł się popisać nienajgorszym ilorazem inteligencji. Ten wygląda, jak by w zawodówce uczył się za… zaraz, jak to oni mawiają… a. „Kidacza gnoju”.
- Czego? – warknął chłopak.
- Robert ze srebrnej Supry 1JZ-GTE, Mk.3? – bardziej stwierdził niż zapytał. Pan Rohrl dokładnie opisał mu kierowcę i wygląd Supry, której szukał, wskazał nawet, gdzie powinien się kierować, żeby ich znaleźć. O pomyłce nie mogło być mowy.
- Ta – odparł butnie dzieciak – A kto kur*a pyta?
Norbert uśmiechnął się cynicznie, i stwierdził:
- To bez znaczenia. Przyjechałem tu dać lekcję dobrych manier, po której wyjeżdżam z tego wypiździejewa, i więcej mnie nie zobaczysz. Jak sam słyszysz, moje imię nie jest ci do szczęścia potrzebne.
- Oh, jaki hardy – Robert udał, że wybucha gromkim śmiechem – Posłuchaj mnie, bogaty durniu, nie ścigamy się tu z przybłędami. Zwłaszcza za friko.
- Zabawę czas zacząć – pomyślał rozbawiony Norbert, po czym spokojnie rzucił:
- Zdaję sobie z tego sprawę. Stawką z mojej strony będzie tamto M5 E60.
Chłopak momentalnie umilkł, a głupkowaty uśmieszek wyparował z jego twarzy.
Robert wiedział doskonale, że sam musiałby obstawić swoją Suprę. A obiektywnie patrząc wcale nie był pewien, czy poradzi sobie z potężnym, usportowionym sedanem BMW o mocy przekraczającej ponoć 500 koni.
Dopiero teraz uświadomił sobie, że zabrnął za daleko, i musi się z tego wycofać, jednocześnie nie tracąc respektu zebranych dookoła…
Cyniczny uśmieszek na twarzy Norberta ponownie powiększył się. Kolejny etap przebiegł dokładnie tak, jak przeczuwał. Gnojek zwany Robertem miał widać odrobinę inteligencji i rozsądku, żeby nie podejmować z góry przegranej walki z wozem tak dobrym (i pomimo swej masy, ogromu mocy i gabarytów sprawnie radzącym sobie nawet w touge) jak BMW M5. Jego wahanie i próby znalezienia wymówki wręcz widać było w wyrazie prostackiej gęby.
- Czas na kolejny etap – pomyślał Norbert, po czym spojrzał w prawo, na szereg samochodów i wyszukał interesujący go egzemplarz.
- Jest tu właściciel tego wozu? – wskazał dłonią na srebrnego, paskudnego Nissana S13 200SX, którego czarne, seryjne felgi, maska a’la karbon i bydlęcy spojler na bagażniku wręcz kuły w oczy. Gdyby nie fakt, że wymagała tego jego mała gra psychologiczna, nigdy by nawet nie pomyślał, żeby na coś takiego zwracać uwagi. S13 były świetnymi, całkiem ładnymi autami, sam zaczynał karierę za kierownicą Silvii tej generacji, ale wiejski tunning tych wozów, dokonywany przez takich właśnie domorosłych kretynów bez krzty smaku był wręcz paskudny.
- Jest. A co? – warknął hardo jeden z gówniarzy, których tłumek gęstniał dookoła.
- Chcę go odkupić. – wypowiedział czysto, wyraźnie Norbert tak, aby wszyscy słyszeli.
Efekt był dokładnie taki, jaki miał być. Robercik zbladł na moment, potwierdzając jednocześnie, że zgodnie ze słowami pana Rohrla to rzeczywiście jego poprzednie wozidło.
- Nie stać cię. – odparł chłopak. Był wielkim fanem Roberta, gdy tylko nadarzyła mu się okazja odkupienia auta najlepszego kierowcy, jakiego znał, nawet w tak opłakanym stanie, nie zastanawiał się ani chwili. Wydał prawie dziesięć kawałków, żeby doprowadzić 200SX’a do stanu sprzed wypadku, i…
Norbert powstrzymał się od wybuchnięcia pustym śmiechem, sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciągnął zwitek banknotów.
- 50 tysięcy polskich złotych. – mruknął, z ciekawości oglądając zwitek. Nomen-omen był to dzienny dochód jednego z pododdzialików jego… firmy.
Takiego malutkiego pododzialiku.
Nigdy nie myślał o pieniądzach, które zarabiał. Była to dla niego rzecz oczywista, skutek uboczny tego, co osiągnął w życiu. Zaczynał jako kierowca wyścigowy, i przez pierwsze lata ledwo wiązał koniec z końcem. Potem przyszła sława, większe pieniądze, oferty od zespołów… założenie własnego team’u, który przekształcił się w końcu w kolosa, rozdającego karty w praktycznie każdej dyscyplinie motorowej na świecie. Do tego kilka udanych interesów, przejęcie pierwszej firmy z branży motoryzacyjnej, potem drugiej… i dalej już samo poszło, pieniądz rodził pieniądz. Nie mieszał się w sprawy wewnętrzne przejętych firm, jego radowało samo posiadanie takich marek jak Porsche, TVR czy Koenigseeg, ocalenie Volvo, Saaba, Jaguara… bycie właścicielem BMW czy Ferrari. Zwykłe marki, których pakiety kontrolne miał w swoim portfelu akcji, Ford, GM, Nissan czy Volkswagen go nie interesowały, dopóki nie stworzyły czegoś naprawdę… zaskakującego. Pięknego i niecodziennego, jak choćby nowy GT-R R36.
Fakt, że jest oto największym na świecie gigantem branży motoryzacyjnej, że praktycznie to on kontroluje rynek, ba – że być może jest najbogatszym człowiekiem świata… to było nic. Krył się z tym, nie widniał z nazwiska w listach akcjonariuszy czy właścicieli. Nawet w jego własnym zespole wyścigowym zarządzał kto inny. Jemu wystarczyła świadomość tego, do czego doszedł. Poza tym, gdyby musiał zajmować się tym wszystkim, tym całym biznesem, nie miał by czasu dla samego siebie. Dla wyścigów.
Dla Bezimiennej, dla której to wszystko robił.
Nie żeby zdobyć ją. Nie chciał, żeby wiedziała zanim się z nim zwiąże, jak cholernie bogatym człowiekiem jest, zresztą ona sama urządziła się w życiu całkiem dobrze, i bogactwo było zapewne ostatnią rzeczą, o jakiej marzyła. Kiedyś gnał za sławą, i pewnie obnosił by się z tym wszystkim, byle tylko się dowiedziała. Ale dorósł emocjonalnie, spoważniał. Dowiedział się boleśnie, że to nie była metoda.
Sława, bogactwo i rozgłos nie było drogą do jej serca. Stabilizacja, oparcie i bezpieczna przyszłość – prędzej.
Dlatego też traktował te dochody jako inwestycję na starość. Zabezpieczenie swojego i jej bytu. Gdyby jednak świat dowiedział się, że istnieje osoba, która te wszystkie firmy kontroluje, jeden właściciel przeszło połowy rynku motoryzacyjnego, odniósł by skutek odwrotny od zamierzonego. Ani on, ani Ona, nie mieli by spokoju, jawne bogactwo sprowadzało tylko niebezpieczeństwa, zawiść i ryzyko. Już teraz, jako „tylko” znany kierowca wyścigowy nie mógł się odpędzić od zaczepiających, zagadujących na ulicach ludzi…
Od ludzi, których nienawidził.
Tak więc praktycznie nikt nie wiedział, kim naprawdę był. Dla świata był słynnym, znakomitym kierowcą. Dla akcjonariuszy i szefów firm nieznanym z twarzy, imienia czy nazwiska zwierzchnikiem i właścicielem, który i tak nie wtrącał się praktycznie w ich decyzje. Dla inwestujących w jego imieniu bankowców bogaczem, którego anonimowość w pełni szanowali.
Jego samego to całe bogactwo, do którego doszedł w ostatnich latach zupełnie nie ruszało. Było skutkiem ubocznym. Nigdy nie traktował pieniędzy, które posiadał, jako czegoś bardzo ważnego.
Dla młodego chłopaka, któremu zaoferował 50 kawałków za starego Nissana, było to jednak coś zupełnie niewyobrażalnego. Oczy wyszły mu z orbit, twarz nabrała rysów zdziwionego wielbłąda, po czym wreszcie wydyszał:
- Zgadzam się… niech go… pan… bierze.
Naprędce spisał umowę, wręczył chłopakowi zwitek banknotów, który ten niedowierzając przeliczył. Dwieście pięćdziesiąt dwustuzłotowych banknotów, dokładnie pięćdziesiąt tysięcy złotych.
Norbert spojrzał na idiotę zwanego Robertem, i zauważył:
- Teraz twoje szanse wzrosły. Nadal oscylują w granicach minus nieskończoności, ale…
- Chyba nie myślisz, naiwniaku, że obstawię wypasioną Suprę przeciwko niewartemu nawet dziesięciu kawałków 200SX? – wypalił Robert, próbując przejąć inicjatywę.
I na to był gotowy.
- Ja nadal obstawiam moje E60 – uśmiechnął się paskudnie.
Chłopak zawahał się, całkowicie skołowany. Wszystkimi siłami swojego móżdżku próbował widać znaleźć podstęp w tym układzie.
Norbert bez słowa podszedł do świeżo nabytego Nissana, uniósł maskę i zajrzał do środka. Zgodnie z przewidzeniem, jedyną większą modyfikacją było tu zainstalowanie większej turbosprężarki, jeśli wzrok go nie mylił z 300ZX’a. Śruba regulująca wastegate była dokręcona praktycznie do oporu, właściciel najwidoczniej nie rozumiał, że nadmiar mocy nie daje nic przy niezmodyfikowanym zawieszeniu, skrzyni i gównia*ych oponach, a potworny lag wynikający z takiego rozwiązania tylko pogarsza możliwości wozu.
Dokładnie tego się spodziewał, pan Walter nawet nie musiał go o tym informować. Błąd typowy dla idiotów, nie tylko agrotunningowych.
Odkręcił śrubę prawie do końca, przywracając moc do standardowego poziomu. CA18DET, plus turbo z 300ZX… 180 koni, nie więcej.
I tak nawet zbyt wiele.

Robert patrzył, jak odziany w garnitur kretyn odkręca śrubę przy turbo, z każdym ruchem redukując moc osiągniętą po wielu próbach w profesjonalnym warsztacie jego kumpla. Nie dowierzał własnym oczom. Jak ten po**bany człowiek chciałby wygrać w wyścigu z jego przeszło 280-konną Suprą, prowadząc po raz pierwszy stare, prawie seryjne, nie mocniejsze niż 175 koni 200SX, które przeżyło solidnego dzwona, i zostało ledwie doprowadzone do stanu używalności? Skąd ten s***wiel wiedział, że to jego poprzednie auto, co on kombinował…
Nic nie kombinuje, uświadomił sobie nagle. Przypadkiem wskazał na pierwsze lepsze auto, i akurat padło na moją starą gablotę. Tak wierzy w siebie, i chce pokonać znamienitego tutejszego kierowcę, że stawia wszystko…
… trzeba to wykorzystać!
- Co z ciebie za kretyn – parsknął śmiechem – Wiesz, że właśnie obniżyłeś do serii moc tego auta? Podwyższa się kręcąc w drugą stronę.
- Wiem – odparł bez emocji gajerek.
- I co, dalej chcesz się ścigać?
- Nie ścigać. Dać ci lekcję dobrych manier. Już teraz mówię ci, że nie masz najmniejszych szans, potraktuj to po prostu jako… nauczkę.
- Lepiej zamknij dupę – warknął Robert – I szykuj dokumenty tego beżowego cudeńka. Spuszczę ci taki łomot, jakiego jeszcze świat nie widział… dawaj na start.
Publika zawyła z zachwytu, skandując imię Roberta.
Norbert tylko uśmiechnął się z ironią, i ruszył w kierunku S13. Wszystko od początku do końca przebiegło tak, jak się spodziewał.
Zajął miejsce w kabinie, wyregulował fotel, kierownicę, zapiął pasy i przekręcił zapłon.
- Jak za starych, dobrych czasów w Silvii – mruknął, wsłuchując się w dźwięk CA18DET.

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

 

Sięgnął do schowka, i wyciągnął mały woreczek z białym proszkiem. Nie dawał temu dup*owi najmniejszych szans, ale pewności…
Wciągnął amfetaminę, po czym odpalił silnik, i ruszył za swoim starym 200SX na start.
… pewności nigdy dość.

- Zaczynam odliczanie!

- Koleś ma niezły tupet – zauważył Adam – Wyzywać Roberta w jego własnym, starym aucie…

- Trzy!

- Obstawiać warte kilkaset tysięcy BMW, i startować przeciw Suprze w S13? Kim w ogóle jest ten cały Norbert? – nie dowierzał Maciek.

- Dwa!

- To kierowca wyścigowy – odpowiedział bez emocji Mateusz, spoglądając na coraz bardziej naładowanego Roberta. – Ponoć jeden z najlepszych na świecie.

- Jeden!

- Nie wkurza cię w takim razie, że będzie już drugą osobą, która złoi Roberta przed tobą? – rzucił Błażej.

- Start!!

- Nie – odparł Mat, podczas gdy Supra wyrwała do przodu, zostawiając 200SX kilka metrów z tyłu – Karol przerwał jego pasmo zwycięstw, tylko na tym mi zależało. W tym przypadku, w pojedynku z zawodowcem, zwłaszcza takim, jakim według opowieści i anegdot jest ten Norbert… przegrał by każdy. Z mojego punktu widzenia, to… bez znaczenia. Ba, miejmy nadzieje, że dokopie temu sukin**nowi…

Robert wrzucił trójkę, i spojrzał w lusterko. 200SX zostawało w tyle, przewaga przeszło stu koni mocy i lepsze przyśpieszanie dzięki podwójnej turbosprężarce robiło swoje.
- Tępy kretyn – roześmiał się, zwalniając przed pierwszym zakrętem – Co to w ogóle za pomysł, żeby wyzywać mnie, Roberta, na tak korzystnych dla mnie warunkach?
Puścił gaz, skręcił koła, i techniką „lift-off”, którą ostatnio opanował, poszedł driftem w pierwszym zakręcie. W połowie założył kontrę, dodał jeszcze więcej gazu, wychodząc z założenia, że im szybciej ucieknie frajerowi na 100 metrów, tym szybciej dostanie kluczyki do jego wypasionej BM’ki. Toyota zamieliła kołami i przeszła praktycznie płynnie w drugi zakręt, w prawo.
Dziwny dźwięk, łączący się z jego 1JZ-GTE, zmusił go do spojrzenia przez szybę pasażera.
- O kur*a! – bąknął.
Srebrne 200SX sunęło kilka centymetrów od jego boku…

- O w mordę. – wyrwało się Adamowi, zanim auta zniknęły im z oczu – Widzieliście to?!
Reszta milczała.
W końcu, odezwał się Karol:
- Nissan… ten Norbert poszedł bez hamowania – odezwał się wreszcie niepewnie Karol, nie dowierzając temu, co widział – To stare 200SX, prawie seryjne… zrobił to szybciej, niż…
- … niż Mistrz za kierownicą Sport Quattro – dokończył Adam.
- Zmieścić się z taką prędkością w zakręcie… bez hamowania, i to jeszcze… po wewnętrznej? – Błażej był całkowicie skołowany – Cała przewaga wyrobiona na prostej znikła w tym jednym zakręcie, dopadł go i już w drugim wirażu leciał bokiem obok Supry. Jak w ogóle…
- Ten koleś jest… - zaczął Benedykt, z dozą fascynacji w głosie.
- … niesamowity. – mruknął Mateusz.

Gaz wciśnięty był do oporu, obłąkańczy ryk silnika Supry komunikował, że wóz daje z siebie wszystko. Robert wpatrywał się w lusterko, cały czas nie wiedząc, jak mógł zostać tak łatwo dogoniony, choć na prostej wyrobił spory dystans.
Jego stary Nissan znów zostawał z tyłu.
- Spróbuj to zrobić jeszcze raz – syknął – Pokaż mi jeszcze raz, udowodnij, że to były twoje umiejętności, a nie po prostu mój błąd…
Wdusił hamulec, skręcił koła, i wszedł w ostry w prawo najszybciej, jak potrafił, ryzykownie nawet jak na działającą już w organizmie amfetaminę.
200SX praktycznie nie zahamował. Wóz zanurkował, z przodem dociążonym w sposób nienaganny, ale naciśnięcie hamulca musiało być niesamowicie dokładne. Zaraz potem auto ze skręconymi przednimi kołami poszło driftem po wewnętrznej, błyskawicznie zbliżając się do boku Supry.
- Walnie we mnie! – spanikował Robert – To za szybko, jak on chce…
Drift S13 pogłębił się, kąt pomiędzy rowem na wewnętrznej a drzwiami zwiększył, a wóz wytracił w ten sposób różnicę prędkości, prawie jednak stykając się z bokiem Toyoty.
Publika wyła, oniemiała. Taki rodzaj driftu, wytracanie prędkości do odpowiedniej poprzez ustawienie się bokiem w zakręcie, stosował na Serpentynach wcześniej tylko jeden kierowca.
Sam Mistrz.

- Tu ostry przed Zakręcikami – nadał do krótkofalówki sprawozdawca, gdy wozy wjeżdżały już w sekcję małych zakrętów – Nissan nadal na ogonie Supry… co to za gość, on… w tym zakręcie był chyba szybszy od samego Mistrza! I to prowadząc stare 200SX… wykonał jakiś niesamowity drift, wytracił nadmiar prędkości i zrównał z Toyotą, w równoległym poślizgu, centymetr od niej… to szatan, nie człowiek!
Walter Rohrl uśmiechnął się, słuchając relacji.
Rezultatu pojedynku był pewien, nim tylko się rozpoczął. Wiedział, że młody Norbert przybył tu w konkretnym celu. Porażki w swoich planach nawet nie uwzględniał…

Robert kręcił kierownicą jak oszalały, ale jego sytuacja była coraz bardziej beznadziejna. Zmuszane najpierw do sprintu, mającego na celu zgubienie 200SX opony, teraz musiały wytrzymywać coraz szybsze tempo, nadawane z tyłu przez przeciwnika. Z ledwością mieścił się w kolejnych zakręcikach, tył uciekał w coraz głębszych i szerszych poślizgach. Cięższa o prawie 300 kilo Toyota znacznie szybciej zużywała opony, a jego agresywna jazda tylko to przyśpieszała.
- Nie mogę przegrać! – ryknął, na przekór sytuacji dodając jeszcze więcej gazu – Nie mogę stracić auta!!

Norbert ze znudzeniem wypisanym na twarzy obserwował, jak srebrna Supra tańczy po kolejnych zakręcikach, bliska wypadnięcia, to na nasyp, to przez barierki – w przepaść. Jego lewa ręka spoczywała na podłokietniku, prowadził samą prawą, zupełnie jak wtedy, gdy jeździł w ruchu miejskim.
Przeciwnik nie stanowił żadnego zagrożenia. Był to po prostu kolejny idiota, który myślał, że potrafi jeździć. Nie musiał nawet przypuszczać ataku, by mieć pewność, że zanim dotrą do mety, znany jako Robercik szczaw sam się załatwi.
Jako że jednak za młodu zdarzało mu się bywać na Serpentynach, jeszcze przed ich remontem, gdy ścigała się tu tylko garstka zapaleńców, postanowił urządzić tutejszym prostakom mały popis sztuki kierowania.
Ten egzemplarz 200SX wyraźnie nie prowadził się tak, jak powinien. Czuł, że samochód nie jedzie prosto, cały czas musiał kontrować, ale w pojedynku na tak niskim poziomie nie miało to najmniejszego znaczenia. Zdawał sobie zresztą sprawę, że zgodnie ze słowami Mistrza, do zmiany wozu zmusiło tego tępaka właśnie rozbicie S13.
Dodał gazu, zbliżając się na pół metra do przeciwnika, odczekał na odpowiedni moment, i cały czas z tylko jedną ręką na kierownicy ustawił się obok ślizgającej się po zakręciku w lewo Supry w równoległym drifcie…

- Co u diabła?! – ryknął Robert – Cokolwiek chciałeś zrobić, to koniec! Przechodzę w drifcie w kolejny zakręt, w prawo, przód musi pójść na jego wewnętrzną, dostaniesz bokiem mojego auta i pójdziesz w cholerę, poza trasę…
Założył kontrę, ściskając kierownicę oburącz, czekając tylko na uderzenie.
Przedni zderzak przekręcił się w prawo, by znaleźć się na wewnętrznej kolejnego zakrętu.
Kolizja jednak nie nastąpiła.
Warkot znajomego silnika zaczął zaś dochodzić gdzieś z przodu.
Spojrzał w lewo.
- Co… jak… - jęknął.
200SX cały czas sunęło bowiem w równoległym drifcie.
Ale teraz, było już na przedzie…

- Tu zakręciki! – zatrzeszczało w głośnikach – Nikt tutaj nie jest tego w stanie ogarnąć, ale… 200SX objęło prowadzenie! Szło równolegle do Supry w trakcie odbicia w lewo, o włos od jej boku, po czym podczas przejścia w drifcie w zakręcik w prawo… idealnie zsynchronizowało się z ruchem Toyoty, nawet nie zetknęło się z jej bokiem, po czym… znalazło się z przodu. Wszystko w drifcie, z bardzo wysoką prędkością… to nie jest człowiek, to jakaś…
- O kur*a – wypalił Adam.
- Kur*a nie – sarknął Błażej – Ale koleś to jakiś przerąbany terminator…

Wypadł z ostatniego zakrętu przed słynnym na tej trasie wirażem, „Patelnią”, jeśli go pamięć nie myliła, cały czas prowadząc jedną ręką. Zwarta konstrukcja S13 pozwoliła mu wykonać ten zabawny manewr wyprzedzenia podczas równoległego driftu, który możliwy był tylko na takich właśnie dwóch konsekwentnie następujących po sobie zakrętach w przeciwnych kierunkach. Nie dziwił się nawet, że biedny idiota nie wiedział, jak się przed tym bronić, bo… w sumie nie było sposobu. Musiał by być szybszy w zakrętach.
A gdy przeciwnikiem był on sam, nawet w słabszym aucie, to taki prostaczek nie miał na to szans.
Puścił nogę z gazu widząc, że jeśli nadal będzie jechał tym (dla niego i tak wolnym) tempem, to wygra przez walkower, nim jeszcze zdąży właściwie go upokorzyć.
Spojrzał w lusterko, i uśmiechnął się mimowolnie. Supra spróbowała wyjechać z zakrętu tak szybko, jak on, i grzmotnęła tyłem, zrywając z jednej strony zderzak, który ciągnął się za nią po ziemi, sypiąc snopy iskier.
- Palant. – mruknął Norbert, po czym leniwie wszedł w drift od zewnętrznej.
Mógł to zrobić szybciej, po wewnętrznej…
Ba, gulik pozwalał tu nawet na gutter-driving, ale… po co?

- Skoro nie da się dogonić w normalny sposób – przemówił sam do siebie Robert – To czas zrobić to samo, co zrobiłem z tą tępą pindzią…
Jak otępiale pomyślał, tak całkiem trzeźwo zrobił.
Wycelował prosto w bok jeszcze kilka miesięcy temu swojego 200SX’a, po czym wdusił gaz do oporu…

- O. – uśmiechnął się cynicznie Norbert, obserwując rosnący po lewej kształt – Obraz tępego ściganta mamy więc pełen…
Nie ukrywając rozbawienia wyczekał do ostatniego momentu, po czym założył błyskawiczną kontrę, zacieśniając jednocześnie do wewnętrznej.
Spodziewał się takiego zagrania. Nawet gdyby jednak nie obserwował lusterka… i tak by uniknął.
Odruchowo.
Supra minęła się z tylnym zderzakiem 200SX o centymetry, i pomknęła dalej, prosto w barierki.
Jej kierowca zdążył tylko skręcić nieco, tak że impet uderzenia poszedł na bok, a nie na maskę.
Tylko dzięki temu nie przerwał metalowej balustrady, i nie runął w przepaść.
Toyota gruchnęła o barierkę, wyginając ją prawie nad spad, po czym odbiła się i wykręciła bączka na środku Patelni, by w końcu zatrzymać się.
Silnik zgasł.

Norbert nadrzucił tyłem, i ku uciesze gawiedzi wykręcił pięknego, pełnego donut’a, słynnego popisowego pączka, zostawiając na nawierzchni okrągły ślad opon.
Wiedział, że Supra będzie zdolna do dalszej jazdy.
Mógł być już w tym momencie sto metrów od niej, i zakończyć to walkowerem, ale…
… po co?
To miała być nauczka.
Lekcja dobrych manier.

Wściekły uruchomił ponownie silnik. Rozrusznik zakręcił, a 1JZ-GTE obudziło się do życia. Najwidoczniej oprócz rozharatania karoserii, wóz był cały.
Spojrzał przed siebie.
Przeciwnik czekał, zabawiając publiczność.
- Nie dam ci tak ze mną pogrywać! – ryknął, wystrzeliwując do przodu, prosto w niego…

Ubawiony zapulsował hamulcem, i odbił kierownicą w przeciwnym kierunku, tak że Supra znów minęła się z nim o włos. Spodziewał się, że prostaczek wpadnie w irytację.
Srebrna Toyota pomknęła dalej, jak gdyby nigdy nic kontynuując wyścig.
- No – mruknął z ironią Norbert, przywracając autu trakcję, i ruszając za MK.3 – Typowe. Gra do końca… bardzo dobrze. Tym dłużej pozwoli z siebie robić idiotę…

- Tu Patelnia! To już chyba nie jest wyścig, to po prostu rzeź… Supra rozbiła się tutaj, próbując staranować przeciwnika, a ten… po prostu na nią poczekał, kręcąc pączki! Co więcej, uniknął ponownego staranowania, dał się wyprzedzić i znowu ruszył za Toyotą… ten koleś to po prostu inna liga! Robert powinien to przerwać, śmieje się z niego cała widownia…
- I słusznie – mruknął Mateusz.

Dodał gazu, przechodząc przez ostry w prawo szybkim driftem, i znów znalazł się kilkanaście metrów za Toyotą. Widział wyraźnie, że samochód na każdym kolejnym zakręcie wynosi coraz bardziej do zewnętrznej, opony w ciężkiej Suprze nie dawały sobie już rady, spotkanie z barierką z całą pewnością nie pozostało też bez wpływu dla zawieszenia.
Bez problemu zmniejszył dystans na kolejnym odbiciu, lekkim w lewo, i znów siadł na ogonie Roberta.
Moc nie miała już teraz większego znaczenia. Dzięki przywróceniu seryjnych ustawień turbo nie cierpiał z powodu lag’a, zresztą nawet gdyby zostawił poprzednią wartość doładowania był by w stanie jechać tak, że wskazówka ciśnienia nie spadła by nawet odrobinę.
To po prostu kolejny zabieg, który miał zasugerować frajerowi, że ma jakiekolwiek szanse.
A nie miał.
W tej końcowej fazie walki, liczyła się masa auta i umiejętności. Przy jego zdolnościach Robercik i tak był skazany na porażkę, ale niższa waga S13 tylko tą przegraną pogłębiała.
Spokojnie, miarowo zwiększał tempo, robił to bez przerwy, od pierwszego zakrętu.
Już zanim weszli w następny wiraż, 90’stopniowy w prawo wiedział, że Supra pozwoli mu wyprzedzić po wewnętrznej.
Ciągnący się za nią zderzak zostawiał snopy iskier, rozświetlając gęstą noc.
Zwolnił, zredukował bieg, wycelował i dał pełny gaz…

Zerknął w lusterko.
Nissan znów siedział mu na zderzaku, choć wydawać by się mogło, że z tą mocą…
- Ja nie żartuję! – warknął Robert – Możesz sobie ze mnie kpić, pozwalając się wyprzedzić, ale liczy się to, kto wygra, a nie kto będzie lepiej bawił publikę!
Zacieśnił do wewnętrznej, w swoim odczuciu blokując atak.
Nie pomyślał nawet, że przy tym stanie opon i wozu, robi to zdecydowanie za szybko…

Bez problemu przemknął po wewnętrznej, obserwując spinującą po jego lewej Suprę.
- Miło – mruknął – Dwa do zera.
Wóz zatrzymał się w końcu, w poprzek drogi, tuż pod zgromadzonym na zboczu, rozentuzjazmowanym tłumem.
Zwolnił, ponownie nadrzucił tyłem S13 i zaczął kręcić pączka, z rozbawieniem obserwując zawracającą Toyotę.
- Poddaj się – parsknął – Jak długo dasz jeszcze robić z siebie idiotę?
Supra przemknęła obok niego, nie próbując nawet do niego uderzyć.
- On nadal naiwnie sądzi, że jest w stanie wygrać? – mruknął Norbert, ruszając za nim.

- Tu trzeci zakręt od końca! Supra kolejny raz wyspinowała, 200SX znów na nią czekał, dał się wyprzedzić… to naprawdę nie jest już pojedynek, to…
- Nauczka. – uśmiechnął się Mistrz.

Wypadł z przedostatniego zakrętu, ostrej dziewięćdziesiątki w lewo, nie zwracając nawet uwagi na fakt, że uderza tyłem po barierkach, i pomknął po stumetrowej prostej w kierunku ostatniego zakrętu. 200SX było jak cień, nie dało się zgubić, pomimo że drugi raz pozwolił mu się wyprzedzić, ten skur**syn dopadł go już po jednym zakręcie.
Różnica w mocy, w jakości aut, w klasach pojazdów… to wszystko nie miało już znaczenia.
- Ale jestem pierwszy! – ryknął Robert, przygotowując się do wejścia w zakręt – On może się popisywać, może zwiększać tempo i mnie poganiać… ale nie dam się wyprzedzić na ostatnim zakręcie! Zacieśnię, nie dam mu najmniejszej szansy wyprzedzić… na ostatniej prostej do mety nie będzie w stanie przyśpieszać szybciej, więc… już wygrałem!
Nissan mrugnął długimi światłami, oślepiając go na krótką chwilę, i przejechał skrajnie do lewej krawędzi, gotując się do ataku od wewnętrznej.
- Nie! – ryknął Robert, momentalnie wchodząc w drift – Nie uda ci się…
Tak naprawdę, Norbert nie miał najmniejszej ochoty wyprzedzać.
Doskonale zdawał sobie sprawę, że wystarczy mu sprowokować przeciwnika.
Nie mylił się.

Zakatowane opony, uszkodzone zawieszenie, a przede wszystkim prędkość, która nawet przy całkiem sprawnym samochodzie nie pozwoliła by Robertowi wejść w ten zakręt ostatecznie rozstrzygnęły pojedynek. Potężna nadsterowność obróciła srebrną Toyotą, po czym pociągnęła tyłem prosto do rowu.
Wóz gruchnął o nasyp, po czym utknął w rowie, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie niegdyś skończył Mateusz.
- Wiedziałem – parsknął Norbert, przecinając linię mety i nadrzucając tyłem, by wrócić do miejsca, gdzie wylądowała Supra – Wystarczyło zwiększać tempo i odpowiednio go stymulować. Rozwalił i upokorzył się sam…

- Tu ostatni zakręt! Koniec pojedynku! Supra wyspinowała po raz trzeci, i wylądowała w rowie! Zwycięstwo przyjezdnego z 200SX, pełne, przygniatające i totalne.
- cbdu – zironizował Mat…

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

 

Roześmiana publika wypchnęła w końcu Toyotę z rowu. Robert, powoli dochodząc do siebie z przerażeniem stwierdził, że przeciwnik już na niego czeka.
Wysiadł z auta, i spróbował przyjąć hardy wyraz twarzy. Wsparty jednak na 200SX, odziany w garnitur gość po trzydziestce spoglądał na niego ironicznym, pełnym pewności siebie wzrokiem.
Samego go tej pewności pozbawiając.
- Dokumenty wozu proszę. – rzucił.
- G*wno dostaniesz! – ryknął Robert, starając się przestraszyć przeciwnika. To była jego ostatnia nadzieja.
- Zgadza się, ta Supra to kawał odchodu. – sarknął Norbert.
- Ty… - Robert zacisnął pieści, i postąpił krok do przodu.
- Make my day. – uśmiechnął się brunet o dwukolorowych oczach.
Publika jednak rozwiązała problem za nich.
Głośne buczenie, i skandowanie słów: „tchórz”, „frajer” i „nieuczciwy ku**s” postawiło Roberta przed poważnym dylematem.
Musiał wybierać pomiędzy swoją gablotą, a prawem do pokazywania się na Serpentynach.
To było dla niego za wiele.
Spuścił wzrok, bliski płaczu, nie wiedząc, co począć.
- Potraktuj to jako nauczkę – odezwał się zimno Norbert – Karę za nieczyste zagranie w pojedynku z liliowym Cappuccino. Nie toleruję sk*rwysyństwa, zwłaszcza wobec kobiet, powinienem ci odebrać wóz, i na twoich oczach go zniszczyć… ale i tak nie miałeś szans, w żadnym momencie tego pojedynku. W ogóle, w żadnych warunkach nie miałeś szans. Tak więc zamiast tej złomiatej Supry przyjmę to właśnie Cappuccino… i będziemy kwita.
Odetchnął głośno. Łatwo przyszło, łatwo poszło, podarował go wprawdzie Julii jako sposób na ugłaskanie jej po zalotach do tej cizi, ale… to była niska cena za ocalenie Supry.
- Zgadzam się. – jęknął cicho – Auto jest na Szczycie…
- Ruszaj – rzucił Norbert – Ale nawet nie próbuj uciekać. Sam chyba już wiesz, że nie masz szans…
Wiedział.
I nie próbował…

- O kurna – mruknął Maciek, pomimo że jak na niego było to straszne przekleństwo – Co to za niesamowity kierowca?
- Rozgnieść jak robaka Suprę, i to za kółkiem starego S13… hy… coś nieogarniętego. – dodał Sebastian.
Ci, którzy byli pamiętnego dnia na Nordschleife wiedzieli, z kim miał tego dnia do czynienia Robert.
Według słów samego Waltera Rohrla, Norbert był najlepszym kierowcą wyścigowym świata.
Ale ani Mistrz, ani oni nie powiedzieli tego nikomu.
I tak by nie uwierzyli…

Otworzył drzwiczki liliowego autka, wyjmując dokumenty i składając podpis pod umową, po czym w milczeniu wręczył je nowemu właścicielowi. Norbert przesunął wzrokiem po kartce stwierdzając, że wszystko jest OK., po czym spojrzał na zmarnowanego chłopaka, którego najwyraźniej dopadały pierwsze objawy Bad-trip’u, i rzucił bez grama emocji:
- Jesteśmy kwita.
Powstrzymał się od wyszydzenia zażywania narkotyków przed jakimikolwiek zawodami. Branża profesjonalna udowodniła już lata temu, że dopalani w ten sposób kierowcy może i mają minimalnie lepsze wyniki, ale za to rozbijają się i giną znacznie częściej. Gra niewarta świeczki.
- Przegrałeś… moje auto?! – usłyszeli delikatny, kobiecy głos. Norbert, podobnie jak jego przeciwnik obrócił się w kierunku, z którego dochodził, i… zamarł.
Przez moment, przez krótką chwilę miał wrażenie, że oto stoi przed nim Bezimienna, z lat ich młodości.
Wrażenie minęło jednak tak szybko, jak się pojawiło. Podobieństwo było uderzające, ale…
… to nie była ona. Pretensja w głosie, złośliwe błyski w oczach… nie.
To tylko autosugestia. Zwykłe podobieństwo podstawowych cech wyglądu.

Robert podniósł wzrok, spoglądając w kpiące oczy swojej dziewczyny, i szukając w sobie choćby krzty spokoju, aby odpowiedzieć.
Adrenalina, upokorzenie podczas pojedynku, druga przegrana w życiu a przede wszystkim buzująca we krwi amfetamina sprawiły, że werbalna odpowiedź okazała się niemożliwa.
Zamachnął się, i z całej siły uderzył ją w policzek, przewracając na ziemię.
Jej ostatnie zachowanie, rzucanie się o wszystko, zwłaszcza o podryw tej zdziry z Cappuccino wręcz prosiło się o przytemperowanie. Niech wie, kto jest panem tego związku.
Zadowolenie z siebie tkwiło w nim niecałe dwie sekundy.
Zaraz potem poczuł dziwne, niespotykane podrzucenie do góry, po czym potężna moc uderzająca go w sam środek czaszki rzuciła nim o kilka metrów, prosto o boczną szybę Supry.
Ból, najpierw z samego uderzenia, a potem z trafienia i rozbicia głową samochodowej szyby szybko ustąpił miejsca wściekłości. Podniósł się, choć w oczach mu mroczyło, i postąpił krok do przodu, wypatrując napastnika.
Dwukolorowe oczy jego przeciwnika, stojącego niewzruszenie obok różowego Suzuki, były utkwione prosto w nim.
I dopiero teraz naprawdę się przeląkł.
Nie było w nich bowiem krztyny człowieczeństwa. Było oczekiwanie, i…
Otworzył drzwi swojego ocalonego auta, przekręcił kluczyk w stacyjce, i wyzrzucając żwir spod kół umknął w kierunku domu.
Był prawie pewien, że gdyby tylko dał temu cholernemu obrońcy zdzir jakąkolwiek okazję, zabił by go bez zastanowienia.
Nie mylił się…

- Przepraszam – powiedział Norbert, pomagając wstać dziewczynie – Nie chciałem doprowadzić do takiej scysji…
- To nie pana wina – odparła głucho Julia. To, co zrobił Robert, docierało do niej dopiero teraz, kolejny raz po zalecaniu się do tej piosenkarki dowiódł, że… że się myli – On… on chyba nie chciał, po prostu… stracił panowanie nad sobą.
Zbył to milczeniem. Każda kobieta, którą znał, traktowana w ten sposób zawsze usprawiedliwiała… ukochanego.
Nienawidził ludzi. Takiego traktowania kobiet, jako człowiek trzymający się zasad „starej szkoły”, nie mógł jednak zdzierżyć nigdy. W żadnym przypadku.
Sięgnął do kieszeni marynarki, i wręczył dziewczynie dokumenty i umowę sprzedaży świeżo co nabytego 200SX’a.
I tak nie będzie mu potrzebny, a…
- Wybacz, jeśli to Cappuccino było ostatnimi czasy twoje – rzucił – Należy do innej kobiety, więc… weź jako drobną rekompensatę tego Nissana. Kluczyki są w stacyjce.
Spojrzała mu prosto w oczy. Było to tak niespodziewane, że aż sam się zdziwił. Poza Bezimienną mało kto miał… odwagę to robić.
- Nie rozumiem, czemu pan w ogóle… - w jej głosie było niedowierzanie.
- Przypominasz mi kogoś. – mruknął – Tyle ci musi wystarczyć. Nie ma w tym podstępu, spokojnie. Nie potrzebuję już tego auta.
Uśmiechnęła się blado:
- Dziękuję. Ale…
Odwrócił się bez słowa, i ruszył w kierunku zaparkowanego kilkadziesiąt metrów dalej M5. Na moment zatrzymał się jeszcze, i rzucił:
- Ten twój chłopak… czy kimkolwiek on dla ciebie jest… nie obraź się, ale dla mnie… to zwykły drań.
- Wiem – odparła głucho – Ale to nie jego wina…
Wiedziała, czyja.

- Jak widzę, zrobiłeś to w swoim niezawodnym stylu, Norbercie – odezwał się z uśmiechem na ustach Walter Rohrl, gdy Norbert wrzucał dokumenty odzyskanego Suzuki do schowka w E60 – Jestem pod wrażeniem.
Skłonił lekko głową, i odparł:
- Dziękuję. Tu chodziło tylko o odzyskanie auta… ta cała gra psychologiczna, z góry przesądzony wynik… ot, nauczka dla tego chama. Lekcja dobrych manier. A… Panie Rohrl, czy mógłbym prosić… o jeszcze jedną przysługę?
Mistrz przytaknął.
- Tamta dziewczyna, która była razem z bandą chłopaków wtedy, na Nordschleife, gdy atakowałem rekord… rozmawiali z panem, gdy przyjechałem, stała przy czerwonym Stratusie… pamięta pan?
- Tak. Zapewne widziałeś ją na parkingu nad startem…?
Przytaknął.
- To ta sama. Pozwolisz, że zapytam… skąd to zainteresowanie?
Odparł szczerze. Od tamtego dnia, gdy próbował się zabić na Nurbie, nie dawało mu to spokoju.
- Widzi pan… spojrzałem wtedy na tą grupę, tak z ciekawości… na moment spotkałem się z nią wzrokiem, a ona… przestraszyła się. Wiem, że nigdy nie mam przyjemnego spojrzenia, ale ona chyba zobaczyła wtedy w moich oczach… zło. Czyste zło. Wyczuła, że planuję… - zawahał się. Nie powinien tego mówić.
Ten krótki przebłysk paniki w oczach nieznanej mu młodej panny, nim opuściła wzrok… ona… czuła, że chcę zrobić to, co chciałem wtedy zrobić. Zobaczyła w moich oczach… śmierć.
To było nieracjonalne, nie mogła wiedzieć… a jednak.
- Chcesz dowiedzieć się, co naprawdę ją przestraszyło, tak? – zapytał rzeczowo Mistrz.
- Nie. Tego nie muszę wiedzieć. Ale… chcę coś zrobić dla tej dziewczyny, uspokoić sumienie… Ona jest chyba dobrym kierowcą, tak sądzę. Może jakoś…
- Wiem, o co ci chodzi. Popieram ten pomysł. – przytaknął Mistrz.
- W takim razie, mam do pana prośbę…

- No, czas się chyba zbierać. – rzuciła Natalia, podczas gdy beżowe M5 z ciągniętym na przyczepie liliowym Suzuki zniknęło już za zakrętem – I tak nic już dzisiaj ciekawego się raczej nie wydarzy, a osobiście chciała bym się wyspać… w końcu mamy weekend, jutro… a raczej dziś sobota. – uśmiechnęła się przymilnie do Michała, który robił dzisiaj za jej „szofera”. Jego dziewczyna na szczęście nie miała o to pretensji.
- Popieram pomysł – ziewnął Błażej – Jedziemy, co, śliczna? – zwrócił się do Karoliny.
- Nie tak szybko, Błażej. – rozległ się niespodziewanie zimny, pewny głos Benedykta.
Błaż odwrócił się, i spojrzał na niego, zdziwiony:
- Co jest, Beniu? Trzeba cię odprowadzić do domciu, czy jak?
- Nie rób z siebie idioty. Mam propozycję… nie do odrzucenia.
- Słucham z niecierpliwością.
- Pojedynek rewanżowy. Jutro… a raczej dzisiaj, sobotniej nocy. Przełęcz Białego Krzyża, Salmopol. Ten sam odcinek, te same zasady, pojedynczy wyścig, twoja MR2 kontra moja Impreza WRX STi. O ile oczywiście masz jeszcze jaja… – spojrzał ubawiony na trzymaną przez Błażeja za rękę Karolinę – Masz jaja, żeby się ścigać.
Błażej zawahał się. Odkąd zostali parą, Karolina nigdy nie mówiła mu, że tego oczekuje, ale…
Z całą pewnością nie chciała być z gościem, który odrzuca takie wyzwania. Który przegrywa.
Benedykt wręcz prosił się o nauczenie go respektu. Jego zmodyfikowana pod touge przez Rana Toyota była w stanie znieść cięższą Imprezę, wbrew magii literek „WRX STi”.
Podjął decyzję.
- Dobrze, Beniu – wycedził – Noc po dzisiejszym dniu, Salmopol, jedenasta w nocy. Będę czekał…

 

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

 

- Cholera, pięknie tu masz. – mruknął Norbert, odbierając butelkę, i spoglądając na panoramę Tatr – Dawno mnie nie było w Zakopanem…
- Ano, widok byłby piękny – odparł przystojny blondyn, stukając lekko butelką w butelkę – Gdyby te cholerne góry nie zasłaniały…
- Heh – westchnął rozbawiony, pociągając łyk – O w mordę, ale dobre… skąd…
- Produkcja własna – uśmiechnął się stary przyjaciel, Wojtek, z zadowoleniem – Czasu wolnego przy firmie jest dość, to uznałem sobie spróbować browarnictwa… własny patent, miód i parę innych sekretów.
Gęste piwo z wyraźnie wyczuwalnym posmakiem miodowym, bez tak nielubianej przez Norberta goryczki idealnie podchodziło mu pod gust. Rozsiadł się wygodniej w fotelu na werandzie, i ponownie zaczął cieszyć oczy widokami.
- Jak idą interesy? – zapytał.
- Lepiej być nie może – odparł Wojtek – Na te usługi zawsze jest zapotrzebowanie, jak sam wiesz.
Wojtek, bliski przyjaciel jeszcze z czasów liceum, był niepoprawnym kobieciarzem, którego jednak każdy kolejny rozwód nie był w stanie pozbawić wciąż rosnącej fortuny. Podobnie jak Norbert, miał słabość do piękna, nie tylko kobiecego, co zresztą przekuł w diabelnie dochodowy biznes firmy designerskiej. Założony przez niego kolos zajmował się wszystkim, od tworzenia stron internetowych poprzez reklamę i grafikę użytkową, na projektach budowlanych skończywszy. Na brak zleceń nigdy nie mógł narzekać, zresztą nawet sam Norbert korzystał z usług firmy Wojciecha, gdy potrzebował czegokolwiek z tej dziedziny.
Był po prostu diabelnie dobry w swoim fachu.
- Dziwi mnie, że przyjechałeś sam. – roześmiał się postawny, dobrze zbudowany blondyn – To mi sugeruje, że można by się, jak za dawnych lat, wybrać na panienki…
- To samo mogę powiedzieć o tobie. Żadnej kobiety w domu, zaskakujące…
- Rozwód w toku, a obecna… ehm… miłość mojego życia musi poczekać na zakończenie tego upierdliwego procesu. Ciebie jednak o to nie podejrzewam, więc powiedz… co tam u Ani?
Milczał dłuższą chwilę.
Dawno nie słyszał tego imienia. Dla niego Anna zawsze była Bezimienną.
To też mu powiedział:
- Widzisz, Wojtek, dla mnie ta kobieta to po prostu Bezimienna. Tak… bardziej oddaje to to wszystko. Odpowiadając na twoje pytanie… nie widziałem się z nią od kilku miesięcy, odkąd przekonałem się przy ostatnich odwiedzinach, jak blisko jej jest ten… mój konkurent… - wycedził. – Muszę przemyśleć, wyjaśnić i wyprostować parę rzeczy, zanim ponownie zapukam z kwiatami do jej drzwi…
- Jak będziesz z tym dłużej zwlekał, to Tomek sam się dobierze do An… pardon, Bezimiennej. Kręci się przy niej z coraz większą pewnością siebie.
- Dopóki to nie zostanie wyjaśnione, dopóki jeden z nas nie zrezygnuje lub odpuści… ona nie wybierze żadnego. – odparł z przekonaniem w głosie – Mogę być spokojny.
- Ludzie się zmieniają – roześmiał się Wojtek – I pomyśleć, że to była moja dziewczyna…
- Nie pieprz – parsknął Norbert. Atmosfera momentalnie się rozluźniła – Tego nie wiedziałem.
- A widzisz. Tuż po twoim wyjeździe, zaraz po pamiętnym Balu…wytrzymaliśmy ze sobą miesiąc. Ale jednak!
- Zawsze uważałem, że Wiki bardziej do ciebie pasowała. – Norbert pociągnął kolejny łyk aksamitnego trunku.
Wojtek pogładził się po podbródku, uśmiechając do wspomnień, po czym odrzekł:
- A propos. Widziałem się z Wiktorią kilka miesięcy temu, po jakimś koncercie… jak tylko wspomniałem coś o tobie, wpadła we wściekłość. A wiesz, jak ona się wkurza.
- Wiem. – parsknął Norbert.
- Przerżnąłeś ją czy jak? – rzucił rozbawiony Wojtek.
Pociągnął łyk miodowego, i odparł ze śmiechem:
- Ne. Chociaż była okazja… ale wątpię, że jest taka wściekła o to, że tej okazji nie wykorzystałem.
Roześmiali się rubasznie, jak to mieli we zwyczaju.
- No to co tak wkurzyło naszą księżniczkę?
Norbert momentalnie spoważniał, i odpowiedział:
- Widzisz… dobierający się do Bezimiennej Tomasz to jednocześnie ukochany Wiktorii. To dla niej upokorzenie, co mnie nie dziwi, ale jednocześnie winą o zaistnienie tej sytuacji obwinia mnie samego… wiesz, dopuszczenie do takiego obrotu sprawy, brak zdecydowanej reakcji… to mnie akurat dziwi.
- Może… wiem, zabrzmi to idiotycznie, ale to wszystko… może po tym Balu rzeczywiście… wisi nad nami jakieś fatum? – odezwał się nieśmiało, ale całkiem serio Wojtek. – W uczuciach nikt z nas nie ma szczęścia.
- Może. – przytaknął Norbert – Ale nawet jeśli, to i tak nic z tym nie zrobimy. Mam do ciebie prośbę.
- Wal, stary.
- Widziałeś, że mam na przyczepie auto Wiktorii, które udało mi się odzyskać. Przekażesz je jej.
- Dlaczego sam tego nie zrobisz?
- Nie mam dość czelności ani… chęci, żeby próbować dojść z nią do zgody. To auto niech będzie dla niej rekompensatą za ewentualne… ehm… krzywdy z powodu Tomka, Bezimiennej i mnie, ale nie mam obowiązku robić nic ponad to…
- Nie sądzisz tak – powiedział Wojtek – Znam cię, Norb… ty tak naprawdę nie jesteś takim skur**synem, na jakiego się stylizujesz. Tu chodzi o coś innego…
Milczał dłuższą chwilę, po czym odparł:
- Nawet jeśli darzę Wiktorię sympatią… naprawdę, nie jestem jej w stanie nijak pomóc. Zrobiłem to, co potrafię najlepiej, w popisowym wyścigu upokorzyłem prostaka, który odebrał jej sprezentowany niegdyś przeze mnie wóz, ale… nie jestem w stanie zrobić nic więcej. To… naprawdę, nie mogę zrobić tego, czego ona oczekuje, nie mogę rozwiązać tego problemu… Jeszcze nie teraz.
- Uciekanie przed tym problemem nic ci nie da. W końcu będziesz musiał pojechać do Bezimiennej, spróbować… ostatecznie rozwiązać tą sprawę. I zwolnić Tomka dla Wiktorii, pytanie tylko: kiedy, Norbercie?
Pociągnął spory łyk miodowego, rozważając dłuższą chwilę.
- Trzy niepowodzenia – zaczął – To zmusza mnie do głębszego zastanowienia, przemyślenia tego wszystkiego. Muszę tak ustawić swoje sprawy i życie, że gdy wreszcie będzie trzeba… całe to „dotychczas” dla niej rzucę. Ale… nie jestem pewien, czy fakt, że kocham ją oznacza jednocześnie, że… że ona czuje to samo. Kto wie, może te stwierdzenia o „potrzebie zmian”… to była tylko wymówka?
- Nie pieprz – mruknął Wojtek – Nawet wtedy gdy Ania była ze mną wiedziałem i czułem, że ona czeka na kogoś innego. To kobieta piękna, niezależna i bogata, i mógłbym przysiąc, że tylko z tobą łączyło ją… coś więcej niż przelotny romans. Tylko w twojej obecności zachowywała się inaczej, bardziej… czule. Ona… ona wyraźnie czegoś wyczekiwała.
Norbert machnął z rezygnacją ręką. Los był nieodgadniony.
- Ponawiam pytanie – rzekł twardo Wojtek – Ile czasu ci to jeszcze zajmie.
- Dwa lata – odparł głucho, wpatrując się tępo w beżowe M5 na podjeździe – Potem, nie ważne co, choćbym miał zostać odrzucony… spróbuję ponownie. Ostatni raz. Widzisz, to wszystko nie jest takie proste. Niecały rok temu, gdy dowiedziałem się, że zaczyna ją coś łączyć z moim konkurentem jeszcze z czasów liceum, a potem Balu, Tomaszem właśnie… próbowałem się zabić. Przyznaję się do tego, doszedłem bowiem do wniosku, że to akt tchórzostwa. A ja nie lubię iść na łatwiznę. Znacznie trudniej będzie sprostać jej wymaganiom, stać się rzeczywiście takim mężczyzną, jakiego ona oczekuje.
Przytaknął, nawet nie próbując krytykować czy komentować. Rzekł tylko:
- Powodzenia, stary… ale, pozwól na jeszcze jedno pytanie.
- Wal.
- Czy ty w ogóle wiesz… jakich konkretnie zmian oczekuje Bezimienna?
Westchnął głośno, po czym zaczął:
- Początkowo sądziłem, że rozchodzi się tylko i wyłącznie o nabranie pewności siebie, zdobycie sławy, pieniędzy i respektu. Ale nawet wtedy, gdy miałem już to wszystko… ona nadal twierdziła, że nie zmieniłem się... tak, jak chciała.
Zrobił pauzę, po czym kontynuował:
- Teraz jednak, dochodzę do wniosku, że może tu chodzi o coś zupełnie przeciwnego. O spokój, ustatkowanie… zapewnienie bezpieczeństwa. Dlatego właśnie muszę uporządkować sprawy swojej wyścigowej kariery, swojego samochodowego imperium… muszę znaleźć temu wszystkiemu dobrego zarządcę.
- A nie sądzisz, że tu może chodzić o coś jeszcze innego? O zmianę charakteru, otwarcie się na ludzi… więcej ciepła, dostępności i mniej… wybacz… egoistycznego fatalizmu?
Westchnął, i odparł z pewnością w głosie:
- People don’t change…